<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<FictionBook xmlns="http://www.gribuser.ru/xml/fictionbook/2.0" xmlns:l="http://www.w3.org/1999/xlink">
 <description>
  <title-info>
   <genre>det_police</genre>
   <author>
    <first-name>Per</first-name>
    <last-name>Wahlöö</last-name>
   </author>
   <author>
    <first-name>Maj</first-name>
    <last-name>Sjöwall</last-name>
   </author>
   <book-title>Człowiek z Säffle</book-title>
   <annotation>
    <p>Martin Beck #7 Zabójstwo komisarza Nymana w szpitalnym łóżku stawia całą sztokholmską policję na nogi. Śledczy gorączkowo przeczesują miasto w poszukiwaniu kogoś, kto miał powód do zemsty na brutalnym komisarzu. Kogoś, kto zbiera stare bagnety – bo właśnie takim bagnetem zaszlachtowano Nymana. Na dobrą sprawę przecięto go wpół… Mocna rzecz, nawet dla tych, którzy z racji swojej profesji muszą czasami oglądać makabryczne miejsca zbrodni. Tylko Martin Beck zachowuje kamienną twarz na widok dzieła szaleńca – bo taką wersję przyjmuje policja. I tylko Beck ma przeczucie, że to nie koniec. Że coś się szykuje. Coś, czemu za wszelką cenę trzeba zapobiec. Ale nie wie ani co, ani jak…</p>
   </annotation>
   <keywords>Krymina,ł. Literatura detektywistyczna,Powieść zagraniczna</keywords>
   <date></date>
   <coverpage>
    <image l:href="#MartinBeck07Cover.jpg"/></coverpage>
   <lang>pl</lang>
   <src-lang>sv</src-lang>
   <translator>
    <first-name>Maria</first-name>
    <last-name>Olszańska</last-name>
   </translator>
   <sequence name="Martin Beck (pl)" number="7"/>
  </title-info>
  <document-info>
   <author>
    <nickname>UkeMandrivnyk</nickname>
   </author>
   <program-used>calibre 6.1.0, FictionBook Editor Release 2.6.6</program-used>
   <date value="2023-02-06">6.2.2023</date>
   <id>0a5b0f6a-4e9c-4569-998f-050498e5cdf3</id>
   <version>1.0</version>
   <history>
    <p>v. 1.0 – file creation – UkeMandrivnyk</p>
   </history>
  </document-info>
  <publish-info>
   <book-name>Maj Sj,öwall, Per Wahlöö. Czlowiek z Saffle</book-name>
   <publisher>Wydawnictwo Poznańskie</publisher>
   <city>Pozna,ń</city>
   <year>1976</year>
   <isbn>9780007242979</isbn>
  </publish-info>
 </description>
 <body>
  <title>
   <empty-line/>
   <p>Maj Sjöwall</p>
   <p>Per Wahlöö</p>
   <p>CZŁOWIEK Z SÄFFLE</p>
   <empty-line/>
   <p>Maj Sjöwall</p>
   <p>Per Wahlöö</p>
   <p>DEN VEDERVÄRDIGE MANNEN FRÅN SÄFFLE</p>
   <p>1971</p>
  </title>
  <section>
   <title>
    <p>1</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Tuż po północy przestał myśleć.</p>
   <p>Przedtem coś pisał, ale teraz niebieski długopis leżał przed nim na gazecie, dokładnie wzdłuż pierwszego poziomego wiersza krzyżówki. Siedział na zniszczonym składanym krześle obok niskiego stolika w małej ciupce na poddaszu, sztywno wyprostowany, nieruchomy. Nad jego głową wisiał żółtawy okrągły abażur z długimi frędzlami. Materiał był wyblakły od starości, a światło słabej żarówki niepewne i mgliste.</p>
   <p>W domu było cicho. Lecz względna to była cisza, bo przecież troje ludzi w nim oddychało, a z zewnątrz dochodził niepojęty szum, pulsujący i niemal nieuchwytny. Coś jakby szum dalekiego morza albo pojazdów poruszających się po odległych arteriach komunikacyjnych. Odgłos miliona ludzi wielkiego miasta pogrążonego w straszliwym spokoju.</p>
   <p>Mężczyzna w pokoiku na poddaszu ubrany był w beżową wiatrówkę i szare narciarskie spodnie, brązowe narciarskie buty i czarny sweter polo. Wąsy miał długie, ale dobrze utrzymane, trochę jaśniejsze niż gładko do góry zaczesane włosy, twarz wąską, o czystym profilu i delikatnie wyrzeźbionych rysach, a pod zastygłą maską oskarżycielskiego niezadowolenia i nieustępliwego uporu był jakiś wyraz dziecinny prawie, miękki, bezradny i błagalny, a zarazem odrobinę wyrachowany.</p>
   <p>Spojrzenie jasnoniebieskich oczu było skupione, lecz bez wyrazu.</p>
   <p>Wyglądał jak mały chłopiec, który się nagle zestarzał. Człowiek ów od godziny prawie siedział zupełnie nieruchomo z dłońmi spoczywającymi na udach, a jego niewidzące oczy utkwione były w jeden punkt na podartej kwiecistej tapecie.</p>
   <p>Wreszcie wstał, przeszedł na ukos przez pokój, otworzył drzwi ściennej szafy, wyciągnął lewą rękę i coś zdjął z półki. Podłużny przedmiot owinięty w kuchenną ścierkę, białą z czerwonym brzeżkiem.</p>
   <p>Bagnet.</p>
   <p>Odwinął go i starannie wytarł żółtawy smar, nim wsunął ostrze do stalowobłękitnej pochwy.</p>
   <p>Człowiek manipulujący bagnetem – choć wysoki i dość ciężki – ruchy miał szybkie, zręczne i oszczędne, a ręce równie pewne jak spojrzenie.</p>
   <p>Odpiął pasek i przewlókł go przez skórzaną pętlę bagnetu. Potem zasunął błyskawiczny zamek wiatrówki, włożył rękawice i kraciastą tweedową czapkę i opuścił dom.</p>
   <p>Drewniane schody zaskrzypiały pod jego ciężarem, lecz stąpanie było niedosłyszalne.</p>
   <p>Dom był mały, stary, stojący na zboczu wzgórka powyżej szosy. Noc była zimna i gwiaździsta.</p>
   <p>Człowiek w tweedowej cyklistówce skręcił za rogiem domu i ze spokojem lunatyka zmierzał ku podjazdowi.</p>
   <p>Otworzył lewe przednie drzwiczki czarnego volkswagena, usiadł za kierownicą i sprawdził bagnet, spoczywający mu na prawym biodrze. Zapuścił motor, włączył światła, wyprowadził wóz na drogę i pojechał w kierunku północnym.</p>
   <p>Czarny samochodzik pędził przed siebie, w noc, dokładnie i nieubłaganie, jakby był pozbawionym ciężkości pojazdem międzyplanetarnym.</p>
   <p>Zabudowania wokół drogi gęstniały, miasto wyrastało spod dzwonu światła, wielkie, zimne, opustoszałe, obrabowane ze wszystkiego prócz nagich, twardych powierzchni metalu, szkła i betonu.</p>
   <p>O tej porze nawet w dzielnicach centralnych było zupełnie pusto. Prócz pojedynczych taksówek, dwóch karetek pogotowia i patrolu policyjnego, żadnego ruchu, wszystko jak wymarłe.</p>
   <p>Tylko czarny policyjny samochód z białymi błotnikami przemknął szybko na ryczącym dywaniku własnego hałasu.</p>
   <p>Światła uliczne migotały, zmieniając się z czerwonych na żółte, na zielone, na żółte, na czerwone, z bezmyślną, mechaniczną monotonią.</p>
   <p>Czarny samochód poruszał się ściśle według przepisów ruchu ulicznego, nigdy nie przekraczał linii, zwalniał na skrzyżowaniach, stawał przy czerwonych światłach.</p>
   <p>Teraz jechał wzdłuż Vasagatan, mijając nowo zbudowany hotel Sheraton i Dworzec Centralny, skręcił na lewo przy Norra Bantorget i jechał dalej na północ przez Torsgatan.</p>
   <p>Jedno drzewo na placu było iluminowane, autobus numer 591 czekał na przystanku. Nad St. Eriksplan stał księżyc w nowiu, a niebieskie neonowe wskazówki zegara na domu wydawnictwa Bonniera wskazywały czas. Za dwadzieścia druga.</p>
   <p>Dokładnie o tej właśnie porze człowiek w samochodzie skończył trzydzieści sześć lat.</p>
   <p>Teraz jechał przez Odongatan na wschód, mijając pusty Vasaparken, pełen zimowych białych latarń i splątanych cieni, jakie rzucały tysiące ogołoconych z liści konarów.</p>
   <p>Czarny samochód znowu skręcił na prawo, jakieś sto dwadzieścia pięć metrów jechał przez Dalagatan, znowu w kierunku południowym, zahamował, stanął.</p>
   <p>Człowiek w wiatrówce i tweedowej cyklistówce zaparkował wóz w sposób świadomie niedbały, ustawiając dwa koła na trotuarze tuż przed schodami wiodącymi do Instytutu Eastmana.</p>
   <p>Wyszedł w noc, zatrzaskując za sobą drzwiczki.</p>
   <p>Był trzeci kwietnia 1971 roku. Sobota. Dzień był młodziutki, zaczął się przed godziną i czterdziestoma minutami, i niewiele zdążyło się w nim zdarzyć.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>2</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Za kwadrans druga morfina przestała działać. Tuż przed dziesiątą dostał ostatni zastrzyk, znieczulenie trwało więc niepełne cztery godziny.</p>
   <p>Ból wracał miejscami, najpierw z lewej strony, tuż przy przeponie, potem także z prawej. W kilka minut później rozszerzył się promieniście na grzbiet i rozszedł się szybko, skokami, po całym ciele, okrutny, szarpiący, jakby wygłodniały sęp wdarł się do jego wnętrzności.</p>
   <p>Leżał na wznak na wysokim i wąskim metalowym łóżku i wpatrywał się w bielony sufit, gdzie słaby odblask nocnej lampki i refleksy z zewnątrz tworzyły zawiły, statyczny wzór cieni, dla nikogo niezrozumiały, równie zimny i odpychający jak cały pokój.</p>
   <p>Sufit w tym pokoju nie był płaski, tylko łukowato sklepiony, przez co wydawał się jeszcze bardziej odległy. A odległość i tak była duża, prawie cztery metry, staroświecka, jak wszystko w tym domu. Łóżko stało na środku kamiennej posadzki, prócz łóżka w pokoju były tylko dwa meble: stolik nocny i proste twarde krzesełko.</p>
   <p>Zasłony w oknie były niezupełnie zaciągnięte, a okno uchylone. Przez szparę parocentymetrowej szerokości przesączało się z zewnątrz przedwiosenne powietrze, chłodne i rześkie, on jednak z dręczącym obrzydzeniem czuł odór własnego okaleczałego ciała i kwiatów gnijących na stoliku.</p>
   <p>Nie spał wcale, leżał tylko nieruchomo i myślał właśnie o tym, że znieczulenie wkrótce ustąpi.</p>
   <p>Przed godziną mniej więcej słyszał przez podwójne drzwi od korytarza, jak przechodziła nocna pielęgniarka w drewniakach. Potem już nic nie słyszał prócz własnego oddechu i tętna krwi, pulsującej w organizmie ciężko i nierównomiernie. Ale to nie były zdecydowane dźwięki, raczej rodzaj płodów fantazji, stanowiących odpowiednie towarzystwo dla obawy przed mającym wkrótce nadejść cierpieniem, dla ślepego strachu przed śmiercią.</p>
   <p>Chory zawsze był człowiekiem twardym, niechętnie znosił błędy i słabości innych i nigdy nie chciał przyznać, że do pomyślenia jest, by on sam mógł się ugiąć cieleśnie czy umysłowo.</p>
   <p>A teraz bał się, cierpiał, czuł się pokonany i złamany. W czasie tygodni spędzonych w szpitalu zmysły jego wyostrzyły się, zrobił się nienaturalnie wrażliwy na wszystkie formy bólu fizycznego, bał się nawet ukłucia igły przy zastrzyku i codziennego pobierania krwi. Ponadto lękał się straszliwie ciemności i nie mógł znieść tego, że jest sam, nauczył się chwytać dźwięki, przedtem zupełnie dla niego niedosłyszalne.</p>
   <p>Badania, ustalanie danych – jak to dość kpiąco nazywali lekarze – sprawiały, że załamywał się i coraz gorzej czuł. A im bardziej czuł się chory, tym bardziej wzrastał w nim strach przed śmiercią, wszystkie jego myśli sprowadzały się do strachu, pozostawiając go zupełnie obnażonego, w stanie duchowej nagości i nieprzyzwoitego niemal egoizmu.</p>
   <p>Za oknem coś zaszeleściło. Jakieś zwierzątko oczywiście, przebiegające przez klomb zwiędłych róż. Mysz polna, jeż, a może kot. Ale czy jeże nie zapadają w sen zimowy?</p>
   <p>To musiało być zwierzę, pomyślał i nie panując już nad swymi ruchami, wyciągnął rękę do dzwonka elektrycznego, wiszącego wygodnie w zasięgu ręki; sznur dzwonka okręcony był o wezgłowie łóżka. Lecz gdy palce dotknęły zimnego metalowego wyłącznika, rękę przeniknęło drżenie, mimowolne szarpnięcie dłonią, sznur ześliznął się i wyłącznik z lekkim trzaskiem uderzył o podłogę.</p>
   <p>Ten dźwięk pomógł mu się opanować.</p>
   <p>Gdyby udało mu się podnieść sznur i nacisnąć biały guziczek, w korytarzu nad drzwiami zapaliłaby się czerwona lampka i wkrótce nocna pielęgniarka przyszłaby stukając drewniakami.</p>
   <p>Ponieważ jednak wciąż był próżny, chociaż wylękniony, uznał, iż to nawet lepiej, że nie może zadzwonić.</p>
   <p>Pielęgniarka weszłaby do pokoju, zapaliła górną lampę i pytająco patrzyła na niego, widząc, jak leży udręczony i pożałowania godny.</p>
   <p>Przez chwilę leżał nieruchomo i czuł ból, oddalający się, to znów zbliżający z błyskawiczną szybkością, jakby to był pospieszny pociąg uprowadzony przez umysłowo chorego maszynistę.</p>
   <p>Nowa potrzeba dała o sobie znać: zachciało mu się siusiu. Wprawdzie odpowiednie naczynie miał w zasięgu ręki, wsunięte w żółty plastykowy kosz na odpadki, ale nie chciał się nim posłużyć. Mógł wstać i chciał wstać. Jeden z lekarzy mówił mu nawet, że dobrze byłoby ruszać się trochę.</p>
   <p>A więc zamierzał wstać, otworzyć podwójne drzwi, pójść do toalety, znajdującej się tuż po przeciwnej stronie korytarza. Praktyczne zadanie do wykonania, coś absorbującego, co na krótką chwilą zwróci jego myśli na inne tory.</p>
   <p>Odwinął koc i prześcieradło, uniósł się do pozycji siedzącej i parę sekund siedział na brzegu łóżka z opuszczonymi nogami, obciągając koszulę nocną i jednocześnie wsłuchując się w chrzęst ceratowego podkładu przykrywającego materac. Potem zsunął się ostrożnie i pod wilgotnymi stopami poczuł zimno kamiennej posadzki. Spróbował wyprostować się i udało mu się stanąć prosto, choć szerokie elastyczne bandaże krępowały krocze i spowijały uda. Wciąż jeszcze miał uciskowe opatrunki w pachwinach po aortografii z dnia poprzedniego.</p>
   <p>Pantofle stały pod łóżkiem, wsunął w nie nogi i ostrożnie stąpając poszedł ku wyjściu.</p>
   <p>Otworzył wewnętrzne, potem zewnętrzne drzwi i przeszedł w poprzek mrocznego korytarza do toalety.</p>
   <p>Załatwił się, opłukał ręce zimną wodą i wracając przez słabo oświetlony korytarz, przystanął i nasłuchiwał. Z daleka, z pokoju nocnej pielęgniarki, dochodził stłumiony dźwięk radia. Znowu miał nawrót bólu, strach go ogarnął i pomyślał, że mógłby tam pójść i poprosić pielęgniarkę o parę tabletek przeciwbólowych. Specjalnie to nie pomoże, ale w każdym razie będzie musiała otworzyć szafkę z medykamentami, wyjąć fiolkę, potem dać mu trochę soku do popicia, w ten sposób przynajmniej ktoś będzie się nim przez chwilę zajmował.</p>
   <p>Odległość do pokoju służbowego wynosiła jakieś dwadzieścia metrów i przebycie jej zajęło mu sporo czasu. Szedł wolno, powłócząc nogami, a przepocona koszula obijała mu się o łydki.</p>
   <p>W pokoiku służbowym paliło się światło, ale nikogo tam nie było. Tylko radio tranzystorowe stojące między dwiema na pół opróżnionymi filiżankami, grało samo dla siebie.</p>
   <p>Siostra i salowa były widocznie gdzieś na oddziale.</p>
   <p>Zamroczyło go, musiał się oprzeć o futrynę. Po minucie poczuł się nieco lepiej i wrócił przez ciemny korytarz do swego pokoju.</p>
   <p>Drzwi były uchylone, tak jak je zostawił. Zamknął je starannie, zrobił kilka kroków dzielących go od łóżka, zsunął pantofle, ułożył się na wznak i drżąc naciągnął koc pod brodę. Leżał nieruchomo, z szeroko otwartymi oczyma i czuł pociąg pospieszny pędzący przez obolałe ciało.</p>
   <p>Coś się zmieniło. Wzór na suficie przesunął się odrobinę. Natychmiast prawie to zauważył.</p>
   <p>Lecz co sprawiło, że cienie i refleksy świateł zmieniły położenie?</p>
   <p>Przesunął wzrokiem po nagich ścianach, zwrócił głowę w prawo, spojrzał w okno. Gdy opuszczał pokój, okno było uchylone. Tego był pewien. A teraz jest zamknięte. Opanował go strach.</p>
   <p>Wyciągnął rękę do dzwonka. Nie znalazł go na miejscu. Zapomniał podnieść sznur z podłogi.</p>
   <p>Zaciskając palce na pręcie łóżka, na którym powinien wisieć dzwonek, wpatrywał się w okno. Szpara między fałdami grubych zasłon w dalszym ciągu miała jakieś pięć centymetrów szerokości, ale fałdy układały się niezupełnie tak jak przedtem i okno było zamknięte.</p>
   <p>Czy może ktoś z personelu był w pokoju? Wydawało się to mało prawdopodobne. Poczuł, jak pot występuje wszystkimi porami, koszula zimno lepiła się do skóry.</p>
   <p>Bezradnie wydany na pastwę własnych myśli, nie odrywając oczu od okna, zaczął podnosić się z łóżka.</p>
   <p>Zasłony wisiały zupełnie nieruchomo, a jednak był pewien, że ktoś za nimi stoi. Kto, myślał. Kto? A potem ostatnią resztką rozsądku: To musi być halucynacja.</p>
   <p>Teraz chory stanął obok łóżka, boso na kamiennej podłodze, drżąc. Zrobił dwa niepewne kroki w kierunku okna. Przystanął, lekko pochylony, z drżącymi wargami.</p>
   <p>Człowiek w niszy okiennej prawą ręką odsunął firankę, lewą wyciągając jednocześnie bagnet. Odbłysk światła zamigotał na ostrzu, szerokim i długim. Człowiek w wiatrówce i kraciastej tweedowej czapce szybko postąpił dwa kroki do przodu, stanął. Wysoki, wyprostowany, z bronią na wysokości ramienia.</p>
   <p>Chory natychmiast go poznał i otworzył usta do krzyku.</p>
   <p>Ciężka rękojeść bagnetu trafiła go w usta, poczuł, że ma zmiażdżone wargi i złamane podniebienie. I to było ostatnie świadome doznanie. Czas go prześcignął.</p>
   <p>Pierwsze pchnięcie trafiło w przeponę po prawej stronie, tuż pod żebrem, bagnet wszedł aż po rękojeść. Chory dalej stał, z głową odchyloną do tyłu, gdy człowiek w wiatrówce podniósł broń po raz trzeci i poderżnął mu szyję od ucha do ucha. Z przeciętego gardła wydobył się bulgocący dźwięk, lekki syk. Nic więcej.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>3</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Był piątkowy wieczór i w sztokholmskich knajpach powinno by roić się od rozbawionych ludzi. Wcale tak jednak nie było i nietrudno wykalkulować, dlaczego. W ciągu ostatnich pięciu lat ceny w restauracjach podwoiły się prawie i niezbyt wielu zwykłych, żyjących z pensji klientów mogło sobie pozwolić na chociażby jeden w miesiącu wieczór na mieście. Restauratorzy skarżyli się, mówili o kryzysie, i ci, którzy nie przekształcili swych lokali w puby i dyskoteki, mogące zwabić zasobną w kieszonkowe młodzież, utrzymywali się na powierzchni tylko dzięki handlowcom, mającym karty kredytowe i reprezentacyjne fundusze do dyspozycji, a skłonnym załatwiać swe sprawy przy barowym stoliku.</p>
   <p>„Złociste Zacisze” na Starym Mieście nie stanowiło wyjątku. Wprawdzie było późno, piątek zmienił się już w sobotę, lecz w ciągu kilku ostatnich godzin w górnej sali były tylko dwie osoby.</p>
   <p>Mężczyzna i kobieta. Siedzieli przy stoliku w niszy rozmawiając półgłosem. Zjedli befsztyki, teraz pili kawę i poncz.</p>
   <p>Przy małym stoliczku naprzeciw drzwi wejściowych dwie kelnerki składały serwety.</p>
   <p>Młodsza, rudowłosa, wyglądająca na bardzo zmęczoną, wstała, zerknęła na zegar nad kasą baru, ziewnęła i wziąwszy serwetkę podeszła do gości w niszy.</p>
   <p>– Czy państwo życzą sobie coś jeszcze, zanim zamkną kasę? – spytała, zmiatając z obrusa okruchy tytoniu. – Może trochę gorącej kawy dla pana komisarza?</p>
   <p>Martin Beck ku swemu zdziwieniu poczuł zadowolenie, że kelnerka wie, kim jest. Zwykle przypomnienie mu o tym, że jako szef komisji do spraw zabójstw jest osobą mniej lub więcej publiczną, raczej go irytowało. Lecz od tak dawna nie ukazało się w prasie żadne jego zdjęcie ani on sam w telewizji, mógł więc fakt, że kelnerka go poznaje, przyjąć jako znak, że zaczyna tu być uważany za stałego gościa. Zupełnie słusznie zresztą. Od dwóch lat mieszkał niedaleko stąd i jeżeli w ogóle wychodził, żeby coś zjeść na mieście, wstępował zwykle do „Złocistego Zacisza”. Żeby tu bywał z kimś, tak jak dzisiaj, należało do rzadkości.</p>
   <p>Dziewczyna siedząca naprzeciw była jego córką. Nazywała się Ingrid, miała dziewiętnaście lat i jeżeli pominąć to, że była zdecydowaną blondynką, a on zdecydowanym brunetem, podobieństwo ich było uderzające.</p>
   <p>– Chcesz jeszcze kawy? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>Ingrid przecząco potrząsnęła głową i kelnerka oddaliła się, by przygotować rachunek.</p>
   <p>Martin Beck wyjął z wiaderka z lodem butelkę i rozlał resztkę ponczu w szklanki. Ingrid upiła trochę.</p>
   <p>– Powinniśmy to robić częściej – powiedziała.</p>
   <p>– Pić poncz?</p>
   <p>– Owszem, też. Dobry. Ale myślałam: spotykać się. Następnym razem ja ciebie zaproszę na obiad. Do mnie na Klostervägen. Nie widziałeś jeszcze, jak mieszkam.</p>
   <p>Ingrid wyprowadziła się z domu na trzy miesiące przed rozstaniem rodziców. Martin Beck zastanawiał się czasami, czy w ogóle zdobyłby się na zerwanie beznadziejnego małżeństwa z Ingą, gdyby go Ingrid do tego nie zachęcała. Ona sama źle się w domu czuła i jeszcze przed ukończeniem gimnazjum zamieszkała z koleżanką. Teraz studiowała psychologię, a ostatnio weszła w posiadanie kawalerki w Stocksund. Chwilowo wynajmowała ją z drugiej ręki, ale miała widoki na to, że w przyszłości przejmie prawa właścicielki.</p>
   <p>– Mama i Rolf byli u mnie przedwczoraj – powiedziała. – Miałam nadzieję, że ty też przyjdziesz, ale nie mogłam się do ciebie dodzwonić.</p>
   <p>– Rzeczywiście, byłem przez parę dni w Örebro. Jak wypadła ich wizyta?</p>
   <p>– Dobrze. Mama przywiozła całą walizę rzeczy. Ręczniki, serwetki, ten niebieski serwis do kawy i sama już nie wiem co. Mówiliśmy o urodzinach Rolfa. Mama chce, żebyśmy tego dnia zjedli z nimi obiad gdzieś na mieście. Jeżeli możesz.</p>
   <p>Rolf był o trzy lata młodszy od Ingrid. Choć różnili się od siebie bardzo – co się zdarza w rodzeństwie – rozumieli się zawsze dobrze.</p>
   <p>Podeszła rudowłosa z rachunkiem. Martin Beck zapłacił, opróżnił swą szklankę. Spojrzał na zegarek. Brakowało kilku minut do pierwszej.</p>
   <p>– Pójdziemy – powiedziała Ingrid i też wysączyła resztkę ponczu.</p>
   <p>Szli wolno przez Österlänggatan. Niebo było jasne, wygwieżdżone, spory mrozik. Z zaułka wypadło kilku pijanych młodzieńców, ich wrzaski rozbrzmiewały echem między szeregami wiekowych domów.</p>
   <p>Ingrid wsunęła rękę pod ramię ojca i wyrównała krok. Była długonoga i smukła, zbyt szczupła zdaniem Martina, ale ona sama twierdziła, że musi się zacząć odchudzać.</p>
   <p>– Wejdziesz na górę? – spytał u stóp wzniesienia wiodącego w kierunku Köpmantorget.</p>
   <p>– Tak, ale tylko żeby zadzwonić po samochód. Późno już, musisz się wyspać. – Ziewnęła. – Ja też jestem porządnie zmęczona.</p>
   <p>U stóp cokołu pomnika świętego Görana walczącego ze smokiem jakiś mężczyzna siedział skulony, z głową opartą o kolana.</p>
   <p>Gdy Ingrid i Martin Beck go mijali, podniósł głowę i powiedział coś nieartykułowanego, głosem wysokim i bełkotliwym; wyciągnął tiogi i znowu zasnął, opierając głowę o piersi.</p>
   <p>– Czy on nie powinien trzeźwieć raczej w Nikolai? – powiedziała Ingrid. – Zimno tak tu siedzieć.</p>
   <p>– Pewnie tam w końcu wyląduje – powiedział Martin Beck. – Jeżeli będzie miejsce. A poza tym dawne to już czasy, kiedy zajmowanie się pijakami było moją rzeczą.</p>
   <p>W milczeniu doszli do Köpmangatan. Martin Beck myślał o tym, jak lat temu dwadzieścia dwa był policjantem patrolującym często w okolicy Nikolai. Sztokholm wtedy inaczej wyglądał.</p>
   <p>Stare Miasto było wprost małomiasteczkową idyllą. Choć oczywiście więcej tu było pijaństwa, biedy i nędzy, nim przeprowadzono remonty, podniesiono stan sanitarny, no i rzecz jasna podwyższono komorne, tak że dawnych lokatorów Starego Miasta nie stać było na to, by dłużej tu mieszkać. Teraz mieszkać na Starym Mieście było wytwornie i w dobrym tonie, a on sam należał do uprzywilejowanych.</p>
   <p>Wjechali na najwyższe piętro windą, zainstalowaną przy remoncie i jedną z nielicznych w tej dzielnicy. Mieszkanie, zupełnie unowocześnione, składało się z hallu, małej kuchenki, łazienki i dwóch pokoi w amfiladzie, z oknami wychodzącymi na wschód, na rozległy ogród. Pokoje były przyjemne, niskie, niesymetryczne, o głębokich niszach okiennych. W pierwszym pokoju, wyposażonym w wygodne fotele i niski stolik, znajdował się kominek. W drugim stało łóżko w głębokiej wnęce, utworzonej przez umocowane do ściany półki i szafę, a pod oknem duży stół do pracy z nadstawką na teczki i akta.</p>
   <p>Nie zdejmując płaszcza Ingrid usiadła przy stole, podniosła słuchawkę i nakręciła numer postoju taksówek.</p>
   <p>– Nie zostałabyś chwileczkę? – zawołał Martin Beck z kuchni.</p>
   <p>– Nie. Muszę wracać do domu i wyspać się. Jestem śmiertelnie zmęczona. Ty zresztą także.</p>
   <p>Martin Beck nie zgłaszał sprzeciwu, choć nagle poczuł się zupełnie rześki. A przez cały wieczór ziewał, zaś w kinie – byli na „Czterystu batach” Truffaufa – parę razy o mało co nie spadł z krzesła.</p>
   <p>Ingrid udało się w końcu zamówić taksówkę, weszła do kuchni i pocałowała ojca w policzek.</p>
   <p>– Dziękuję za dzisiejszy wieczór. Zobaczymy się na urodzinach Rolfa, jeżeli nie wcześniej. Śpij dobrze.</p>
   <p>Martin Beck odprowadził ją do windy, zamykając drzwi szepnął dobranoc i wrócił do siebie.</p>
   <p>Wyjął piwo z lodówki, wlał do szklanki, zaniósł do pokoju, postawił na stole. Potem podszedł do stojącego przy kominku patefonu, wyszukał Koncert Brandenburski Bacha i założył płytę. Izolacja w kamienicy była dobra, mógł grać, nawet dość głośno, bez obawy, że przeszkadza sąsiadom.</p>
   <p>Usiadł i wypił zimne, świeże piwo. Spłukało słodki, lepki smak ponczu. Zgniótł ustnik papierosa, zapalił, a potem wsparłszy brodę na ręce zapatrzył się w okno.</p>
   <p>Po przeciwnej stronie, za ogrodem, nad oświetlonym księżycem dachem wiosenne niebo było granatowe i pełne gwiazd. Martin Beck słuchał muzyki pozwalając sobie o niczym nie myśleć.</p>
   <p>Czuł się zupełnie odprężony i zadowolony.</p>
   <p>Odwróciwszy płytę na drugą stronę, zdjął z półki nad łóżkiem na pół gotowy model statku „Flying Cloud”. Godzinę prawie pracował nad masztami i wiosłami, potem odstawił model na półkę.</p>
   <p>Rozbierając się, nie bez dumy przyglądał się dwom gotowym już modelom: „Cutty Sark” i szkolnemu statkowi „Danmark”. Wkrótce pozostanie mu już tylko takielunek na „Flying Cloud”, najcięższa i najbardziej cierpliwości wymagająca praca.</p>
   <p>Nago poszedł do kuchni, żeby wstawić do zlewozmywaka popielniczkę i szklankę po piwie.</p>
   <p>Potem zgasił wszystkie światła prócz lampki nad łóżkiem, uchylił okno w sypialni i położył się.</p>
   <p>Nakręcił zegarek wskazujący za pięć wpół do trzeciej i sprawdził, czy jest nastawiony na dzwonienie. Choć według wszelkich przewidywań miał przed sobą wolny dzień i mógł spać tak długo, jak mu się będzie podobało.</p>
   <p>Na nocnym stoliku leżał tom Kurta Bergengrena „Własnym jachtem na letni wypoczynek”.</p>
   <p>Przewracał kartki na chybił-trafił, oglądał ilustracje, które już tyle razy dokładnie studiował, tu i ówdzie przeczytał jakiś urywek z coraz silniejszym uczuciem nostalgii. Wielka i ciężka księga nie nadawała się specjalnie na lekturę do poduszki, ramiona mu wkrótce zdrętwiały od trzymania.</p>
   <p>Zamknął więc książkę i wyciągnął rękę, żeby zgasić światło.</p>
   <p>Wtedy zadzwonił telefon.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>4</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Einar Rönn był naprawdę śmiertelnie zmęczony. Pracował przez siedemnaście godzin bez chwili wytchnienia. Teraz stał w wartowni wydziału kryminalnego w Komendzie Głównej przy Kungsholmsgatan i przyglądał się płaczącej osobie płci męskiej, doprowadzonej za to, że podniosła rękę na bliźniego.</p>
   <p>Określenie „osoba płci męskiej” było zresztą przesadne, gdyż zatrzymany był właściwie dzieckiem. Osiemnastoletni chłopak o długich do ramion blond włosach, w jaskrawo-czerwonych dżinsach i ozdobionej frędzlami zamszowej kurtce z wymalowanym na plecach słowem LOVE.</p>
   <p>Wokół liter wiły się ozdobne esy-floresy z kwiatków w kolorach różowym, niebieskim i fioletowym. Na wywijanych cholewkach długich butów też były kwiatki i napisy, a ściślej określając, dwa słowa: PEACE i MAGGAN. Na ramionach kurtki dowcipnie przyszyte były długie, falujące pasma ludzkich włosów.</p>
   <p>Nasuwało to niemal przypuszczenie, że ktoś został oskalpowany.</p>
   <p>Rönn sam miał się ochotę rozpłakać. Po części z przemęczenia, przede wszystkim jednak dlatego, że – jak to się często ostatnio zdarzało – bardziej żal mu było przestępcy niż ofiary.</p>
   <p>Pięknowłosy chłopak usiłował zabić dostawcę narkotyków. Usiłowanie nie powiodło się całkowicie, ale w dostatecznym stopniu, by można go było uznać za podejrzanego o chęć popełnienia morderstwa.</p>
   <p>Rönn ścigał go od piątej po południu, co znaczy, że musiał wyśledzić i przeszukać ni mniej, ni więcej niż osiemnaście narkomańskich melin, jedna brudniejsza i obrzydliwsza od drugiej, w różnych częściach pięknego skądinąd miasta.</p>
   <p>A wszystko to dlatego, że łotrowi, który dzieciakom na Marietorget sprzedawał opium mieszane z haszyszem, ktoś nabił guza. Wprawdzie uderzono go żelazną rurką, a powodem było to, że sprawca spłukał się do czysta, ale jednak… Tak myślał Rönn. Myślał także: Dziewięć godzin pracy ponad normę, zanim się dostanie do domu – mieszkał w Vällingby – będzie dziesięć.</p>
   <p>No, ale każde zło ma dobrą stronę. W tym wypadku dobrą stroną będzie zapłata za nadgodziny. Rönn pochodził z Laponii, urodzony był w Arjeplog i ożeniony z Laponką. Tym, że mieszka w Vällingby, nie był zachwycony, ale podobała mu się przynajmniej nazwa ulicy, przy której mieszkał.</p>
   <p>Przyglądał się, jak jeden z młodszych kolegów, mający nocny dyżur, wypisuje nakaz zatrzymania i powierza fetyszystę o zamiłowaniu do włosów dwom innym dyżurnym, by go kolei poprowadzili do windy i zawieźli na drugie piętro do ponurej izby zatrzymań.</p>
   <p>Nakaz zatrzymania jest nie tylko obowiązującym zaświadczeniem wystawionym na nazwisko zatrzymanego. Kierownik wartowni robi na odwrotnej stronie odpowiednie notatki. Na przykład: „Szaleniec. Raz po raz rzucał się na ściany. Poraniony”. Albo: „Nieopanowany. Rzucił się na wartownika. Pokaleczony”. Albo też tylko: „Przewrócił się i potłukł”.</p>
   <p>I tym podobne.</p>
   <p>Otwarły się drzwi od dziedzińca i dwóch policjantów z radiowozu wprowadziło starszego człowieka o zmierzwionej siwej brodzie. Dokładnie na progu jeden z policjantów uderzył zatrzymanego pięścią w podbrzusze. Stary człowiek zwinął się w kłębek i wydał zdławiony skowyt, jak pies. Obaj dyżurni niewzruszenie zajmowali się swymi papierkami.</p>
   <p>Rönn zmęczonym wzrokiem spojrzał na policjanta, ale się nie odezwał. Potem ziewnął, spojrzał na zegarek: siedemnaście po drugiej.</p>
   <p>Telefon zadzwonił. Jeden z dyżurnych podniósł słuchawkę.</p>
   <p>– Tak. Tu kryminalny. Gustavsson.</p>
   <p>Rönn włożył futrzaną czapkę i szedł ku drzwiom. Już trzymał rękę na klamce, kiedy dyżurny, zwący się Gustavsson, powiedział:</p>
   <p>– Co? Zaczekaj chwileczkę. Ty jesteś Rönn?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Coś dla ciebie.</p>
   <p>– Co?</p>
   <p>– A coś z Sabbatsberg. Kogoś tam zastrzelili. Okropnie trącony ten chłopak, co dzwoni.</p>
   <p>Rönn westchnął i zawrócił, Gustavsson powiedział jeszcze w słuchawkę:</p>
   <p>– Jeden z komisji zabójstw akurat tu jest. Jakaś większa szycha. Co? – I dodał: – Tak, tak, słyszę. Pewnie, że okropne. A dokładnie gdzie jesteś?</p>
   <p>Gustavsson był chudym dryblasem około trzydziestki, z wyglądu apatycznym i obojętnym.</p>
   <p>Słuchał jeszcze chwilę, potem odłożył słuchawkę i powiedział:</p>
   <p>– Jest przy głównym wejściu do centralnego pawilonu w Sabbatsberg. Najwyraźniej potrzebuje pomocy. Pojedziesz tam?</p>
   <p>– Tak – powiedział Rönn – chyba to zrobię.</p>
   <p>– Chcesz, żeby cię podrzucić? Ten wóz radiowy, zdaje się, jest chwilowo wolny.</p>
   <p>Rönn niechętnie spojrzał na policjantów z radiowozu i potrząsnął głową. Byli wielcy, mocni, uzbrojeni w pistolety i pałki w białych pochwach. Aresztowany leżał u ich nóg zwinięty w kłębek, jęczący. Oni sami wpatrywali się tępo i zazdrośnie w Rönna, w ich płytkoniebieskich oczach malowała się pożądliwość i nadzieja.</p>
   <p>– Nie, wezmę własny wóz – powiedział i wyszedł. Einar Rönn nie był wielką szychą, a w tej chwili nie czuł się nawet jak mała szyszeczka. Niektórzy uważali, że jest dość zdolnym policjantem, inni, że z niego typowy przeciętniak. W każdym razie po długich latach dosłużył się stanowiska pierwszego asystenta w komisji zabójstw. Tropiciel morderców, jak to określano w prozie wieczornych gazet. Co do tego, że jest spokojny, w średnim wieku, że ma czerwony nos i jest nieco zbyt korpulentny z powodu siedzącego trybu życia – wszyscy byli zgodni.</p>
   <p>Przejazd pod wskazany adres zajął mu trzy minuty i dwanaście sekund.</p>
   <empty-line/>
   <p>Szpital Sabbatsberg rozciąga się na wielkiej spadzistej wyniosłości, niemal trójkątnej, podstawą zwróconej ku Vasaparken, wydłużonymi ramionami ku Dalagatan od wschodu i Torsgatan od zachodu, zaś wierzchołkiem, tępo ściętym przez podjazd, ku nowej magistrali przebiegającej nad Barnhusviken. Od strony Torsgatan wgryza się w ten trójkąt wysunięty budynek z czerwonej cegły, gmach gazowni.</p>
   <p>Nazwa szpitala pochodzi od knajpiarza Vallentina Sabbata, który na początku osiemnastego wieku był właścicielem knajp „Rostock” i „Lew” na Starym Mieście. On to kupił tu ziemię i hodował karpie w stawach, obecnie osuszonych lub zasypanych. Zdążył na tym terenie uruchomić gospodę, lecz w trzy lata później, w roku tysiąc siedemset dwudziestym zszedł z tego świata.</p>
   <p>W jakieś dziesięć lat później otwarło się na tym terenie źródło lecznicze czy też wody mineralne, jak je również nazywano. Dwieście lat licząca dawna pijalnia wód, która w ciągu minionych wieków służyła i jako szpital, i jako przytułek dla biednych, stoi teraz przycupnięta w cieniu osiemnastopiętrowego domu rencistów.</p>
   <p>Pierwotnie szpital zbudowany został przed przeszło stu laty na skałach, wzdłuż obecnej Dalagatan i składał się z szeregu pawilonów połączonych długimi, obudowanymi korytarzami.</p>
   <p>Niektóre z tych starych pawilonów są jeszcze czynne, większość jednak została niedawno zburzona i zastąpiona nowymi budynkami, a połączenia korytarzowe znajdują się obecnie pod ziemią.</p>
   <p>W odległej części parku też zachowały się niektóre z wiekowych budynków, mieści się w nich dom starców. Tam też znajduje się niewielka kaplica i wśród trawników, żywopłotów i żwirowanych ścieżek stoi żółta altanka z biało malowanymi narożnikami i spiralną iglicą na szczycie stożkowatego dachu. Od kaplicy prowadzi aleja do starej wartowni przy bramie. Za kaplicą park wznosi się w górę, by skończyć się nagle na szczycie ponad Vasagatan, która skręca i wije się między ścianą skalną i domem wydawnictwa Bonniera. Jest to najspokojniejsza część terenu szpitalnego, panuje tu najmniejszy ruch. Główne wejście znajduje się tak jak i przed stu laty od strony Dalagatan, tam też wznosi się nowy centralny blok.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>5</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Rönn czuł się upiornie w niebieskich błyskach świetlika, obracającego się na dachu samochodu patrolowego.</p>
   <p>– Co się stało? – spytał.</p>
   <p>– Nie wiem dobrze. Coś strasznego.</p>
   <p>Policjant wyglądał bardzo młodo. Miał szczerą sympatyczną twarz, ale spojrzenie rozbiegane. Najwidoczniej z trudem tylko mógł stać spokojnie. Lewą ręką przytrzymywał drzwiczki samochodu, a palce prawej niepewnie przesuwały się po kolbie pistoletu. Dziesięć sekund temu odetchnął z ulgą.</p>
   <p>Boi się chłopak, pomyślał Rönn i powiedział uspokajająco:</p>
   <p>– No, dobrze, zobaczymy. Gdzie to jest?</p>
   <p>– Tam się nie tak łatwo dostać. Pójdę pierwszy.</p>
   <p>Rönn kiwnął głową i wrócił do swego samochodu. Włączył motor i ruszył za niebieskimi błyskami. Szerokim łukiem okrążywszy główny blok wjechali w głąb terenu szpitalnego. W ciągu pół minuty samochód policyjny zdążył trzy razy skręcić w prawo, dwa razy w lewo, zahamować i stanąć przed długim niskim budynkiem o żółto tynkowanych ścianach i czarnym załamanym dachu.</p>
   <p>Dom robił wrażenie prastarego. Zawieszona nad brązowymi spękanymi drzwiami samotna żarówka pod staromodnym mlecznym kloszem bez powodzenia usiłowała zwalczyć ciemność. Policjant wyszedł z samochodu i tak jak przedtem, stanął, palcami dotykając pistoletu i przytrzymując drzwi samochodu niby tarczę chroniącą przed nocą, i tym, co mogło się w niej ukrywać.</p>
   <p>– Tam – powiedział zerkając na drzwi. Rönn skinął głową i stłumił ziewanie.</p>
   <p>– Czy wezwać więcej ludzi?</p>
   <p>– Zobaczymy – dobrodusznie powtórzył Rönn.</p>
   <p>Był już na schodkach i otwierał prawą połowę drzwi. Nie naoliwiane zawiasy skrzypnęły przeraźliwie. Jeszcze kilka schodków, jeszcze jedne drzwi i znalazł się w skąpo oświetlonym korytarzu, wysokim, szerokim i ciągnącym się wzdłuż całego budynku.</p>
   <p>Po jednej stronie korytarza znajdowała się izba chorych i sale, druga, wszystko na to wskazywało, była zarezerwowana na umywalnie, składy bielizny i pokoje badań. W korytarzu był także staroświecki, przymocowany do ściany czarny aparat telefoniczny, taki, do którego trzeba wrzucić dziesięcioörówkę. Rönn popatrzywszy na owalny szyldzik z białej emalii z napisem LEWATYWA, przeszedł do oglądania czterech osób znajdujących się w zasięgu jego wzroku. Dwie z nich były mundurowymi policjantami. Jeden krępy i barczysty, stał w rozkroku, ze zwieszonymi rękami i patrzył wprost przed siebie. W lewej ręce trzymał otwarty notes w czarnej okładce. Jego kolega wspierał się o ścianę z głową pochyloną i wzrokiem zwróconym w głąb żelaznego, na biało lakierowanego zlewu pod staroświeckim mosiężnym kranem.</p>
   <p>Ze wszystkich młodych ludzi, z jakimi Rönn zetknął się w ciągu dziewięciu nadliczbowych godzin pracy, ten był najmłodszy, i wyglądał wprost komicznie w skórzanej kurtce z paskami przez ramię i z całym najwidoczniej zbędnym uzbrojeniem. Stara, siwowłosa kobieta, skurczona na wyplatanym krześle, apatycznie wpatrywała się w swoje trepy. Miała na sobie biały kitel, a na bladych łydkach brzydkie żylaki. Uzupełniał kwartet człowiek około trzydziestki. Miał kędzierzawe czarne włosy i gryzł palce z irytacji. Ubrany był także w biały kitel i trepy.</p>
   <p>Powietrze w korytarzu było nieprzyjemne, pachniało proszkami do czyszczenia, wymiocinami albo lekarstwami, a może wszystkim tym po trochu. Rönn pociągnął nosem nagle i mimo woli i z pewnym opóźnieniem zatkał go dwoma palcami.</p>
   <p>Jedynie policjant z notesem zareagował na wejście Rönna. Nic nie mówiąc wskazał wysokie, na żółtawo lakierowane drzwi z wypisaną na maszynie kartką wsuniętą w metalową ramkę. Drzwi były nie domknięte. Rönn otworzył je szerzej, nie dotykając klamki. Wewnątrz znajdowały się jeszcze jedne drzwi. Też uchylone, ale otwierały się do wewnątrz.</p>
   <p>Rönn pchnął je nogą, zajrzał do pokoju i stanął. Oderwał rękę od swego czerwonego nosa i spojrzał jeszcze raz, tym razem dokładniej.</p>
   <p>– O, rety – powiedział sam do siebie.</p>
   <p>Potem cofnął się, przymykając drzwi zewnętrzne do ich pierwotnego położenia, włożył okulary i przeczytał kartkę na drzwiach.</p>
   <p>– O, Jezu – powiedział.</p>
   <p>Policjant schował notes, wyjął natomiast tabliczkę służbową. Stał teraz przesuwając ją w palcach, jakby to był różaniec albo amulet.</p>
   <p>Wkrótce koniec z tabliczkami, pomyślał Rönn bez związku. W ten sposób długi spór o to, czy tabliczki należy nosić na piersi jako jawny znak identyfikujący, czy też chować w kieszeni skończył się w sposób równie zdumiewający, jak niespodziewany. Po prostu skasowano tabliczki zastępując je zwykłymi kartami tożsamości i policjanci mogli dalej spokojnie kryć się za anonimowością munduru.</p>
   <p>Głośno Rönn powiedział:</p>
   <p>– Jak się nazywasz?</p>
   <p>– Andersson.</p>
   <p>– O której tu się zjawiłeś?</p>
   <p>Policjant spojrzał na zegarek.</p>
   <p>– Szesnaście po drugiej. Dziewięć minut temu. Byliśmy w pobliżu. Przy Odenplan.</p>
   <p>Rönn zdjął okulary i zerknął na chłopaka w mundurze, który z pozieleniałą twarzą niepowstrzymanie wymiotował do zlewu. Andersson podążył za jego spojrzeniem i powiedział bezbarwnym głosem:</p>
   <p>– To aspirant. Pierwszy raz na objeździe.</p>
   <p>– Trzeba się nim zająć – powiedział Rönn. – I wezwać tu pięciu, sześciu ludzi z piątki.</p>
   <p>– Objazdowy wóz z piątki to właśnie ja – powiedział Andersson z taką miną, jakby zamierzał zasalutować, stanąć na baczność albo zrobić coś równie głupiego.</p>
   <p>– Chwileczkę – powiedział Rönn. – Zauważyliście tu coś podejrzanego?</p>
   <p>Było to chyba niezbyt szczęśliwe sformułowanie. Zmieszany policjant ze zdumieniem spojrzał na drzwi separatki.</p>
   <p>– No – odpowiedział niepewnie.</p>
   <p>– A wiesz, kto to taki? Ten tam?</p>
   <p>– Chyba komisarz Nyman?</p>
   <p>– Właśnie, tak.</p>
   <p>– Choć dokładnie nie można tego stwierdzić.</p>
   <p>– Nie – powiedział Rönn. – Z trudem.</p>
   <p>Andersson odszedł. Rönn wytarł pot z czoła i zastanawiał się, co ma robić. Przez dziesięć sekund. Potem podszedł do telefonu i nakręcił numer Martina Becka.</p>
   <p>Natychmiast dostał połączenie i powiedział:</p>
   <p>– Cześć. Tu Rönn. Jestem w Sabbatsberg. Przyjedź tu.</p>
   <p>– Dobrze – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Natychmiast.</p>
   <p>– Dobrze.</p>
   <p>Rönn odłożył słuchawkę i wrócił do pozostałych. Czekali. Dał swoją chusteczkę do nosa aspirantowi, który zawstydzony wytarł usta i powiedział:</p>
   <p>– Przepraszam.</p>
   <p>– Każdemu się może zdarzyć.</p>
   <p>– Nie dałem rady. Czy to zawsze jest tak?</p>
   <p>– No, tego nie można powiedzieć – stwierdził Rönn. – Dwadzieścia jeden lat jestem policjantem, a szczerze mówiąc czegoś podobnego jeszcze nie widziałem.</p>
   <p>Potem zwrócił się do mężczyzny o czarnych kędziorach i spytał:</p>
   <p>– Czy tu jest psychiatryczny?</p>
   <p>– Nix verstehen – powiedział lekarz.</p>
   <p>Rönn wsadził okulary na nos i przyjrzał się plastykowej tabliczce z nazwiskiem, przypiętej do kitla lekarza: DR ÜZK ÜKÖCÖTÜPZE.</p>
   <p>– No cóż – powiedział sam do siebie i schował okulary.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>6</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Pokój miał pięć metrów długości, trzy i pół metra szerokości, a wysokości prawie cztery.</p>
   <p>Pomalowany na kolory bardzo monotonne. Brudnobiały sufit, ściany otynkowane niezdecydowanie na kolor szarawożółty. Podłoga z szaro-białych płyt marmurowych. Ramy okienne popielate, drzwi takież. W oknie wisiały grube draperie z żółtego adamaszku, a pod nimi cienkie firanki. Żelazne łóżko pomalowane na biało, biała powłoczka i podpinka, szary stolik nocny i jasnobrązowe krzesełko. Farba na meblach wytarła się, a spękane ściany spełzły z wiekiem. Tynk na suficie odpadał i w kilku miejscach widać było brunatne plamy wilgoci. Wszystko było stare, ale bardzo czyste. Na stoliku stał ceramiczny wazonik z siedmioma bladoczerwonymi różami. Prócz tego na stoliku znajdowała się para okularów w zatrzaskiwanym futerale, przejrzyste plastykowe naczynko z dwiema tabletkami, małe radio tranzystorowe, nie dojedzone jabłko i szklanka wypełniona do połowy słomianożółtym napojem. Na dolnej półce leżał stos tygodników, cztery listy, blok liniowanego papieru, błyszczący czterokolorowy długopis watermanowski i kilka drobnych monet, dokładnie licząc, osiem dziesięcioörówek, dwie dwudziestopięcioörówki i sześć jednokoronówek.</p>
   <p>Stolik miał dwie szufladki. W górnej znajdowały się trzy używane chusteczki do nosa, mydło w niebieskiej plastykowej mydelniczce, pasta i szczotka do zębów, buteleczka z wodą po goleniu, pudełeczko tabletek od bólu gardła, skórzane etui z cążkami do paznokci nożyczkami i pilnikiem.</p>
   <p>Dolna zawierała portfel, elektryczną maszynkę do golenia, zeszycik znaczków pocztowych, dwie fajki, woreczek z tytoniem i nie zapisaną widokówkę przedstawiającą ratusz sztokholmski. Część ubrania wisiała na oparciu krzesła: szara cajgowa kurtka, spodnie tegoż koloru i z tego samego materiału, i długa do kolan biała koszula. Kalesony i skarpetki leżały na krześle, a obok pod łóżkiem stały pantofle. Przy drzwiach na wieszaku wisiał beżowy szlafrok.</p>
   <p>Tylko jeden kolor w tym lokalu wyróżniał się jaskrawo. Szokująca czerwień.</p>
   <p>Zabity leżał na wznak, nieco w bok przechylony między łóżkiem a oknem. Gardło poderżnięto mu z taką siłą, że głowa została odrzucona prawie pod kątem prostym i lewy policzek wspierał się o podłogę, język wypadł przez ziejący otwór cięcia, a zmiażdżone sztuczne szczęki tkwiły między rozciętymi wargami.</p>
   <p>W momencie gdy zabity padał w tył, gruby strumień krwi trysnął z tętnicy szyjnej, co wyjaśniało szeroką czerwoną smugę w poprzek łóżka i plamy krwi na wazonie i stoliku nocnym.</p>
   <p>Natomiast to, że koszula była zupełnie przesiąknięta, jak i to, że wokół zwłok znajdowała się ogromna kałuża krwi, spowodowane było uszkodzeniem przepony. Powierzchowne oględziny tego uszkodzenia nasuwały przypuszczenie, że ktoś jednym cięciem rozkroił wątrobę, przewody żółciowe, żołądek, śledzionę i brzuszne gruczoły ślinowe. A prócz tego główną tętnicę.</p>
   <p>Cała krew po prostu wyciekła z ciała w ciągu kilku sekund. Skóra miała kolor białoniebieski i wydawała się niemal przejrzysta w miejscach, gdzie można ją było zobaczyć, na przykład na czole, na skroniach i stopach.</p>
   <p>Rana w przeponie była otwarta, miała jakieś dwadzieścia pięć centymetrów długości.</p>
   <p>Spomiędzy brzegów przeciętej błony brzusznej wysuwały się poszarpane organa wewnętrzne.</p>
   <p>Człowiek został po prostu rozrąbany na pół. Nawet dla osób z racji swego zawodu odwiedzających czasami miejsca makabrycznych i krwawych zbrodni było tego za wiele.</p>
   <p>Lecz Martin Beck nie skrzywił się nawet wszedłszy do pokoju. Stojącemu z boku obserwatorowi mogłoby się wydawać, że wszystko to dla niego jest najzwyklejszą rzeczą. Iść z córką do „Złocistego Zacisza”, jeść i pić, rozebrać się, podłubać trochę przy modelu statku, położyć się z książką do łóżka. A potem nagle pędzić na oględziny zmasakrowanego komisarza policji.</p>
   <p>Najgorsze było, że on sam tak właśnie to odczuwał. Jeśli istniało coś, co mogło go zaskoczyć, to właśnie ta jego własna tak widoczna oziębłość.</p>
   <p>Była noc, za dziesięć trzecia, a on przykucnąwszy koło łóżka przyglądał się zwłokom zimno i taksująco.</p>
   <p>– Tak, to Nyman – powiedział.</p>
   <p>– Właśnie. Chyba tak.</p>
   <p>Rönn grzebał wśród drobiazgów leżących na stoliku. Nagle ziewnął i w poczuciu winy zasłonił usta ręką.</p>
   <p>Martin Beck obrzuciwszy go szybkim spojrzeniem zapytał:</p>
   <p>– Sporządziłeś tabelę czasu?</p>
   <p>– Tak – powiedział Rönn. Wyjął notes, gdzie coś wykaligrafował małymi jak paciorki literkami. Włożył okulary i odczytał monotonnie:</p>
   <p>– Pielęgniarka otworzyła drzwi dziesięć po drugiej. Nic niezwykłego nie słyszała ani nie widziała. Normalnie obchodziła cały oddział, zaglądała do pacjentów. Nyman już wtedy nie żył. Jedenaście po drugiej zadzwoniła pod tysiąc dziewięćdziesiąt. Radiowóz został zaalarmowany jedenaście po. Znajdowali się przy Odenplan i jechali tu jakieś trzy, cztery minuty. Przekazali raport kryminalnej siedemnaście po. Ja tu przyjechałem za osiem minut wpół. Zadzwoniłem do ciebie za minutę wpół. Ty przyjechałeś za szesnaście trzecia. – Rönn spojrzał na zegarek. – A teraz jest za osiem trzecia. Kiedy tu się zjawiłem, on nie żył co najmniej od pół godziny.</p>
   <p>– Lekarz tak powiedział?</p>
   <p>– Nie, ja. To znaczy tak wywnioskowałem. Z ciepłoty ciała i tak dalej. Krzepliwość… – umilkł, jak gdyby przekroczeniem było występować z własnymi uwagami.</p>
   <p>Martin Beck w zamyśleniu pocierał nasadę nosa wielkim i wskazującym palcem prawej ręki.</p>
   <p>– A więc, wszystko poszło niesłychanie szybko – powiedział.</p>
   <p>Rönn nie odpowiedział. Zdawał się zastanawiać nad czymś innym i po chwili rzekł:</p>
   <p>– Więc chyba rozumiesz, dlaczego do ciebie zadzwoniłem. Nie dlatego, że… – umilkł. Robił wrażenie roztargnionego.</p>
   <p>– Nie dlatego że?</p>
   <p>– Że Nyman był komisarzem, tylko dlatego… no, ze względu na to – niezdecydowanym gestem wskazał w stronę zwłok. – Przecież on został zarżnięty.</p>
   <p>Po krótkiej przerwie wyciągnął jeszcze jeden wniosek:</p>
   <p>– Mnie się zdaje, że to mógł zrobić tylko wariat.</p>
   <p>Martin Beck przytaknął.</p>
   <p>– Tak – powiedział – na to wygląda.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>7</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Martin Beck zaczynał czuć się dość nieswojo. Doznawał czegoś niewyraźnego i trudnego do określenia, czuł się mniej więcej tak, jak przy czytaniu książki, gdy zakradające się zmęczenie sprawia, że niby to czyta się dalej, a nie przewraca się kartek.</p>
   <p>Z wysiłkiem zdołał opanować się i zawładnąć przesuwającymi się wizjami. Pozostało jednak coś bliskiego temu podstępnemu zamroczeniu, coś, z czego nie od razu się otrząsnął: uczucie niebezpieczeństwa.</p>
   <p>Że coś się stanie. Coś, czemu trzeba za wszelką cenę zapobiec. Tylko nie wiedział co, a tym mniej jak.</p>
   <p>Już nie raz miewał takie uczucie, choć zdarzało się to rzadko. Koledzy żartowali sobie z tej właściwości, nazywając ją intuicją.</p>
   <p>Praca policji opiera się na realizmie, rutynie, uporze i systematyczności. To prawda, że wiele trudnych wypadków wyjaśniono przez przypadek, ale prawdą jest również, że przypadek to pojęcie dość względne i nie należy go mylić ze szczęściem czy też ślepym trafem. W śledztwie nad zbrodnią chodzi o to, by oczka sieci przypadkowości były jak najmniejsze. Doświadczenie odgrywa przy tym zdecydowanie większą rolę niż genialne natchnienie. Dobra pamięć i zwykły prosty rozsądek – to właściwości warte więcej niż intelektualna błyskotliwość.</p>
   <p>Na intuicję nie ma miejsca w praktyce policyjnej pracy. Intuicja nie jest nawet właściwością, a jeżeli, to w równie małej mierze, jak astrologia czy frenologia mogą być nazywane naukami.</p>
   <p>A przecież on tę właściwość posiadał – choć niechętnie się do tego przyznawał – i zdarzały się wypadki, w których wiodła go we właściwym kierunku.</p>
   <p>Chociaż jego psychiczna ambiwalencja mogła także zależeć od prostszych, bardziej oczywistych i znajdujących się pod ręką zjawisk.</p>
   <p>Na przykład Rönn.</p>
   <p>Martin Beck stawiał duże wymagania tym, z którymi współpracował. Winę za to ponosił Lennart Kollberg, od wielu lat najbliższy mu, z początku jako detektyw na etacie miasta Sztokholmu, potem w starej siedzibie policji państwowej w Västberdze. Kollberg zawsze był jego najpewniejszym partnerem, który zawsze niezawodnie odparowywał rzut, najotwarciej stawiał pytania i dawał najtrafniejsze cięte repliki. Ale Kollberg był niedostępny. Najprawdopodobniej spał spokojnie we własnym domu, a nie istniał żaden dopuszczalny powód, by go zbudzić. Byłoby to sprzeczne z przepisami i obraźliwe wobec Rönna.</p>
   <p>Martin Beck spodziewał się, że Rönn zrobi albo przynajmniej powie coś, co by wskazywało, że on także pojmuje niebezpieczeństwo. Że wystąpi z jakimiś twierdzeniami lub przypuszczeniem, które Martin Beck mógłby odrzucić lub rozwijać dalej.</p>
   <p>Ale Rönn się nie odezwał. Spokojnie i z zawodową wprawą zajmował się tym, co do niego należało. Chwilowo było to jego dochodzenie, robił więc, co przypuszczalnie było konieczne.</p>
   <p>Teren pod oknem był ogrodzony sznurem i kozłami, samochody podjechały, zapaliły się reflektory, snop światła rozjaśnił teren, a owalne białe plamy policyjnych lampek kieszonkowych bezładnie skakały po ziemi jak wystraszone jazgarze, które uciekają w popłochu, gdy ktoś zbliży się do brzegu zakłócając ich spokój.</p>
   <p>Rönn przejrzał wszystko, co znajdowało się na nocnym stoliku i nie znalazł nic prócz codziennych osobistych drobiazgów i kilku zdawkowych listów z rodzaju tych nie rozumiejących, nonszalanckich, jakie ludzie zwykli pisywać do osób podejrzanych o to, że są ciężko chore.</p>
   <p>Personel cywilny z piątego komisariatu przejrzał sąsiednie pokoje chorych i sale, nie znajdując nic godnego uwagi.</p>
   <p>Chcąc się czegoś dowiedzieć Martin Beck musiałby pytać, i to formułując pytania jasno, w zwrotach, których nie można mylnie zrozumieć.</p>
   <p>Prawdą było po prostu, że źle się im razem pracowało. Obaj od dawna o tym wiedzieli i dlatego starali się zwykle uniknąć wylądowania w sytuacji, w której byliby zdani całkowicie na siebie.</p>
   <p>Martin Beck niezbyt wysoko cenił Rönna, czego tamten był w pełni świadom i co wywoływało w nim kompleks niższości. Martin Beck ze swej strony uważał trudności nawiązania kontaktu za dowód własnej słabości i sam czuł się skrępowany.</p>
   <p>Rönn otworzył poczciwą starą teczkę, zabezpieczył trochę odcisków palców i polecił rozłożyć plastykowe osłony na podłodze pokoju i na ziemi pod oknem, by uchronić także część śladów; upewnił się w ten sposób, że szczegóły, mogące się później okazać ważne, nie zostaną w naturalny sposób starte albo też zniszczone przez nieostrożność. Chodziło przede wszystkim o odciski stóp.</p>
   <p>Martin Beck był jak zwykle i od lat już przeziębiony. Pociągał nosem i kaszlał długo i chrypliwie. Rönn nie reagował na to. Nie mówił nawet na zdrowie, gdy tamten kichał. Widocznie ta drobna uprzejmość nie należała do zasobu jego dobrych manier, a to powiedzenie nie wchodziło w skład jego słownika. A jeżeli coś na temat kichania myślał, zatrzymywał to dla siebie.</p>
   <p>Nic im nie wychodziło bez słów, więc Martin Beck uznał za wskazane spytać:</p>
   <p>– Czy ten pawilon nie wygląda na nieco podupadły?</p>
   <p>– Owszem – powiedział Rönn. – Pojutrze mieli go opróżnić i zmodernizować, czy też przerobić na jakiś inny użytek. A pacjentów miano przenieść do nowych pomieszczeń w centralnym bloku.</p>
   <p>Myśli Martina Becka szybko zwekslowały na inny tor i w chwilę później powiedział raczej sam do siebie:</p>
   <p>– Ciekawe, czym on się posłużył, może maczetą albo mieczem samurajskim.</p>
   <p>– Nic podobnego – rzekł Rönn właśnie wszedłszy do pokoju. – Znaleźliśmy narzędzie zbrodni. Leżało pod oknem, w odległości czterech metrów.</p>
   <p>Wyszli popatrzeć.</p>
   <p>W zimnym białym świetle reflektorów leżała broń sieczna z szerokim ostrzem.</p>
   <p>– Bagnet – stwierdził Martin Beck.</p>
   <p>– Tak. Do Mausera.</p>
   <p>Sześciomilimetrowy karabin to typowa broń wojskowa. Kiedyś była używana głównie w artylerii i kawalerii. Obecnie ten typ został prawdopodobnie wycofany z użycia i skreślony z rejestrów intendentury.</p>
   <p>Całe ostrze pokryte zaschniętą krwią.</p>
   <p>– Czy da się utrwalić odciski palców na tej karbowanej rękojeści?</p>
   <p>Rönn wzruszył ramionami.</p>
   <p>Każde słowo trzeba było z niego wyciągać, jeżeli nie siłą, to w każdym razie odpowiednim naciskiem.</p>
   <p>– Zostawisz to tak, póki się nie rozjaśni?</p>
   <p>– Chyba – powiedział Rönn. – Tak będzie najlepiej.</p>
   <p>– Chciałbym możliwie jak najprędzej pomówić z rodziną Nymana. Uważasz, że można o tej porze pojechać do żony?</p>
   <p>– Pewnie, że można – powiedział Rönn bez przekonania.</p>
   <p>– Z któregoś końca musimy zacząć. Pojedziesz ze mną?</p>
   <p>Rönn coś mruknął.</p>
   <p>– Co mówisz? – spytał Martin Beck wycierając nos.</p>
   <p>– Trzeba sprowadzić fotografa – rzekł Rönn.</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>Robił wrażenie straszliwie ospałego.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>8</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Rönn pierwszy podszedł do samochodu, usiadł za kierownicą i czekał na Martina Becka, który podjął się niecodziennego obowiązku zatelefonowania do wdowy.</p>
   <p>– Dużo jej powiedziałeś? – spytał Rönn, gdy Martin Beck usadowił się obok niego.</p>
   <p>– Tylko, że nie żyje. Chorował ciężko, nie było to więc może tak zupełnie nieoczekiwane. Dziwi się tylko pewnie teraz, co my z tym mamy wspólnego.</p>
   <p>– A jak ci się wydawała? Zaskoczona?</p>
   <p>– Tak, oczywiście. Natychmiast chciała biec do taksówki i przyjechać do szpitala. Teraz lekarz z nią mówi. Mam nadzieję, że uda mu się nakłonić ją, żeby zaczekała w domu.</p>
   <p>– Słusznie. Gdyby go teraz zobaczyła, doznałaby szoku. Już i tak kiepsko, że trzeba jej opowiedzieć, jak to było.</p>
   <p>Rönn jechał przez Dalagatan w kierunku północnym ku Odengatan. Przed Instytutem Eastmana stał czarny volkswagen. Rönn wskazując głową w jego stronę powiedział:</p>
   <p>– Nie dość, że zaparkował w niedozwolonym miejscu, to jeszcze wjechał na trotuar. Ma szczęście, że nie jesteśmy z komendy ruchu.</p>
   <p>– I musiał pewnie być pijany, jeżeli tak ustawił wóz – dorzucił Martin Beck.</p>
   <p>– Albo musiała – rzekł Rönn. – Pewnie kobieta. Już kobieta w samochodzie…</p>
   <p>– Typowo szablonowy sposób myślenia – zaprotestował Martin Beck. – Gdyby to moja córka usłyszała, to ty byś usłyszał kazanie.</p>
   <p>Samochód skręcił w Odengatan i minąwszy kościół Gustava Vasy wjechał w Odenplan. Na postoju stały dwie wolne taksówki z zapalonymi szyldzikami, a przed Biblioteką Miejską żółty samochód-śmieciarka z pomarańczowym migaczem na dachu czekał na zielone światło.</p>
   <p>Martin Beck i Rönn jechali w milczeniu. Przy Sveavägen wyprzedzili śmieciarkę, która z warkotem ciężko stanęła. Przy Wyższej Szkole Handlowej wjechali na lewo w Kungstensgatan.</p>
   <p>– Niech to diabli – powiedział nagle Martin Beck z naciskiem.</p>
   <p>– Właśnie – przyznał Rönn.</p>
   <p>Potem znowu w samochodzie zapanowała cisza. Kiedy przecięli Birger Jarlgatan, Rönn zwolnił i zaczął szukać właściwego numeru. Brama naprzeciw szkoły miejskiej otworzyła się i młody człowiek wysunął głowę i spojrzał w ich stronę. Przytrzymując otwartą bramę, czekał, aż zaparkują wóz i przejdą przez jezdnię.</p>
   <p>Podszedłszy bliżej zobaczyli, że chłopiec jest młodszy niż się wydawał na odległość. Był wysoki, prawie jak Martin Beck, ale wyglądał najwyżej na piętnaście lat.</p>
   <p>– Nazywam się Stefan – powiedział. – Mama czeka na górze.</p>
   <p>Podążyli za nim na drugie piętro, gdzie drzwi były uchylone. Chłopiec wskazał im drogę przez przedpokój i hall do pokoju bawialnego.</p>
   <p>– Zaraz przyprowadzę mamę – wymamrotał i zniknął w hallu.</p>
   <p>Martin Beck i Rönn stojąc na środku pokoju rozglądali się dokoła. Bardzo tu było schludnie.</p>
   <p>W głębi pokoju ustawiony był komplet mebli pochodzących, z wyglądu sądząc, z lat czterdziestych, złożony z kanapki, trzech miękkich, wykonanych z jasnego polerowanego drzewa foteli w kwiecistych kretonowych pokrowcach, i z owalnego stolika z takiegoż jasnego drzewa. Na stole leżała biała ażurowa serwetka z frywolitek, a na środku serwetki stał kryształowy wazon z czerwonymi tulipanami. Dwa okna pokoju wychodziły na ulicę, za białymi koronkowymi firankami widniały w nich pędy dobrze utrzymanych roślin doniczkowych. Jedną z krótszych ścian całkowicie zakrywała mahoniowa błyszcząca półka na książki, w połowie wypełniona tomami w skórzanej oprawie, a w połowie pamiątkami i bibelotami. Umeblowania dopełniały rozrzucone pod ścianami polerowane stoliczki, dźwigające srebrne i kryształowe drobiazgi, i czarne pianino z wiekiem opuszczonym na klawiaturę. Na pianinie stały rzędem oprawione w ramki fotografie rodzinne. Na ścianach wisiały martwe natury i pejzaże w szerokich ozdobnych złoconych ramach. U sufitu lśniła kryształowa korona, pod nogami mieli puszysty wschodni dywan koloru czerwonego wina.</p>
   <p>Obserwując te szczegóły Martin Beck nasłuchiwał: od strony hallu zbliżały się kroki. Rönn poszedł do półki i podejrzliwie oglądał mosiężną czaszkę rena, ozdobioną z jednej strony jaskrawo barwnym obrazkiem, przedstawiającym górskie karłowate brzozy, renifera i Lapończyka, a także słowo „Arjeplog” wypisane czerwonymi pełnymi zawijasów literami.</p>
   <p>Do pokoju weszła pani Nyman wraz z synem. Ubrana w czarną wełnianą suknię, czarne pończochy i pantofle, w ręce ściskała białą chusteczkę. Była zapłakana.</p>
   <p>Martin Beck i Rönn przedstawili się. Z jej miny można było wywnioskować, że nigdy o nich nie słyszała.</p>
   <p>– Proszę usiąść – powiedziała sadowiąc się w jednym z kwiecistych foteli.</p>
   <p>Gdy usiedli, spojrzała na nich z rozpaczą.</p>
   <p>– Co się właściwie stało? – powiedziała głosem, który zdawał się nieco ostry.</p>
   <p>Rönn wyciągnął chustkę i długo i starannie ucierał swój czerwony nos. Martin Beck wcale nie oczekiwał jakiejkolwiek pomocy z jego strony.</p>
   <p>– Jeśli ma pani w domu jakieś środki uspokajające, jakieś tabletki, to wydaje mi się, że dobrze byłoby zażyć kilka – powiedział.</p>
   <p>Chłopiec podniósł się z taboretu przy pianinie i powiedział:</p>
   <p>– Tatuś ma… w łazience jest pudełko restonilu. Czy przynieść?</p>
   <p>Martin Beck skinął głową. Chłopiec wyszedł do łazienki i wrócił z tabletkami i szklanką wody. Martin Beck sprawdziwszy etykietę wytrząsnął dwie pastylki na wieczko pudełka, a pani Nyman przełknęła je posłusznie, popijając łykiem wody.</p>
   <p>– Dziękuję – powiedziała. – A teraz zechcą panowie być tak uprzejmi i wyjaśnić, czego panowie sobie życzą. Stig nie żyje, i ani ja, ani panowie nic na to nie poradzimy. – Przycisnęła chusteczkę do ust i powiedziała zdławionym głosem: – Dlaczego nie pozwolono mi do niego iść, to przecież mój mąż. Co oni z nim zrobili w tym szpitalu. Ten doktor… taki dziwny się wydawał…</p>
   <p>Syn podszedł i usiadłszy na oparciu jej krzesła, otoczył ją ramieniem.</p>
   <p>Martin Beck wykręcił się na krześle tak, by znaleźć się naprzeciw niej, zerknął na Rönna, cicho tkwiącego na sofie, i rzekł:</p>
   <p>– Pani Nyman, nie choroba była powodem śmierci pani męża. Ktoś zakradł się do jego pokoju i zabił go.</p>
   <p>Kobieta wlepiła w niego oczy i poznał po jej spojrzeniu, że parę sekund minęło, nim zrozumiała sens tego, co powiedział. Opuściła rękę trzymającą chusteczkę i przycisnęła ją do piersi. Zbladła.</p>
   <p>– Zabił? Ktoś go zabił? Nie rozumiem.</p>
   <p>Synowi zbielały nozdrza i mocniej ogarnął ramiona matki.</p>
   <p>– Kto? – powiedział.</p>
   <p>– Nie wiemy. Pielęgniarka znalazła go na podłodze w jego pokoju, tuż po drugiej. Ktoś wszedł przez okno i zabił go bagnetem. Stało się to zapewne tak szybko, że nie zdążył pojąć, co się dzieje.</p>
   <p>Tak powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Wszystko wskazuje na to, że został zaskoczony – rzekł Rönn. – Gdyby zdążył zareagować, próbowałby się bronić, a nic o tym nie świadczy.</p>
   <p>Kobieta popatrzyła na Rönna.</p>
   <p>– Ale dlaczego? – powiedziała.</p>
   <p>– Nie wiemy – rzekł Rönn.</p>
   <p>I na tym koniec.</p>
   <p>– Chcemy się dowiedzieć, pani mogłaby może nam w tym dopomóc – rzekł Martin Beck. – Nie chcemy pani niepotrzebnie dręczyć, ale o parę rzeczy musimy spytać. Przede wszystkim: czy przychodzi pani na myśl ktoś, kto mógłby to zrobić?</p>
   <p>Kobieta bezradnie potrząsnęła głową.</p>
   <p>– Nie wiadomo pani, czy nie był przez kogoś szantażowany? Czy nie było kogoś, kto mógłby chcieć jego śmierci? Kogoś, kto mógłby mu grozić?</p>
   <p>Znów potrząsnęła głową.</p>
   <p>– Nie – powiedziała. – Dlaczego ktoś miałby mu grozić?</p>
   <p>– Ktoś, kto go nienawidził.</p>
   <p>– A dlaczego miałby go ktoś nienawidzić?</p>
   <p>– Proszę pomyśleć – powiedział Martin Beck. – Czy nic nie wiadomo pani o kimś, kto czuł się skrzywdzony przez pani męża. Był przecież policjantem, robienie sobie wrogów należy do tego zawodu. Mąż nigdy nie wspominał, że ktoś miał do niego złość albo odgrażał się?</p>
   <p>Wdowa błędnie spojrzała na syna, potem na Rönna i znowu na Martina Becka.</p>
   <p>– Nic takiego nie mogę sobie przypomnieć. A przecież bym pamiętała, gdyby coś mówił.</p>
   <p>– Tatuś w domu nie rozmawiał o swojej pracy – powiedział Stefan. – Chyba lepiej byłoby spytać o to w komisariacie.</p>
   <p>– To także zrobimy – odparł Martin Beck. – Jak długo chorował?</p>
   <p>– Długo, dokładnie nie pamiętam – chłopiec spojrzał na matkę.</p>
   <p>– Od czerwca zeszłego roku – wyjaśniła. – Tuż przed świętym Janem zachorował, miał straszne bóle brzucha i zaraz po święcie poszedł do doktora. Doktor przypuszczał, że to wrzód żołądka i dał mu zwolnienie. Od tego czasu ciągle miał zwolnienie i był u wielu lekarzy. Każdy mówił co innego i inne lekarstwa zapisywał. W końcu trzy tygodnie temu pojechał do szpitala, tam też przez cały czas tylko robili obserwacje i mnóstwo różnych badań, i nie doszli, co to właściwie takiego.</p>
   <p>Zdawało się, że gadanina odwraca jej myśli i pomaga przezwyciężyć szok.</p>
   <p>– Tatuś przypuszczał, że to rak – powiedział chłopiec. – Lekarze mówili, że nie. Ale wciąż okropnie źle się czuł.</p>
   <p>– A co robił przez ten czas? Zupełnie nie pracował od zeszłego lata?</p>
   <p>– Nie pracował – powiedziała pani Nyman. – Był naprawdę okropnie słaby. Ataki bólu trwały po kilka dni z rzędu, wtedy musiał leżeć w łóżku. Łykał mnóstwo pigułek, ale niewiele pomagały. Jesienią chodził czasem do komisariatu, żeby dojrzeć wszystkiego, jak mówił, ale pracować nie mógł.</p>
   <p>– I nie przypomina sobie pani, żeby kiedy powiedział albo zrobił coś, co mogłoby mieć związek z tym, co się stało? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>Potrząsnęła głową i zaczęła szlochać z suchymi oczami. Jej spojrzenie omijało Martina Becka, pustym wzrokiem wpatrywała się przed siebie.</p>
   <p>– Masz rodzeństwo? – zwrócił się Rönn do chłopca.</p>
   <p>– Tak, siostrę, ale jest zamężna i mieszka w Malmö.</p>
   <p>Rönn spojrzał pytająco na Martina Becka, który w zamyśleniu obracając w palcach papieros przyglądał się siedzącej przed nim parze.</p>
   <p>– Teraz już pójdziemy – powiedział do chłopca. – Przypuszczam, że potrafisz zająć się mamą, najlepiej jednak byłoby sprowadzić doktora, żeby dał jej coś na sen. Czy jest jakiś lekarz, do którego mógłbyś zadzwonić o tej porze?</p>
   <p>Chłopiec kiwnął głową i wstał.</p>
   <p>– Doktor Blomberg – powiedział. – On zwykle przychodzi, kiedy ktoś jest chory w domu.</p>
   <p>Wyszedł do hallu, słyszeli, jak nakręca numer, po chwili ktoś się zgłosił. Rozmowa była krótka, wrócił, stanął obok matki. Wyglądał teraz bardziej dorośle niż przedtem, kiedy go zobaczyli w bramie.</p>
   <p>– Przyjdzie – powiedział chłopiec. – Nie potrzebują panowie czekać. To nie potrwa długo.</p>
   <p>Wstali, a Rönn podszedł do wdowy i położył jej rękę na ramieniu. Nie poruszyła się, a gdy wychodzili, nie powiedziała słowa. Chłopiec odprowadził ich do drzwi.</p>
   <p>– Będziemy pewnie musieli wrócić – powiedział Martin Beck. – Zadzwonimy przedtem, żeby się dowiedzieć, jak się czuje pani Nyman.</p>
   <p>Gdy się znaleźli na ulicy zapytał:</p>
   <p>– Dobrze znałeś Nymana?</p>
   <p>– Nie tak bardzo – odpowiedział Rönn wymijająco.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>9</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Białoniebieskie światło lampy błyskowej rozświetliło na chwilę brudnożółtą fasadę szpitalnego pawilonu, gdy Martin Beck i Rönn powrócili na miejsce zbrodni. Jeszcze kilka samochodów tu przybyło, stały zaparkowane na podjeździe, z zapalonymi reflektorami.</p>
   <p>– Widocznie nasz fotograf już jest – powiedział Rönn.</p>
   <p>Fotograf podszedł do nich, gdy wysiadali z samochodu. Nie miał z sobą torby, aparat i lampę trzymał w ręce, a kieszenie wydymały się od rolek zapasowych filmów, błyskówek i obiektywów. Martin Beck znał go, spotykali się już dawniej na różnych miejscach zbrodni.</p>
   <p>– Coś mi się zdaje – powiedział do Rönna – że prasa zdążyła przed nami.</p>
   <p>Fotograf, który był pracownikiem jednej z wieczornych gazet, przywitał się i zrobił ich zdjęcie, gdy zmierzali ku wejściu. Tuż przy schodkach stał dziennikarz z tejże gazety i próbował nawiązać rozmowę z policjantem. Zobaczywszy Martina Becka zwrócił się do niego i powiedział:</p>
   <p>– Dzień dobry, komisarzu, czy można wejść z panem?</p>
   <p>Martin Beck odmownie potrząsnął głową i wszedł na schody wraz z Rönnem.</p>
   <p>– Mały wywiadzik mógłbym przecież mieć – nacierał dziennikarz.</p>
   <p>– Później – powiedział Martin Beck przytrzymując drzwi dla Rönna i szybko zamykając je przed nosem reporterowi, który się nieco skrzywił.</p>
   <p>Fotograf policyjny też już dobił, czekał ze swym ekwipunkiem pod pokojem zmarłego. W głębi korytarza stał ów lekarz o dziwacznym nazwisku i policjant z piątki, po cywilnemu. Rönn wprowadził fotografa do pokoju chorego, żeby mógł zacząć pracę. Martin Beck podszedł do stojących w głębi.</p>
   <p>– No i jak tam? – spytał. Oklepane pytanie.</p>
   <p>Tajniak – nazywał się Hansson – podrapał się w kark i powiedział:</p>
   <p>– Rozmawialiśmy z większością pacjentów z tego korytarza, nikt nic nie widział ani nie słyszał. Próbowałem właśnie ustalić z doktorem… tak, z panem doktorem, kiedy będzie można pomówić z pozostałymi.</p>
   <p>– A z tymi, co leżą w sąsiednich pokojach? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Też – powiedział Hansson. – Wchodziliśmy do wszystkich sal. Nikt nic nie zauważył; ściany przecież grube, w takim starym domu.</p>
   <p>– Ci pozostali mogą zaczekać do śniadania – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>Lekarz się nie odzywał. Prawdopodobnie nie rozumiał po szwedzku i po chwili wskazując w kierunku dyżurki powiedział:</p>
   <p>– Have to go.</p>
   <p>Hansson kiwnął głową i kruczo-kędzierzawy doktor odszedł stukając drewniakami.</p>
   <p>– Znałeś Nymana? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– No, tego bym nie powiedział. Nigdy nie pracowałem w jego obwodzie, ale oczywiście spotykaliśmy się mnóstwo razy. Jeden z najstarszych, był już chyba komisarzem, jak ja zacząłem, dwanaście lat temu.</p>
   <p>– A wiesz o kimś, kto go dobrze znał?</p>
   <p>– Możesz przecież przepytać chłopaków z „Klary”. On tam tkwił, nim zachorował.</p>
   <p>Martin Beck przytaknął i spojrzał na elektryczny zegar ścienny nad drzwiami umywalni. Za kwadrans piąta.</p>
   <p>– Chyba tam od razu pojadę – powiedział. – Tu chwilowo niewiele mogę zrobić.</p>
   <p>– Jedź – powiedział Hansson. – Powiem Rönnowi, gdzie cię można znaleźć.</p>
   <p>Wyszedłszy na zewnątrz, Martin Beck głęboko odetchnął. Chłodne nocne powietrze było świeże i rześkie. Reportera i fotografa jakoś nie było widać, policjant wciąż stał przy schodach.</p>
   <p>Skinąwszy mu głową Martin Beck ruszył ku bramie.</p>
   <empty-line/>
   <p>W ciągu ostatniego dziesięciolecia śródmieście Sztokholmu poddane zostało potężnym i gruntownym przeobrażeniom, całe kwartały zrównane zostały z ziemią, a na ich miejsce wzniesiono nowe. Zmieniła się struktura miasta, system komunikacyjny poszerzał się coraz bardziej, a nowe budownictwo nie było w najmniejszej mierze odbiciem ambicji stworzenia przyjemnego człowiekowi środowiska, odzwierciedlało raczej dążenie właścicieli do tego, by w pełni wyeksploatować drogie działki budowlane. W samym sercu miasta nie zadowolono się wyburzeniem dziewięćdziesięciu procent budynków i zniwelowaniem całej pierwotnej sieci ulic, pogwałcono nawet naturalną topografię.</p>
   <p>Mieszkańcy Sztokholmu ze smutkiem i rozgoryczeniem patrzyli, jak doskonale nadające się do wykorzystania i niezastąpione stare kamienice czynszowe burzy się, by zrobić miejsce sterylnym, pozbawionym wyrazu biurowcom, biernie pozwalali deportować się do odległych sennych osiedli, podczas gdy przytulne, pełne życia dzielnice, w których żyli i pracowali, obracały się w ruinę. Śródmieście stało się trudno dostępnym i hałaśliwym placem budowy, z którego wolno lecz nieustępliwie wznosiło się nowe city z szerokimi, tętniącymi szlakami komunikacyjnymi, błyszczącymi fasadami ze szkła i metalu – martwe płaszczyzny gładkiego betonu, zimno i pustka.</p>
   <p>W tym szaleństwie odnowy komisariaty policji zostały jak gdyby zupełnie zapomniane, wszystkie lokale komisariatów w obrębie śródmieścia pozostały staroświeckie i zniszczone, a ponieważ liczba personelu z biegiem lat wzrastała, przeważnie cierpiały też na ciasnotę. W czwartym komisariacie, do którego Martin Beck właśnie zmierzał, brak miejsca był jednym z głównych problemów.</p>
   <p>Gdy wysiadł z taksówki przed komisariatem przy Regeringsgatan, zaczęło się już rozjaśniać. Słońce mogło wzejść lada chwilę, niebo nadal było bezchmurne i wyglądało na to, że dzień będzie piękny, choć dość zimny.</p>
   <p>Martin Beck wszedł po kilku schodkach i pchnął drzwi. Na prawo znajdowała się centrala telefoniczna, chwilowo nieczynna, i bariera, za którą siedział starszy siwowłosy policjant. Wsparty łokciami o ladę bariery, czytał rozłożone przed nim poranne gazety. Gdy zobaczył wchodzącego, wyprostował się i zdjął okulary.</p>
   <p>– O, komisarz Beck tak o świcie – powiedział. – Patrzę właśnie, czy w porannych gazetach jest coś o komisarzu Nymanie. Cóż za okropna historia. – Włożył znowu okulary, poślinił palec i odwrócił kartę gazety. – Nie zdążyli chyba zamieścić – dodał.</p>
   <p>– Nie – powiedział Martin Beck – widocznie nie zdążyli. Sztokholmskie gazety poranne są obecnie bardzo wcześnie podpisywane do druku, najprawdopodobniej gotowe już były, kiedy Nyman został zamordowany.</p>
   <p>Minąwszy barierę Martin Beck wszedł do pokoju dyżurnych. Był pusty. Na stole poranne gazety, kilka pełnych popielniczek, kubki po kawie. Przez szybę jednego z pokoików przesłuchań zobaczył dyżurnego, pierwszego asystenta, rozmawiał z jakąś kobietą o długich jasnych włosach.</p>
   <p>Na widok komisarza wstał i powiedziawszy coś do kobiety, wyszedł ze szklanego boksu, zamykając za sobą drzwi.</p>
   <p>– Cześć – powiedział. – Czy mnie szukasz?</p>
   <p>Martin Beck usiadł przy końcu stołu, przysunął sobie popielniczkę i zapalił papierosa.</p>
   <p>– Nikogo specjalnie nie szukam – powiedział. – Ale masz chwilkę czasu?</p>
   <p>– A możesz troszkę zaczekać? – odpowiedział tamten. – Dopilnuję tylko, żeby tę osobę wyprawili do kryminalnej.</p>
   <p>Zniknął i wrócił po kilku minutach z policjantem z radiowozu, przyniósł z biurka kopertę, dał ją posterunkowemu. Kobieta podniosła się, przewiesiła torebkę przez ramię i szybkim krokiem poszła ku drzwiom wyjściowym. Nie odwracając się, powiedziała: – Chodź, chłopaczku, jedziemy.</p>
   <p>Policjant spojrzał na dyżurnego, który wzruszył ramionami. Włożył czapkę i rozbawiony ruszył za kobietą.</p>
   <p>– Zadomowiona tu – zauważył Martin Beck.</p>
   <p>– Pewnie. Nie pierwszy raz. I na pewno nie ostatni. – Usiadł przy stole i zaczął wytrząsać fajkę nad popielniczką. – Odrażające to z Nymanem – powiedział. – Jak to właściwie było?</p>
   <p>Martin Beck opowiedział pokrótce, co zaszło.</p>
   <p>– Coś okropnego. To musiał zrobić jakiś zupełny pomyleniec. Ale dlaczego właśnie Nyman?</p>
   <p>– Znałeś dobrze Nymana? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Nie tak znowu dobrze. To nie był człowiek z rodzaju takich, których się dobrze zna.</p>
   <p>– On tu był na specjalne zlecenie. Kiedy przeszedł tu do czwartego?</p>
   <p>– Trzy lata temu dostał oddzielny pokój. W lutym sześćdziesiątego ósmego.</p>
   <p>– Jakiego rodzaju to był człowiek? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>Tamten nabił fajkę i zapalił, nim odpowiedział.</p>
   <p>– Nie bardzo wiem, jak go mam opisać. Ty go też przecież znałeś? Ambitny, można chyba powiedzieć, uparty, bez specjalnego poczucia humoru. W poglądach dość konserwatywny. Tu u nas młodzi chłopcy bali się go, choć właściwie nie mieli z nim do czynienia. Potrafił być naprawdę szorstki. Ale ja, jak już powiedziałem, znałem go bardzo mało.</p>
   <p>– Miał bliskich przyjaciół wśród pracowników?</p>
   <p>– U nas w każdym razie nie. Nasz komisarz i on niezbyt się zgadzali, tak mi się wydaje. A jak poza tym, nie wiem.</p>
   <p>Zamyślił się, obrzucił Martina Becka dziwnym spojrzeniem, wahającym i naznaczonym tajnym zrozumieniem. – Cóż – powiedział.</p>
   <p>– Co takiego?</p>
   <p>– Miał chyba w dalszym ciągu przyjaciół na Kungsholmen, no nie?</p>
   <p>Martin Beck nie odpowiedział, zapytał natomiast:</p>
   <p>– A nieprzyjaciół?</p>
   <p>– Nie wiem. Prawdopodobnie miał nieprzyjaciół, ale raczej nie tu i nie do tego stopnia…</p>
   <p>– Nie wiesz, czy mu ktoś nie groził? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Nie, nie byłem jego powiernikiem, nie zwierzał mi się. Zresztą…</p>
   <p>– Co?</p>
   <p>– Zresztą, Nyman nie był człowiekiem, który by pozwolił sobie grozić.</p>
   <p>W boksie zadzwonił telefon, dyżurny poszedł go odebrać.</p>
   <p>Martin Beck stanął przy oknie, z rękami w kieszeniach. W lokalu komisariatu panowała cisza. Słychać było jedynie głos rozmawiającego przez telefon i suche pokaszliwanie starego policjanta od strony centralki. Prawdopodobnie piętro niżej w oddziale zatrzymań nie było tak spokojnie.</p>
   <p>Martin Beck poczuł nagle zmęczenie, oczy piekły z niewyspania, a w gardle drapało od zbyt wielu papierosów.</p>
   <p>Zanosiło się na dłuższą rozmowę telefoniczną. Martin Beck ziewał, przeglądał gazety, czytał nagłówki, i ten i ów podpis pod zdjęciem, nie myśląc o tym, co czyta. W końcu złożył gazety, zapukał w okno boksu, a gdy tamten podniósł wzrok, dał mu na migi do zrozumienia, że zamierza odejść. Dyżurny kiwnął głową i dalej mówił w słuchawkę.</p>
   <p>Martin Beck zapalił jeszcze jednego papierosa i z roztargnieniem pomyślał, że to chyba pięćdziesiąty od pierwszego porannego zaciągnięcia się – wkrótce dobę temu.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>10</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Trzeba pozbawić życia policjanta – wtedy wpadnie się z całą pewnością.</p>
   <p>Oto prawda obowiązująca w wielu miejscach globu, w Szwecji wcale nie mniej niż gdzie indziej. W historii szwedzkiej kryminalistyki wiele jest niewyjaśnionych morderstw, ale ani jedno z nich nie jest zabójstwem policjanta.</p>
   <p>Kiedy ofiarą jest członek własnego zespołu, w policję wstępują wzmożone siły. Cichnie wszelka gadanina o za małym personelu i braku rezerw, i nagle mobilizuje się setki ludzi do śledztwa, które w innym wypadku prowadziłyby trzy, cztery osoby.</p>
   <p>Kto podniesie rękę na policjanta, zawsze zostaje ujęty. Nie dlatego, żeby społeczeństwo solidaryzowało się z władzami porządkowymi, jak dzieje się na przykład w Anglii czy w krajach socjalistycznych, tylko dlatego, że cała prywatna armia szefa policji państwowej od razu wie, czego sobie szef życzy, i to bardzo sobie życzy.</p>
   <p>Martin Beck stał na Regeringsgatan rozkoszując się rześką świeżością wczesnego ranka.</p>
   <p>Był nieuzbrojony, lecz w prawej wewnętrznej kieszeni marynarki miał powielone pismo obiegowe z głównej komendy policji. Poprzedniego dnia położono mu to na biurku, był to odpis jakiegoś nowego socjologicznego badania.</p>
   <p>Socjologowie źle byli w policji widziani, zwłaszcza w ostatnich latach, od czasu gdy coraz bardziej zaczęli zajmować się pozycją i zadaniami policjantów. Wszystkie ich pomysły były czujnie i bardzo podejrzliwie rozpatrywane w najwyższej instancji. Może zdawano tam sobie sprawę, że twierdzenie, jakoby wszyscy zajmujący się socjologią byli właściwie komunistami rozglądającymi się tylko, jakby tu poprowadzić dywersyjną działalność, okaże się na dłuższą metę nie do utrzymania.</p>
   <p>Socjologowie zdolni są do wszystkiego, najgorszego można się spodziewać, dowodził na przykład niedawno intendent Malm w jednym z częstych momentów wzburzenia. Malm występował w roli szefa – między innymi był przełożonym Martina Becka.</p>
   <p>Może Malm miał rację. Socjologowie obliczali, co się tylko dało. Wywlekli na przykład fakt, że obecnie wystarczyło mieć nędzne trójczyny na świadectwie, żeby się dostać do szkoły policyjnej, albo że ilość punktów testowych na inteligencję wśród policjantów patrolujących w Sztokholmie spadła do 93.</p>
   <p>– To kłamstwo – wołał Malm. – I w dodatku nieprawda. A poza tym w Nowym Jorku jest nie lepiej!</p>
   <p>Bo był niedawno na stypendium w Stanach.</p>
   <p>Opracowanie, które Martin Beck miał w kieszeni, ukazywało nowe interesujące fakty.</p>
   <p>Stwierdzano w nim, że zawód policjanta wcale nie jest bardziej niebezpieczny niż jakakolwiek inna praca. Odwrotnie, w innych zawodach jest się o wiele częściej narażonym na śmierć lub kalectwo.</p>
   <p>Budowlani i leśni robotnicy z pewnością żyją w większym zagrożeniu, by już nie wspominać o dokerach, kierowcach i paniach domu.</p>
   <p>Lecz czyż nie było zawsze powszechnie przyjętą opinią, że robota policyjna jest bardziej ryzykowna, cięższa i gorzej płatna niż wszelka inna? Odpowiedź brzmiała dotkliwie prosto.</p>
   <p>Owszem, dlatego że żadna inna grupa zawodowa nie ma takiego wygórowanego pojęcia o swojej roli i nie dramatyzuje swych codziennych czynności w takim stopniu jak policja.</p>
   <p>Wszystko to poparte cyframi. Liczba poszkodowanych policjantów była znikoma w skali rocznej w porównaniu z liczbą ludzi poturbowanych przez policjantów. I tak dalej. Zresztą dotyczyło to nie tylko Sztokholmu. W Nowym Jorku na przykład zabijano przeciętnie siedmiu policjantów rocznie, a jednocześnie skreślano z rejestru żywych dwóch kierowców taksówek miesięcznie, jedną panią domu tygodniowo i jednego bezrobotnego dziennie.</p>
   <p>Dla tych znienawidzonych socjologów nie było nic świętego. Szwedzkiej ferajnie socjologów udało się nawet storpedować mit bobby’ego i sprowadzić go do właściwych proporcji, mianowicie do faktu, że policjanci angielscy nie noszą broni, dlatego nie prowokują gwałtu w takim stopniu, jak policjanci innych krajów. Nawet w Danii zostało to z całym poczuciem odpowiedzialności zrozumiane, i tylko w wyjątkowych wypadkach zezwala się policjantom na przydział broni palnej.</p>
   <p>Ale w Sztokholmie tak nie jest.</p>
   <p>Ten elaborat przypomniał się Martinowi Beckowi nagle, gdy przyglądał się zwłokom Nymana.</p>
   <p>A teraz znowu o nim pomyślał. Rozumiał, że wnioski w tych dokumentach były słuszne i dość paradoksalnie przeczuwał jakiś związek między nimi a morderstwem, którym się właśnie zajmował.</p>
   <p>Jest jakoby zupełnie bezpiecznie być policjantem, natomiast policjanci są niebezpieczni – a on właśnie miał przed sobą zarżniętego policjanta.</p>
   <p>Zupełnie nieoczekiwanie kąciki ust mu zadrgały i przez chwilę zdawało się, że usiądzie na schodach wiodących w dół ku Kungsgatan i zacznie się głośno śmiać ze wszystkiego.</p>
   <p>Z tą samą osobliwą logiką przyszło mu nagle na myśl, iż powinien pojechać do domu po pistolet. Już ponad rok chyba nawet na niego nie spojrzał.</p>
   <p>Od strony Stureplan zbliżała się wolna taksówka. Martin Beck wyciągnął rękę i zatrzymał ją.</p>
   <p>Było to żółte volvo z czarnymi pasami po bokach. Względna nowość i odstępstwo od dawnego przepisu, że wszystkie taksówki w Sztokholmie muszą być czarne. Sadowiąc się na przednim siedzeniu, powiedział:</p>
   <p>– Köpmangatan osiem.</p>
   <p>I w tejże chwili poznał kierowcę. Był to mianowicie jeden z szeregowych policjantów, który zwiększał swe dochody dorabiając jako taksówkarz w wolnych godzinach. To, że go poznał, wynikało z pewnego zbiegu przypadków. Parę dni temu stojąc przed Centralnym, przyglądał się, jak kilku niebywale wprost niezdarnym, lecz agresywnym posterunkowym udało się tak wyprowadzić z równowagi początkowo zupełnie spokojnego młodocianego pijaka, że potem i oni też stracili panowanie nad sobą. Osobnik za kierownicą był właśnie jednym z owych policjantów.</p>
   <p>Miał ze dwadzieścia pięć lat i widoczną ochotę do rozmowy.</p>
   <p>Prawdopodobnie z natury był gadatliwy, a ponieważ w normalnej swej pracy mógł tę potrzebę zaspokoić tylko od czasu do czasu, rzucając gniewne groźby, tu w taksówce brał odwet.</p>
   <p>Samochód zakładów oczyszczania miasta – połączenie maszyny polewającej ulice i zabierającej śmiecie – zatarasował im drogę. Dorabiający ekstra policjant posępnie studiował afisz reklamujący Richarda Attenborougha „10 Rillington Place”, a potem rzekł z wyraźnym akcentem gwarowym:</p>
   <p>– Dziesięć Rillington Place, co? I na takie coś ludzie chodzą i patrzą. Tylko morderstwo i nieszczęście, i głupki. Dla mnie to coś okropnego.</p>
   <p>Martin Beck przytaknął. Kierowca, który go najwidoczniej nie poznał, wziął to za zachętę i ochoczo gadał dalej.</p>
   <p>– Ale to wszystko cudzoziemcy, oni wszystkiemu winni, to jasne.</p>
   <p>Martin Beck się nie odezwał.</p>
   <p>– Choć jedno muszę powiedzieć, wielki błąd, że się wszystkich cudzoziemców bierze pod jeden strychulec. Ten, co ze mną na zmianę prowadzi ten wóz, to jest na ten przykład Portugalczyk.</p>
   <p>– Aha.</p>
   <p>– Właśnie, facet, że drugiego takiego nie znajdziesz. Tyra i tyra, a nie żeby się układł i na sofie wylegiwał. I prowadzić potrafi. A wie pan dlaczego?</p>
   <p>Martin Beck potrząsnął głową.</p>
   <p>– Bo cztery lata prowadził w Afryce wóz pancerny. Portugalia mianowicie prowadzi tam wojnę wyzwoleńczą, Angola nazywa się to miejsce. Ostro tam muszą walczyć o wolność, Portugalczycy, choć tu w Szwecji to się o tym nic nie wie. Ten facet, to dopiero gość, a jak się popisał w wojsku przez te cztery lata. Po nim to rzeczywiście widać, jaka pożyteczna jest armia, dyscyplina i w ogóle. Robi dokładnie to, co mu powiedzieć, i potrafi wyjeździć więcej kursów, niż każdy inny. A podleci mu na przykład pijany z forsą, zupełnie zalany, to już on dopilnuje, żeby wziąć sto procent napiwku. Dobrze im tak, tacy to żyją na koszt społeczeństwa.</p>
   <p>Na szczęście samochód zatrzymał się właśnie przed domem, gdzie mieszkał Martin Beck.</p>
   <p>Poprosił kierowcę, żeby zaczekał, otworzył bramę i pojechał na górę.</p>
   <p>Pistolet Walter siedem koma sześćdziesiąt pięć milimetrów – leżał na swoim miejscu w zamkniętej szufladzie biurka. Magazynek też był tam gdzie powinien, w innej zamkniętej szufladzie, w drugim pokoju. Z pięć minut natomiast musiał szukać, nim znalazł kaburę, ciśniętą w schowku na półkę między stare krawaty i znoszone koszule.</p>
   <p>Rozmowny kierowca stał na ulicy wsparty o swą żółtą taksówkę i nucił wesoło. Uprzejmie przytrzymał drzwiczki, usiadł za kierownicą i już otwierał usta, by podjąć wątek, gdy Martin Beck powiedział:</p>
   <p>– Proszę, Kungsholmsgatan trzydzieści siedem.</p>
   <p>– Ale to przecież…</p>
   <p>– Wydział kryminalny. Proszę jechać przez Skeppsbron.</p>
   <p>Kierowca poczerwieniał i przez całą drogę słowa nie pisnął. Co bardzo było pożądane, zdaniem Martina Becka.</p>
   <p>Mimo wszystko kochał to miasto, a w tym właśnie miejscu i o tej porze dnia było chyba najpiękniejsze. Poranne słońce oświetlało Strömmen, powierzchnia wody była gładka i lśniąca, nic nie zdradzało jej straszliwego zanieczyszczenia. A za jego młodości, zresztą i znacznie później jeszcze, można się tu było jeszcze kąpać.</p>
   <p>Dość daleko w głębi zakotwiczony był stary frachtowiec z wysokim prostym kominem i na czarno pomalowanym szczytem grotmasztu. Rzadko się takie ostatnio widuje. Wczesny prom do Djurgården, pruł rzekę z lekkim pluskiem fali marszczącej się przy burtach. Martin Beck zwrócił uwagę, że komin był czarny, a napis na burcie został przemalowany białą farbą. On go jednak poznał. „Djurgården 5”.</p>
   <p>Przed wejściem do komendy kierowca spytał zdławionym głosem:</p>
   <p>– Czy ma być rachunek?</p>
   <p>– Tak, proszę.</p>
   <p>Martin Beck wszedł do biura komisji zabójstw, przestudiował kilka dokumentów, przeprowadził kilka rozmów telefonicznych i załatwił trochę pisaniny.</p>
   <p>Po godzinie skompletował lapidarny i bardzo powierzchowny przegląd pewnego życia ludzkiego. Zaczynało się to właśnie tak:</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Stig Oscar Emil Nyman. Urodzony 6 listopada 1911 roku w Säffle.</p>
    <p>Rodzice: retman Oscar Abraham Nyman i Karin Maria Nyman z domu Rutgersson.</p>
    <p>Wykształcenie: dwa lata szkoły początkowej i dwa lata szkoły ludowej w Säffle, pięć lat szkoły realnej w Amål.</p>
    <p>Powołany do piechoty 1929, starszy żołnierz 1930, kapral 1931, starszy kapral 1933.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>A potem Stig Oscar Emil Nyman został policjantem. Najpierw wiejskim posterunkowym w Värmland, potem szeregowym policjantem w Sztokholmie. W latach trzydziestych, podczas kryzysu, zasługi wojskowe zostały zaliczone na jego dobro i umożliwiły mu szybkie awanse.</p>
   <p>Na początku drugiej wojny światowej wrócił do wojskowej kariery, awansował i miewał różne bliżej nieokreślone specjalne zadania służbowe. W ostatnich latach wojny został odkomenderowany do Karlsborg, w 1946 przeniesiony do rezerwy, a w rok później pojawił się znowu w spisie personelu policji, teraz jako starszy policjant.</p>
   <p>Gdy Martin Beck w 1949 przechodził kurs asystencki, Nyman był już zastępcą komisarza, a w kilka lat później dostał pierwszy samodzielny komisariat.</p>
   <p>Jako komisarz, Nyman w różnych okresach bywał szefem różnych śródmiejskich komisariatów. Przez pewien czas rezydował w starym gmachu policji przy Agnegatan, także i tym razem z poruczeniem natury specjalnej.</p>
   <p>Większą część życia spędził w mundurze, lecz mimo to od dawna należał do dobrze widzianych przez najwyższe władze policyjne.</p>
   <p>Jedynie przypadek sprawił, że nie awansował wyżej i nie został szefem całej komunalnej policji porządkowej. Jaki przypadek?</p>
   <p>Martin Beck znał odpowiedź na to pytanie.</p>
   <p>W końcu lat pięćdziesiątych korpus policyjny w Sztokholmie przeszedł znaczny wstrząs.</p>
   <p>Nowe kierownictwo, świeże prądy, myślący po wojskowemu nie byli już tak popularni, a reakcyjnych poglądów nie poczytywano już wyłącznie za zasługę. Przemiany w gmachu komendy głównej rozprzestrzeniły się do pewnego stopnia po komisariatach, przechodzenie na wyższe szczeble przestało być kwestią rutyny, zaś pewne zjawiska, między innymi pruski styl w policji porządkowej, ustąpiły przed łagodnym naporem procesu demokratyzacji. Nyman był jednym z wielu, przed którymi otwarła się przepaść.</p>
   <p>Pierwsza połowa lat sześćdziesiątych to był okres sprzyjający w historii sztokholmskiej policji, myślał Martin Beck. Wszystko zdawało się rozwijać i zmieniać ku lepszemu, rozsądek był na drodze do zwycięstwa nad skostnieniem i kumoterstwem, baza rekrutacji została rozszerzona, nawet stosunek do społeczeństwa uległ zmianie. Lecz upaństwowienie w roku 1965 przerwało pozytywny układ. Od tego czasu wszelkie nadzieje zawodziły, a dobre zasady złożono ad acta.</p>
   <p>Dla Nymana nastąpiło to jednak za późno. Siedem lat minęło od czasu, gdy kierował komisariatem.</p>
   <p>Ostatnio bywał przeważnie zatrudniony przy planowaniu obrony cywilnej i tym podobnych sprawach. Ale opinii eksperta w sprawach porządkowych nikt nie zdołał mu odebrać i zawsze bywał pilnie poszukiwany jako specjalista w związku z licznymi wielkimi demonstracjami w końcu lat sześćdziesiątych.</p>
   <p>Martin Beck podrapał się w kark i przeczytał do końca swe nic nie mówiące notatki.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Ożenił się w roku 1935, dwoje dzieci, córka Annelotte, urodzona 1943, i syn Stefan, urodzony 1956.</p>
    <p>W roku 1970 przeniesiony na emeryturę, przedwcześnie z powodu choroby.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Martin Beck wziął długopis i napisał:</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Zmarł w Sztokholmie 3 kwietnia 1971.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Raz jeszcze przeczytał całość. Spojrzał na zegarek. Za dziesięć siódma. Ciekawe, jak tam idzie Rönnowi.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>11</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Miasto budziło się, ziewało, przeciągało.</p>
   <p>Robił to i Gunvald Larsson. Obudził się, ziewnął i przeciągnął. Potem położył wielką włochatą rękę na elektrycznym budziku, odrzucił koc i spuścił z łóżka kosmate nogi.</p>
   <p>Włożył szlafrok, pantofle i podszedł do okna, by sprawdzić pogodę. Ciepło, przejaśnienie, plus trzy stopnie. Osiedle podmiejskie, w którym mieszkał, nazywało się Bollmora i składało się z kilku wysokościowców wzniesionych w lesie.</p>
   <p>Spojrzał w lustro i zobaczył bardzo wysokiego blondyna, wciąż mającego metr dziewięćdziesiąt dwa wzrostu, ale ważącego obecnie już sto pięć kilo. Robił się z każdym rokiem cięższy, lecz nie tylko muskuły sprawiały teraz, że biały jedwab się naprężał. Był jednak w dobrej formie i czuł się silniejszy niż kiedykolwiek, a to wcale niemało znaczyło. Przez kilka sekund wpatrywał się we własne porcelanowo-niebieskie oczy pod zmarszczonym czołem. Odgarnął jasne włosy, rozwarł wargi i przyjrzał się swym dużym mocnym zębom.</p>
   <p>Przyniósł ze skrzynki poranną prasę i poszedł do kuchni przygotować śniadanie. Zaparzył herbatę Twinings Irish Breakfast, przypiekł grzanki, ugotował dwa jajka, wyjął masło, ser cheddar i trzy gatunki szkockiej marmolady.</p>
   <p>Jedząc przeglądał dzienniki.</p>
   <p>Szwecji nie powiodło się na mistrzostwach świata w hokeju na lodzie, a teraz kierownictwo drużyny, trenerzy i gracze wykazywali brak sportowej postawy, publicznie wytaczając przeciw sobie oskarżenia. Wrzawę podnoszono także w telewizji, gdzie centralne monopolistyczne kierownictwo zrobiło widać wszystko, by utrzymać kontrolę nad przekazem wiadomości we wszystkich kanałach. Cenzura, myślał Gunvald Larsson. W miękkich rękawiczkach. Typowe dla społeczeństwa rządzonego kapitalistycznie.</p>
   <p>Największą nowiną było, że czytelników oczekuje sposobność ochrzczenia trzech małych niedźwiadków w Skansenie. Na mniej poczesnym miejscu konstatowano z rezygnacją, że badania wojskowe wykazały, iż rezerwiści w wieku lat czterdziestu mają lepszą kondycję fizyczną niż osiemnastoletni rekruci, a na stronie wiadomości kulturalnych – gdzie ryzyko, że zajrzą tam niekompetentni czytelnicy, nie istniało – zamieszczono artykuł o Rodezji.</p>
   <p>Przeczytał go popijając herbatę i jedząc jajka plus osiem kromek chleba.</p>
   <p>Gunvald Larsson nigdy nie był w Rodezji, ale wiele razy w Afryce Południowej, w Sierra Leone, Angoli i Mozambiku. Był w owym czasie marynarzem i już wtedy wiedział, co ma myśleć.</p>
   <p>Skończył posiłek, zmył naczynia, wrzucił gazety do torby na śmiecie. Ponieważ była sobota, przed posłaniem łóżka zmienił prześcieradła. Potem starannie wybrał i równo ułożył części garderoby, w które zamierzał ubrać się tego dnia. Zdjął szlafrok, poszedł wziąć prysznic.</p>
   <p>Jego kawalerskie mieszkanie świadczyło o dobrym smaku i upodobaniu do wysokiej jakości. Meble, dywany, firanki, wszystko od białych włoskich pantofli rannych, aż do kolorowego ruchomego telewizora marki Nordmende było w najlepszym gatunku.</p>
   <p>Gunvald Larsson był pierwszym asystentem w sztokholmskiej komisji zabójstw i nigdy nie miał się wspiąć wyżej po szczeblach drabiny służbowej. Właściwie dziwne nawet, że go dotąd nie wyrzucono. Koledzy uważali, że jest dziwny, i prawie wszyscy go nie lubili. On sam niecierpiał nie tylko swych kolegów, ale również własnej rodziny i środowiska, z którego pochodził, to jest wyższej klasy. Jego rodzeństwo traktowało go z największym niesmakiem. Po części z racji jego odmiennych poglądów, przede wszystkim jednak dlatego, że był policjantem.</p>
   <p>Biorąc prysznic zastanawiał się, co by było, gdyby dziś umarł.</p>
   <p>Nie kryło się w tym żadne przeczucie. Takie myśli przychodziły mu do głowy co rano, od ósmego roku życia, miewał je wtedy przy myciu zębów, nim się niechętnie powlókł do szkoły przy Stureplan.</p>
   <empty-line/>
   <p>Lennartowi Kollbergowi coś się śniło. Nie był to przyjemny sen, podobne zdarzały mu się już i przedtem, i gdy się obudził mokry od potu, mawiał do Gun:</p>
   <p>– Obejmij mnie, taki miałem koszmarny sen.</p>
   <p>I Gun, która od pięciu lat była jego żoną, otaczała go ramionami, a on natychmiast o wszystkim zapominał.</p>
   <p>We śnie jego córka, Bodil, stała w otwartym oknie na piątym piętrze. Chciał do niej podbiec, ale nogi miał jak z ołowiu, a ona już spadała, powoli, jak w filmie zwolnionym, krzyczała, wyciągała do niego ręce, a on walczył, by się poderwać, ale mięśnie nie były mu posłuszne, ona zaś spadała wciąż krzycząc.</p>
   <p>Obudził się. Krzyk ze snu stał się terkotaniem budzika, monotonnym świdrującym dźwiękiem; spojrzał i zobaczył, że Bodil siedzi mu okrakiem na łydce.</p>
   <p>Czytała przy tym „Kocią podróż”. Miała wprawdzie dopiero trzy i pół roku i nie umiała czytać, ale Gun i on tyle razy czytali jej tę książkę, że sami też umieli ją na pamięć. Usłyszał szept Bodil:</p>
   <p>– I przyszedł dziad z sinym nosem, ubrany w kożuch do góry włosem.</p>
   <p>Wyłączył budzik, a Bodil natychmiast przerwała czytanie i na cały głos powiedziała:</p>
   <p>– Cześć.</p>
   <p>Kollberg odwrócił głowę i spojrzał na Gun. Spała, opatulona aż po nos, a jej ciemne puszyste włosy odrobinę zwilgotniały na skroniach. Położył palce na ustach i szepnął:</p>
   <p>– Cicho, nie budź mamy. I nie siedź mi na nodze. Drętwieje. Chodź tu, połóż się.</p>
   <p>Odsunął się trochę, żeby Bodil mogła wejść pod kołdrę między niego i Gun. Oddała mu książkę i ułożyła się na serio z głową na jego ramieniu.</p>
   <p>– Czytaj – rozkazała.</p>
   <p>Ale on odłożył książkę i powiedział:</p>
   <p>– Nie teraz. Przyniosłaś gazetę?</p>
   <p>Rzuciła się w poprzek przez jego żołądek, wylazła i wyłowiła gazetę spod łóżka. Jęknął, podniósł ją i znowu ułożył obok siebie. Wziął się do czytania gazety. Gdy doszedł do wiadomości zagranicznych na dwunastej stronie, Bodil powiedziała:</p>
   <p>– Tato.</p>
   <p>– Noo?</p>
   <p>– Jojakim narobił.</p>
   <p>– Uhm.</p>
   <p>– Ściągnął pieluchę i narobił w kołyskę. Okropnie narobił.</p>
   <p>Kollberg odłożył gazetę i znowu jęknął, wstał i poszedł do dziecinnego. Joakim, mający już prawie rok, stał w wiklinowym łóżeczku, trzymając się barierki, na widok taty puścił ją i klapnął na poduszkę. Bodil wcale nie przesadziła, jeśli chodzi o obfitość, z jaką ozdobił łóżeczko.</p>
   <p>Kollberg zabrał go do łazienki, wymył ręcznym prysznicem, zawinął w prześcieradło kąpielowe i ułożył obok Gun, która wciąż spała. Potem spłukał piżamkę i bieliznę pościelową małego, wymył łóżeczko i tapetę, wyjął świeży wkład plastykowy i pieluchę, a Bodil cały czas deptała mu po piętach, ogromnie zadowolona, że irytacja tatusia raz zwrócona jest nie na nią, a na Joakima, i gorliwie ganiła postępek brata. Kiedy Kollberg skończył wreszcie z praniem i porządkowaniem, było już wpół do ósmej – nie warto się kłaść.</p>
   <p>Po wejściu do sypialni od razu mu się humor poprawił. Gun obudziła się, leżała jeszcze bawiąc się z Joakimem. Podciągnęła kolana i trzymając go pod ramionka pozwalała mu zjeżdżać wzdłuż swoich nóg. Gun była ładną zmysłową kobietą mającą poczucie humoru i inteligencję.</p>
   <p>Kollberg zawsze wyobrażał sobie, że ożeni się z kimś takim jak Gun, i choć dość dużo kobiet było w jego życiu, nie chciał obniżyć wymagań. Gdy w końcu ją spotkał, miał czterdzieści jeden lat i prawie stracił nadzieję. Była o czternaście lat od niego młodsza i warta tego, żeby tak długo czekać.</p>
   <p>Ich wzajemny stosunek od początku ułożył się bez komplikacji, prosty i pełen zaufania.</p>
   <p>Uśmiechnęła się do niego i podniosła w górę synka, który aż się zanosił z zachwytu.</p>
   <p>– Cześć – powiedziała. – Już go wykąpałeś.</p>
   <p>Kollberg opowiedział o swych tarapatach.</p>
   <p>– Biedaku. Chodź, połóż się na troszeczkę – powiedziała spoglądając na zegarek. – Jeszcze masz czas.</p>
   <p>Właściwie nie miał, ale łatwo dał się przekonać. Ułożył się obok, wsunął rękę pod jej plecy, po chwili jednak wstał, zaniósł Joakima na materac, który był suchy, założył mu pieluchę i majteczki frotte, wrzucił do łóżeczka kilka zabawek i wrócił do Gun. Bodil bawiła się w gospodarstwo na dywanie w dziecinnym pokoju.</p>
   <p>Po chwili przydreptała, popatrzyła na rodziców i powiedziała radośnie:</p>
   <p>– W konia jechać. Tata koń.</p>
   <p>Próbowała wdrapać mu się na plecy, ale wygonił ją i zamknął drzwi. Potem przez dłuższą chwilę dzieci im nie przeszkadzały – skończywszy, zasnął prawie w objęciach żony.</p>
   <p>Gdy Kollberg szedł przez jezdnię do swego samochodu, zegar na stacji metra Skärmarbrink wskazywał za siedem wpół do dziewiątej. Nim wsiadł, pomachał ręką Gun i Bodil wyglądającym z okna kuchni.</p>
   <p>By dostać się do Västbergi nie musiał wjeżdżać do miasta, mógł okrążyć przez Årstę i Enskede unikając w ten sposób najgorszych korków.</p>
   <p>Prowadząc wóz, Lennart Kollberg głośno i dość fałszywie wygwizdywał irlandzką ludową piosenkę.</p>
   <p>Słońce świeciło, w powietrzu czuć było wiosnę; w ogrodach, które mijał, kwitły złocienie i krokusy. Był w doskonałym humorze, w najlepszym razie miał przed sobą tylko jeden krótki dzień pracy, wczesnym popołudniem będzie mógł wrócić do domu. Gun pojedzie do Arvida Nordquista, kupi coś dobrego, zjedzą sobie, jak się już dzieci położy. Po pięciu latach małżeństwa wciąż jeszcze oboje byli zdania, że prawdziwie przyjemny wieczór jest wtedy, kiedy się go spędza w domu, kiedy są sami, razem coś dobrego upichcą, a potem siedzą długo, jedząc, popijając i gadając.</p>
   <p>Kollberg przepadał za dobrym jadłem i piciem, w następstwie czego obrósł nieco w tłuszcz, czyli przybrał trochę na wadze, jak on sam to określał. Kto by jednak myślał, że zaokrąglenie cielesnej powłoki ujemnie wpłynęło na jego ruchliwość, myliłby się gruntownie. Potrafił być nieoczekiwanie szybki i zręczny i w dalszym ciągu miał opanowaną technikę i wszelkie chwyty, jakich nauczył się kiedyś jako spadochroniarz i desantowiec.</p>
   <p>Przestał gwizdać i zamyślił się nad problemem, który często go zaprzątał w ciągu ostatnich lat. Coraz mniej lubił swój zawód i najchętniej zażądałby zwolnienia. Ale nie był to problem łatwy, a utrudniało go jeszcze to, że przed rokiem awansował na inspektora kryminalnego i został przesunięty na wyższy szczebel płac. Nie tak łatwo czterdziesto-sześcioletniemu inspektorowi kryminalnemu znaleźć inną równie dobrze płatną pracę. Gun wprawdzie mawiała, że gwiżdże na pieniądze, dzieci przecież podrastają, wkrótce będzie mogła znowu pracować. Przez te cztery lata, kiedy tylko zajmowała się domem, wciąż kuła, nauczyła się jeszcze kilku języków i z pewnością będzie mogła znacznie więcej zarabiać niż przedtem. Była szefem sekretariatu, nim Bodil się urodziła, i w każdej chwili mogła dostać bardzo dobrze płatną posadę, ale Kollberg nie chciał, żeby poczuła się zmuszona do pracy wcześniej, niż sama będzie miała ochotę.</p>
   <p>Poza tym trudno mu było wyobrazić sobie, że on sam będzie kimś przesiadującym w domu.</p>
   <p>Z natury był leniwy, ale czuł potrzebę pewnej aktywności i urozmaicenia. Gdy wprowadzał samochód do garażu w gmachu policji w Södra, przypomniało mu się, że Martin Beck ma wolną sobotę.</p>
   <p>To znaczy, że po pierwsze będzie musiał siedzieć cały dzień, a po drugie, że nie będzie kogoś rozsądnego, żeby można pogadać, pomyślał Kollberg i poczuł odpływ dobrego humoru.</p>
   <p>Żeby się rozweselić, znów zaczął gwizdać, czekając na windę.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>12</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Kollberg nie zdążył zdjąć płaszcza, gdy telefon zadzwonił.</p>
   <p>– Tak, tu Kollberg… co?</p>
   <p>Stojąc przy swym zagraconym biurku, bezmyślnie gapił się w okno. Przejście od błogości życia prywatnego do służbowej udręki nie było dla niego czymś tak oczywistym jak dla niektórych, na przykład dla Martina Becka.</p>
   <p>– Co takiego? Aha, nie? Okey, powiedz, że już idę.</p>
   <p>Znowu do samochodu, tym razem nie miał szansy uniknięcia korków.</p>
   <p>Na Kungsholmsgatan dotarł za kwadrans dziewiąta i zaparkował na dziedzińcu. W tejże chwili, gdy Kollberg wysiadł z samochodu, Gunvald Larsson wsiadł do swego wozu i odjechał.</p>
   <p>Skinęli sobie głowami, ale nie zamienili ani słowa. W korytarzu Kollberg spotkał Rönna, który powiedział:</p>
   <p>– Aha, ty też tu jesteś.</p>
   <p>– Tak, a o co chodzi?</p>
   <p>– Ktoś zadźgał Nymana.</p>
   <p>– Zadźgał?</p>
   <p>– Tak, bagnetem – smutno powiedział Rbnń – w Sabbatsberg.</p>
   <p>– Spotkałem właśnie Larssona. Tam pojechał?</p>
   <p>Rönn kiwnął głową.</p>
   <p>– A gdzie Martin?</p>
   <p>– Siedzi w pokoju Melandera.</p>
   <p>Kollberg przyjrzał się krytycznie koledze.</p>
   <p>– Wyglądasz na zupełnie wykończonego.</p>
   <p>– Bo i jestem – powiedział Rönn.</p>
   <p>– Więc dlaczego nie jedziesz do domu, żeby się położyć?</p>
   <p>Rönn spojrzał na niego apatycznie i podreptał dalej. Niósł jakieś papiery, pewnie miał coś do załatwienia.</p>
   <p>Kollberg walnął pięścią w drzwi i wszedł. Martin Beck nie podniósł głowy znad notatek. Powiedział tylko:</p>
   <p>– Cześć.</p>
   <p>– Co ten Rönn plecie?</p>
   <p>– Tu. Proszę bardzo. – Podsunął mu dwa arkusze zapisane na maszynie.</p>
   <p>Kollberg przysiadł na brzegu biurka i zaczął czytać.</p>
   <p>– No? – spytał Martin Beck. – Co o tym sądzisz?</p>
   <p>– Sądzę, że Rönn pisze zupełnie beznadziejne raporty – Kollberg powiedział to jednak cicho i poważnie, a w pięć sekund później dodał: – To wydaje się straszne.</p>
   <p>– Tak – rzekł Martin Beck. – Ja także mam takie uczucie.</p>
   <p>– Jak to wyglądało?</p>
   <p>– Gorzej, niż możesz sobie wyobrazić.</p>
   <p>Kollberg potrząsnął głową. Fantazji mu nie brakowało.</p>
   <p>– Tego, kto to zrobił, trzeba czym prędzej ująć.</p>
   <p>– Właśnie – przytaknął Martin Beck.</p>
   <p>– A mamy jakieś ślady?</p>
   <p>– Trochę. Zabezpieczyliśmy odciski stóp, może palców. Nikt nic nie słyszał ani nie widział.</p>
   <p>– To niedobrze – powiedział Kollberg. – Może potrwać, a to niebezpieczny facet.</p>
   <p>Martin Beck przytaknął.</p>
   <p>Rönn wszedł do pokoju, grzecznie zapukawszy uprzednio.</p>
   <p>– Jak dotąd negatywnie – powiedział. – To znaczy odciski palców.</p>
   <p>– Odciski palców nie mają wartości.</p>
   <p>Rönn spojrzał ze zdziwieniem.</p>
   <p>– Mam też zupełnie dobry odlew. But narciarski albo gruby sportowy.</p>
   <p>– Też nic nie warte – rzekł Kollberg. – Nie zrozumcie mnie źle. To może być później istotne, jako dowód. Teraz ważne tylko, żeby ująć tego, kto zadźgał Nymana. A przypisać go do zbrodni możemy później.</p>
   <p>– To wydaje się nielogiczne – rzekł Rönn.</p>
   <p>– Owszem, ale do diabła z logiką. Mamy przecież kilka szczegółów.</p>
   <p>– Tak, narzędzie zbrodni – powiedział Martin Beck z namysłem. – Stary bagnet wojskowy.</p>
   <p>– I motyw – dodał Kollberg.</p>
   <p>– Motyw? – wtrącił Rönn pytająco.</p>
   <p>– Tak jest – rzekł Kollberg. – Zemsta. Tylko to jedno można zakładać.</p>
   <p>– Ale jeżeli to zemsta… – zaczął Rönn i nie dokończył myśli.</p>
   <p>– Można się spodziewać, że ten, kto zakłuł Nymana, zechce mścić się i na innych – rzekł Kollberg. – I dlatego…</p>
   <p>– Musimy go znaleźć natychmiast – uzupełnił Martin Beck.</p>
   <p>– Właśnie – rzekł Kollberg. – A jak wy rozumujecie?</p>
   <p>Rönn spojrzał na Martina Becka, który patrzył w okno. Kollberg przyjrzał się im ponaglająco.</p>
   <p>– Chwileczkę – rzekł. – Czy postawiliście sobie pytanie, kim był Nyman?</p>
   <p>– Kim był?</p>
   <p>Rönn się zmieszał, a Martin Beck nie odpowiedział.</p>
   <p>– Właśnie. Kim był Nyman? A raczej czym był?</p>
   <p>– Policjantem – powiedział w końcu Martin Beck.</p>
   <p>– Nie jest to wyczerpująca odpowiedź – napierał Kollberg. – Obaj go znaliście. No więc, czym był?</p>
   <p>– Komisarzem policji – wymamrotał Rönn. Zamrugał i dodał słabym głosem: – Mam jeszcze parę telefonów.</p>
   <p>– No więc – rzekł Kollberg, gdy zamknęły się drzwi za Rönnem. – Czym był Nyman?</p>
   <p>Martin Beck niechętnie spojrzał mu w oczy i rzekł:</p>
   <p>– Złym policjantem.</p>
   <p>– Błąd – powiedział Kollberg. – Posłuchaj. Nyman był wyjątkowo, cholernie złym policjantem. Był gburem i najgorszego gatunku draniem.</p>
   <p>– Ty tak twierdzisz – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Tak. I musisz przyznać, że mam rację.</p>
   <p>– Nie znałem go bliżej.</p>
   <p>– Nie próbuj się wykręcać. Znałeś go dostatecznie, żeby akurat tyle wiedzieć. Wiem, że Einar nie chce tego przyznać, przez źle pojmowaną lojalność. Ale ty możesz do licha grać w otwarte karty.</p>
   <p>– Cóż – rzekł Martin Beck – to, co o nim słyszałem, nie jest zbyt pozytywne. Ale bezpośrednio z nim nigdy nie pracowałem.</p>
   <p>– Nie jest to trafne sformułowanie – powiedział Kollberg. – Nie można było pracować z Nymanem. Można było tylko otrzymywać od niego rozkazy i robić, co kazano. Kto miał odpowiednią pozycję, mógł oczywiście jemu wydawać rozkazy. A potem się przekonać, że są sabotowane albo w ogóle nie wykonywane.</p>
   <p>– Wydaje się, że jesteś ekspertem od Stiga Nymana – zauważył Martin Beck trochę kwaśno.</p>
   <p>– Owszem, wiem o nim to i owo, czego wy, inni nie wiecie. Ale do tego później przejdę. Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że był draniem i zupełnie marnym policjantem. Co do mnie to się wstydzę, że byłem policjantem w tym samym mieście co on. I jednocześnie.</p>
   <p>– W takim razie wielu jest takich, którzy musieliby się wstydzić.</p>
   <p>– Właśnie. Tylko niewielu ma tyle rozsądku, żeby to robić.</p>
   <p>– A każdy policjant w Londynie powinien by się wstydzić za Challenora.</p>
   <p>– Słusznie – stwierdził Kollberg. – Challenor i kilku z jego pomagierów stanęło w końcu przed sądem; nawet jeżeli zdążyli przedtem wyrządzić duże szkody. Dowodzi to, że ustrój tamtejszy na dłuższą metę nie tolerował, by w policji można było robić, co się komu żywnie podoba.</p>
   <p>Martin Beck w zamyśleniu tarł nasadę włosów.</p>
   <p>– Natomiast na Nymana nie pada żaden cień. A dlaczego?</p>
   <p>Kollberg sam sobie musiał odpowiedzieć na to pytanie.</p>
   <p>– Bo wszyscy wiedzą, że nie ma sensu oskarżać policjanta. Ludzie na ogół są wobec policji bezsilni. A jeśli nie można spodziewać się sprawiedliwości występując przeciw zwykłemu policjantowi, jak można jej oczekiwać będąc przeciw komisarzowi?</p>
   <p>– Przesadzasz.</p>
   <p>– Nie tak bardzo, Martin. Nie tak bardzo, wiesz o tym równie dobrze jak ja. Po prostu tak już jest, że przeklęta solidarność stała się naszą drugą naturą. Jesteśmy impregnowani esprit de corps, żeby to wyrazić niezrozumiale.</p>
   <p>– Solidarność na zewnątrz jest ważna przy takiej robocie – rzekł Martin Beck. – Tak było zawsze.</p>
   <p>– I wkrótce będzie to jedyne, co pozostało – powiedział Kollberg i nabrawszy tchu ciągnął dalej: – Okey. Policjanci trzymają z sobą. To aksjomat. Ale przeciw komu?</p>
   <p>– Tego dnia, kiedy ktoś odpowie na to pytanie…</p>
   <p>Martin Beck nie dokończył zdania i Kollberg je uzupełnił:</p>
   <p>– Tego dnia ty i ja możemy nie przeżyć.</p>
   <p>– Co to ma wspólnego z Nymanem?</p>
   <p>– Wszystko.</p>
   <p>– Ponieważ?</p>
   <p>– Nyman nie żyje i nie potrzeba mu już obrońcy. Ten, kto pozbawił go życia, jest przypuszczalnie chory umysłowo, groźny dla siebie i innych.</p>
   <p>– A ty przypuszczasz, że należy go szukać w przeszłości Nymana?</p>
   <p>– Tak. Powinien tam figurować. Porównanie, które przed chwilą zrobiłeś, nie było głupie.</p>
   <p>– Jakie porównanie?</p>
   <p>– Z Challenorem.</p>
   <p>– Nie znam prawdy o Challenorze – chłodno powiedział Martin Beck. – A ty może tak?</p>
   <p>– Nie, ja też nie. Wiem jednak, że wielu ludzi źle traktowano, wielu skazano na kary długoletniego więzienia dlatego, że policjanci fałszywie zeznawali przed sądem, a ich zwierzchnicy, ani podwładni nie reagowali na to.</p>
   <p>– Zwierzchnicy z racji źle pojętej lojalności – rzekł Martin Beck. – A podwładni ze strachu, że stracą pracę.</p>
   <p>– Gorzej jeszcze. Niektórzy z podwładnych po prostu myśleli, że tak właśnie być powinno. Wcale nie wiedzieli, że może być inaczej.</p>
   <p>Martin Beck wstał i podszedł do okna.</p>
   <p>– A teraz powiedz co wiesz o Nymanie takiego, czego inni nie wiedzą.</p>
   <p>– Nyman miał takie stanowisko, że mógł kierować bezpośrednio mnóstwem młodych policjantów, w większej mierze tak, jak mu się podobało.</p>
   <p>– To było dawno – zauważył Martin Beck.</p>
   <p>– Nie tak znowu dawno, wielu z tych, którzy dziś służą, wszystkiego prawie nauczyło się od niego. Pojmujesz, co to znaczy? W ciągu wielu lat korumpował dziesiątki młodych policjantów, którzy tym samym od początku mieli wypaczony stosunek do pracy. Wielu z nich podziwiało go nawet i miało nadzieję, że kiedyś staną się tacy jak on. Tacy samowładni i bezczelni. Rozumiesz?</p>
   <p>– Tak – ze zmieszaniem powiedział Martin Beck. – Pojmuję, ćo masz na myśli. Nie musisz tego wciąż w kółko powtarzać. – Odwrócił się i popatrzył na Kollberga. – Przez co wcale nie zostało powiedziane, że wierzą w to, co mówisz. Znałeś Nymana?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Służyłeś pod nim?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>Martin Beck zmarszczył brwi.</p>
   <p>– Kiedy to było? – spytał niedowierzająco.</p>
   <p>– Ohydny typ – powiedział Kollberg sam do siebie.</p>
   <p>– Co mówisz?</p>
   <p>– Ohydny typ z Säffle, tak go nazywano.</p>
   <p>– Gdzie?</p>
   <p>– W wojsku. Podczas wojny. Wiele z tego, co umiem, nauczyłem się od Stiga Nymana.</p>
   <p>– Na przykład?</p>
   <p>– Dobre pytanie – rzekł Kollberg.</p>
   <p>Martin Beck przyjrzał mu się badawczo i spytał półgłosem:</p>
   <p>– Czego więc?</p>
   <p>– Na przykład tego, jak z żywej świni wyciąć połeć tak, żeby nie kwiczała. Jak jej odciąć nogi, żeby nie krzyczała. Jak wykłuć jej oczy. Jak jej w końcu rozpruć brzuch i wypatroszyć, wciąż tak, żeby nie kwiczała. – Otrząsnął się i spytał: – No wiesz, jak to się robi?</p>
   <p>Martin Beck zaprzeczył.</p>
   <p>– Zwyczajnie. Zaczyna się od obcięcia jej ozora.</p>
   <p>Kollberg spojrzał w okno, w górę na błękitne niebo nad dachem po przeciwnej stronie ulicy.</p>
   <p>– O, wiele innych rzeczy się od niego nauczyłem. Jak podciąć owcy gardło cienkim drutem, nim zdąży beknąć. Jak sobie poradzić, kiedy się zostanie zamkniętym w szafie z dorosłym dzikim kotem. Jak ryczeć rzucając się z bagnetem na krowę, żeby ją przebić. I co się staje, jeśli się ryczy w niewłaściwy sposób. Wtedy trzeba wyładować plecak cegłami i wdrapywać się po drabinach na wieżę treningową. Pięćdziesiąt razy w górę, pięćdziesiąt razy w dół. Kota, trzeba zaznaczyć, nie wolno było zabić, żeby mógł wielokrotnie służyć do ćwiczeń. A wiesz, co trzeba było zrobić?</p>
   <p>– Nie.</p>
   <p>– Przybić go finką do ściany. Przez skórę.</p>
   <p>– Byłeś skoczkiem spadochronowym, prawda?</p>
   <p>– Tak. A Nyman był moim instruktorem w walkach wręcz. Nauczył mnie, jak to jest, kiedy trzeba się zagrzebać we wnętrznościach świeżo zarżniętego zwierzęcia i tak leżeć, albo zjeść to, co się zwymiotowało w maskę gazową, albo zeżreć własne gówno, żeby nie zostawić śladów.</p>
   <p>– Jaki stopień miał Nyman?</p>
   <p>– Był sierżantem. Sporo z tego, czego mnie uczył, to rzeczy których nie można nauczyć się teoretycznie. Na przykład, jak złamać nogę, zmiażdżyć grdykę albo kciukami wydusić komuś oczy. To trzeba praktycznie, na żywym stworzeniu. Owce i świnie były najodpowiedniejsze. Na zwierzętach wypróbowywało się również różne rodzaje amunicji. I wtedy ani mi w głowie powstało spytać, czy by ich przedtem nie ogłuszyć, jak obecnie się robi.</p>
   <p>– Czy to było normalne szkolenie?</p>
   <p>– Nie wiem. Zresztą, co przez to rozumiesz? Czy coś podobnego można określić słowem normalne?</p>
   <p>– Chyba nie.</p>
   <p>– A nawet jeżeli przyjąć, że to wszystko z jakichś absurdalnych powodów było konieczne, to w każdym razie nie było konieczne odczuwać z tego powodu radość i dumę.</p>
   <p>– Nie. A Nyman odczuwał?</p>
   <p>– Uhm. I nauczył tej sztuki wielu młodych chłopaków, żeby przechwalać się chamstwem, rozkoszować się dręczeniem. Niektórzy mają do tego skłonność.</p>
   <p>– Innymi słowy był sadystą?</p>
   <p>– W najwyższym stopniu. Dla prawdziwego mężczyzny jedno jest ważne: być twardym. Psychicznie i fizycznie. Zawsze zachęcał, żeby mocniejsi dręczyli słabszych. To wchodziło w zakres wyszkolenia żołnierza.</p>
   <p>– To jeszcze nie kwalifikacje na sadystę.</p>
   <p>– Ujawniał sadyzm w różny sposób. Przekraczał reguły dyscypliny. Przestrzegać dyscypliny to jedno, a wymierzać kary za jej łamanie – to drugie. Nie było dnia, żeby Nyman nie przyłapał kogoś, najczęściej kilku, za byle drobiazgi. Że brakowało guzika albo coś podobnego. A kto został przyłapany, mógł wybierać.</p>
   <p>– Między czym?</p>
   <p>– Raport albo manto. Raport oznaczał trzy dni paki i plamę na honorze wojskowym. Większość wybierała manto.</p>
   <p>– Na czym to polegało?</p>
   <p>– Mnie się zdarzyło jeden raz. W sobotę spóźniełm się na wieczorny apel. Przelazłem przez płot. Nyman oczywiście na mnie czatował. Wybrałem manto. W moim wypadku polegało to na tym, że stałem na baczność, usta miałem zapchane mydłem, a on mi kułakami złamał dwa żebra. Potem zaprosił na kawę z maślanymi bułeczkami i powiedział, że może jeszcze będzie ze mnie twardy chłop, prawdziwy żołnierz.</p>
   <p>– A później?</p>
   <p>– Jak tylko wojna się skończyła, postarałem się, żeby mnie karnie zwolniono z wojska, prawidłowo i dokładnie. Potem przyjechałem tutaj, zostałem gliną. Jednym z pierwszych, jakich tu zobaczyłem, był Nyman. Wtedy już sierżant w policji porządkowej.</p>
   <p>– I sądzisz że w dalszym ciągu uprawiał takie praktyki jako policjant?</p>
   <p>– Może nie takie. To przecież raczej niemożliwe. Ale jednak popełniał setki nadużyć na tysiąc różnych sposobów wobec podwładnych i wobec aresztowanych. W ciągu lat słyszałem najróżniejsze opowieści.</p>
   <p>– Musiano wielokrotnie składać skargi na niego – w zamyśleniu powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Z pewnością. Ale właśnie z powodu naszego esprit de corps żadna z tych skarg nie ocalała. Wszystkie oczywiście lądowały w koszu. Wymazywano je od razu z rejestru. Tak iż u nas nic nie będzie można znaleźć.</p>
   <p>Martinowi Beckowi przyszła myśl do głowy.</p>
   <p>– Ale w biurze Rzecznika Sprawiedliwości – powiedział. – Część z tych, którzy zostali naprawdę źle potraktowani, musiała składać skargi u Rzecznika Sprawiedliwości.</p>
   <p>– Na próżno – rzekł Kollberg. – Już taki jak Nyman umiał przypilnować, zawsze się znaleźli policjanci gotowi złożyć przysięgę, że on nic zdrożnego nie popełnił. Młodzi chłopcy, którzy mieliby piekło w pracy, gdyby się wzbraniali świadczyć. I tacy, którzy uważali, że robią, czego wymaga lojalność, od początku byli do tego wdrożeni, że nikt z zewnątrz nie może ruszyć komisarza.</p>
   <p>– Prawdopodobnie – powiedział Martin Beck – w biurze RS nie wyrzuca się zażaleń do kosza, nawet jeżeli nie staną się powodem do wszczęcia postępowania. Zostają w archiwum, są tam.</p>
   <p>– To jest myśl – wolno powiedział Kollberg. – Wcale niegłupia. Masz momenty przejaśnień.</p>
   <p>Zastanowił się chwilę i dodał:</p>
   <p>– Najlepiej byłoby, gdyby istniał obywatelski trybunał rejestrujący wszystkie nadużycia policji. Lecz czegoś takiego nie ma niestety w tym kraju. RS natomiast może chyba coś dać.</p>
   <p>– I narzędzie zbrodni – powiedział Martin Beck. – Bagnet. Musi być wojskowego pochodzenia. Nie każdy ma możliwość zdobycia bagnetu. Zwrócę uwagę Rönna na ten szczegół.</p>
   <p>– Zrób to. A potem zabierz z sobą Rönna do archiwum Rzecznika Sprawiedliwości.</p>
   <p>– Co ty zamierzasz robić?</p>
   <p>– Chyba pojadę popatrzeć na Nymana – rzekł Kollberg. Larsson tam już pewnie jest, ale mało mnie to obchodzi. Robię to ze względu na siebie samego, chcę zobaczyć własną reakcję. Może zrobi mi się niedobrze, ale teraz przynajmniej nikt mnie nie może zmusić, żebym zećpał własne rzygowiny.</p>
   <p>Martin Beck nie wyglądał już na zmęczonego. Wyprostował się i powiedział:</p>
   <p>– Słuchaj, Lennart.</p>
   <p>– Słucham.</p>
   <p>– Dlaczego tak go nazywano? Ohydny typ z Säffle.</p>
   <p>– Proste. Pochodził z Säffle i wciąż o tym przypominał. Ludzie z Säffle są twardzi, mawiał. Prawdziwi mężczyźni. A ohydny też był, to jasne. Jeden z najbardziej odstręczających ludzi, jakich zdarzyło mi się spotkać.</p>
   <p>Martin Beck popatrzył na niego.</p>
   <p>– Może masz rację.</p>
   <p>– Jest jakaś szansa. Powodzenia. Mam nadzieję, że znajdziesz coś.</p>
   <p>Martin Beck znowu doznał owego niepojętego przeczucia niebezpieczeństwa.</p>
   <p>– Coś mi się wydaje, że to będzie ciężki dzień.</p>
   <p>– Owszem – przyznał Kollberg. – Wszystko zdaje się na to wskazywać. Czy czujesz się teraz nieco wyleczony z koleżeństwa?</p>
   <p>– Chyba tak.</p>
   <p>– Myśl o tym, że Nyman już nie potrzebuje niczym nie uzasadnionej solidarności. Teraz sobie zresztą przypomniałem, iż miał przez wszystkie lata niezłomnego zwolennika. Faceta nazwiskiem Hult. Jeżeli dalej służy, powinien być teraz pierwszym asystentem. Ktoś z nim musi pomówić.</p>
   <p>Martin Beck kiwnął głową.</p>
   <p>Rönn wszedł zapukawszy nieśmiało. Stanął przy drzwiach. Niepewnie, zdawało się, że lada chwila padnie z wyczerpania. Oczy miał czerwone i zaropiałe z niewyspania.</p>
   <p>– Co teraz robimy? – powiedział.</p>
   <p>– Och. Mnóstwo pracy przed nami. Dasz radę?</p>
   <p>– Dlaczego nie – powiedział Rönn tłumiąc ziewnięcie.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>13</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Martin Beck nie miał żadnych trudności ze zdobyciem danych biograficznych tego, który według Kollberga był lojalnym poplecznikiem zmarłego. Nazywał się Harald Hult i od najwcześniejszej młodości pracował w policji. Jego karierę łatwo było prześledzić w kartotece osobowej.</p>
   <p>Mając lat dziewiętnaście zaczął w Falun jako kontraktowy, a teraz był pierwszym asystentem. O ile Martin Beck mógł sprawdzić, Hult i Nyman pierwszy raz służyli razem w trzydziestym szóstym roku, obaj jako posterunkowi w jednym ze sztokholmskich komisariatów. W końcu lat czterdziestych znowu się zetknęli na terenie innego ze śródmiejskich komisariatów. Tylko że teraz młodszy nieco Nyman był sierżantem, podczas gdy Hult w dalszym ciągu zwykłym policjantem.</p>
   <p>W latach piędziesiątych-sześćdziesiątych Hult zaczął pomału awansować i przy różnych dość licznych okazjach współpracował z Nymanem. Przypuszczalnie Nyman sam mógł sobie dobierać asystentów, jakich uznał za niezbędnych przy swoich specjalnych poruczeniach i Hult najwidoczniej należał do jego ulubieńców. Jeżeli Nyman był taki, jak go Kollberg odmalował, a nie było powodu w to wątpić, człowiek będący jego „niezłomnym lojalnym poplecznikiem” musiał stanowić dość interesujący fenomen psychologiczny.</p>
   <p>Martin Beck zaczął być ciekaw tego Haralda Hulta i postanowił, idąc za radą Kollberga, odszukać go. Zadzwonił i upewnił się, że Hult jest w domu, potem wziął taksówkę i pojechał pod podany adres na Reimersholme.</p>
   <p>Hult mieszkał na północnym przylądku wyspy, w kamienicy czynszowej zwróconej ku kanałowi Långholm.</p>
   <p>Dzielnica ta po większej części wyglądała tak jak w latach trzydziestych, kiedy powstała; zachowała się dzięki położeniu z dala od szlaków komunikacyjnych. Reimersholme to mała wysepka, tylko jeden most na nią prowadzi, a zabudowa jest skąpa i rzadko rozrzucona. Jedną trzecią powierzchni wyspy zajmuje stara gorzelnia i inne stare budynki fabryk i magazynów.</p>
   <p>Między kamienicami dużo jest zieleni i skwerów, a całe wybrzeże od strony zatoki Långholm zostawiono w spokoju i pokrywa je pierwotna roślinność, olchy, osiki i wierzby płaczące.</p>
   <p>Pierwszy asystent Harald Hult mieszkał samotnie w dwupokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze. Wszystko tam było tak czyste, uporządkowane i tak jakoś starannie wysprzątane, że pokoje wydawały się puste. Zupełnie jakby tu nikt nie mieszkał, pomyślał Martin Beck.</p>
   <p>Sam Hult wyglądał na jakieś sześćdziesiąt lat, wielki, ciężki mężczyzna o mocnej budowie i szarych, pozbawionych wyrazu oczach.</p>
   <p>Usiedli przy niskim stole koło okna. Blat stołu był pusty, na parapecie okna też nic nie leżało. W ogóle brak tu było jakichś osobistych przedmiotów. Wydawało się na przykład, że nie ma w tym mieszkaniu żadnego papierka, gazety chociażby, a jedynymi widocznymi książkami były trzy tomy książki telefonicznej, porządnie ustawione w przedpokoju na standardowej półce.</p>
   <p>Martin Beck rozpiął marynarkę i rozluźnił trochę krawat. Potem wyjął paczkę papierosów i zapałki, i zaczął się rozglądać za popielniczką. Hult podążając za jego spojrzeniem rzekł:</p>
   <p>– Nie palę i chyba nigdy nie miałem popielniczki. – Przyniósł biały spodeczek. Nim usiadł, spytał:</p>
   <p>– Może kawy? Ja już piłem, ale mogę zaparzyć świeżej.</p>
   <p>Martin Beck potrząsnął głową. Zauważył, że Hult zawahał się odrobinę, nim się do niego zwrócił, najwidoczniej nie był pewien, czy zwracanie się przez ty do szefa komisji zabójstw jest dopuszczalne, co świadczyło, że jest człowiekiem starej daty, dla którego dryl i szacunek dla rangi były czymś oczywistym. Hult, choć miał wolny dzień, ubrany był w mundurowe spodnie i niebieską koszulę z krawatem.</p>
   <p>– Masz chyba wolne? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Przeważnie chodzę w mundurze – powiedział Hult bezdźwięcznie. – Najlepiej się czuję.</p>
   <p>– Ładnie mieszkasz – stwierdził Martin Beck, spoglądając w okno.</p>
   <p>– Tak – rzekł Hult – chyba tak. Chociaż dosyć samotnie.</p>
   <p>Położył przed sobą na stole mięsiste ręce, jakby to były dwa młoty i przyglądał się im.</p>
   <p>– Jestem wdowcem. Żona umarła trzy lata temu. Tak. Od tej pory dosyć tu smutno.</p>
   <p>Nie palił, nie pił. Z pewnością nie czytywał książek, gazet też chyba nie. Martin Beck mógł sobie wyobrazić, iż siedzi apatycznie przed telewizorem, a ciemność wokół gęstnieje.</p>
   <p>– O co chodzi?</p>
   <p>– Stig Nyman nie żyje.</p>
   <p>Prawie żadnej reakcji. Hult rzucił na gościa nic nie mówiące spojrzenie i stwierdził:</p>
   <p>– Ach tak.</p>
   <p>– Nie wiedziałeś o tym?</p>
   <p>– Nie. Ale tak bardzo nieoczekiwane to nie jest. Chorował. Ciało mu odmówiło posłuszeństwa.</p>
   <p>Znowu spojrzał na swe wielkie pięści, jakby się zastanawiał, ile też potrwa, nim on sam zostanie zdradzony przez swe ciało. Potem spytał:</p>
   <p>– Znałeś Stiga?</p>
   <p>– Bliżej nie – odpowiedział Martin Beck. – Tak jak ciebie.</p>
   <p>– To niedużo. Parę razy tylko się spotkaliśmy, pan… – Poprawił się natychmiast: – Ty i ja.</p>
   <p>I zaraz dodał:</p>
   <p>– Zawsze byłem w policji porządkowej, nie wiele miałem sposobności do przestawania z kryminalnymi.</p>
   <p>– Nymana natomiast znałeś dobrze, prawda?</p>
   <p>– Tak. Przez wiele lat pracowaliśmy razem.</p>
   <p>– I co mógłbyś o nim powiedzieć?</p>
   <p>– To był bardzo porządny człowiek.</p>
   <p>– Słyszałem wprost przeciwnie.</p>
   <p>– Od kogóż to?</p>
   <p>– Z różnych stron.</p>
   <p>– Ze złych stron w takim razie. Stig Nyman był bardzo dobrym, porządnym człowiekiem. Więcej nic nie mogę powiedzieć.</p>
   <p>– No, owszem – powiedział Martin Beck. – Z całą pewnością mógłbyś czymś dopełnić obraz.</p>
   <p>– Nie, cóżby to mogło być.</p>
   <p>– Wiesz przecież, że na przykład wielu było takich, co go krytykowali. Że ludzie go nie lubili.</p>
   <p>– Nie. Nic o tym nie wiem.</p>
   <p>– Czyżby? Ja na przykład wiem, że Nyman był nieco odosobniony w swych metodach.</p>
   <p>– Był bardzo dobry – powtórzył Hult monotonnie. – Bardzo dzielny. Prawdziwy mężczyzna i najlepszy szef, jakiego sobie tylko można życzyć.</p>
   <p>– Ale miewał czasami twardą rękę?</p>
   <p>– Kto to powiedział? Ktoś oczywiście, kto próbuje go po śmierci oczernić. Jeżeli ktoś o nim coś złego mówi, to może być tylko nieprawda.</p>
   <p>– Jednak z natury był twardy, co?</p>
   <p>– Nie więcej, niż służba tego wymagała. Wszystko poza tym jest obmową.</p>
   <p>– Wiadomo ci jednak, że wpływało wiele skrag przeciw Nymanowi?</p>
   <p>– Nie, nie wiadomo mi.</p>
   <p>– A gdybyśmy się tak umówili: wiem, że ci o tym wiadomo. Podlegałeś mu bezpośrednio.</p>
   <p>– To kłamstWo, żeby oczerniać wzorowego, dzielnego policjanta.</p>
   <p>– Są osoby uważające, że Nyman wcale nie był dobrym policjantem.</p>
   <p>– Nie wiedzą, co mówią, w takim razie.</p>
   <p>– A ty wiesz?</p>
   <p>– Tak, ja wiem. Nigdy nie miałem takiego wspaniałego szefa jak Stig Nyman.</p>
   <p>– Są też tacy, co powiadają, że i ty nie jesteś specjalnie dobrym policjantem.</p>
   <p>– Niech sobie będzie. Nigdy żadnej nagany służbowej nie dostałem, ale niech sobie będzie. Ale Nymana błotem obrzucać, to zupełnie co innego. I gdyby ktoś to zrobił w mojej obecności…</p>
   <p>– To co?</p>
   <p>– To już ja bym takiemu pysk zatkał.</p>
   <p>– W jaki sposób?</p>
   <p>– To moja rzecz. Ze mnie stary wróbel. Znam się na mojej robocie. Uczyli mnie od podstaw.</p>
   <p>– Stig Nyman to robił?</p>
   <p>– Tak. Można i tak powiedzieć. Dużo mnie nauczył.</p>
   <p>– Na przykład jak się popełnia krzywoprzysięstwo? Jak się odpisuje raporty, jeden od drugiego, żeby się wszystko zgadzało, nawet jeżeli każde słowo jest kłamstwem. Jak się bije zaaresztowanych? Gdzie można spokojnie i bezpiecznie zaparkować, bo się jakiemuś nieborakowi chce porządnie dać w kość w drodze z izby zatrzymań do kryminalnej?</p>
   <p>– Nigdy o czymś takim nie słyszałem.</p>
   <p>– Nigdy?</p>
   <p>– Nie.</p>
   <p>– Nawet nie zdarzyło ci się słyszeć o takich rzeczach?</p>
   <p>– Nie. A w każdym razie nie w związku z Nymanem.</p>
   <p>– I nigdy nie brałeś udziału w płazowaniu strajkujących robotników? W tym okresie, gdy policja porządkowa miała szable? I to na rozkaz Nymana?</p>
   <p>– Nie.</p>
   <p>– A w tratowaniu końmi protestujących studentów? Albo waleniu bezbronnej młodzieży szkolnej na demonstracjach? Także według instrukcji Nymana?</p>
   <p>Hult nie poruszył się. Spokojnie patrząc na Martina Becka powiedział:</p>
   <p>– Nie. Nigdy w życiu w czymś takim nie brałem udziału.</p>
   <p>– Jak długo jesteś policjantem?</p>
   <p>– Czterdzieści lat.</p>
   <p>– A jak długo znasz Nymana?</p>
   <p>– Od połowy lat trzydziestych.</p>
   <p>Martin Beck wzruszył ramionami i rzekł bezlitośnie:</p>
   <p>– Dość osobliwe wydaje się, że w ogóle nie wiesz o tym wszystkim. Stig Nyman uważany był za specjalistę od spraw porządkowych.</p>
   <p>– Nie tylko uważany. On był najlepszym specjalistą.</p>
   <p>– Sporządzał między innymi pisemne elaboraty o tym, jak powinna postępować policja w wypadku demonstracji, strajków i zamieszek. Polecił w nich takie właśnie sposoby, jak atak kawaleryjski z gołymi szablami. Później, kiedy szable zostały wycofane, z wyciągniętymi pałkami. Proponował także, żeby policjanci na motocyklach wjeżdżali w tłum, by rozproszyć masy.</p>
   <p>– Nigdy w tym nie brałem udziału.</p>
   <p>– Nie. Zabroniono stosowania tej metody. Zbyt wielkie było ryzyko, że policjanci będą się wywracać i sami sobie wyrządzą szkodę.</p>
   <p>– Nic nie wiem o tej sprawie.</p>
   <p>– Nic, już to mówiłeś. Nyman miał także swoje poglądy na to, jak powinno się używać gazów łzawiących i armatek wodnych. Poglądy, które przedkładał oficjalnie w charakterze eksperta.</p>
   <p>– Wiem tylko jedno, że Stig Nyman nigdy nie używał przemocy, jeżeli konieczność tego nie wymagała.</p>
   <p>– Osobiście?</p>
   <p>– Nie pozwalał też, żeby jego podwładni to robili.</p>
   <p>– Innymi słowy zawsze postępował słusznie? To znaczy, trzymał się przepisów.</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– I nikt nie miał powodu, żeby się uskarżać?</p>
   <p>– Nikt.</p>
   <p>– A jednak ludzie oskarżali Nymana o wykroczenia służbowe – stwierdził Martin Beck.</p>
   <p>– Ich zażalenia były zmyślone.</p>
   <p>Martin Beck wstał i zaczął chodzić: kilka kroków tam i z powrotem.</p>
   <p>– Jednego jeszcze nie powiedziałem – rzekł. – Ale teraz powiem.</p>
   <p>– Ja też mam coś do powiedzenia.</p>
   <p>– Co takiego?</p>
   <p>Hult siedział nieruchomo, tylko spojrzenie zwrócił ku oknu.</p>
   <p>– Nie mam się czym zająć, jak jestem wolny – powiedział. – Jak już mówiłem, smutno się zrobiło, od czasu kiedy Maja umarła. Siedzę zwykle przy oknie i liczę przejeżdżające samochody. Na takiej jak ta ulicy specjalnie dużo ich nie ma. Przeważnie więc siedzę i myślę tylko.</p>
   <p>Urwał, a Martin Beck czujnie nasłuchiwał. Hult ciągnął dalej:</p>
   <p>– Dużo do myślenia nie mam, tylko o tym, jak mnie się wiodło. Czterdzieści lat w mundurze, tu, w tym mieście. Ile razy zostałem obrzygany? Ile tu razy pluli za mną, przedrzeźniali, nazywali świnią, prosięciem albo mordercą? Ilu powieszonych odciąłem? Ile godzin nadliczbowych przepracowałem bez zapłaty? Całe życie tyrałem jak pies, żeby jakoś utrzymać porządek, żeby spokojni, przyzwoici ludzie mogli żyć spokojnie, żeby kobiety nie były gwałcone, każda szyba wystawowa wybita, żeby wszystkich gratów nie rozkradli. Musiałem grzebać się w zwłokach tak zgniłych, że jak wieczorem wracałem do domu i siadałem do jedzenia, białe grube robale wypadały mi spod mankietów. Zmieniałem pieluchy bachorom, których matki miały delirium, szukałem kotów, które uciekły i wdawałem się w bójki nożowe. A ciągle gorzej i gorzej, coraz więcej gwałtów i krwi i coraz więcej i więcej zawziętości na nas. Przez cały czas mówiono, że my, policjanci, mamy chronić społeczeństwo, czasem przed łobuzami, czasem przed złodziejami, czasem przed bandytami, czasem przeciw nazistom. A teraz to już właściwie nikt nie został, żeby go bronić. Ale wytrzymało się jakoś, bo koledzy byli dobrzy. Gdyby więcej było takich jak Stig Nyman, nie wyglądałoby tak, jak dziś wygląda. A kto chce babskich plotek o kolegach słuchać, do kogo innego powinien pójść, nie do mnie. – Uniósł dłonie o parę centymetrów, potem je opuścił na blat stołu ciężko i głośno. I dodał: – Tak: To była prawdziwa mowa. I dobrze, że to zostało powiedziane. A ty też byłeś zwykłym policjantem?</p>
   <p>Martin Beck przytaknął.</p>
   <p>– Kiedy?</p>
   <p>– Przeszło dwadzieścia lat temu. Po wojnie.</p>
   <p>– Aha – powiedział Hult. – Wtedy to była idylla.</p>
   <p>Widocznie apología się skończyła. Martin Beck chrząknął i powiedział:</p>
   <p>– A teraz to, co ja mam do powiedzenia. Nyman nie umarł w wyniku choroby. Zamordowano go. Przypuszczamy, że ten, kto go zabił, szukał zemsty. Można przypuszczać, że zamierza mścić się i na innych.</p>
   <p>Hult wstał i wyszedł do przedpokoju. Zdjął z wieszaka mundur i włożył na siebie. Zapiął pas, poprawił kaburę pistoletu.</p>
   <p>– Przyszedłem tu, by specjalnie o jedno zapytać – rzekł Martin Beck. – Kto mógł tak nienawidzieć Stiga Nymana, że chciał go zabić?</p>
   <p>– Nikt. Muszę już iść.</p>
   <p>– Dokąd.</p>
   <p>– Na służbę – rzekł Hult otwierając drzwi.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>14</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Einar Rönn czytał oparłszy głowę na rękach, a łokcie o blat stołu. Był tak zmęczony, że litery, całe słowa i zdania zlewały się w jedno albo wyginały się, wyskakiwały z wiersza, w górę czy w dół, zupełnie tak jak czcionki na jego starym wysłużonym Remingtonie, kiedy mu zależało, żeby coś napisać zupełnie dobrze, bez pomyłek. Ziewnął, zamrugał, przetarł okulary i znowu zabrał się do czytania.</p>
   <p>Tekst, jaki miał przed sobą, był napisany ręcznie na kawałku starego brunatnego papieru pakunkowego i mimo błędów i wyraźnych skutków drżenia ręki autora, sprawiał wrażenie cierpliwej i żmudnej pisaniny.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Pan Sądowy Delegat w Sztokholmie</p>
    <p>Upiłem się drugiego lutego tego roku, dostałem wypłatą i kupiłem ćwiartkę. Pamiętam, jak było, siedziałem koło promu do Djurgården i śpiewałem i tam przyjechał wóz policyjny z trzema Policjantami, same młode chłopaki, mógłbym ich ojcem być, choć ja bym nie chciał takich Świntuchów za dzieci jak bym jakie miał, zabrali mi ćwiartkę, a jeszcze trochę tam było i zaciągli mnie do swej budy a tam stał jeszcze jeden Policjant z paskiem na rękawie ten mnie złapał za włosy i jak tamci mnie wpychali do budy on tłukł mnie twarzą o podłogę wiele razy, krew się lała, choć ja wtedym nie czuł. Potem jakem siedział w sali z kratamy przyszedł wielki chłop i przyglądał mi się przez dźwi i śmiał się z moi Nendzy i do innego Posterunkowego powiedział, żeby otwar, wtedy wyjął mundur z szerokim paskiem na rękawie, zawinął rękawy koszuli, wszedł do sali i wrzasnął, że mam stać na baczność i żem nazywał Policjantów Świntuchy co może i było choć byłem prawie trzeźwy, walił mnie w brzuch i w takie miejsce co nie chce napisać upadłem a on mnie kopał w słabizne i gdzie indziej potem poszedł ale przedtem powiedział że teraz wiem co będzie jak kiedy spróbuje stawiać się Policjantom. Późni po południu wypuścili mnie wtedy pytałem kto to był ten policjant z galonem co kopał i wrzeszczał i bił ale powiedzieli że gówno mi do tego i żebym sobie poszedł bo pożałują, że mnie puścili i dadzą mi pożądny wycisk. Ale inny co się nazywa Vilford i jest z Miasta Göteborga powiedział że ten co krzyczał i kopał i bił nazywa się komisarz Nyman i najmądrzej zrobię jak pysk zamknę. Już tyle dni myślę o tym i myślę i jestem zwyczajny prosty robotnik i nic złego nie zrobiłem tylko śpiewałem i byłem pod wpływem napojów wyskokowych ale chcę bo mam prawo, żeby Osoba co kopie i bije wstawionego nieboraka co całe życie pracował nie powinna być w Policji bo to nie pasuje. Słowo honoru to wszystko prawda.</p>
    <p>Z wysokim poważaniem</p>
    <p>John Bertilsson, robotnik.</p>
    <p>Jeden kumpel z pracy, profesor go nazywają, powiedział że powinienem napisać i dochodzić swego prawa w ten obecnie zwykły sposób.</p>
    <empty-line/>
    <p>NOTATKA SŁUŻBOWA: Wymieniony w skardze pracownik, to komisarz Stig Oscar Nyman. Nie zna on tego przypadku. Szef oddziału zatrzymań por. Herald Hult, potwierdza zatrzymanie skarżącego Bertilssona, który jest znanym awanturnikiem i nałogowym alkoholikiem. Przy zatrzymaniu Bertilssona ani później w celi nie stosowano przemocy. Komisarz Nyman nie był wtedy na służbie. Trzej pełniący służbę policjanci poświadczają, że wobec Bertilssona przemocy nie zastosowano. Wyżej wymieniony jest notorycznym pijakiem i stałym bywalcem komisariatu i ma zwyczaj wytaczać bezpodstawne oskarżenia wobec tych pracowników policji, którzy zmuszeni byli go zatrzymać.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Odłożone do akt pismo uzupełniał czerwony stempel: żadnych kroków nie podjęto.</p>
   <p>Rönn westchnął żałośnie i zapisał w notesie nazwisko skarżącego. Dyżurna urzędniczka, na którą spadła ta dodatkowa praca w sobotę, demonstracyjnie trzaskała szufladami szafy archiwalnej.</p>
   <p>Do tej pory znalazła siedem zażaleń, w jakiś sposób dotyczących Nymana.</p>
   <p>Jedno już odwalone, część została. Rönn brał je po kolei.</p>
   <p>Następne pismo było poprawnie zaadresowane, starannie napisane na maszynie na grubym satynowanym papierze. Tekst brzmiał:</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Czternastego w sobotę po południu znajdowałem się wraz z moją pięcioletnią córeczką pod bramą domu przy Pontonjärgatan 75.</p>
    <p>Czekaliśmy na moją żonę, która poszła z wizytą do chorego w tym domu. Dla spędzenia czasu graliśmy na trotuarze w komórki do wynajęcia. O ile sobie przypominam, nikogo poza tym nie było na ulicy. Jak już wspomniano, było to w sobotę po południu, sklepy pozamykane. Dlatego nie mam żadnych świadków tego, co się zdarzyło.</p>
    <p>Podniosłem moją córkę w górę i właśnie stawiałem ją z powrotem na trotuarze, gdy zauważyłem, że przy krawężniku zatrzymał się wóz policyjny. Dwaj policjanci wysiedli i podeszli do mnie. Jeden od razu chwycił mnie za ramię i powiedział: „Co robisz dziewczynie, ty zatabaczony łachmyto”. (W imię sprawiedliwości należy dodać, że byłem wtedy ubrany sportowo, spodnie khaki, wiatrówka, kepi, cale i czyste oczywiście, mogłem jednak na policjantach robić wrażenie „oberwańca”). Byłem tak zaskoczony, że nie od razu zdołałem odpowiedzieć. Drugi policjant wziął moją córką za ręką i powiedział, żeby poszła do mamy. Wyjaśniłem, że jestem jej ojcem. Jeden z policjantów wykręcił mi rękę do tyłu, co straszliwie zabolało, i popchnął mnie. W drodze do komisariatu cały czas tłukł mnie kułakiem w piersi, w bok, w żołądek i cały czas nazywał mnie „łachmytą”, „wstrętnym drabem” itp.</p>
    <p>W komisariacie wsadzono mnie do celi. Po chwili otwarto drzwi i komisarz Stig Nyman (wtedy nie wiedziałem, że to on, dowiedziałem się później) wszedł do celi. „To ty napadasz małe dziewczynki? Już ja ci to z głowy wybiję” powiedział i tak mocno uderzył mnie w żołądek, że się zwinąłem. Gdy tylko zdołałem odetchnąć, powiedziałem, że jestem ojcem dziewczynki, a wtedy dostałem kolanem w podbrzusze. Bił mnie dalej, aż ktoś przyszedł i powiedział, że moja żona i córka są w komisariacie. Komisarz dowiedziawszy się, że mówiłem prawdę, kazał mi natychmiast odejść, nie przeprosił, nie próbował usprawiedliwić swego zachowania.</p>
    <p>Chciałbym niniejszym zwrócić uwagę na to zajście i prosić, by komisarz Nyman i obaj szeregowi policjanci pociągnięci zostali do odpowiedzialności za podobne maltretowanie zupełnie niewinnego obywatela.</p>
    <p>Inżynier Sture Magnusson</p>
    <empty-line/>
    <p>NOTATKA SŁUŻBOWA: Komisarz Nyman nie przypomina sobie skarżącego. Posterunkowi Strom i Rosenkvist stwierdzają, że widzieli potrzebę interwencji wobec skarżącego, gdyż postępował z dzieckiem dziwnie i groźnie. Siły używano tyle tylko, ile trzeba było, żeby wsadzić Magnussona do samochodu i wyciągnąć z niego. Żaden z pięciu posterunkowych, którzy znajdowali się w owym momencie w lokalu komisariatu, nie przypomina sobie złego traktowania skarżącego. Nie zauważyli też, by komisarz Nyman wchodził do pomieszczeń aresztowanych, i skłonni są twierdzić, że to nie miało miejsca. Nie wszczynano dochodzenia.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Rönn odłożył papier, porobił zapiski w notesie i przeszedł do następnego oskarżenia.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Do pełnomocnika Ministerstwa Sprawiedliwości Sztokholm</p>
    <p>Ubiegłego piątku, osiemnastego października byłem na przyjęciu u mego dobrego przyjaciela na Östermalmsgatan. Około dwudziestej drugiej zadzwoniliśmy, ja i inny mój kolega, po taksówkę, i wyszliśmy z przyjęcia, żeby pojechać do mnie. Staliśmy w bramie czekając na samochód, kiedy po przeciwnej stronie ulicy ukazało się dwóch posterunkowych. Przeszli przez jezdnię do nas i spytali, czy mieszkamy w tym domu. Odpowiedzieliśmy, że nie mieszkamy. „To nie stać tu i nie wałęsać się”, powiedzieli policjanci. Powiedzieliśmy, że czekamy na taksówkę, i staliśmy dalej. Policjanci dość brutalnie wzięli się za nas i wyrzucili nas z bramy, mówiąc, że musimy chodzić. Czekaliśmy na zamówioną taksówkę, co też powiedzieliśmy. Policjanci najpierw próbowali zmusić nas do chodzenia popychając przed sobą, a gdy protestowaliśmy, jeden z nich wyciągnął pałkę i zaczął bić mego kolegę. Próbowałem go osłonić i też mi się sporo dostało. Teraz obaj policjanci wyciągnęli pałki i bębnili w nas z całych sił. Przez cały czas spodziewałem się, że taksówka nadjedzie i będziemy mogli się wydostać, ale nie nadjeżdżała i w końcu mój przyjaciel zawołał: „Uciekajmy, oni nas zabiją”. Pobiegliśmy w kierunku Karlavägen i stamtąd pojechaliśmy autobusem do mnie do domu. Obaj byliśmy zupełnie wykończeni, a mnie prawy napiąstek spuchł. I był zupełnie siny. Postanowiliśmy zameldować o tym w komisariacie, z którego, jak przypuszczaliśmy, byli ci policjanci, i pojechaliśmy tam taksówką. Tych policjantów tam nie było, ale udało nam się rozmówić z komisarzem Nymanem. Pozwolono nam zaczekać w komisariacie, póki nie przyjdą. Przyszli o północy. Potem wszyscy czterej, policjanci i my dwaj poszliśmy do komisarza Nymana i znowu opowiedzieliśmy, co się stało. Nyman spytał policjantów, czy to prawda, a oni zaprzeczyli. Komisarz oczywiście im uwierzył powiedział do nas, żebyśmy uważali i nie próbowali obrzucać błotem uczciwych pracowników policji, bo może źle z nami być. Potem nas wyrzucił.</p>
    <p>Chciałbym wiedzieć, czy to było słuszne ze strony komisarza Nymana. Wszystko, co opowiadałem, jest prawdą i może być potwierdzone przez mego kolegą. Nie byliśmy pijani. W poniedziałek moją rękę oglądał lekarz zakładowy i wypisał załączone świadectwo. Jak się ci dwaj policjanci nazywają, nie udało nam się dowiedzieć, ale poznamy ich.</p>
    <p>Z głębokim poważaniem</p>
    <p>Olof Johansson</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Rönn nie wszystkie terminy w zaświadczeniu lekarskim rozumiał, ale wynikało z niego, że napiąstek był spuchnięty z powodu wylewu, że jeżeli opuchlizna sama nie ustąpi, trzeba będzie robić punkcję, i że pacjent, który był typografem, powinien do tego czasu powstrzymać się od pracy.</p>
   <p>Potem Rönn przeczytał służbowe uwagi.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Komisarz S. Nyman przypomina sobie to zdarzenie. Uważa, że nie ma powodu, by wątpić w zeznania Bergmana i Sjögrena, gdyż zawsze dawali się poznać jako prawdomówni i obowiązkowi.</p>
    <p>Posterunkowi Bergman i Sjögren przeczą, jakoby mieli użyć pałek wobec skarżącego i jego towarzysza, którzy we wzmiankowanej sytuacji zachowywali się zuchwale i wyzywająco. Robili wrażenie pijanych, posterunkowy Sjögren twierdzi, że przynajmniej od jednego z tych ludzi zalatywał silny zapach alkoholu. Nie wszczęto dochodzenia.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Kobieta, która przestała szczękać szufladami, podeszła do Rönna i powiedziała:</p>
   <p>– Z tego roku nie mogę znaleźć nic więcej, co by dotyczyło komisarza Nymana. Jeżeli nie muszę dalej jeszcze szukać, w poprzednich latach, to…</p>
   <p>– Nie. Niech pani bierze, co pani znajdzie – powiedział Rönn wykrętnie.</p>
   <p>– A czy to zajmie dużo czasu?</p>
   <p>– Wkrótce będę gotów, przejrzę to tylko – powiedział i usłyszał jej oddalające się kroki.</p>
   <p>Zdjął okulary i przetarł je, nim zabrał się ponownie do czytania.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Niżej podpisana jest wdową, pracującą zawodowo, matką, jedyną żywicielką dziecka.</p>
    <p>Dziecko ma cztery lata i w czasie mojej pracy przebywa w przedszkolu. Od czasu gdy mój mąż zginął w wypadku samochodowym, przed rokiem, jestem w złym stanie nerwowym i często choruję.</p>
    <p>W poniedziałek poszłam jak zwykle do pracy zaprowadziwszy córkę do przedszkola. Po południu w miejscu pracy zdarzyło się coś, czego nie chcę tu poruszać, a co mnie ogromnie wzburzyło. Lekarz mojej firmy, który wie, że jestem słaba psychicznie, dał mi zastrzyk uspokajający i odesłał do domu taksówką. Kiedy wróciłam do domu, wydawało mi się, że zastrzyk nie działa i zażyłam jeszcze dwie tabletki na uspokojenie. Potem poszłam po córkę. Kiedy minęłam dwie przecznice, wóz policyjny zatrzymał się, dwóch policjantów wyszło i wepchnęli mnie na tylne siedzenie. Czułam się odrobinę otępiała od leków, może się zataczałam na ulicy, gdyż z drwiącego sposobu, w jaki odnieśli się do mnie policjanci, wynikało, że uważają mnie za pijaną. Próbowałam wytłumaczyć im, jaka jest przyczyna i że muszę przyprowadzić dziecko, ale tylko wyśmiewali ńę ze mnie.</p>
    <p>W komisariacie wprowadzono mnie do starszego rangą, który wcale nie chciał mnie słuchać, tylko wydał rozkaz, żeby mnie zamknąć w celi, aż wytrzeźwieję.</p>
    <p>W celi był dzwonek i dzwoniłam wiele razy, ale bez skutku. Wołałam, krzyczałam, że ktoś musi zająć się moim dzieckiem, ale nikt się nie zjawił. Przedszkole zamykają o osiemnastej i jeżeli ktoś dziecka nie odbierze, personel się bardzo niepokoi. Zamknięto mnie o siedemnastej trzydzieści.</p>
    <p>Próbowałam zwrócić czyjąś uwagę, by zatelefonowano do przedszkola i załatwiono, że ktoś się moim dzieckiem zaopiekuje. Bardzo byłam niespokojna.</p>
    <p>Dopiero późnym wieczorem mnie wypuszczono, byłam już zupełnie wykończona z niepokoju i rozpaczy. Jeszcze nie przyszłam do siebie i wciąż mam zwolnienie lekarskie.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Kobieta, która napisała ten list, dołączyła adres swego mieszkania i miejsce pracy, przedszkola, lekarza i komisariatu, do którego ją odprowadzono.</p>
   <p>Notatka na odwrocie listu brzmiała:</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Wskazywanymi policjantami są Hans Lennart Svensson i Göran Broström. Twierdzą, że działali w dobrej wierze, gdyż kobieta wydała im się kompletnie pijana. Komisarz Stig Oscar Nyman mówi, że kobieta była tak dalece nieprzytomna, ze nie można jej było zrozumieć: żadnych dochodzeń nie podjęto.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Rönn odłożył list z westchnieniem. Przypomniało mu się, że czytał w jakimś wywiadzie z szefem policji, iż na 792 zażalenia skierowane do rzecznika sprawiedliwości w ciągu trzech lat, a odnoszące się do przekroczeń policji, tylko jedno zostało przekazane prokuratorowi, by wniósł oskarżenie.</p>
   <p>Można by się zastanawiać, o czym to świadczy, pomyślał Rönn.</p>
   <p>A że szef policji na to się powołuje, świadczy tylko o jego wątpliwych walorach umysłowych.</p>
   <p>Następne pismo było krótkie i napisane ołówkiem kopiowym na liniowanym papierze wyrwanym z bloku:</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Szanowny R. S.</p>
    <p>W piątek byłem zalany i nic w tym dziwnego i dawniej się zdarzało, a jak policja mnie capła, tom spał w kozie. Jestem człowiek spokojny i kłócić się o to nie będę. No i w piątek wpadłem jakoś i myślałem, że pomieszkam w celi jak zawsze, ale gdzie tam, policjant jakiś, com go przedtem już tam widywał, wszedł do celi i do bicia się wziął. Aż mnie zatkło, bom przecie nic nie szumiał, a ten klnie i rozrabia, on chyba jest szefem tego kicia, bił mnie i pozwalał sobie. Więc chcę zaskarżyć tego szefa, żeby następną razą nie rozrabiał. Taki wielki, wysoki, ze złotym paskiem na marynarce.</p>
    <p>Z poważaniem</p>
    <p>Joel Johansson</p>
    <empty-line/>
    <p>ADNOTACJA SŁUŻBOWA: Skarżący jest notorycznym pijakiem, znanym z licznych zajść nie tylko na terenie wymienionego komisariatu. Pomawiany policjant to niewątpliwie komisarz Stig Nyman. Twierdzi on, że nigdy nie widział skarżącego, który z nazwiska jest mu znany. By on lub ktoś inny mógł znęcać się nad skarżącym w celi, komisarz Nyman uznaje za zupełnie wykluczone. Nie wszczynano dochodzenia.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Rönn zapisywał w notesie, ufając, że zdoła odczytać własne pismo. Zanim wziął się do dwu pozostałych skarg, zdjął okulary, przetarł piekące oczy. Zamrugał kilka razy i zaczął czytać:</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Mój mąż urodził się na Węgrzech i nie pisze dobrze po szwedzku, więc ja, żona, piszę za niego. Mój mąż od wielu lat cierpi na epilepsję i z powodu choroby jest na rencie inwalidzkiej.</p>
    <p>Miewa czasem ataki tej choroby i wtedy przewraca się, chociaż przeważnie czuje, że atak się zbliża, i zostaje wtedy w domu, ale czasem nie przeczuje z góry i wtedy może to się zdarzyć gdziekolwiek.</p>
    <p>Dostaje od swego doktora lekarstwa, a ja, po tylu latach małżeństwa wiem, jak go pielęgnować.</p>
    <p>Teraz muszę powiedzieć, że jednej rzeczy mój mąż nie robi ani nigdy nie robił: nie pije. Umarłby raczej niż wziął wódkę do ust.</p>
    <p>A teraz chcielibyśmy ja i mój mąż zawiadomić, co mu się zdarzyło w zeszłą niedzielę, w metrze, jak wracał do domu. Bo był na meczu piłkarskim. A gdy siedział na stacji metra, poczuł, że dostanie ataku, więc prędko poszedł w stronę domu, ale po drodze upadł a następnie pamięta, że leżał na łóżku w więzieniu. Już się lepiej czuł, tylko mu lekarstwo było potrzebne i żeby wrócić do domu, do żony. Wiele godzin musiał tam w celi przesiedzieć, zanim go policja wypuściła, bo cały czas myśleli, że był pijany, a wcale nie był, bo nigdy nawet do ust nie bierze. Kiedy go spod klucza wypuścili, poszedł do samego komisarza i mówi, że chory jest, a nie pijany, ale komisarz zupełnie był niewyrozumiały i powiada, że mój mąż kłamie i żeby się na przyszłość pilnował i trzeźwy był, bo dosyć ma tych zapijaczonych cudzoziemców jak mój mąż. Co on temu winien, że źle mówi po szwedzku. Mój mąż tłumaczył komisarzowi, że wcale nie jest pijący, ale czy komisarz źle zrozumiał, czy co, rozzłościł się i uderzył mego męża, aż upadł, a potem go wyrzucił z pokoju. Potem mąż przyszedł do domu, a ja okropnie byłam niespokojna cały wieczór i do wszystkich szpitali dzwoniłam, nie mogłam przecież wiedzieć, że policja chorego człowieka wsadzi do więzienia i jeszcze bije, jakby to był najgorszy zbrodniarz.</p>
    <p>Teraz mi córka powiedziała, bo mamy takową, choć zamężna, że to można zaskarżyć u Państwa. Kiedy mąż wrócił do domu, to już była dwunasta w nocy, nawet po, choć mecz się skończył o siódmej.</p>
    <p>Z wysokim poważaniem</p>
    <p>Ester Nagy</p>
    <empty-line/>
    <p>ADNOTACJA SŁUŻBOWA: Wymieniony w zażaleniu komisarz Stig Oscar Nyman twierdzi, że przypomina sobie człowieka o tym nazwisku, potraktowano go dobrze i możliwie jak najszybciej odesłano do domu. Pełniący służbę posterunkowi Lars lvar lvarsson i Sten Holmgren, którzy zatrzymali Nagy’ego, stwierdzają że robił on wrażenie zamroczonego alkoholem czy narkotykami. Nie wszczynano postępowania.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Ostatnie oświadczenie można było uważać za najbardziej interesujące, chociażby dlatego, że napisane zostało przez policjanta.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Do kancelarii Rzecznika Rządu</p>
    <p>Västra Trödgårdsgatan 4</p>
    <p>Skrytka pocztowa 16327</p>
    <p>Sztokholm 16.</p>
    <p>Pozwalam sobie niniejszym najuprzejmiej prosić Rzecznika Sprawiedliwości o rewizję i ponowne zbadanie moich zażaleń z 1/9 1961 i 31/12 1962 dotyczących wykroczeń służbowych popełnionych przez komisarza Stiga Oscara Nymana i sierżanta Palmona Haralda Hulta.</p>
    <p><emphasis>Z wysokim poważaniem</emphasis></p>
    <p><emphasis>Åke Reinhold Eriksson</emphasis></p>
    <p><emphasis>szeregowy policji</emphasis></p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>– Aha, ten – powiedział Rönn sam do siebie. Przeszedł do studiowania komentarzy, które w tym wypadku okazały się dłuższe niż samo podanie.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>Ze względu na dokładność, z jaką wymienione zapodania badane były uprzednio, jak również uwzględniając długi okres czasu, jaki minął od będących przedmiotem wyżej wymienionych zażaleń, wydarzeń i związanych z nimi incydentów, biorąc również pod uwagę wielką ilość skarg, jakie petent składał w ciągu minionego roku, nie widzę, by zaistniał powód do wznowienia dochodzeń, zwłaszcza iż, jeśli chodzi o okoliczności – o ile mi wiadomo – nie zaistniały i nie zostały przedłożone żadne nowe fakty czy dowody, które mogłyby wesprzeć wcześniejsze twierdzenia i informacje skarżącego, uważam więc za słuszne i wnioskuję o pozostawienie podania petenta bez rozpatrzenia i o nie wszczynanie żadnych kroków.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>Rönn gwałtownie potrząsał głową, zastanawiając się, czy dobrze przeczytał.</p>
   <p>Prawdopodobnie nie. Podpis był w każdym razie nieczytelny.</p>
   <p>Słowa pisane miały teraz bardziej niż kiedykolwiek tendencję do wypaczania się i zlewania w jedno pod jego spojrzeniem, a gdy urzędniczka wsunęła mu pod prawy łokieć nowy plik dokumentów, zasłonił się obronnym gestem.</p>
   <p>– Może jeszcze wcześniejsze lata przeszukać? – spytała kąśliwie. – Może chce pan także to, co dotyczy Hulta albo pana?</p>
   <p>– Raczej nie, dziękuję – zastrzegł się Rönn. – Wypiszę tylko nazwiska z tych ostatnich, a potem będziemy mogli stąd wyjść. Oboje.</p>
   <p>Zamrugał i dalej skrobał maczkiem w notesie.</p>
   <p>– Mogę także wyjąć skargi Ullholma – powiedziała urzędniczka sarkastycznie. – Jeśli pan sobie życzy.</p>
   <p>Ullholm był pierwszym asystentem w Solnie, osławionym w całej policji jako notoryczny zrzęda, wnoszący niezliczone skargi do wszelkich możliwych instancji.</p>
   <p>Rönn zgarbił się nad stołem i zgnębiony potrząsnął głową.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>15</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>W drodze do Sabbatsberg Lennart Kollberg nagle przypomniał sobie, że powinien zapłacić wpisowe na korespondencyjny turniej szachowy, w którym chciał uczestniczyć. W poniedziałek ostatni dzień, dlatego zatrzymał samochód przy Vasaparken i wszedł do urzędu pocztowego naprzeciw Tennstopet.</p>
   <p>Wypełniwszy przekaz posłusznie stanął w ogonku do okienka i czekał na swoją kolej.</p>
   <p>Przed nim stał jakiś mężczyzna w skórzanej kurtce i futrzanej czapce. Jak zwykle kiedy Kollberg stał w ogonku, zdarzyło mu się trafić na osobę mającą skomplikowane sprawy do załatwienia. Człowiek przed nim miał w ręce całą pakę przekazów, wysyłek za zaliczeniem i przesyłek lotniczych.</p>
   <p>Kollberg wzruszył tylko potężnymi ramionami, westchnął i czekał. Nagle z pliku wysyłek stojącego przed nim wypadł jakiś papierek – znaczek pocztowy. Kollberg schylił się i podniósł go z podłogi. Potem trącił w ramię swego poprzednika i powiedział:</p>
   <p>– Upuścił pan to.</p>
   <p>Osobnik ów odwrócił głowę i spojrzał na Kollberga piwnymi oczami, w których kolejno pojawiło się zdziwienie, rozpoznanie i niechęć.</p>
   <p>– Upuścił pan to – powtórzył Kollberg.</p>
   <p>– Cholera człowieka trzęsie – rzekł tamten powoli – że nawet znaczka nie można zgubić, żeby w to policja nosa nie wetknęła.</p>
   <p>Kollberg trzymał znaczek w wyciągniętej ręce.</p>
   <p>– Proszę sobie zatrzymać – powiedział tamten i odwrócił głowę.</p>
   <p>Wkrótce potem uporał się z pocztowymi kłopotami i wyszedł nie spojrzawszy nawet na Kollberga.</p>
   <p>Zaskakujący epizod. Być może miał to być swego rodzaju żart, choć z drugiej strony ów człowiek wcale nie wyglądał na usposobionego żartobliwie. Ponieważ Kollberg był marnym fizjonomistą, często nie udawało mu się rozpoznać twarzy, którą powinien był rozpoznać, nie dziwnego, że tamten go zidentyfikował, podczas gdy on sam zupełnie nie miał pojęcia, kogo zagadnął.</p>
   <p>Załatwił wpłatę.</p>
   <p>Potem podejrzliwie spojrzał na znaczek. Zupełnie ładny, był na nim ptak. Jeden z tej świeżo wypuszczonej serii, która – jeżeli dobrze zrozumiał – gwarantowała, że poczta ofrankowana takimi znaczkami doręczona będzie ze znacznym opóźnieniem. Pomysłowość typowa dla zarządu poczty.</p>
   <p>No, pomyślał Kollberg, w każdym razie poczta dobrze funkcjonuje, nie można się uskarżać teraz, gdy wreszcie wykaraskała się z trudności po wprowadzeniu przed kilku laty systemu kodów automatycznych.</p>
   <p>Pogrążony w zadumie nad osobliwościami egzystencji podążał do szpitala.</p>
   <p>Pawilon, w którym morderstwo miało miejsce, wciąż był starannie odizolowany, a w pokoju Nymana nic się specjalnie nie zmieniło.</p>
   <p>Gunvald Larsson oczywiście tam był.</p>
   <p>Kollberg i Gunvald Larsson specjalnie za sobą nie przepadali. Zresztą takich, co przepadali za Gunvaldem Larssonem można by policzyć na palcach jednej ręki, wystarczyłby nawet jeden palec wskazujący i z łatwością można by wymienić nazwisko: Rönn.</p>
   <p>Myśl, że zmuszeni byliby razem pracować nie wydawała się ani Kollbergowi, ani Gunvaldowi Larssonowi zbytnio pociągająca. Choć teraz nie groziło im chyba podobne ryzyko.</p>
   <p>Przez przypadek raczej znaleźli się na tym samym miejscu.</p>
   <p>Owym przypadkiem był Nyman, a wyglądał tak okropnie, że Kollberg poczuł się zmuszony powiedzieć:</p>
   <p>– Brrr!</p>
   <p>Gunvald Larsson zrobił minę wyrażającą niecnętne potwierdzenie. I powiedział:</p>
   <p>– Znałeś go?</p>
   <p>Kollberg kiwnął głową.</p>
   <p>– Ja także. Jeden z najwspanialszych tępaków, jaki kiedykolwiek ozdabiał kadry policji. Na szczęście nigdy prawie nie miałem z nim do czynienia.</p>
   <p>Gunvald Larsson wcale nie służył w policji porządkowej, przez krótki czas należał do niej, ale tylko pro forma. Nim został policjantem, był oficerem marynarki, najpierw wojennej, potem we flocie handlowej. W przeciwieństwie więc do Kollberga i Martina Becka nie miał za sobą tak zwanej długiej drogi.</p>
   <p>– Jak postępuje badanie miejsca zbrodni?</p>
   <p>– Nie wydaje mi się, żeby dało coś więcej prócz tego, co jest zupełnie oczywiste. Jakiś szaleniec wlazł przez to okno i zadźgał go. Bez pardonu.</p>
   <p>Kollberg przytaknął.</p>
   <p>– Interesuje mnie jednak ten bagnet – mruknął Gunvald Larsson raczej sam do siebie. – A ten, kto się nim posłużył, znał się na rzeczy. Umiał obchodzić się z bronią. I kto to był?</p>
   <p>– Właśnie – powiedział Kollberg. – Wojskowy na przykład, może rzeźnik.</p>
   <p>– Policjant – rzekł Gunvald Larsson.</p>
   <p>Przypuszczalnie w całej załodze policji on był najmniej skłonny do koleżeństwa i fałszywej lojalności. Co nie czyniło go specjalnie popularnym.</p>
   <p>– Teraz pewnie weźmiesz się do tego? – spytał Kollberg.</p>
   <p>– Być może. A ty też się tym będziesz zajmował?</p>
   <p>Kollberg przytaknął.</p>
   <p>– Na to wygląda.</p>
   <p>Przyjrzeli się sobie bez entuzjazmu.</p>
   <p>– Chyba nie będziemy musieli zbyt wiele robić wspólnie – powiedział Kollberg.</p>
   <p>– Zawsze można mieć nadzieję – powiedział Gunvald Larsson.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>16</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Była już prawie dziesiąta przed południem i Martin Beck potniał w blasku słońca idąc ku Slussen wzdłuż bulwaru Söder Mälarstrand. Słońce wprawdzie nie grzało zbytnio, a bryza od Riddarfjärden była dotkliwie zimna, ale szedł szybko i miał na sobie ciepłe zimowe palto.</p>
   <p>Hult proponował, że go podwiezie do Kungsholmsgatan, ale wymówił się. Obawiał się, że zaśnie w samochodzie i żywił nadzieję, że pospieszna przechadzka otrzeźwi go. Rozpiął palto i zwolnił kroku.</p>
   <p>Przy Slussen wszedł do budki telefonicznej, zadzwonił do komendy i otrzymał wiadomość, że Rönn jeszcze nie wrócił. Właściwie nic tam nie ma do roboty, póki Rönn ze swoim zadaniem się nie upora, a to z pewnością potrwa jeszcze z godzinkę. Gdyby teraz pójść prosto do domu, mógłby z dziesięć minut poleżeć na łóżku. Był naprawdę straszliwie zmęczony i myśl o łóżku stanowiła ogromną pokusę. Gdyby nastawił budzik na dzwonienie, zdążyłby się z godzinkę przespać.</p>
   <p>Zdecydowanym krokiem przeciął plac i wszedł w Järntorgsgatan. Dotarłszy do Järntorget, zwolnił. Wyobraził sobie, jak będzie w dalszym ciągu zmęczony, kiedy budzik za godzinę zadzwoni, jak ciężko będzie wstać, ubrać się i iść na Kungsholmen. Choć z drugiej strony przyjemnie byłoby choć na chwilę zrzucić z siebie ubranie, umyć się czy wziąć prysznic.</p>
   <p>Stanął na środku placu obezwładniony własnym brakiem zdecydowania. Można je było wprawdzie złożyć na karb zmęczenia, ale nie stawało się przez to mniej irytujące.</p>
   <p>Zmienił kurs, skierował się ku Skeppsbron. Co tam będzie robił, nie wiedział, ale zobaczywszy wolną taksówkę, szybko postanowił: pojedzie do łaźni.</p>
   <p>Kierowca taksówki wyglądał na rówieśnika Matuzalema, trzęsący się, bezzębny i najwidoczniej głuchy. Martin Beck, który usadowił się na przednim miejscu, żywił nadzieję, że przynajmniej wzrok jeszcze kierowcy dopisuje. Przypuszczalnie był to właściciel taksówki, który od łat już sam nie prowadził. Wciąż jechał nieprawidłowo, a raz zjechał na lewą stronę jezdni.</p>
   <p>Mruczał coś ponuro pod nosem, a od czasu do czasu jego wyschłym starczym ciałem wstrząsał przeraźliwy kaszel. Kiedy wreszcie stanął przed Łaźnią Centralną, Martin Beck dał mu hojny napiwek, rad, że udało mu się cało dojechać. Spojrzawszy na rozdygotane ręce starego, nie zażądał pokwitowania.</p>
   <p>Przy kasie Martin Beck wahał się chwilę, nim zapłacił. Zwykle kąpał się na dole, gdzie był basen pływacki, ale myśl o popływaniu jakoś teraz nie była nęcąca. Wykupił więc bilet do łaźni tureckiej na pierwszym piętrze.</p>
   <p>Dla pewności poprosił kąpielowego, który wydał mu ręczniki, żeby go zbudził o jedenastej.</p>
   <p>Usiadł na najgorętszym stopniu, pot strumieniami wypływał mu ze wszystkich porów. Wziął prysznic, szybko zanurzył się w lodowatej wodzie basenu i położył się w swojej kabinie. Zamknął oczy.</p>
   <p>Próbował myśleć o czymś uspokajającym, ale myśli wracały do Haralda Hulta, który mając wolny dzień, ubrany w mundur, bezczynnie siedział w swym opustoszałym, pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu mieszkaniu. Człowiek, którego życie całkowicie wypełniało jedno: że był policjantem. Gdy mu się to odebrało, zostawała pustka.</p>
   <p>Martin Beck zastanawiał się, co się stanie z Hultem po przejściu na emeryturę. Może będzie tak siedział bezczynnie przy oknie, z rękami opartymi o stół, aż zaśnie.</p>
   <p>Czy on w ogóle ma cywilne ubranie? Prawdopodobnie nie.</p>
   <p>Coś kłuło i piekło pod zamkniętymi powiekami, Martin Beck otworzył oczy, spojrzał w sufit. Zbyt był zmęczony, żeby zasnąć. Zakrył oczy ramieniem i próbował skoncentrować się na chęci całkowitego odprężenia. Ale mięśnie wciąż były napięte.</p>
   <p>Z pokoju do masażu słychać było szybkie poklaskiwanie i plusk wody wylewanej na marmurową ławę. W sąsiedniej kabinie ktoś chrapał i charczał głośno.</p>
   <p>Nagle wynurzył się z pamięci obraz zmasakrowanego ciała Nymana. Pomyślał o tym, co mówił Kollberg. Jak go Nyman uczył zabijać.</p>
   <p>Martin Beok nigdy nie zabił człowieka.</p>
   <p>Próbował wyobrazić sobie, co się wtedy czuje. Nie żeby zastrzelić, to uważał za nie takie znów trudne, może dlatego, że siła, jakiej trzeba, by zgiąć palec naciskając kurek nie pozostaje w żadnej proporcji do siły kuli, która uśmierca. Zabić z broni palnej – to nie wymaga większego fizycznego wkładu, dystans wobec ofiary powinien zmniejszyć odczucie oczywistej aktywności.</p>
   <p>Ale zabić kogoś bezpośrednio, własnymi rękami, stryczkiem, nożem czy bagnetem, to zupełnie inna rzecz. Myślał o ciele na marmurowej szpitalnej podłodze, o ziejącej ranie w gardle, o krwi, o wybebeszonych wnętrznościach i wiedział, że on by tak zabić nie potrafił.</p>
   <p>W ciągu wielu lat pracy w policji Martin Beck często zadawał sobie pytanie, czy jest tchórzem, a im był starszy, tym jaśniejsza stawała się odpowiedź. Tak, był tchórzliwy, ale nie martwiło go to tak, jak w młodości.</p>
   <p>Nie był pewien, czy boi się śmierci. Jego zawodem było zajmowanie się śmiercią innych ludzi i to stępiło jego strach przed nią. Bardzo rzadko myślał o swej własnej śmierci.</p>
   <p>Kąpielowy zapukał do drzwi kabiny zawiadamiając, że jest jedenasta. A Martin Beck nie zdrzemnął się ani na moment.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>17</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Spoglądając na Rönna doznawał najgłębszego poczucia winy. Wprawdzie obaj równie długo spali w ciągu ostatnich trzydziestu godzin, to znaczy wcale, ale w porównaniu z kolegą, Martin Beck przeżył ostatnią dobę w sposób przyjemny, częściowo wręcz luksusowy.</p>
   <p>Białka oczu Rönn miał teraz równie czerwone jak nos, natomiast policzki i czoło niezdrowo blade, a worki pod oczami ciężkie i fioletowosine. Ziewając nieopanowanie niezdarnie wyciągnął z szuflady biurka elektryczną golarkę.</p>
   <p>Bohaterowie są zmęczeni, pomyślał Martin Beck.</p>
   <p>Był wprawdzie starszy, miał czterdzieści osiem lat, ale Rönn też skończył czterdzieści trzy, i czas, kiedy bezkarnie można nie przespać nocy, miał już zdecydowanie od paru lat za sobą.</p>
   <p>Ponadto Rönn kroczył dalej wytkniętą drogą: nic nie mówił dobrowolnie i Martin Beck zmuszał się do stawiania pytań:</p>
   <p>– No, coś wydobył?</p>
   <p>Rönn wskazał swój notes z miną tak nieszczęśliwą, jakby to był zdechły kot albo coś odrażającego i wstydliwego, i powiedział niewyraźnie:</p>
   <p>– Tam. Ze dwadzieścia nazwisk. Przeczytałem zażalenia z ostatniego roku Nymana jako kierownika komisariatu. Potem zapisałem nazwiska i adresy tych, co się na niego skarżyli nieco wcześniej. Gdybym chciał wszystko przekopać, cały dzień by to zajęło.</p>
   <p>Martin Beck kiwnął głową.</p>
   <p>– Mało – dodał Rönn. – Jutro też cały dzień i pojutrze i… następny jeszcze.</p>
   <p>– Zdaje się, że nie ma sensu głębiej się w tym grzebać – powiedział Martin Beck. – Przypuszczam, że to, co masz, też jest już raczej przestarzałe.</p>
   <p>– Pewnie i tak – powiedział Rönn.</p>
   <p>Zabrał maszynkę do golenia i wyszedł apatycznym krokiem wlokąc za sobą sznur.</p>
   <p>Martin Beck usiadł przy jego biurku i ze ściągniętymi brwiami rozszyfrowywał nadziubdziane drobno i krzywo notatki Rönna, zawsze sprawiało mu to trudność i zawsze chyba będzie sprawiać.</p>
   <p>Od ręki przenosił nazwiska, adresy i przedmiot skarg na liniowany blok stenogramowy.</p>
   <empty-line/>
   <cite>
    <p>John Bertilsson, robotnik niewykwalifikowany, Götgatan 20, złe traktowanie.</p>
   </cite>
   <empty-line/>
   <p>I tak dalej.</p>
   <p>Gdy Rönn wrócił z łazienki, lista była gotowa. Obejmowała dwadzieścia dwa nazwiska.</p>
   <p>Toaletowe zabiegi nie wywarły widocznego wpływu na wygląd Rönna, który jeśli to możliwe, jeszcze żałośniej się teraz przedstawiał, najprawdopodobniej czuł się teraz mniej zapyziały. Niedorzecznością byłoby żądać, by wyglądał żwawo.</p>
   <p>Coś pobudzającego byłoby może na miejscu. Zdaje się, że to teraz nazywano „jeden mały pod nic”.</p>
   <p>– Cóż Einar, wiem, że obaj, ty i ja, powinniśmy iść do domu i wyspać się. Ale jak byśmy tak jeszcze chwilę poślęczeli, może byśmy doszli do czegoś rozstrzygającego. Warto chyba spróbować, co?</p>
   <p>– Może i warto – powiedział Rönn powątpiewająco.</p>
   <p>– Jak byś ty wziął pierwsze dziesięć z tych nazwisk, a ja resztę, moglibyśmy dość szybko zlokalizować większość z tych osób i skreślić je z listy, jeżeli się okażą nieprzydatne. Okay?</p>
   <p>– Dobrze. Jeżeli tak uważasz.</p>
   <p>Ani odrobiny przekonania nie było w jego głosie, już nie mówiąc o zdecydowaniu i chęci walki. Przeciwnie Rönnowi oczy się zamykały i dreszcz nim wstrząsał, ale posłusznie usiadł przy biurku i przysunął telefon.</p>
   <p>W głębi duszy Martin Beck musiał przyznać, że to wydawało się bezsensowne.</p>
   <p>W okresie swej aktywności Nyman maltretował oczywiście setki ludzi, tylko niewielka część z nich wniosła pisemne skargi, a powierzchowne sprawdzenie dokonane przez Rönna pozwoliło z kolei wyłuskać tylko małą ich cząstkę.</p>
   <p>Ale wieloletnie doświadczenie nauczyło go, że właściwie większość czynności zawodowych była bezsensowna i że nawet to, dzięki czemu, jak się później okazywało, można było osiągnąć rezultaty, przeważnie z początku wydawało się dość beznadziejne.</p>
   <p>Martin Beck poszedł do pokoju obok i zaczął telefonować, ale już po czwartej rozmowie wykoleił się i siedział bezczynnie z ręką na słuchawce. Nie udało mu się zidentyfikować żadnej z osób znajdujących się na liście, a teraz myślał o czymś zupełnie innym.</p>
   <p>Po chwili wyjął własny notes i nakręcił numer Nymanów. Telefon przyjął syn.</p>
   <p>– Nyman.</p>
   <p>Głos brzmiał uderzająco dorośle.</p>
   <p>– Tu komisarz Beck. Widzieliśmy się dziś w nocy.</p>
   <p>– Tak?</p>
   <p>– Jak się mama czuje?</p>
   <p>– Dosyć dobrze. Dużo lepiej. Był doktor Blomberg, a potem parę godzin spała. Teraz zdaje się jest okey i… – głos zamarł.</p>
   <p>– I?</p>
   <p>– … i to nie było przecież nieoczekiwane – powiedział chłopiec niepewnie. – To znaczy to, że z tatusiem koniec. Przecież okropnie źle z nim było. I długo już.</p>
   <p>– Sądzisz, że mama mogłaby podejść do telefonu?</p>
   <p>– Chyba tak. Jest w kuchni. Proszę chwilę zaczekać, powiem jej.</p>
   <p>– Dziękuję – powiedział Beck. Usłyszał oddalające się kroki.</p>
   <p>Jakim mężem i ojcem mógł być taki człowiek jak Nyman? Dom sprawiał wrażenie szczęśliwego. Nic nie przemawiało przeciw temu, że mógł być dobrym i kochającym ojcem.</p>
   <p>Syn w każdym razie bliski był wybuchnięcia płaczem.</p>
   <p>– Halo, tu Anna Nyman.</p>
   <p>– Komisarz Beck. O jedno tylko chciałbym spytać.</p>
   <p>– Tak?</p>
   <p>– Ile osób wiedziało, że mąż pani leży w szpitalu?</p>
   <p>– Nie tak wiele – powiedziała wolno.</p>
   <p>– Ale przecież od dość dawna był chory.</p>
   <p>– Tak, to prawda. Ale Stig nie chciał, żeby o tym wiedziano. Chociaż…</p>
   <p>– Tak?</p>
   <p>– Kilka osób wiedziało jednak.</p>
   <p>– Kto? Może pani wymienić?</p>
   <p>– Przede wszystkim rodzina.</p>
   <p>– Bliżej określając?</p>
   <p>– Ja i dzieci oczywiście. I Stig ma… miał dwóch młodszych braci, jeden mieszka w Göteborgu, drugi w Boden.</p>
   <p>Martin Beck kiwnął głową, na własny tylko użytek. Listy w pokoju chorego z pewnością napisane zostały przez braci Nymana.</p>
   <p>– Dalej.</p>
   <p>– Ja sama nie mam rodzeństwa. Rodzice nie żyją, nikt z moich najbliższych krewnych nie jest przy życiu. Prócz wuja, ale mieszka w Ameryce, nigdy go nie widziałam.</p>
   <p>– A przyjaciele?</p>
   <p>– Mamy nie tak wielu. To jest mieliśmy. Gunnar Blomberg, który był tu w nocy, z nim mamy kontakt, poza tym był przecież lekarzem Stiga. On oczywiście wiedział.</p>
   <p>– Rozumiem.</p>
   <p>– A także kapitan Palm i jego żona, to stary przyjaciel męża, jeszcze z wojska. Oni też bywali.</p>
   <p>– Kto więcej?</p>
   <p>– Właściwie nikt. Mieliśmy bardzo niewielu prawdziwych przyjaciół. Tylko tych, których wymieniłam.</p>
   <p>Urwała. Martin Beck czekał.</p>
   <p>– Stig mawiał zwykle…</p>
   <p>Nie dokończyła zdania.</p>
   <p>– Co mianowicie mawiał?</p>
   <p>– Że policja właściwie nie miewa przyjaciół.</p>
   <p>To była szczera prawda. Martin Beck sam też nie miał przyjaciół. Prócz Kollberga i własnej córki. I pewnej kobiety, która nazywała się Åsa Torell. Ale ona też była policjantem. No i może Per Månsson, policjant z Malmö.</p>
   <p>– A więc te osoby wiedziały, że pani mąż został przyjęty do Sabbatsberg?</p>
   <p>– Nie, tego nie mogę powiedzieć. Jedynym, który dokładnie wiedział, gdzie leży Stig, był doktor Blomberg. To znaczy, jedynym z naszych przyjaciół.</p>
   <p>– A kto go zwykle odwiedzał?</p>
   <p>– Ja i Stefan. Codziennie.</p>
   <p>– Nikt inny?</p>
   <p>– Nie.</p>
   <p>– Doktor Blomberg także nie?</p>
   <p>– Nie. Stig nie chciał, żeby prócz mnie i syna ktoś tam przychodził. Właściwie nie chciał nawet, żeby Stefan przychodził.</p>
   <p>– Dlaczego?</p>
   <p>– Nie chciał, żeby go ktoś widział. Pan rozumie…</p>
   <p>Martin Beck czekał.</p>
   <p>– Tak – powiedziała wreszcie. – Stig był zawsze niebywale silnym i wytrenowanym mężczyzną. Ale ostatnio bardzo podupadł i widocznie wstydził się, nie chciał się nikomu pokazywać.</p>
   <p>– Hmm – mruknął Martin Beck.</p>
   <p>– Choć Stefan wcale na to nie zwracał uwagi. On ubóstwiał ojca. Bardzo sobie byli bliscy.</p>
   <p>– A córka?</p>
   <p>– Na niej Stigowi nigdy w takim samym stopniu nie zależało. Czy pan ma dzieci?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– I chłopców i dziewczynki?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Więc wie pan, jak to jest. Między ojcem i synem.</p>
   <p>Wcale nie wiedział. Martin Beck tak długo się nad tym zastanawiał, że kobieta zapytała:</p>
   <p>– Czy pan jest, panie komisarzu?</p>
   <p>– Oczywiście. Naturalnie. A jak było, jeśli chodzi o sąsiadów?</p>
   <p>– Sąsiadów?</p>
   <p>– Tak, czy wiedzieli, że mąż pani leży w szpitalu?</p>
   <p>– Naturalnie że nie.</p>
   <p>– A jak im pani wyjaśniła, że nie ma go w domu?</p>
   <p>– Wcale nie wyjaśniałam. Nie utrzymujemy stosunków.</p>
   <p>– A syn? Opowiadał może o tym swoim kolegom?</p>
   <p>– Stefan? Nie, wykluczone. Wiedział, że ojciec sobie nie życzy. Nigdy by mu nie przyszło do głowy zrobić coś, czego Stig sobie nie życzył. Prócz tego, że chodził ze mną co wieczór do niego na wizytę. Ale w głębi duszy Stig tego sobie życzył.</p>
   <p>Martin Beck porobił zapiski na leżącym przed nim bloku i streszczając je, powiedział:</p>
   <p>– To znaczy, że tylko pani, Stefan, doktor Blomberg i obaj bracia komisarza Nymana wiedzieli dokładnie, na jakim oddziale i w którym pokoju leży pani małżonek.</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Teraz wiem prawie wszystko. Jeszcze jedno tylko.</p>
   <p>– Co takiego?</p>
   <p>– A z kim ze swych kolegów mąż pani najbardziej przestawał?</p>
   <p>– Nie rozumiem.</p>
   <p>Martin Beck położył pióro i dwoma palcami – wielkim i wskazującym – pomasował nasadę nosa. Czy niejasno sformułował pytanie?</p>
   <p>– Mam na myśli, co następuje: z kim z policji spotykali się państwo, mąż i pani?</p>
   <p>– Absolutnie z nikim.</p>
   <p>– Jak to?</p>
   <p>– O co chodzi?</p>
   <p>– Czy mąż pani nie utrzymywał bliższych stosunków z kilkoma kolegami? Nie spotykał się z nimi poza godzinami pracy?</p>
   <p>– Nie. W ciągu dwudziestu sześciu lat mego małżeństwa ze Stigiem nie zdarzyło się, że policjant przestąpił próg naszego domu.</p>
   <p>– Serio to pani mówi?</p>
   <p>– Tak. Jedynymi policjantami w naszym domu był pan, i ten, który panu towarzyszył dziś w nocy. Ale wtedy Stig już nie żył.</p>
   <p>– Przecież jeżeli już nie ktoś inny z podwładnych, to musiał przychodzić goniec, przynosić mu wiadomości albo je odbierać.</p>
   <p>– A to oczywiście tak. Ordynansi.</p>
   <p>– Przepraszam, kto?</p>
   <p>– Mój mąż tak ich określał. Tych, co tu przychodzili. Zdarzało się od czasu do czasu. Ale oni też nigdy progu nie przestąpili. Stig był bardzo skrupulatny, jeśli chodzi o ten szczegół.</p>
   <p>– Rzeczywiście?</p>
   <p>– Tak. Zawsze. Jeżeli jakiś szeregowy coś przynosił, czy miał zabrać, czy w innej sprawie przychodził, nigdy nie bywał wpuszczony. Jeżeli otwierałam ja albo któreś z dzieci, mówiliśmy temu komuś, żeby zaczekał, i zamykało się drzwi, póki Stig nie był gotów.</p>
   <p>– To był jego pomysł?</p>
   <p>– Tak. Wyraźnie zapowiedział, że tak być musi. Raz na zawsze.</p>
   <p>– Miał przecież kolegów, z którymi wiele lat współpracował. Czy w stosunku do nich to także obowiązywało?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– I żadnego z nich pani nie zna?</p>
   <p>– Nie. A w każdym razie nie więcej niż z nazwiska.</p>
   <p>– Ale wspominał chyba o swoich współpracownikach?</p>
   <p>– Bardzo rzadko.</p>
   <p>– A o swoich podwładnych?</p>
   <p>– Jak już powiedziałam, bardzo rzadko. Rozumie pan, jedną z zasad Stiga było, że służba w żaden sposób nie powinna wdzierać się w życie prywatne.</p>
   <p>– Powiedziała pani jednak, że kilku współpracowników zna pani przynajmniej z nazwiska. Jakich?</p>
   <p>– Cóż, kilku z głównej komendy. Komendanta, rzecz jasna, głównego intendenta…</p>
   <p>– Policji porządkowej?</p>
   <p>– Tak. A czy jest jeszcze inny?</p>
   <p>Do pokoju wszedł Rönn z jakimiś papierami. Martin Beck spojrzał na niego ze zdziwieniem. Potem skupił się i dalej prowadził rozmowę.</p>
   <p>– Ale musiał chyba wymieniać z nazwiska tych, z którymi bezpośrednio pracował?</p>
   <p>– Owszem, jednego przynajmniej. O ile mi wiadomo, jednego z podwładnych bardzo cenił. Nazywał się Hult. Stig czasem mówił o nim. Współpracowali z sobą na długo przedtem, nim poznałam mego męża.</p>
   <p>– A więc Hulta pani zna?</p>
   <p>– Nie. O ile sobie przypominam, nigdy go nie widziałam.</p>
   <p>– Na pewno?</p>
   <p>– Nie. Mówiłam z nim przez telefon.</p>
   <p>– I to wszystko?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Zechce pani chwileczkę zaczekać.</p>
   <p>– Oczywiście.</p>
   <p>Martin Beck położył słuchawkę na stole. Ugniatając czubkami palców skórę u nasady włosów myślał intensywnie. Rönn obojętnie ziewał.</p>
   <p>Martin Beck ponownie przyłożył słuchawkę do ucha.</p>
   <p>– Halo?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– A wie pani, jak ma na imię pierwszy asystent Hult?</p>
   <p>– Tak, przez przypadek. Palmon Harald Hult. Nie wiedziałam natomiast, jaki jest jego stopień służbowy.</p>
   <p>– Przez przypadek, powiada pani?</p>
   <p>– Tak, właśnie. Mam to przed sobą, zapisane na bloczku telefonicznym. Palmon Harald Hult.</p>
   <p>– Kto to zapisał?</p>
   <p>– Ja sama.</p>
   <p>Martin Beck nic nie powiedział.</p>
   <p>– Pan Hult mianowicie dzwonił tu wczoraj wieczorem i pytał o mojego męża. Bardzo się zmartwił usłyszawszy, że jest ciężko chory.</p>
   <p>– A pani dała mu adres szpitalny?</p>
   <p>– Tak. Chciał posłać kwiaty. A ja, jak już mówiłam, znałam go. Był jedynym, któremu mogłam dać adres prócz…</p>
   <p>– Prócz?</p>
   <p>– No cóż, szefa policji, naczelnika, głównego intendenta oczywiście…</p>
   <p>– Rozumiem. A więc Hult dostał adres?</p>
   <p>– Tak – urwała. Potem dodała z budzącym się niepokojem: – Co pan ma na myśli?</p>
   <p>– Nic – odpowiedział Martin Beck uspokajająco. – To z pewnością nie ma znaczenia.</p>
   <p>– Ale pan tak jakby…</p>
   <p>– Tyle tylko, że wszystko musimy skontrolować, droga pani. Bardzo nam pani pomogła. Dziękuję.</p>
   <p>– I ja dziękuję – powiedziała stropiona.</p>
   <p>– Dziękuję – powtórzył Martin Beck i odłożył słuchawkę.</p>
   <p>Rönn oparł się o futrynę i powiedział:</p>
   <p>– Wydaje mi się, że sprawdziłem, ile tylko się dało. Dwóch nie żyje. A o tym przeklętym Erikssonie nikt nic nie wie.</p>
   <p>– Aha – powiedział Martin Beck z roztargnieniem, drukowanymi literami wypisując na bloku PALMON HARALD HULT.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>18</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Jeżeli Hult jest w pracy, to powinien tkwić przy biurku. Jako posunięty już w latach zajmuje się teraz raczej papierkową robotą, przynajmniej oficjalnie.</p>
   <p>Odpowiedź, jaką dano w komisariacie wydała się zupełnie niepojęta.</p>
   <p>– Hult? Nie, nie ma go. On w ogóle w soboty i niedziele zawsze ma wolne.</p>
   <p>– I wcale się dziś nie pokazywał?</p>
   <p>– Nie.</p>
   <p>– Na pewno?</p>
   <p>– Tak. Ja go w każdym razie nie widziałem.</p>
   <p>– Zechce pan być tak uprzejmy i spytać innych?</p>
   <p>– Jakich innych?</p>
   <p>– Chyba nie macie takiego niedoboru personelu, że tylko jeden pracownik jest na zmianie – rzekł Martin Beck nieco poirytowany. – Chyba nie jest pan sam w komisariacie?</p>
   <p>– Oczywiście nie – odpowiedział dyżurny znacznie ciszej. – Proszę zaczekać, spytam.</p>
   <p>Martin Beck usłyszał stuk odkładanej słuchawki i odgłos oddalających się kroków. Potem odległy głos wołający:</p>
   <p>– Widział kto Hulta? To ten nadęty Beck z komisji zabójstw telefonuje i…</p>
   <p>Głos rozpłynął się w szumie i trzaskach.</p>
   <p>Martin Beck czekał, smutno spoglądając na Rönna, który jeszcze smutniej spoglądał na zegarek.</p>
   <p>Dlaczego tamten z komisariatu „Maria” uważał, że jest nadęty? Pewnie dlatego, że go nie tykał, tylko mówił pan. Martinowi Beckowi trudno było przyzwyczaić się do tykania policjantów, którzy jeszcze mieli mleko pod nosem, i do tego, żeby oni go tykali.</p>
   <p>Chociaż w najmniejszej mierze nie był zwolennikiem ścisłego przestrzegania form.</p>
   <p>Jak by człowiek taki jak Stig Nyman zareagował w podobnej sytuacji?</p>
   <p>Zachrobotało w słuchawce.</p>
   <p>– Więc jeżeli chodzi o Hulta…</p>
   <p>– Tak?</p>
   <p>– Zdaje się, że rzeczywiście tu był przez chwilę. Jakieś półtorej godziny temu. Ale widocznie zaraz wyszedł.</p>
   <p>– Dokąd?</p>
   <p>– Nikt nie wie.</p>
   <p>Martin Beck pozostawił to uogólnienie bez uwag, powiedział tylko:</p>
   <p>– Dziękuję zatem.</p>
   <p>Dla pewności nakręcił domowy numer Hulta. Ale, jak przypuszczał, nie było odpowiedzi i po kilku sygnałach odłożył słuchawkę.</p>
   <p>– Kogo szukasz? – spytał Rönn.</p>
   <p>– Hulta.</p>
   <p>– Aha.</p>
   <p>Nie można powiedzieć, by Rönn był specjalnie bystry, pomyślał Martin Beck z irytacją. I powiedział:</p>
   <p>– Einar?</p>
   <p>– Słucham.</p>
   <p>– Hult dzwonił wczoraj wieczorem do pani Nyman i dostał adres szpitala.</p>
   <p>– Aha.</p>
   <p>– Pytanie: dlaczego?</p>
   <p>– Pewnie chciał posłać kwiaty – powiedział Rönn obojętnie. – Hult i Nyman to kumple.</p>
   <p>– Nie tak wiele osób w ogóle wiedziało, że Nyman leży w Sabbatsberg.</p>
   <p>– Dlatego Hult musiał zadzwonić i spytać – powiedział Rönn.</p>
   <p>– Osobliwy zbieg okoliczności.</p>
   <p>To nie było pytanie i Rönn bardzo słusznie nie próbował odpowiedzieć. Powiedział natomiast:</p>
   <p>– Aha, mówiłem, że tego Erikssona nie mogłem złapać.</p>
   <p>– Jakiego Erikssona?</p>
   <p>– Åkego Erikssona. Tego policjanta, co to zawsze skarży się na wszystko.</p>
   <p>Martin Beck skinął głową. Pamiętał to nazwisko, choć już od dawna musiało nie być aktualne. Ale nie to nazwisko chciał mieć w pamięci, poza tym był zajęty myślą o Hulcie.</p>
   <p>Osobiście rozmawiał z tym człowiekiem niespełna dwie godziny temu. Jak się Hult zachował? Wiadomość o morderstwie popełnionym na Nymanie z początku nie wywołała żadnej reakcji. Potem Hult poszedł do roboty, jak to sam określił.</p>
   <p>Martin Beck nic nienormalnego w tym nie znajdował. Hult był starym gruboskórnym policjantem, dość ociężale myślącym, zupełnie nieimpulsywnym. Że dobrowolnie stawił się do pracy, kiedy kolega został zamordowany, wydawało się zupełnie naturalne. W pewnych sytuacjach Martin Beck postąpiłby dokładnie tak samo.</p>
   <p>Co się wydawało bardziej osobliwe, to rozmowa telefoniczna. Dlaczego słowem nie wspomniał, że kontaktował się z panią Nyman, i to nie dalej niż poprzedniego wieczoru? I jeżeli jedynym powodem była chęć posłania kwiatów, to dlaczego dzwonił wieczorem?</p>
   <p>Jeżeli natomiast z innych powodów chciał dokładnie wiedzieć, gdzie się Nyman znajduje, nie dla posłania kwiatów?</p>
   <p>Martin Beck zmusił się do przerwania toku myśli.</p>
   <p>Czy Hult rzeczywiście dzwonił wieczorem?</p>
   <p>A jeżeli tak, to o której godzinie?</p>
   <p>Pewne dane trzeba skompletować.</p>
   <p>Martin Beck westchnął ciężko, znowu podniósł słuchawkę i po raz trzeci nakręcił numer Anny Nyman. Tym razem ona sama się zgłosiła.</p>
   <p>– Ach tak – powiedziała z rezygnacją – komisarz Beck.</p>
   <p>– Niestety, muszę trochę dokładniej wypytać o tę rozmowę telefoniczną…</p>
   <p>– Tak?</p>
   <p>– Pani powiedziała, że pierwszy asystent Hult zadzwonił wieczorem?</p>
   <p>– Tak?</p>
   <p>– O której?</p>
   <p>– Dość późno, ale dokładnie nie mogę powiedzieć.</p>
   <p>– Ale mniej więcej.</p>
   <p>– Cóż…</p>
   <p>– Czy pani już spała?</p>
   <p>– O nie… zaraz, chwileczkę.</p>
   <p>Umilkła. Martin Beck niecierpliwie bębnił palcami w stół. Słyszał, że z kimś rozmawia, prawdopodobnie z synem, słów nie mógł rozróżnić.</p>
   <p>– Halo.</p>
   <p>– Jestem.</p>
   <p>– Mówiłam ze Stefanem. Bo oglądaliśmy wtedy telewizję. Najpierw film z Humphreyem Bogartem, ale taki nieprzyjemny, że przestawiliśmy na drugi kanał. Tam był program rozrywkowy z Bennym Hillem, właśnie się zaczął, kiedy telefon zadzwonił.</p>
   <p>– Znakomicie, a jak długo trwał ten program?</p>
   <p>– Parę minut tylko. Najwyżej z pięć.</p>
   <p>– Dziękuję pani. Jeszcze tylko jedno.</p>
   <p>– Cóż takiego?</p>
   <p>– Czy pamięta pani dokładnie, co Hult powiedział?</p>
   <p>– No, nie dosłownie. Po prostu zapytał, czy może mówić ze Stigiem, a gdy odpowiedziałam…</p>
   <p>– Przepraszam, że przerywam. Tak powiedział: „Czy mogę mówić ze Stigiem”?</p>
   <p>– Nie. Oczywiście nie. Wyraził się zupełnie poprawnie.</p>
   <p>– To znaczy?</p>
   <p>– Przeprosił i zapytał, czy zastał komisarza Nymana.</p>
   <p>– A dlaczego przeprosił?</p>
   <p>– Że przeszkadza tak późno, naturalnie.</p>
   <p>– A co pani odpowiedziała?</p>
   <p>– Spytałam, kto dzwoni. A raczej dokładniej mówiąc: od kogo mam przekazać pozdrowienia.</p>
   <p>– A co pan Hult na to?</p>
   <p>– Jestem kolegą komisarza Nymana. Mniej więcej tak. A potem podał nazwisko.</p>
   <p>– A co pani odpowiedziała?</p>
   <p>– Jak już uprzednio mówiłam, od razu wiedziałam kto mówi, bo znałam to nazwisko i wiedziałam, że już przedtem dzwonił, i że był jednym z nielicznych, których Stig naprawdę cenił.</p>
   <p>– Dzwonił przedtem, powiada pani. Jak często?</p>
   <p>– Parę razy w ciągu roku. Kiedy mąż był zdrowy i przebywał akurat w domu, zawsze on przyjmował telefony, więc ten Hult mógł oczywiście dzwonić wiele razy.</p>
   <p>– I co pani powiedziała?</p>
   <p>– Już to przecież opowiadałam przedtem.</p>
   <p>– Przepraszam, jeżeli wydaję się natarczywy, ale to może okazać się ważne.</p>
   <p>– Powiedziałam, że Stig jest chory. Wydawał się zdziwiony i zasmucony i pytał, czy to coś poważnego i…</p>
   <p>– I?</p>
   <p>– Powiedziałam, że to niestety dość poważne i że Stig jest w szpitalu. Potem spytał, czy mógłby go odwiedzić, a ja odpowiedziałam, że mój mąż jednak nie życzy sobie.</p>
   <p>– A on zadowolił się tym?</p>
   <p>– Tak, oczywiście. Przecież Harald Hult bardzo dobrze znał Stiga. Z pracy.</p>
   <p>– Powiedział jednak, że chce posłać kwiaty?</p>
   <p>Naprowadzające pytanie, pomyślał Martin Beck.</p>
   <p>– Właśnie. I że chciałby skreślić kilka słów. Wtedy powiedziałam, że Stig jest w Sabbatsberg i podałam mu oddział i numer pokoju. Przypominam sobie, że Stig kilkakrotnie wymieniał Hulta jako godnego zaufania i bez zarzutu.</p>
   <p>– A potem?</p>
   <p>– Przeprosił raz jeszcze. Podziękował i powiedział dobranoc.</p>
   <p>Z kolei Martin Beck podziękował i z rozpędu bliski był powiedzenia także i dobranoc. Potem zwrócił się do Rönna i spytał:</p>
   <p>– Wczoraj wieczorem oglądałeś TV?</p>
   <p>Rönn odpowiedział urażonym spojrzeniem.</p>
   <p>– Nie, oczywiście. Nie mogłeś. Pracowałeś. Ale mógłbyś dowiedzieć się, o której na drugim kanale zaczął się program z Bennym Hallem.</p>
   <p>– Mógłbym – powiedział Rönn i podreptał do poczekalni.</p>
   <p>Wrócił z gazetą w ręce, długo się w nią wpatrywał i obwieścił:</p>
   <p>– Dwudziesta pierwsza dwadzieścia pięć.</p>
   <p>– A więc Hult dzwonił o wpół do dziesiątej. Dość późno, jeśli się nie ma specjalnie ważnej sprawy.</p>
   <p>– A on nie miał?</p>
   <p>– W każdym razie nic nie powiedział. Wywiedział się natomiast dokładnie, gdzie Nyman leży.</p>
   <p>– No, chciał przecież posłać mu kwiaty.</p>
   <p>Martin Beck długo patrzył na Rönna. Musi mieć możliwość omówienia tego.</p>
   <p>– Czy możesz posłuchać, Einar?</p>
   <p>– Przecież to robię.</p>
   <p>Martin Beck podsumował wszystko, co wiedział o poczynaniach Hulta w ciągu ostatniej doby, od rozmowy telefonicznej do dyskusji z nim na Reimerholme, i do faktu, że w chwili obecnej nie można było ustalić, gdzie się Hult znajduje.</p>
   <p>– Sądzisz, że Hult wbiłby nóż w Nymana?</p>
   <p>Pytanie było niebywale bezpośrednie jak na Rönna.</p>
   <p>– Nie, tego bym chyba nie powiedział.</p>
   <p>– Ja uważam, że to byłoby zbyt wyszukane. I dziwne – rzekł Rönn.</p>
   <p>– Zachowanie Hulta jest też dość dziwne, łagodnie mówiąc.</p>
   <p>Rönn się nie odezwał.</p>
   <p>– W każdym razie chcę znaleźć Hulta i bliżej go wypytać o tę rozmowę telefoniczną – energicznie oznajmił Martin Beck.</p>
   <p>Jego zdecydowany ton nie wywarł większego wrażenia na Rönnie, który ziewnął szeroko i powiedział:</p>
   <p>– Ogłoś, że go szukasz przez radio. Z pewnością jest gdzieś niedaleko.</p>
   <p>Martin Beck obrzuciwszy Rönna zdumionym spojrzeniem powiedział:</p>
   <p>– To rzeczywiście konstruktywna propozycja.</p>
   <p>– Dlaczego znowu konstruktywna – powiedział nagle Rönn, jak gdyby poczuł się o coś niesłusznie podejrzany.</p>
   <p>Martin Beck znowu chwycił za telefon i zaczął wydawać polecenia, że gdy tylko uda się odnaleźć pierwszego asystenta Haralda Hulta, należy go poprosić, by zadzwonił do komisji zabójstw na Kungsholmsgatan.</p>
   <p>Uporawszy się z tym, siedział wsparłszy głowę na rękach.</p>
   <p>Coś tu się nie zgadzało. I wciąż to uczucie grożącego niebezpieczeństwa. Kto był groźny?</p>
   <p>Hult? Czy też było coś, co przeoczył?</p>
   <p>– Choć jedną rzecz muszę powiedzieć – odezwał się Rönn.</p>
   <p>– Co takiego?</p>
   <p>– No, że gdybym zadzwonił do twojej żony i spytał o ciebie… – urwał i wymamrotał: – Nie, to zresztą niemożliwe. Jesteś rozwiedziony.</p>
   <p>– A co chciałeś powiedzieć?</p>
   <p>– Nic takiego – wykręcał się Rönn zmieszany. – Nie zastanowiłem się. Nie chcę się wtrącać do twego życia prywatnego.</p>
   <p>– Ale co chciałeś powiedzieć?</p>
   <p>Rönn rozważał najlepsze sformułowanie.</p>
   <p>– No więc gdybyś był żonaty i zadzwoniłbym do ciebie do domu, do twojej żony, i powiedział, że chcę z tobą mówić, a ona spytała by, kto mówi, to…</p>
   <p>– To?</p>
   <p>– Właśnie. To nie powiedziałbym: Einar Valentino Rönn.</p>
   <p>– A któż to taki na litość boską?</p>
   <p>– Ja. Ja się tak nazywam… Po jakimś amancie filmowym. Matka miewała takie pomysły.</p>
   <p>Martin Beck natychmiast się ożywił.</p>
   <p>– Myślisz więc…</p>
   <p>– Że to dziwaczne i nieprawdopodobne, żeby Hult dzwoniąc do pani Nyman mówił: Tu Palmon Harald Hult.</p>
   <p>– A skąd wiesz, że on ma takie imiona?</p>
   <p>– Przecież to ty sam wypisałeś je na bloku Melandera. A ponadto…</p>
   <p>– Co ponadto?</p>
   <p>– Ponadto było to w papierach, na zażaleniu Åkego Erikssona do rzecznika sprawiedliwości.</p>
   <p>Spojrzenie Martina Becka rozjaśniało się powoli.</p>
   <p>– Dobrze, Einar – powiedział. – Bardzo dobrze.</p>
   <p>Rönn ziewnął.</p>
   <p>– Kto ma dziś dyżur? – spytał nagle Martin Beck.</p>
   <p>– Gunvald. Ale urwał się. On jest zawsze beznadziejny.</p>
   <p>– Ale musi tu ktoś być.</p>
   <p>– Owszem, Strömgren.</p>
   <p>– A gdzie Melander?</p>
   <p>– Pewnie w domu. Ma przecież teraz wolne soboty.</p>
   <p>– Trzeba będzie chyba trochę bliżej przestudiować kolegę Erikssona. Najgorsze, że nie przypominam sobie żadnych szczegółów.</p>
   <p>– Ani ja – rzekł Rönn. – Ale Melander pamięta. On pamięta wszystko.</p>
   <p>– Powiedz Strömgrenowi, żeby wydobył wszystkie pisma dotyczące Åkego Erikssona. I zadzwoń do Melandera, żeby przyszedł. Zaraz.</p>
   <p>– To nie będzie chyba takie łatwe. Jest teraz zastępcą komisarza. Niezbyt chętnie poświęca swój czas prywatny.</p>
   <p>– Pozdrów go ode mnie – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– To mogę zrobić – powiedział Rönn i wyszedł powłócząc nogami.</p>
   <p>W dwie minuty później był z powrotem.</p>
   <p>– Strömgren szuka – powiedział.</p>
   <p>– A Melander?</p>
   <p>– Przyjdzie, ale…</p>
   <p>– Ale co?</p>
   <p>– Nie wydawał się zadowolony.</p>
   <p>– No, nie żądajmy niemożliwości.</p>
   <p>Martin Beck czekał. Przede wszystkim na to, że Hult się zjawi. A także na to, żeby pogadać z Melanderem.</p>
   <p>Fredrik Melander był jednym z nielicznych bezcennych skarbów komisji zabójstw. Był człowiekiem obdarzonym bajeczną pamięcią. Cała nowoczesna technika nie mogła się z nim równać, gdyż Melander potrafił w ciągu kilku minut przypomnieć sobie wszystko, co słyszał lub czytał o jakiejś osobie czy o jakimś przedmiocie, i przedstawić to jasno i przejrzyście w formie opowiadania.</p>
   <p>Tego żaden mózg elektronowy na świecie nie zrobi.</p>
   <p>Nie był natomiast człowiekiem pióra. Martin Beck przyglądał się notatkom na bloku Melandera. Krzywe dziwaczne pismo dające gwarancję nieczytelności.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>19</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Rönn oparłszy się o futrynę drzwi, zachichotał. Martin Beck spojrzał na niego pytająco.</p>
   <p>– Z czego się śmiejesz?</p>
   <p>– Wiesz, uderzyło mnie, że ty szukasz jednego policjanta, a ja drugiego, a może to jeden i ten sam.</p>
   <p>– Ten sam?</p>
   <p>– Nie, to być nie może – powiedział Rönn. – Åke Eriksson to Åke Eriksson, a Palmon Harald Hult to Palmon Harald Hult.</p>
   <p>Martin Beck zastanowił się; czy nie powinien odesłać Rönna do domu. Pytanie, czy obecność Rönna była jeszcze całkowicie legalna, gdyż zgodnie z ustawą, która weszła w życie od Nowego Roku, żaden policjant nie mógł przepracować więcej niż sto pięćdziesiąt godzin nadliczbowych rocznie, przy czym najwyżej pięćdziesiąt w ciągu jednego kwartału. Teoretycznie mogło to spowodować sytuację, w której policjant pobierał pensję, ale nie wolno mu było pracować. Dopuszczalne to było w jednym wypadku: w wyjątkowo poważnych sytuacjach.</p>
   <p>Czy taka zaistniała? Przypuszczalnie.</p>
   <p>Albo może powinien aresztować Rönna? Gdyż mimo że od początku kwartału upłynęły zaledwie cztery doby, on już całkowicie zużył limit swych nadgodzin. Byłoby to niewątpliwie nowe, chytre posunięcie w pracy śledczej.</p>
   <p>Poza tym praca przebiegała normalnie. Strömgren wyszukał mnóstwo starych papierów, a co chwilę donosił jeszcze więcej.</p>
   <p>Martin Beck przyglądał się im z rosnącym obrzydzeniem. Coraz więcej nasuwało się pytań, które powinien by postawić Annie Nyman.</p>
   <p>Wahał się z ręką na telefonie. Czy to nie za wiele znowu do niej dzwonić? A może by tak poprosić Rönna? Ale w tym wypadku musiałby jednak on sam zadzwonić i przeprosić w swoim własnym i jego imieniu.</p>
   <p>Wobec tej przykrej perspektywy zdobył się na odwagę, podniósł słuchawkę i po raz czwarty nakręcił numer domu okrytego żałobą.</p>
   <p>– Tu Nyman.</p>
   <p>Głos wdowy za każdym razem wydawał się bardziej pogodny. Jeszcze jedno potwierdzenie tylekroć zaświadczonej prawdy, że człowiek ma zdolność przystosowania się do wszystkiego.</p>
   <p>Otrząsnął się i powiedział:</p>
   <p>– Tu znowu Beck.</p>
   <p>– Ale przecież jakieś dziesięć minut temu rozmawialiśmy…</p>
   <p>– Wiem. Przepraszam. Czy to bolesne dla pani mówić o tym… incydencie?</p>
   <p>Gzy rzeczywiście nie mógł znaleźć trochę odpowiedniejszego określenia?</p>
   <p>– Zaczynam się przyzwyczajać – odpowiedziała Anna Nyman dość chłodno. – Czego pan komisarz teraz sobie życzy?</p>
   <p>Stopnie służbowe miała w każdym razie gruntownie opanowane.</p>
   <p>– Chciałbym jeszcze powrócić do tej rozmowy telefonicznej.</p>
   <p>– Z pierwszym asystentem Hultem?</p>
   <p>– Właśnie. Pani chyba nie po raz pierwszy z nim mówiła?</p>
   <p>– Nie.</p>
   <p>– Poznała pani jego głos?</p>
   <p>– Oczywiście nie.</p>
   <p>– Dlaczego oczywiście?</p>
   <p>– Bo wtedy nie musiałabym pytać, kto dzwoni.</p>
   <p>Rety. I co z tego wyszło. Powinien był jednak zlecić to Rönnowi.</p>
   <p>– Pan komisarz nie pomyślał o tym? – powiedziała pani Nyman pytającym tonem.</p>
   <p>– Rzeczywiście nie.</p>
   <p>Większość rozmówców zarumieniłaby się i straciła wątek. Ale nie Martin Beck. Wcale nie stropiony powiedział:</p>
   <p>– A więc mógł to być ktokolwiek, ktoś inny.</p>
   <p>– A nie byłoby dziwne, gdyby ktokolwiek mówił, że nazywa się Palmon Harald Hult.</p>
   <p>– To znaczy, mógł to być ktoś inny, nie Hult.</p>
   <p>– A kto taki?</p>
   <p>Trafne pytanie, pomyślał Beck i powiedział:</p>
   <p>– Mogłaby pani określić, czy to był młody, czy starszy człowiek?</p>
   <p>– Nie.</p>
   <p>– A może pani w jakiś sposób opisać, co to był za głos?</p>
   <p>– Cóż, był wyraźny. Może trochę szorstki.</p>
   <p>Tak, to było znakomite określenie głosu Hulta. Szorstki i wyraźny. Ale w ten sposób mówi mnóstwo innych policjantów, zwłaszcza takich, którzy mieli wojskowe wyszkolenie. I oczywiście również wielu takich, którzy wcale nie są policjantami.</p>
   <p>– A nie byłoby prościej zapytać asystenta Hulta? – zdziwiła się kobieta.</p>
   <p>Martin Beck zrezygnował z komentarzy. Puścił się natomiast na jeszcze głębsze wody.</p>
   <p>– Być policjantem, to prawie zawsze znaczy mieć trochę nieprzyjaciół.</p>
   <p>– Tak. Już to pan przedtem mówił. Czy pan komisarz zdaje sobie sprawę, że jest to piąta nasza rozmowa w ciągu mniej niż dwunastu godzin?</p>
   <p>– Przykro mi. Powiedziała pani, że nic pani nie wiadomo, żeby mąż miał wrogów.</p>
   <p>– Zgadza się.</p>
   <p>– Ale o tym, że miał pewne trudności służbowe, chyba pani wiedziała.</p>
   <p>Zabrzmiało to tak, jakby się roześmiała.</p>
   <p>– Teraz nie rozumiem, o co panu chodzi.</p>
   <p>Tak, ona się rzeczywiście śmiała.</p>
   <p>– Chodzi mi o to – wypalił bez pardonu Martin Beck – że jak się zdaje, wiele osób uważało go za złego policjanta, który źle wykonywał swą pracę.</p>
   <p>Ta replika trafiła. Powaga została przywrócona.</p>
   <p>– Czy pan żartuje, panie komisarzu?</p>
   <p>– Nie – rzekł Martin Beck nieco pojednawczo. – Nie żartuję. Pani małżonek ściągnął na siebie wiele oskarżeń.</p>
   <p>– O co?</p>
   <p>– O brutalność.</p>
   <p>Gwałtownie zaczerpnęła tchu i powiedziała:</p>
   <p>– To zupełny absurd. Musiał go pan pomylić z kimś innym.</p>
   <p>– Nie sądzę.</p>
   <p>– Stig był najłagodniejszym z ludzi, jakich zdarzyło mi się spotkać. Mieliśmy na przykład psa. To jest psy, cztery kolejno. Stig kochał je, miał niewyczerpaną cierpliwość, nawet wtedy, kiedy się jeszcze nie nauczyły porządku. Mógł je tygodniami przyuczać, nigdy się nie irytując.</p>
   <p>– Aha.</p>
   <p>– I nigdy ręki na dzieci nie podniósł. Nawet jak były małe.</p>
   <p>Martin Beck często podnosił rękę na swoje dzieci. Zwłaszcza, jak były małe.</p>
   <p>– Więc nigdy nie wspominał o trudnościach służbowych?</p>
   <p>– Nie. Już mówiłam, że właściwie nigdy nie mówił o swojej pracy zawodowej. Zresztą wcale nie wierzę w tę gadaninę. Pan się po prostu myli.</p>
   <p>– Ale jakieś poglądy przecież musiał mieć? Tak w ogólności?</p>
   <p>– Owszem, uważał, że społeczeństwo moralnie podupada, gdyż rząd jest nieudany.</p>
   <p>No, taki punkt widzenia trudno byłoby wziąć za złe. Błąd tkwił tylko w tym, że Stig Nyman należał do mniejszości, która świadomie mogła wszystko, jeszcze pogarszać, gdy się nastręczyła okazja.</p>
   <p>– Czy jeszcze coś więcej? – spytała Anna Nyman. – Bo rzeczywiście sporo mam spraw, które trzeba pozałatwiać.</p>
   <p>– Nie, nic więcej, w każdym razie nie w tej chwili. Przykro mi, że zmuszony byłem trudzić panią.</p>
   <p>– Nic nie szkodzi – powiedziała bez przekonania.</p>
   <p>– Tylko prawdopodobnie będziemy zmuszeni poprosić panią o zidentyfikowanie tego głosu.</p>
   <p>– Asystenta Hulta?</p>
   <p>– Tak. Sądzi pani, że poznałaby go pani teraz?</p>
   <p>– Prawdopodobnie. Żegnam.</p>
   <p>– Żegnam.</p>
   <p>Martin Beck odłożył słuchawkę. Wszedł Strömgren z jakimś nowym papierkiem. Rönn wyglądał oknem, zsunąwszy okulary na czubek nosa.</p>
   <p>– No i masz – powiedział spokojnie. Też rodzaj komentarza.</p>
   <p>– W jakiej broni służył Hult, kiedy był zawodowym?</p>
   <p>– W kawalerii – powiedział Rönn.</p>
   <p>Raj dla dręczycieli.</p>
   <p>– A Eriksson?</p>
   <p>– On był w artylerii.</p>
   <p>Przez pięć sekund panowała cisza, a potem Rönn powiedział:</p>
   <p>– Myślisz o tym bagnecie?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Tak właśnie myślałem.</p>
   <p>– I coś wymyślił?</p>
   <p>– Tyle, że każdy może sobie taki kupić za pięć patyków, nadwyżek magazynów wojskowych.</p>
   <p>Martin Beck nie odpowiedział.</p>
   <p>Nigdy specjalnie wysoko nie cenił Rönna, ale nigdy nie przypuszczał, że to uczucie może być obustronne.</p>
   <p>Ktoś lekko zapukał w drzwi. Melander. Prawdopodobnie jedyny na świecie człowiek, który do własnych drzwi puka.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>20</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Lennarta Kollberga niepokoił upływ czasu. Miał wrażenie, że powinno się wydarzyć coś dramatycznego, ale jak dotąd nic nie przerwało zwykłych czynności. Zwłoki zabrano, podłoga została umyta. Łóżko wytoczono w jedną stronę, stolik nocny w drugą. Wszystkie osobiste drobiazgi zebrano w plastykową torbę, którą z kolei włożono do worka. Worek ten stał na korytarzu, czekając na kogoś, kto się nim zajmie. Badanie miejsca zbrodni zastało załatwione i nawet zarysowany kontur ciała na podłodze nie przypominał o zmarłym Stigu Nymanie. Ta metoda była przestarzała i stosowano ją tylko w wyjątkowych wypadkach. Brakowało chyba tylko fotoreporterów.</p>
   <p>W pokoju zostało tylko krzesło, na którym on sam siedział i zastanawiał się.</p>
   <p>Co robi osobnik, który kogoś zabił? Z doświadczenia wiedział, że wiele może być odpowiedzi na to pytanie.</p>
   <p>On sam zabił raz człowieka. I co wtedy zrobił? Myślał długo i gruntownie, cały rok prawie, a potem oddał służbowy pistolet wraz z zezwoleniem, wszystko razem, i oświadczył, że nigdy więcej nie chce występować z bronią. Zdarzyło się to przed kilku laty i miał niejasne wspomnienie, że po raz ostatni zdarzyło mu się nosić pistolet w Motali w roku 1964, podczas sławnego dochodzenia w sprawie Roseanny. A jednak od czasu do czasu wracało wspomnienie tamtego nieszczęśliwego wypadku. Na przykład gdy spoglądał w lustro. Oto człowiek, który zabił.</p>
   <p>W ciągu długich lat służby stawał oko w oko z większą ilością zbrodniarzy i morderców, niż można sobie wyobrazić. I świadom był tego, że zachowanie sprawcy zbrodni ma nieskończoną ilość odmian. Jedni wymiotują, inni z apetytem jedzą obiad, jeszcze inni popełniają samobójstwo.</p>
   <p>Są tacy, którzy ogarnięci paniką uciekają byle gdzie, i tacy, którzy zwyczajnie idą do domu i kładą się spać.</p>
   <p>Wszelkie próby zgadywania były więc nie tylko trudne, ale i z zawodowego punktu widzenia bezsensowne, gdyż mogły sprowadzić śledztwo na fałszywy tor.</p>
   <p>Coś jednak było w okolicznościach zabójstwa popełnionego na Nymanie takiego, że nurtowało go pytanie, gdzie też człowiek z bagnetem się udał po morderstwie i co w tej chwili robi.</p>
   <p>Cóż to były za okoliczności? Po części ta gwałtowność, która musiała być wyrazem uczuć równie gwałtownych, zmuszających do brutalności. Tylko czy to rzeczywiście takie proste? Kollberg pamiętał, jak on sam czuł się, gdy go Nyman szkolił na komandosa. Z początku miewał mdłości i drżał ze strachu, nie mógł jeść, a niewiele później wylazłszy z kupy parujących odpadków z rzeźni, zrzucał ochronne ubranie, brał prysznic i szedł prosto do kantyny, by zawijać kawę i placek. A więc to także jest sprawa przyzwyczajenia.</p>
   <p>Inną okolicznością, która miała wpływ na tok myśli Kollberga, był sposób zachowania Martina Becka. Kollberg był człowiekiem bardzo spostrzegawczym, bystrym, także na nastroje swego szefa. Znał Martina Becka na wylot i z łatwością chwytał niuanse w jego zachowaniu. Dziś Martin Beck wydawał się niespokojny, może nawet wystraszony, a to zdarzało się rzadko i nigdy bez powodu.</p>
   <p>A teraz on z kolei biedził się nad pytaniem: Co zrobił morderca po popełnieniu zbrodni?</p>
   <p>Gunvald Larsson, który nigdy nie miał nic przeciw temu, żeby zaryzykować zgadując, natychmiast powiedziałby:</p>
   <p>– Cóż, poszedł wprost do domu i zastrzelił się.</p>
   <p>Pogląd niewątpliwie zasługujący na uwagę. A może to jednak było tak proste. Gunvald Larsson często miewał rację, ale nie mniej często mylił się.</p>
   <p>Kollberg gotów był uznać to za ludzkie, ale absolutnie nic ponadto. Zawsze uważał, że Gunwald Larsson jest policjantem o bardzo wątpliwych wartościach.</p>
   <p>Właśnie ten wątpliwy osobnik przerwał jego rozmyślania wkraczając do pokoju w towarzystwie otyłego i łysego mężczyzny około sześćdziesiątki. Mężczyzna wyglądał na sfrustrowanego, ale tak wyglądała większość tych, którym zdarzyło się być w towarzystwie Gunvalda Larssona.</p>
   <p>– To jest Lerunart Kollberg – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>Kollberg wstał i pytająco spojrzał na obcego, zaś Gunvald Larsson lakonicznie dopełnił prezentacji mówiąc:</p>
   <p>– To jest lekarz Nymana.</p>
   <p>Podali sobie ręce.</p>
   <p>– Kollberg.</p>
   <p>– Blomberg.</p>
   <p>Gunvald Larsson zaczął wyrzucać z siebie bezmyślne pytania:</p>
   <p>– Jak panu na imię?</p>
   <p>– Carl-Axel.</p>
   <p>– Jak długo był pan lekarzem Nymana?</p>
   <p>– Przeszło dwadzieścia lat.</p>
   <p>– Na co chorował?</p>
   <p>– To może nieco zbyt skomplikowane dla laika…</p>
   <p>– Jedź pan.</p>
   <p>– Kiedy to właściwie dość skomplikowane i dla lekarza.</p>
   <p>– Ach, tak.</p>
   <p>– Faktem jest, że właśnie oglądałem klisze z prześwietleń. Siedemnaście sztuk.</p>
   <p>– I?</p>
   <p>– Diagnozy na ogół pozytywne. Dobre wiadomości.</p>
   <p>– Co?</p>
   <p>Gunvald Larsson wyglądał na tak zdumionego, że wydawał się niemal groźny, lekarz pospieszył dodać:</p>
   <p>– Oczywiście gdyby był przy życiu. Dość dobre nowiny.</p>
   <p>– Co chce pan przez to powiedzieć?</p>
   <p>– Że mógł wyzdrowieć. – Blomberg zamyślił się i zmienił wypowiedź: – Mógł w każdym razie powrócić do względnie dobrego stanu.</p>
   <p>– A co mu było?</p>
   <p>– Jak powiedziałem, teraz zostało to rozstrzygnięte. Stig miał średniej wielkości cystę w trzustce.</p>
   <p>– W czym?</p>
   <p>– To gruczoł wydzielania wewnętrznego. Prócz tego mały nowotwór w wątrobie.</p>
   <p>– A co to oznacza?</p>
   <p>– Że mógł powrócić do względnego zdrowia, jak mówiłem. Cystę można chirurgicznie wyłuskać. Czyli usunąć. Nie był to nowotwór złośliwy.</p>
   <p>– A jaki jest złośliwy?</p>
   <p>– Rak. Od tego się umiera.</p>
   <p>Gunvald Larsson wydawał się wyraźnie zadowolony.</p>
   <p>– To można zupełnie dobrze zrozumieć – powiedział.</p>
   <p>– W wątrobie natomiast, jak panom może wiadomo, nie można przeprowadzić operacji. Ale nowotwór był mały i Stig mógł z nim jeszcze sporo lat przeżyć.</p>
   <p>Doktor Blomberg potwierdzająco sam sobie skinął głową i dodał:</p>
   <p>– Stig jest fizycznie odporny. Ogólny jego stan jest zadowalający.</p>
   <p>– Co?</p>
   <p>– Był, miałem na myśli. Dobre ciśnienie, mocne serce. Stan ogólny znakomity.</p>
   <p>Gunvald Larsson zdaje się miał dość.</p>
   <p>Eskulap zrobił minę świadczącą, że pragnie się oddalić.</p>
   <p>– Chwileczkę, doktorze – powiedział Kollberg.</p>
   <p>– Proszę?</p>
   <p>– Pan był lekarzem komisarza Nymana od długiego czasu i znał go pan dobrze.</p>
   <p>– Tak, to prawda.</p>
   <p>– Jakiego rodzaju człowiekiem był Nyman?</p>
   <p>– Tak, niezależnie od dobrego stanu ogólnego – wtrącił Gunvald Larsson.</p>
   <p>– Nie jestem psychiatrą – powiedział Blomberg potrząsając głową. – Trzymam się raczej spraw wewnętrznych.</p>
   <p>Kollberg nie był jednak nastawiony na ustępstwa i rzekł uparcie:</p>
   <p>– Jakąś opinię o nim musi pan przecież mieć.</p>
   <p>– Stig Nyman, jak my wszyscy, był człowiekiem złożonym – powiedział lekarz wykrętnie.</p>
   <p>– I to tylko ma pan do powiedzenia?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Dziękuję.</p>
   <p>– Do widzenia – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>Na tym rozmowa się skończyła.</p>
   <p>Kiedy specjalista od chorób wewnętrznych się oddalił, Gunvald Larsson zajął się uprawianiem jednego ze swych najbardziej irytujących przyzwyczajeń. Systematycznym wyciąganiem swych długich palców, jednego po drugim, póki nie zatrzeszczały w stawach. W wielu wypadkach był zmuszony pociągać dwa razy albo i więcej. Zwłaszcza jeśli chodziło o środkowy palec prawej ręki, w stawach trzaskało dopiero po osiemnastym pociągnięciu.</p>
   <p>Kollberg przyglądał się temu zajęciu z pełną rezygnacji odrazą. W końcu powiedział:</p>
   <p>– Larsson?</p>
   <p>– Tak, o co chodzi?</p>
   <p>– Po co ty to robisz?</p>
   <p>– To moja rzecz – odparł Gunvald Larsson.</p>
   <p>Kollberg dalej próbował rozwiązywać łamigłówki i po chwili zagadnął:</p>
   <p>– Możesz sobie wyobrazić, jak ten, co pozbawił życia Nymana, mógł się zachować? Potem?</p>
   <p>– A skąd wiesz, że to był on?</p>
   <p>– Bardzo niewiele kobiet umie posługiwać się podobną bronią, a jeszcze mniej nosi obuwie numer 45. No, więc jak, możesz wczuć się w sytuację?</p>
   <p>Gunvald Larsson spojrzał na niego bystrymi jasnoniebieskimi oczami i powiedział:</p>
   <p>– Nie, nie mogę. Dlaczego bym u licha miał móc?</p>
   <p>Podniósł głowę, odgarnął jasne włosy i zaczął nasłuchiwać.</p>
   <p>– A cóż to za piekielny hałas?</p>
   <p>Słychać było w pobliżu wołania i podniecone głosy.</p>
   <p>Kollberg i Gunvald Larsson natychmiast wyszli przed dom. Zobaczyli biało-czarny mikrobusik policyjny i pięciu młodych policjantów, którzy pod kierownictwem nieco starszego zajęci byli usuwaniem gromadki cywilów na odległość piętnastu metrów od wejścia do budynku.</p>
   <p>Policjanci utworzyli łańcuch, a ich przywódca groźnie wywijał wzniesioną nad głową pałką.</p>
   <p>Wśród cywilów było kilku fotoreporterów, salowe w białych fartuchach, taksówkarze w służbowych ubraniach i inne osoby różnej płci i wieku. Zwykły tłumik ciekawskich. Wiele osób głośno protestowało, a jeden z młodzieńców podniósł puszkę po piwie i cisnął nią w policjantów, ale żadnego nie trafił.</p>
   <p>– Weźcie się za nich, chłopcy – rzucił komenderujący – Dość już tego.</p>
   <p>Ukazały się białe pałki wyciągnięte z pochew.</p>
   <p>– Stop! – ryknął Gunvald Larsson swym potężnym głosem.</p>
   <p>Wszelka aktywność została zahamowana.</p>
   <p>Gunvald Larsson podszedł i zapytał:</p>
   <p>– O co tu chodzi?</p>
   <p>– Oczyszczam teren przed zabezpieczeniem go – powiedział starszy z policjantów; złoty pasek na jego rękawie wskazywał, że jest to pierwszy asystent.</p>
   <p>– Do diabła – z wściekłością powiedział Gunvald Larsson – tu nie ma nic do zabezpieczenia.</p>
   <p>– To prawda, Hult, nic nie ma – powiedział Kollberg. – I skąd tyś wziął tych chłopaków?</p>
   <p>– To jest kolumna posiłkowa z piątego komisariatu – powiedział Hult, machinalnie przyjmując poprawną pozycję. – Była już na miejscu i ja objąłem nad nią dowództwo.</p>
   <p>– Skończyć natychmiast z tymi idiotyzmami – powiedział Gunvald Larsson. – Postawić na schodach kogoś, kto nie pozwoli, by nieupoważnieni wchodzili do pawilonu. Wątpię zresztą, czy nawet to jest konieczne. A tamci niech wracają do komisariatu. Tam się z pewnością bardziej przydadzą.</p>
   <p>Z policyjnego mikrobusu rozległy się trzaski krótkofalówki i metaliczny głos powiedział:</p>
   <p>– Pierwszy asystent Harald Hult proszony jest o zgłoszenie się do centrali łączności, dla dalszego skontaktowania z komisarzem Beckiem.</p>
   <p>Hult wciąż trzymał w ręce pałkę i ze złością patrzył na obu detektywów.</p>
   <p>– No – powiedział Kollberg – nie zamierzasz się skontaktować z centralą, zdaje się, że ktoś cię szuka.</p>
   <p>– Mam czas – powiedział Hult. – Zresztą ja tu jestem jako ochotnik.</p>
   <p>– Wątpię, czy potrzebni tu są jacyś ochotnicy – powiedział Kollberg.</p>
   <p>Mylił się.</p>
   <p>– To już jest czyste wariactwo – powiedział Gunvald Larsson. – Ja w każdym razie już tu swoje zrobiłem.</p>
   <p>On też się mylił.</p>
   <p>Właśnie zrobił pierwszy krok w kierunku swego samochodu, gdy huknął strzał i ktoś zaczął wołać o pomoc, piskliwie i z przerażeniem.</p>
   <p>Gunvald Larsson stanął skonfudowany i spojrzał na swój chronograf. Wskazywał dziesięć po dwunastej. Kollberg też natychmiast nastawił uszu. Czy tego właśnie oczekiwał?</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>21</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>– Jeśli chodzi o Erikssona – powiedział Melander odkładając plik papierów – to długa historia. Znasz już z pewnością przynajmniej część.</p>
   <p>– Wyjdź z założenia, że nic nie wiemy i opowiadaj od początku – rzekł Martin Beck.</p>
   <p>Melander pochylił się i zaczął napychać fajkę.</p>
   <p>– Aha – powiedział. – Więc od początku. Åke Eriksson urodził się w Sztokholmie w 1933. Jedynak, ojciec był tokarzem. W pięćdziesiątym czwartym wyszedł ze szkoły średniej, w rok potem odsłużył wojsko i po zwolnieniu zaciągnął się do policji. Jednocześnie zaczął należeć do Ochotniczego Przysposobienia Kadry Dowodzącej.</p>
   <p>Uważnie zapalił fajkę i wydmuchnął obłoczek dymu nad blatem stołu. Siedzący po drugiej stronie stołu Rönn zakaszlał z wyrzutem, demonstracyjnie. Na Melanderze nie zrobiło to wrażenia, dymił dalej. I ciągnął:</p>
   <p>– Tak, to było streszczenie wcześniejszej i stosunkowo mało interesującej połowy życia Erikssona. W 1956 zaczął jako posterunkowy w Katarina. O następnych latach niewiele jest do powiedzenia, o ile można wnioskować, był zupełnie przeciętnym policjantem, ani specjalnie dobrym, ani specjalnie złyim. Nie wpływały żadne skargi na niego, ale też nie mogę sobie przypomnieć, żeby się w jakikolwiek sposób odznaczył.</p>
   <p>– Przez cały czas był w Katarina? – spytał Martin Beck, który stał przy drzwiach wspierając się o szafę z archiwum.</p>
   <p>– Nie – odrzekł Melander. – W ciągu późniejszych czterech lat służył w trzech albo czterech komisariatach.</p>
   <p>Umilkł, zmarszczył czoło. Potem wyjął fajkę z ust i wskazał cybuchem na Martina Becka.</p>
   <p>– Uwaga – powiedział – mówiłem, że się w żaden sposób nie odznaczył. A to nieprawda, był znakomitym strzelcem, na zawodach zawsze miewał świetne miejsce.</p>
   <p>– Tak – potwierdził Rönn. – To nawet ja pamiętam. Dobry był w strzelaniu z pistoletu.</p>
   <p>– A także znakomicie strzelał na odległość – powiedział Melander – a w czasie gdy należał do przysposobienia urlopy spędzał na obozach OPKD.</p>
   <p>– Powiedziałeś, że pracował w ciągu tych lat w trzech czy czterech komisariatach – rzekł Martin Beck. – A czy zdarzyło mu się być w komisariacie Stiga Nymana?</p>
   <p>– Tak, przez pewien okres. Na jesieni pięćdziesiątego siódmego. Potem Nyman dostał nowy komisariat.</p>
   <p>– Czy wiesz coś o tym, jaki był wtedy Nyman w stosunku do Erikssona? Potrafił być bardzo gburowaty, wobec tych, których nie lubił.</p>
   <p>– Nic nie świadczy o tym, że jego stosunek do Erikssona był gorszy niż do innych chłopców. Skargi Erikssona przeciw Nymanowi raczej wcale nie dotyczą tego, co się w tym czasie zdarzyło. Lecz znając metody Nymana, jeśli chodzi o „robienie mężczyzn z maminsynków”, jak to zwykle określał, można chyba przypuszczać, że Åkemu Erikssonowi dostała się jego część.</p>
   <p>Melander mówiąc, przeważnie zwracał się do Martina Becka, teraz spojrzał na Rönna, który siedział skulony w fotelu dla interesantów i wyglądał, jakby miał lada chwila zasnąć. Martin Beck podążył za jego spojrzeniem i rzekł:</p>
   <p>– Filiżanka kawy nie byłaby od rzeczy, co Einar?</p>
   <p>Rönn wyprostował się i wymamrotał:</p>
   <p>– No, może i tak. Przyniosę.</p>
   <p>Podszedł ku drzwiom, a Martin Beck spoglądając za nim zastanowił się, czy on sam wygląda równie żałośnie.</p>
   <p>Gdy Rönn wrócił z kawą i znowu przycupnął w fotelu, Martin Beck powiedział:</p>
   <p>– Jedź dalej, Fredrik.</p>
   <p>Melander odłożył fajkę i pociągnął łyk kawy.</p>
   <p>– Pfuj! To nie jest dobre.</p>
   <p>Odsunął plastykowy kubek i wrócił do ukochanej fajki.</p>
   <p>– A więc, na początku 1959 Åke Eriksson ożenił się. Dziewczyna była o pięć lat od niego młodsza i na imię miała Maria. Była Finką, ale parę lat już mieszkała w Sztokholmie i pracowała jako pomoc w atelier fotograficznym. Niezbyt dobrze mówiła po szwedzku, co może mieć pewne znaczenie dla tego, co stało się później. W listopadzie tego samego roku urodziło im się dziecko, wtedy ona przestała pracować. Kiedy dziecko miało półtora roku, czyli w lecie 1961, Maria Eriksson umarła w okolicznościach, których nie można nie pamiętać.</p>
   <p>Rönn smutno przytaknął kiwnięciem głowy. A może znaczyło to tylko, że zasnął przy tym wykładzie?</p>
   <p>– Faktycznie, ale nie bierz tego pod uwagę – powiedział Martin Beck – opowiadaj.</p>
   <p>– Tu chyba Stig Nyman wkracza w tę historię. I Harald Hult, który był wtedy pierwszym asystentem w komisariacie Nymana. To u nich w lokalu komisariatu umarła Maria Eriksson. W celi dla pijaków w nocy z 26 na 27 czerwca 1961.</p>
   <p>– Nyman i Hult byli tej nocy w komisariacie? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Nyman był w chwili, gdy ją przyprowadzono, ale potem poszedł do domu, o bliżej nie określonej porze. Hult wychodził tej nocy na patrol, ale pewne, że znajdował się w komisariacie, gdy odkryto, że Maria nie żyje.</p>
   <p>Melander rozprostował spinacz i zaczął czyścić fajkę nad popielniczką.</p>
   <p>– Było oczywiście dochodzenie i odtworzono przebieg wydarzeń. To, co się zdarzyło, miało taki mniej więcej przebieg: Rano dwudziestego szóstego czerwca Maria Eriksson pojechała z córeczką do przyjaciółki w Vaxholm. Fotograf, u którego przedtem pracowała, miał duże zamówienie i prosił, by mu pomogła przez jakieś dwa tygodnie, a przyjaciółka miała się zająć dziewczynką przez ten czas. Późnym popołudniem Maria Eriksson odjechała z powrotem do miasta. Åke Eriksson kończył pracę o siódmej wieczór, chciała przed nim zdążyć do domu. Trzeba zaznaczyć, że w tym czasie Eriksson nie służył w komisariacie Nymana.</p>
   <p>Stojącego przy szafie Martina Becka zabolały nogi, a że oba znajdujące się w pokoju krzesła były zajęte, podszedł do okna i przysiadł na parapecie, dając Melanderowi znak, by nie przerywał.</p>
   <p>– Maria Eriksson chorowała na cukrzycę i regularnie musiała brać zastrzyki insuliny. Niewiele osób wiedziało o jej chorobie, przyjaciółka z Vaxholm na przykład nie wiedziała. Maria Eriksson skrupulatnie przestrzegała regularności zastrzyków, zresztą w jej sytuacji nie mogła sobie bezkarnie pozwolić na zaniedbanie, ale tego właśnie dnia z jakiegoś powodu zapomniała zabrać zastrzyk.</p>
   <p>Martin Beck i Rönn patrzyli bystro na Melandera, jak gdyby byli nastawieni na dokładne rozważania tej wersji wydarzeń, jaką podawał.</p>
   <p>– Wieczorem, tuż po siódmej, dwaj posterunkowi z komisariatu Nymana odkryli Marię Eriksson. Siedziała na ławce i wyglądała na wykończoną. Próbowali się z nią rozmówić, doszli do przekonania, że jest pod działaniem narkotyków albo też zupełnie zalana, zawlekli ją do taksówki i odwieźli do komisariatu. Przy przesłuchaniu powiedzieli, że trochę się wahali, co z nią robić, bo właściwie nie można się było dogadać. Kierowca taksówki mówił potem, że powiedziała coś w zupełnie niezrozumiałym języku, czyli po fińsku, i że była w samochodzie jakaś oszołomiona. Obaj policjanci oczywiście przeczą temu.</p>
   <p>Melander zrobił dłuższą przerwę i skrupulatnie zajął się fajką.</p>
   <p>– Według tego, co początkowo mówili ci dwaj posterunkowi, Nyman przyjrzał się jej i powiedział, żeby ją tymczasem położyć w celi dla pijaków. Nyman zaprzeczył, jakoby w ogóle widział tę kobietę, i przy późniejszym przesłuchaniu chłopcy zmienili zeznania, mówili, że Nyman chyba był czymś zajęty w czasie, kiedy z nią przyszli. Oni sami natychmiast musieli znowu wyjść, otrzymali jakieś pilne polecenie. Według strażnika aresztu, policjanci zdecydowali, żeby ją położyć w tej celi. A więc wszyscy usiłowali zwalić winę na kogo innego. Z celi nie dochodziły żadne odgłosy, strażnik myślał, że zatrzymana śpi. Żadna okazja przetransportowania jej do kryminalnej nie nadarzała się przez trzy godziny prawie. Kiedy przyszła zmiana, strażnik otworzył celę i odkrył, że zatrzymana nie żyje. Hult był wtedy w komisariacie, zadzwonił po karetkę pogotowia, ale nie udało się jej wypchnąć do szpitala, bo już nie żyła.</p>
   <p>– A kiedy umarła? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Okazało się, że na jakąś godzinę przed otwarciem celi.</p>
   <p>Rönn wyprostował się i powiedział:</p>
   <p>– Kiedy ktoś choruje na cukrzycę… to znaczy, czy ludzie dotknięci tą chorobą nie mają specjalnych legitymacji czy czegoś takiego, co by świadczyło, na co cierpią?</p>
   <p>– Owszem – powiedział Melander. – I Maria Eriksson miała w torebce legitymację. Ale jak ci pewnie wiadomo, istnieje problem, z powodu którego nie rewidowano jej. W komisariatach nie ma personelu kobiecego, mogła więc być zrewidowana dopiero w kryminalnej. Gdyby tam dotarła.</p>
   <p>Martin Beck przytaknął.</p>
   <p>– Przy późniejszym przesłuchaniu Nyman twierdził, że nie widział ani tej kobiety, ani jej torebki, odpowiedzialność musieli wziąć na siebie dwaj posterunkowi i strażnik. O ile mi wiadomo, udzielono im ostrzeżenia i wykaraskali się z tego.</p>
   <p>– A jak Åke Eriksson zareagował na wiadomość o tym, co się stało? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Doznał szoku i przez kilka miesięcy miał zwolnienie lekarskie. A potem zrobił się zupełnie apatyczny. Kiedy żona nie wracała do domu, zauważył w końcu, że zostawiła w domu strzykawkę. Najpierw dzwonił do wszystkich szpitali, a potem wziął samochód i pojechał jej szukać, dość więc długo potrwało, nim się dowiedział, że nie żyje. Myślę, że nie od razu powiedziano mu prawdę, powoli jednak musiał się dowiedzieć, jak to się stało, bo we wrześniu wysłał pierwszą skargę na Nymana i Hulta. Ale wtedy dochodzenie już zamknięto.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>22</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>W pokoju Melandera zapanowała cisza.</p>
   <p>Melander splótłszy ręce na karku patrzył w sufit. Martin Beck wspierając się o parapet, wyczekująco spoglądał na Melandera, a Rönn po prostu siedział.</p>
   <p>W końcu Martin Beck powiedział:</p>
   <p>– A co się działo z Åkem Erikssonem po śmierci żony? Mam na myśli przede wszystkim nie zewnętrzne wydarzenia, a jego samopoczucie psychiczne.</p>
   <p>– Cóż, nie jestem psychiatrą – powiedział Melander – a nie możemy posłużyć się wypowiedzią specjalisty, bo o ile mi wiadomo, Eriksson po powrocie do zdrowia, we wrześniu sześćdziesiątego pierwszego roku nie szukał pomocy lekarskiej. Co może i powinien był zrobić.</p>
   <p>– Ale zmienił się po tym wydarzeniu, nieprawdaż?</p>
   <p>– Tak – rzekł Melander. – Oczywiste jest, że zaszło u niego coś w rodzaju zmiany osobowości.</p>
   <p>Położył rękę na stercie papierów, które Strömgren zebrał z różnych stron.</p>
   <p>– Czyście to przeczytali? – spytał.</p>
   <p>Rönn przecząco potrząsnął głową, a Martin Beck powiedział:</p>
   <p>– Częściowo tylko. To może zaczekać. Sądzę, że prędzej wytworzymy sobie jasny obraz, jeżeli ty streścisz nam to wszystko.</p>
   <p>Zamierzał dodać coś pochwalnego, ale powstrzymał się, bo wiedział, że Melander jest niewrażliwy na pochlebstwa. Melander ssał fajkę.</p>
   <p>– Okey – powiedział. – Åke Eriksson po powrocie do pracy był zamknięty, cichy i trzymał się o ile możności sam, na uboczu. Koledzy próbowali go jakoś rozruszać, ale się nie udawało. Z początku odnosili się do niego z dużą wyrozumiałością, wiedzieli, co się stało, żałowali go, ale ponieważ nigdy słowem się nie odzywał, prócz tego, co było służbowo konieczne, i nigdy nie słuchał, gdy ktoś do niego zagadywał, w końcu wszyscy unikali pracy razem z nim. Dawniej był przez kolegów lubiany, i spodziewali się pewnie, że kiedy najgorszy żal przeminie, wróci do siebie i dawnego sposobu bycia. Tymczasem robił się coraz przykrzejszy, kłótliwy, wiecznie niezadowolony i przesadnie pedantyczny w pracy. Zaczął wysyłać listy zawierające skargi, groźby i donosy i okresami robił to w ciągu lat całych. Przypuszczam, że wszyscy takie listy dostawaliśmy.</p>
   <p>– Ja nie – rzekł Rönn.</p>
   <p>– Osobiście może nie dostałeś, ale widziałeś chyba jego pisma skierowane przeciw komisji do spraw zabójstw.</p>
   <p>– Tak – potwierdził Rönn.</p>
   <p>– Zaczęło się od tego, że napisał do rzecznika Ministerstwa Sprawiedliwości oskarżając Nymana i Hulta o wykroczenie służbowe. Skargę tę ponawiał wiele razy. Potem zaczął wszystkich, kogo się dało, oskarżać o wykroczenia służbowe. Nawet prezydenta miasta Sztokholmu. Mnie oskarżał i ciebie też, Martin, prawda?</p>
   <p>– Owszem – rzekł Martin Beck. – O to, że nie wszcząłem dochodzenia w sprawie morderstwa popełnionego na jego żonie. Ale to już dawno i zupełnie o nim zapomniałem.</p>
   <p>– Nim minął rok od śmierci żony – ciągnął dalej Melander – Eriksson zrobił się tak nieznośny, że tamtejszy komisarz zażądał, by go przeniesiono gdzie indziej.</p>
   <p>– A wiesz, jaki powód podał? – zapytał Martin Beck.</p>
   <p>– Ten komisarz to był porządny człowiek i trochę patrzył przez palce, jeśli o Erikssona chodziło. Ale w końcu dłużej już nie było można ze względu na innych chłopaków. Stwierdził więc, że Eriksson roztacza wokół siebie niezadowolenie, że ciężko z nim współpracować i że dla samego Erikssona lepiej będzie przejść do innego okręgu, gdzie może lepiej się poczuje. Tak mniej więcej to było sformułowane. No, więc latem sześćdziesiątego drugiego roku Eriksson został przeniesiony do innego komisariatu. Tam wcale nie zdobył sobie sympatii, a nowy komisarz nie popierał go tak jak ten poprzedni. Koledzy skarżyli się na niego i zarobił sobie niejedną kreskę.</p>
   <p>– Za co? – spytał Martin Beck. – Czy był brutalny wobec ludzi?</p>
   <p>– Nie, wcale. Brutalny nigdy nie bywał. Wielu zauważyło, że raczej za uprzejmy. Zachowywał się poprawnie w stosunku do wszystkich, z którymi miał do czynienia, choć błędem była jego absurdalna pedanteria. Godzinami potrafił zajmować się sprawą, na którą właściwie potrzebny był najwyżej kwadrans. Zagłębiał się w nieistotne szczegóły i zdarzało się, że nic sobie po prostu nie robił z wydawanych rozkazów, zajmował się natomiast czymś zupełnie innym, co on sam uznał za ważniejsze. Przekraczał swoje uprawnienia mieszając się do spraw, które innym zlecono do załatwienia. Krytykował sposób, w jaki wypełniali swe obowiązki zarówno, koledzy, jak przełożeni; wszystkie skargi i zażalenia, które pisał, miały udowodnić, jak źle pracują w policji wszyscy, od praktykantów w jego własnym komisariacie do komendanta głównego. Z pewnością uskarżał się także na ministra spraw wewnętrznych. Bo w tym czasie minister przecież był głównym komendantem policji.</p>
   <p>– A siebie uważał za doskonałego – powiedział Rönn. – Może miał manię wielkości.</p>
   <p>– Jak już powiedziałem, nie jestem psychiatrą – zaznaczył Melander. – Ale wyglądało na to, że za śmierć żony wini nie tylko Nymana i jego ludzi, ale cały korpus policyjny.</p>
   <p>Martin Beck znowu podszedł do szafy i stanął w ulubionej pozycji, opary ramieniem o szafę.</p>
   <p>– Sądzisz, że on po prostu nie uznaje korpusu policyjnego, w którym mogą się zdarzać podobne rzeczy.</p>
   <p>Melander kiwnął głową i cmoknął usiłując pobudzić gasnącą fajkę.</p>
   <p>– Można w każdym razie przypuszczać, że tak mniej więcej rozumował.</p>
   <p>– A czy wiadomo coś o jego prywatnym życiu w tym czasie? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Niewiele. Był samotnym wilkiem, nie miał przyjaciół. Z OPKD wystąpił ożeniwszy się. Dość pilnie ćwiczył się w strzelaniu, ale w innych sportowych wyczynach policji nie brał udziału…</p>
   <p>– A jego warunki domowe? Miał przecież córkę, która teraz powinnaby mieć… ile?</p>
   <p>– Jedenaście lat – powiedział Rönn.</p>
   <p>– Tak – potwierdził Melander. – Sam się córką zajmował. Mieszkał w mieszkaniu do którego wprowadził się z żoną po ślubie.</p>
   <p>Melander nie miał dzieci, ale Martin Beck i Rönn pomyśleli o trudnościach mogących się nastręczać samotnemu ojcu, będącemu w dodatku policjantem.</p>
   <p>– I nie miał nikogo, kto by się zajął dzieckiem – powiedział Rönn niedowierzająco. – Chociażby wtedy, kiedy on był w pracy.</p>
   <p>Syn Rönna skończył właśnie siedem lat. W ciągu tych siedmiu lat Rönn często, zwłaszcza podczas urlopu i wolnych dni, zdumiewał się, że dziecko w pewnym okresie życia potrafi zatrudnić przy sobie dwie dorosłe osoby nieprzerwanie I przez okrągłą dobę.</p>
   <p>– Do roku 1964 dziewczynka była w żłobku i oboje jego rodzice jeszcze żyli, zajmowali się więc nią, gdy on miał dyżur nocny albo popołudniową zmianę.</p>
   <p>– A potem? – powiedział Rönn. – Po sześćdziesiątym czwartym?</p>
   <p>– A potem chyba już nic o jego losie nie wiemy – powiedział Martin Beck pytająco spoglądając na Melandera.</p>
   <p>– Nie – powiedział Melander. – W sierpniu sześćdziesiątego czwartego wyrzucono go. I nikt tego nie żałował. Ci, którzy mieli z nim do czynienia, woleli raczej zapomnieć o nim jak najprędzej z tych czy innych względów.</p>
   <p>– I nie wiadomo nawet, jaką dostał pracę? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– W październiku tego samego roku starał się o posadę dozorcy nocnego, ale nie wiem, czy ją dostał. A potem znikł nam z horyzontu.</p>
   <p>– A wyrzucili go tylko dlatego, że miarka się przebrała? – spytał Rönn.</p>
   <p>– Co przez to rozumiesz?</p>
   <p>– Za wiele już miał kresek, czy też dał jakiś specjalny powód?</p>
   <p>– Miarka się rzeczywiście przebrała, ale bezpośrednim powodem było złamanie dyscypliny. W piątek siódmego sierpnia Åke Eriksson miał po południu wartę przed ambasadą amerykańską. A że to było w sześćdziesiątym czwartym, nim się zaczęły wielkie demonstracje przeciw wojnie w Wietnamie, więc – o ile sobie przypominam – tylko jeden posterunkowy miał zwyczajową wartę przed ambasadą. Nie była to ulubiona służba, nudno, tak łazić tam i z powrotem.</p>
   <p>– Ale wtedy nie było jeszcze wzbronione żonglować pałką – zauważył Martin Beck.</p>
   <p>– Jednego zwłaszcza chłopaka pamiętam – powiedział Rönn – Fantastycznie był w tym zręczny. Jeżeli Eriksson też tak potrafił, to mógł się zaangażować do cyrku.</p>
   <p>Melander zmęczonym wzrokiem spojrzał na Rönna, potem na zegarek.</p>
   <p>– Obiecałem, że przyjdę do domu na lunch, więc jeżeli pozwolicie, żebym mówił dalej…</p>
   <p>– Przepraszam, tak mi przyszedł na myśl ten facet – wymamrotał Rönn dotknięty. – Mów.</p>
   <p>– Jak powiedziałem, Eriksson miał mieć wartę przed ambasadą, ale zwyczajnie gwizdnął sobie na to. Poszedł i zmienił tego, który miał dyżur przed nim. A potem po prostu sam też sobie poszedł. Jakiś tydzień wcześniej Eriksson przyjął zgłoszenie z Fredrikshovsgatan, gdzie w piwnicy domu znaleziono nieżywego dozorcę. Zawiązał postronek na rurze pod sufitem kotłowni i powiesił się, nie było więc powodu, by wątpić, że to samobójstwo. W zamkniętym schowku piwnicznym znaleziono złodziejska kryjówkę, aparaty fotograficzne, radiowe i telewizyjne, meble, dywany i obrazy, mnóstwo rzeczy pochodzących z włamań popełnionych w ostatnich latach. Dozorca był paserem, w ciągu kilku dni ujęto również złodziei, którym piwnica służyła za kryjówkę. Ale tym wszystkim Eriksson nie musiał się zajmować, tyle tylko, że to właśnie on został zaalarmowany, wraz z kolegą zabezpieczył miejsce i po doczekaniu się przyjazdu brygady pozostało im tylko zameldować samobójstwo i na tym sprawę zakończyć. Ale Eriksson wbił sobie do głowy, że nie wszystko zostało załatwione tak, jak należało. Zaznaczam, że z jednej strony przypuszczał, że dozorca został zamordowany, z drugiej spodziewał się, że można by ująć wielu jeszcze członków tej złodziejskiej szajki. Zamiast więc wrócić pod ambasadą – spod której w ogóle nie powinien był odchodzić, całe popołudnie spędził na Fredrikshovsgatan na przesłuchaniu lokatorów i niuchaniu. Gdyby to był zwykły dzień, może by nikt nie zauważył, że nie pełni służby, ale traf zdarzył lak fatalnie, że tego właśnie popołudnia miała się odbyć jedna z pierwszych zorganizowanych demonstracji pod ambasadą. Dwa dni wcześniej, piątego sierpnia, Stany Zjednoczone napadły na Wietnam Północny i zrzuciły bomby wzdłuż całego wybrzeża, a tego dnia, kiedy Eriksson miał pełnić wartę przed ambasadą, kilkaset osób zebrało się na pochód protestacyjny przeciw agresji. Ponieważ demonstracja była zupełnie nieoczekiwana, własny personel ubezpieczający ambasadę został zaskoczony, a że nasz przyjaciel Eriksson nie znajdował się na swoim miejscu, potrwało długo, nim zjawiły się tam siły policyjne. Demonstracja miała spokojny przebieg, ludzie wykrzykiwali hasła, stali z plakatami, a mała grupa poszła wręczyć ambasadorowi list protestacyjny. Ale jak nam wiadomo, policja porządkowa nie była przyzwyczajona do demonstracji i zachowała się tak, jak przy zwykłych ulicznych zamieszkach, zrobiła się z tego potężna bijatyka. Mnóstwo ludzi zabrana do komisariatów, a wielu z nich porządnie poturbowano. Wszystko to zwalono potem na Erikssona, a ponieważ popełnił poważne wykroczenie służbowe, został natychmiast zawieszony w czynnościach, a w kilka dni później oficjalnie zwolniony. Åke Eriksson wybył.</p>
   <p>Melander wstał.</p>
   <p>– I Fredrik Melander wybywa. Nie zamierzam spóźnić się na lunch. Nie byłbym zachwycony, gdybyście mnie dziś jeszcze potrzebowali, ale jeżeli tak, to wiecie, gdzie jestem.</p>
   <p>Schował fajkę i tytoń, włożył płaszcz. Martin Beck usiadł na jego krześle.</p>
   <p>– Wy rzeczywiście myślicie, że to Eriksson zabił Nymana? – spytał Melander w drzwiach.</p>
   <p>Rönn wzruszył ramionami. Martin Beck nic nie powiedział.</p>
   <p>– To mi się wydaje nieprawdopodobne – rzekł Melander. – Powinien to był w takim razie zrobić, kiedy jego żona umarła. W ciągu dziesięciu lat żądza zemsty i uczucie nienawiści mogą tylko osłabnąć. Jesteście na fałszywym tropie. Ale życzę wam szczęścia. Tymczasem.</p>
   <p>Wyszedł.</p>
   <p>Rönn spojrzał na Martina Becka i powiedział:</p>
   <p>– On ma chyba rację.</p>
   <p>Martin Beck siedział w milczeniu i na chybił trafił przeglądał leżące na biurku papiery.</p>
   <p>– Jedna rzecz mi przychodzi na myśl, Melander o niej wspomniał. Rodzice. Może w dalszym ciągu mieszkają tam gdzie mieszkali dziesięć lat temu.</p>
   <p>Już bardziej świadomie zaczął przerzucać papiery. Rönn nie odezwał się, patrzył tylko na Martina Becka bez entuzjazmu. W końcu Martin Beck znalazł to, czego szukał.</p>
   <p>– Jest adres. Gamla Södertäljevägen w Segeltorp.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>23</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Czarny chrysler miał białe błotniki i dwa szafirowe światła na dachu. Jakby to jeszcze nie wystarczało, słowo POLICJA wymalowane było czterokrotnie wielkimi, wyraźnymi, łatwo czytelnymi białymi literami: na masce, na pokryciu bagażnika oraz na jednych i drugich drzwiczkach.</p>
   <p>Mimo że wóz miał rejestrację B, czyli był nie z terenu miasta, przekraczał właśnie z dużą szybkością granicę Sztokholmu przy północnej rogatce w kierunku drogi z Uppsali, lecz nie jechał w stronę komisariatu w Solnie.</p>
   <p>Nowiutki wóz patrolowy wyposażony był we wszystko, czego trzeba, by sprostać wymaganiom czasu, lecz wszelkie techniczne doskonałości nie mają tak istotnego znaczenia jak obsada wozu. Ta zaś składała się z Karla Kristianssona i Kurta Kvanta, dwóch rosłych blondynów pochodzących ze Skåne, na których dwunastoletnią już wkrótce karierę radiopolicjantów składało się kilka udanych i bardzo wiele całkowicie nieudanych wyczynów.</p>
   <p>A właśnie w tej chwili zdawali się być na najlepszej drodze, by popaść w tarapaty.</p>
   <p>Mianowicie cztery minuty temu Kristiansson zmuszony był aresztować Zadka. Katastrofa, której nie można złożyć na karb niefortunnego przypadku lub przesadnej gorliwości. Przeciwnie, spowodowana została przez niebywałe lenistwo i bezwzględną prowokację.</p>
   <p>Zaczęło się od tego, że Kvant zahamował przy kiosku z gazetami. Wyciągnął portfel i pożyczył Kristianssonowi dziesiątkę, wtedy tamten wysiadł.</p>
   <p>Kristiansson zawsze był spłukany, ponieważ trwonił pieniądze na zakłady futbolowe. Tylko dwie osoby znały tę jego coraz bardziej wzmagającą się namiętność. Jedną z nich był Kvant, gdyż dwaj ludzie pracujący w jednym radiowozie są w tak wysokim stopniu zdani na siebie, że mieliby trudności z utrzymaniem przed sobą jakichkolwiek tajemnic. Drugą była żona Kristianssona, miała na imię Kerstin i obciążała ją ta sama namiętność. Ostatnio zaniedbywali nawet życie seksualne, gdyż wolny czas spędzali na wypełnianiu kuponów i opracowywaniu niesłychanie zawiłego systemu, opartego na kombinacji obliczeń prawdopodobieństwa i przypadkowo wybranych zestawów liczbowych, które dwójka ich nie letnich dzieci wyrzucała posługując się specjalnie w tymi celu sporządzoną kostką.</p>
   <p>W kiosku Kristiansson kupił „Przegląd Sportowy” i dwie inne gazety, specjalnie sportowi poświęcone. Prawą ręka wpychał do kieszeni drobne, w lewej trzymał gazety i kierując się do samochodu pochłaniał oczyma pierwszą stronę „Wszystkich Reguł”. Myśli jego koncentrowały się wokół pytania, jak obstawiona przez niego drużyna Millwall da sobie radę w dzisiejszym trudnym meczu z Portsmouth, kiedy usłyszał przypochlebny głos, mówiący:</p>
   <p>– Tego pan komisarz zapomniał.</p>
   <p>I poczuł, że coś mu się ociera o rękaw. Machinalnie wyciągnął z kieszeni prawą rękę i palce jego zamknęły się wokół czegoś dotkliwie zimnego i oślizłego. Wzdrygnął się podniósł oczy i ku swemu przerażeniu zobaczył Zadka.</p>
   <p>Potem spojrzał na przedmiot, który trzymał w ręku.</p>
   <p>Karl Kristiansson stał w miejscu publicznym, gdzie ruch był dość ożywiony, w czasie pełnienia obowiązków służbowych, w pełnym umundurowaniu, z błyszczącymi guzikami, rzemieniami, pistoletem i pałką w białych pochwach u pasa. A w ręku trzymał gotowaną świńską nogę.</p>
   <p>– Wedle grajka instrument! Mam nadzieję, że się nada! A nie, to wetknij go sobie gdzieś! – wrzasnął Zadek i ryknął głośnym śmiechem.</p>
   <p>Zadek był włóczącym się żebrakiem. Przezwisko jego miało widoczny powód, gdyż wzmiankowana część ciała była dominująca i sprawiała, że głowa, ramiona i nogi występowały tylko jako nieistotny dodatek. Miał tylko metr pięćdziesiąt wzrostu, to znaczy był o trzydzieści sześć centymetrów niższy od Kristianssona i Kvanta.</p>
   <p>Co jednak czyniło tego człowieka tak odstraszającym, to nie jego fizyczna konstrukcja, a ubranie.</p>
   <p>Zadek miał na sobie dwa długopołe palta, trzy marynarki, cztery pary spodni i pięć kamizelek. Wszystko to razem zawierało okrągło pięćdziesiąt kieszeni, a Zadek znany był między innymi z tego, że nosił przy sobie znaczne sumy gotówką, zawsze w walucie krajowej i nigdy w monetach większej wartości niż dziesięcioörówka.</p>
   <p>Kristansson i Kvant już przedtem przyłapywali Zadka, dokładnie licząc jedenaście razy, ale sprowadzili go do komisariatu tylko w dwóch pierwszych przypadkach, i to tylko przez nieporozumienie i brak doświadczenia.</p>
   <p>W wypadku numer jeden Zadek miał przy sobie 1230 jednoörówek, 2780 dwuörówek, 2087 pięcioörówek i jedną dziesiątkę w czterdziestu trzech kieszeniach. Zrewidowanie go zajęło trzy godziny dwadzieścia minut. Wprawdzie w wyniku późniejszej rozprawy sądowej został skazany za uchybienie wobec urzędnika na dziesięć dni aresztu albo grzywnę po koronie za dzień, a świński ryj, jaki nasmarował na chłodnicy samochodu patrolowego, uznano za wart dodatkowej korony, ale Kristiansson i Kvant musieli stawić się na rozprawę w charakterze świadków, i to w dodatku w jednym z wolnych dni.</p>
   <p>Wypadek numer dwa nie miał tak szczęśliwego przebiegu. Tym razem Zadek posiadał nie mniej niż 220 koron i 93 öre w sześćdziesięciu dwóch kieszeniach. Tym razem rewizja trwała siedem godzin i na dobitkę całej tej udręki Zadek został uniewinniony przez nie odznaczającego się rozsądkiem sędziego, który nie miał zmysłu pozwalającego wczuć się w brzmienie i znaczenie skåńskich wyrażonek, i nie mógł dosłuchać się niczego uwłaczającego czy grubiańskiego w określeniach: niezguła, głąb, kalosz, gnojnik. Kiedy Kvantowi po wielkich trudnościach udało się przełożyć gnojnik na środek używany do transportu nawozu, sędzia cierpko zauważył, że to Kristiansson a nie radiowóz jest wnioskodawcą oskarżenia i że sąd uważa za nieprawdopodobne, by w ogóle można było ubliżyć czterodrzwiczkowemu plymouthowi, a już zwłaszcza przez porównanie go z innym będącym w użyciu pojazdem.</p>
   <p>Zadek podobnie jak Kristiannson i Kvant pochodził z równiny na południu kraju i wiedział, jaką wagę mają pewne słowa.</p>
   <p>Gdy na dodatek Kvantowi zdarzyło się nazwać podsądnego Zadek zamiast Carl Fredrik Gustaf Oscar Jönsson-Käck, dzień był ostatecznie stracony. Sąd uchylił oskarżenie i wezwał Kvanta, by sam unikał wątpliwych i trudnych do przetłumaczenia gwarowych wyzwisk wobec wysokiego sądu.</p>
   <p>A teraz znowu.</p>
   <p>Kristdansson rozejrzał się ukradkiem i zobaczył pełnych wesołego oczekiwania albo już głośno rżących śmiechem obywateli.</p>
   <p>Na dobitkę Zadek wyciągnął z którejś z licznych kieszeni drugą świńską nogę i krzyknął:</p>
   <p>– Została po jednym waszym krewnym i koledze, co niedawno wykitował. Jego ostatnia wola, żeby te nóżki służyły dalej takiej samej świni jak on. I żebyście się wszyscy wkrótce spotkali na padole płaczu dla ubabranych świntuchów. W piekielnym kotle.</p>
   <p>Bezradne niebieskie oczy Kristianssona szukały Kvanta, lecz ten wykręcił się plecami do sceny, udając w ten sposób, że niewiele albo zgoła nic z tym nie ma wspólnego.</p>
   <p>– Niech pan komisarz mocno w garści trzyma – powiedział Zadek. – Tylko że zakrętasa nie ma. Ale temu brakowi to się zaraz zaradzi.</p>
   <p>Zagłębił drugą rękę w czeluściach swej garderoby.</p>
   <p>Wszędzie widać było zadowolone miny, a jakaś nie od razu dająca się zidentyfikować osoba stojąca w pewnym oddaleniu powiedziała głośno:</p>
   <p>– Słusznie. To się tym cholerom należy.</p>
   <p>Niezadowolony z niepewnej postawy Kristianssona, Zadek wrzasnął nagle:</p>
   <p>– Glina cholerna! Świński pomiot! Szczurzy ogon!</p>
   <p>Wśród widzów powstał pełen wyczekiwania pomruk. Kristiansson wyciągnął rękę, by ująć swego antagonistę. Jednocześnie desperacko szukał jakiegoś wyjścia. Słyszał już brzęk tysięcy miedziaków w ukrytych kieszeniach.</p>
   <p>– Pazury po mnie wyciąga! – zapiszczał Zadek z dobrze udaną rozpaczą. – Po mnie biednego, ubogiego inwalidę. Taki zasraniec podnosi rękę na uczciwego sprzedawcę, dlatego tylko że mu zwyczajną ludzką życzliwość okazałem. No, zabieraj mnie, ty szarpany!</p>
   <p>W krytycznym momencie Kristianssonowi świńska noga utrudniła sytuację i nie mógł popełnić bardziej sprecyzowanego aktu przemocy, lecz Zadek wszystko ułatwił szarpnąwszy drzwiczki policyjnego wozu i wtarabaniwszy się na tylne siedzenie, nim Kristiansson zdążył w sposób świadomy celu zrobić użytek ze swej energii.</p>
   <p>Kvant nie odwracając głowy powiedział:</p>
   <p>– Jak u diabła ciężkiego można być takim tępakiem, Kalle. Samemu pakować głowę w paszczę Zadka. Wszystko to twoja wina.</p>
   <p>Zapuścił motor.</p>
   <p>– O Jezu – mało konstruktywnie powiedział Kristiansson.</p>
   <p>– Dokąd chce jechać? – spytał Kvant z wściekłością.</p>
   <p>– Solnavägen 92 – radośnie zapiał ujęty.</p>
   <p>Zadek wcale nie był głupi. Zażądał odwiezienia do komendy obwodu Solna. Ze źle ukrywaną radością przewidywał rachowanie swej gotówki.</p>
   <p>– Nie możemy go wyrzucić w terenie naszego obwodu – powiedział Kvant. – To zbyt ryzykowne.</p>
   <p>– Zawieźcie mnie do komendy – upomniał ich Zadek. – Powiedzcie przez radio, że jedziemy, niech naszykują kawę. Napiję się chętnie, nim zaczniecie liczyć.</p>
   <p>Demonstracyjnie poklepał się po kieszeniach.</p>
   <p>Słusznie. W licznych ukrytych zakamarkach ubrania zabrzęczały niezliczone ilości miedziaków. Istniała nieubłagana, choć niepisana zasada, że rewidowanie Zadka przypadało w udziale tym, którzy byli na tyle głupi, żeby go zatrzymywać.</p>
   <p>– Spytaj, dokąd go zawieźć – powiedział Kvant.</p>
   <p>– Przecież już sam spytałeś – odpowiedział Kristiansson zjadliwie.</p>
   <p>– Nie ja go wciągałem – oświadczył Kvant. – Ja go w ogóle nie widziałem, póki nie wsiadł do samochodu.</p>
   <p>Jedną ze specjalności Kvanta było nic nie widzieć i nie słyszeć.</p>
   <p>Kristiansson znał tylko jeden sposób dotarcia do Zadka: od strony jego ludzkiej słabości.</p>
   <p>Zagrzechotał drobnymi, w kieszeni.</p>
   <p>– Ile? – pożądliwie spytał Zadek.</p>
   <p>Kristiansson wyjął resztę z rozmienionej dziesiątki, przyjrzał się i powiedział.</p>
   <p>– Sześć pięćdziesiąt, co najmniej.</p>
   <p>– To łapówka – piskliwie oświadczył zatrzymany.</p>
   <p>Ani Kristiansson, ani Kvant nie wyznawali się w tym ściśle prawnym zagadnieniu. Gdyby on im proponował pieniądze, byłaby to próba przekupienia przedstawicieli władzy. Ale było odwrotnie.</p>
   <p>– Zresztą sześć pięćdziesiąt nie starczy. Muszę mieć na butelkę deserowego.</p>
   <p>Kvant wyjął portfel i upłynnił jeszcze jedną dziesiątkę. Zadek natychmiast po nią sięgnął.</p>
   <p>– Podwieźcie mnie do monopolowego – powiedział.</p>
   <p>– Nie tu w Solnie – powiedział Kvant. – Na takie ryzyko się nie ważymy, dobra duszo.</p>
   <p>– W takim razie na Sigtunagatan. Tam mnie znają i mam blisko metę w parku przy pisuarze.</p>
   <p>– Nie możemy pozwolić sobie na wysadzanie go przed sklepem spirytusowym – strachliwie powiedział Kristiansson.</p>
   <p>Minęli właśnie pocztę i Tennstopet, i jechali przez Dalagatan w kierunku południowym.</p>
   <p>– Skręcę tu do parku – powiedział Kvant. – Wjedziemy kawałek i wypuścimy go.</p>
   <p>– Za świńskie nogi nic nie odpalaliście – zauważył Zadek.</p>
   <p>Nie pobili go. Ich fizyczna przewaga była zbyt znaczna, a poza tym nie mieli zwyczaju bić kogokolwiek, przynajmniej bez koniecznej potrzeby.</p>
   <p>Prócz tego żaden z nich nie był zbytnio gorliwy w służbie. Kvant prawie zawsze zgłaszał wszystko, co zdarzyło mu się zauważyć, lecz z łatwością udawało mu się dostrzegać i słyszeć znikomo mało. Kristiansson był okazowym leniem, który gotów był przeoczyć wszystko, co mogło skomplikować służbę i spowodować niepotrzebne kłopoty.</p>
   <p>Kvant skręcił do parku tuż przy Instytucie Eastmana.</p>
   <p>Drzewa były ogołocone z liści, smutno, pusto. Stanął dokładnie przed wjazdem i powiedział:</p>
   <p>– Wyłaź, Kalle. Pojadę kawałek dalej i wypuszczę go z samochodu możliwie niedostrzegalnie. A jak byś widział, że coś nie gra, to gwizdnij, umówiony sygnał, jak zwykle.</p>
   <p>W samochodzie cuchnęło potem, wymiocinami, a przede wszystkim kwaśnym odorem ciała zatrzymanego.</p>
   <p>Kristiansson kiwnął głową i wysiadł. Gazety zostawił na tylnym siedzeniu, ale świńską nogę wciąż trzymał w ręku.</p>
   <p>Samochód zniknął. Poszedł w kierunku ulicy i z początku nie zobaczył nic, co mogłoby wzbudzić niepokój. Czuł się jednak w pewien sposób wytrącony z równowagi i niecierpliwie czekał, by Kvant powrócił, i aby jak najszybciej wycofali się na własny teren, w spokój i bezpieczeństwo. Będzie wprawdzie do końca objazdu musiał słuchać, jak Kvant opisuje fizyczną niewydolność i złe humory swej żony. Ale do tego już przywykł. On sam uważał, że jego żona jest bez zarzutu, zwłaszcza jeżeli chodzi o typowanie w totalizatorze, i rzadko o niej wspominał.</p>
   <p>Kvant jakoś się spóźniał. Widocznie nie chciał ryzykować, że go ktoś zobaczy, albo też Zadek podniósł stawkę.</p>
   <p>Przed wejściem do Instytutu Eastmana znajdował się placyk z okrągłą kamienną fontanną, czy co to tam było pośrodku. Po przeciwnej stronie tego czegoś stał czarny volkswagen zaparkowany tak jawnie wbrew przepisom, że nawet tak mało gorliwy policjant jak on, nie mógł nie zareagować.</p>
   <p>Kristiansson wcale wprawdzie nie zamierzał działać w tej sprawie, czuł jednak, że sekundy wyczekiwania dłużą się i leniwie obszedł okrąg basenu. Będzie mógł przynajmniej udawać, że ogląda ten samochód, którego właściciel najwidoczniej wyobrażał sobie, że może w ten sposób parkować w samym sercu stolicy Szwecji, kraju zakazów. Podejść i popatrzyć na źle zaparkowany wóz jest to poza tym czynność do niczego nie zobowiązująca.</p>
   <p>Ozdobny krąg miał ze cztery metry średnicy. Gdy Kristiansson obszedł go dokoła wydało mu się, że dostrzega szybki refleks słońca wysoko w oknie budynku po przeciwnej stronie ulicy.</p>
   <p>W ułamek sekundy później usłyszał krótki ostry trzask i w tejże chwili jakby go młot rąbnął w prawe kolano. Noga się pod nim ugięła, zachwiał się i padł na wznak przez kamienne obmurowanie do basenu, którego dno pokrywały zeszłoroczne igły sosnowe, zgniłe liście i inne śmieci.</p>
   <p>Leżąc na plecach słyszał swój własny krzyk. Wydawało mu się, że rozległo się więcej głośnych trzasków, ale widocznie żaden z nich jego nie dotyczył.</p>
   <p>Wciąż trzymał w ręce świńską nogę i nie udało mu się jeszcze skojarzyć błysku strzału z trzaskiem ani z kulą, która zgruchotała mu kość pod kolanem.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>24</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Gunvald Larsson wciąż patrzył na sekundnik chronografu, kiedy usłyszał drugi trzask, po którym natychmiast nastąpiły dalsze cztery.</p>
   <p>Zegarek jego – jak większość zegarków w całym kraju – wskazywał czas obowiązujący w Szwecji, to jest na piętnastym stopniu na wschód od Greenwich, a ponieważ zegarek był dobrze wyregulowany i nigdy nie spóźniał się ani o sekundę na rok, jego obserwacje dotyczące czasu były dokładne.</p>
   <p>Pierwszy strzał rozległ się dokładnie dziesięć po dwunastej. Następne cztery, może pięć, padły w przeciągu dwóch sekund, mianowicie między czwartą a siódmą sekundą od pory wyjściowej. Czyli była 12.10</p>
   <p>W ciągu następnych dwóch minut Gunvald Larsson i Kollberg działali wspólnie, wiedzeni uznania godnym istynktem i właściwą oceną kierunku i odległości.</p>
   <p>Wpadli do najbliższego samochodu, przypadkowo był to czerwony BMW Larssona.</p>
   <p>Gunvald Larsson włączył gaz, gwałtownie wystartował i poprowadził, nie tą drogą, którą przyjechał dokoła głównego budynku, tylko obok starej kotłowni i dalej wąską krętą drogą ku Dalagatan między oddziałem położniczym a Instytutem Eastmana. Potem skręcił o sto osiemdziesiąt stopni na lewo na wybrukowany kamieniami placyk przed Instytutem, zahamował, wpadł w poślizg i zatrzymał samochód tak, że stanął on trochę ukosem między fontanną a szerokimi wejściowymi schodami.</p>
   <p>Jeszcze zanim zdążyli otworzyć drzwiczki i wydostać się, dostrzegli obaj, Gunvald Larsson i Kollberg, że w basenie fontanny leży policjant w mundurze. Zauważyli także, że jest ranny, ale żyje, i że w pobliżu znajduje się pewna ilość innych osób. Trzy z nich leżały na ziemi, ludzie martwi, ranni lub chroniący się w tej pozycji przed strzałami, inne osoby stały nieruchomo, przypuszczalnie na tych miejscach, gdzie się znajdowały, gdy zaczęto strzelać. Na drodze wjazdowej od strony Vasaparken zatrzymał się właśnie samochód patrolowy z policjantem przy kierownicy. W momencie gdy samochód stanął, kierowca otworzył lewe drzwiczki.</p>
   <p>Gunvald Larsson i Kollberg wysiedli jednocześnie, jeden z prawej, drugi z lewej.</p>
   <p>Następnego strzału Gunvald Larsson nie słyszał, ale poczuł, że zerwało mu z głowy futrzaną czapkę, która poleciała na schody, i doznał wrażenia jakby mu ktoś rozżarzonym pogrzebaczem przeciągnął przez włosy od prawej skroni do ucha. Nie zdążył nawet wyprostować się, wykręciło mu głowę, usłyszał strzał, ostry gwizd podmuchu, suchy trzask, świst rykoszetu, w dwóch potężnych susach przesadził osiem schodów i przywarł do ściany, na lewo we framudze drzwi, podzielonych na trzy części kanciastymi filarami. Złapał się za policzek, rękę wypełniła krew. Kula wyorała bruzdę w skórze. Rana obficie krwawiła, zamszowa kurtka zniszczona. Raz na zawsze.</p>
   <p>Kollberg zareagował równie szybko jak Gunvaid. Dał nura z powrotem do samochodu i miał na tyle szybki refleks, że natychmiast przeturlał się przez oparcie fotela na tylne siedzenie.</p>
   <p>Bezpośrednio potem dwie kule przebiły dach samochodu i utkwiły w wyściółce przedniego fotela.</p>
   <p>Kollberg widział ze swego miejsca Gunvalda Larssona w drzwiach, płasko przywartego do ściany, wyraźnie rannego. Wiedział, że musi natychmiast wydostać się z wozu i na schody, od razu bez namysłu pchnął nogą prawe przednie drzwiczki, rzucając się jednocześnie przez lewe tylne.</p>
   <p>Huknęły trzy strzały, wszystkie skierowane w prawą stronę samochodu, ale Kollbergjuż się wydostał na lewą, złapał się najbliższej z czterech żelaznych poręczy i przeskoczył owe osiem schodów wcale ich nie dotykając, wyrżnął głową i ramieniem w żołądek Gunvalda Larssona.</p>
   <p>Potem zaczerpnął tchu, z trudem stanął na nogi i rozpłaszczył się przy ścianie obok Gunvalda Larssona, który dziwnie pomrukiwał pewnie ze zdumienia albo z braku powietrza.</p>
   <p>W ciągu kilku sekund, może pięciu, może dziesięciu, nic się nie wydarzyło.</p>
   <p>Ranny policjant wciąż leżał w basenie, a jego kolega stał obok radiowozu z pistoletem w ręku i ze zdumieniem rozglądał się dokoła. Przypuszczalnie nie widział Kollberga i Gunvalda Larssona i w ogóle nie miał rozeznania w sytuacji. W każdym razie widział rannego kolegę w odległości ośmiu metrów i ruszył ku niemu wciąż z ogłupiałą miną i z pistoletem w garści.</p>
   <p>– Skąd u licha te dwie baranie głowy się tu wzięły – wymamrotał Gunvald Larsson.</p>
   <p>W sekundę potem ryknął:</p>
   <p>– Kvant! Stój! Kryj się!</p>
   <p>Gdzie, pomyślał Kollberg. Bo żadnego sposobu ukrycia się, nie było.</p>
   <p>Gunvald Larsson też musiał być tego zdania, bo nic więcej nie powiedział. I chwilowo nic się nie wydarzyło, prócz tego, że jasnowłosy policjant drgnął, popatrzył w kierunku drzwi, a potem ruszył dalej. Przypuszczalnie nie mógł dojrzeć dwóch ludzi stających w cieniu filarów.</p>
   <p>Czerwony piętrowy autobus przejechał przez Dalagatan. Ktoś histerycznie wzywał pomocy.</p>
   <p>Policjant dotarł do celu, przyklęknął na brzegu basenu i pochylił się nad rannym.</p>
   <p>Po wewnętrznej stronie obmurowania był występ, zrobiony pewnie specjalnie dla dzieci, żeby mogły tam latem siadywać i bosymi nogami rozchlapywać wodę. Skórzana kurtka, zalśniła w słońcu, gdy policjant położył na tym występie pistolet, żeby mieć wolne ręce. Szerokimi plecami zwrócony był ku słońcu i w plecy trafiły go dwie kule w niecałą sekundę, jedna w kark, druga między łopatki.</p>
   <p>Kurt Kvant upadł na twarz pod kątem prostym do swego kolegi. Kristiansson zdążył zobaczyć ranę od wylotu pierwszej kuli: między jabłkiem Adama a kołnierzem. Potem poczuł na biodrach ciężar ciała Kvanta i zemdlał z bólu, strachu i upływu krwi. Leżeli na krzyż, jeden nieprzytomny, drugi martwy.</p>
   <p>– Niech to diabli – powiedział Gunvald Larsson. – I niech to diabli.</p>
   <p>Kollberga owładnęło silne uczucie nierealności tego wszystkiego.</p>
   <p>Czekał, aż coś się stanie. I stało się, ale zupełnie jakby rozgrywało się to w jakimś innym wymiarze, nie tym, w którym on żył i działał. Coś się jeszcze zdarzyło. Człowiek poruszył się i wszedł w magiczny kwadrat wyłożony kamieniami. Mały chłopczyk w zielonej jak mech wiatrówce, migotliwych dwukolorowych dżinsach w niebieskich odcieniach i w zielonych gumowych butach z odbłyskowym kantem.</p>
   <p>Kędzierzawe blond włosy. Nie mógł mieć więcej niż pięć lat. Wolno i z wahaniem podchodził do basenu.</p>
   <p>Kollberg sprężył się całym ciałem, podświadoma fizyczna gotowość do rzucenia się i porwania dziecka na ręce. Gunvald Larsson też to zauważył, bo nie odwracając oczu od makabrycznej sceny położył wielką zakrwawioną rękę na piersi Kollberga i powiedział:</p>
   <p>– Zaczekaj.</p>
   <p>Chłopczyk stał przy kamiennym kręgu i patrzył na leżące ciała. Potem włożył palce lewej ręki do buzi, a prawą złapał się za ucho i wybuchnął płaczem.</p>
   <p>Przez chwilę stał z przechyloną głową, a łzy spływały po okrągłych policzkach. Potem odwrócił się i uciekł tą samą drogą, którą przyszedł. Przez trotuar i jezdnię wyszedł z kamiennego czworoboku.</p>
   <p>Wrócił do życia.</p>
   <p>Nikt do niego nie strzelił.</p>
   <p>Gunvald Larsson spojrzał na swój chronograf.</p>
   <p>– Dwunasta, dwunasta dwadzieścia siedem – powiedział sam do siebie. – Dwie minuty i dwadzieścia siedem sekund.</p>
   <p>A Kollbergowi przychodziły na myśl dziwne skojarzenia: Dwie minuty dwadzieścia siedem sekund to normalnie biorąc nie tak długo. Lecz w pewnych okolicznościach może to być bardzo długo. Dobry szwedzki biegacz, Björn Malmroos na przykład teoretycznie zdążyłby przez ten czas przebiec czternaście razy po sto metrów. A to dość dużo.</p>
   <p>Dwaj policjanci zastrzeleni. Jeden z pewnością nie żyje. Prawdopodobnie ten drugi też.</p>
   <p>Gunvald Larsson o milimetr od wykończenia, on sam o centymetr. I chłopiec w zielonej wiatrówce.</p>
   <p>To też dużo.</p>
   <p>Lennart Kollberg spojrzał na swój własny zegarek. Późnił się: już dwadzieścia po.</p>
   <p>Pod pewnymi względami był pedantem, lecz pod innymi wcale mu nie zależało, nie dbał o dokładność. Chociaż był to przecież rosyjski zegarek marki Exakta, zapłacił za niego sześćdziesiąt trzy korony. Ponad trzy lata chodził dobrze i jeżeli go się regularnie nakręcało, nie późnił się wcale.</p>
   <p>Chronograf Gunvalda Larssona kosztował tysiąc pięćset koron.</p>
   <p>Kollberg podniósł ręce, przyjrzał się im, uformował z nich trąbkę wokół ust i ryknął:</p>
   <p>– Halo! Halo! Słuchajcie! Teren niebezpieczny. Kryć się! – Nabrał tchu i znowu zaczął: – Halo! Halo! Tu policja! Teren niebezpieczny! Kryć się!</p>
   <p>Gunvald Larsson odwrócił głowę i spojrzał na niego z osobliwym wyrazem porcelanowo błękitnych oczu.</p>
   <p>Gunvald Larsson przyglądał się teraz drzwiom wejściowym Instytutu. Przy sobocie były oczywiście zamknięte. W całym ogromnym budynku nie było z pewnością nikogo. Zbliżył się do drzwi i z całej siły w nie kopnął.</p>
   <p>Nie powinno się to było udać, udało się jednak. Kollberg wszedł za Larssonem do wnętrza.</p>
   <p>Następne drzwi nie miały zamka i były szklane, ale Gunvald i w nie kopnął. Poleciały odłamki.</p>
   <p>Podszedł do telefonu, podniósł słuchawkę, nakręcił 90 000, zażądał pogotowia policyjnego i powiedział:</p>
   <p>– Tu Gunvald Larsson. W kamienicy przy Dalagatan 34 znajduje się w tej chwili jakiś szaleniec, strzela z dachu albo z najwyższego piętra z karabinu maszynowego. W fontannie przed Instytutem Eastmana leżą dwaj zabici policjanci. Ogłosić alarm we wszystkich obwodach śródmiejskich. Zamknąć Dalagatan, Västmannagatan od Norra Bantorget do Karlbergsvägen i Odengatan od Odenplan do St. Eriksplan. I wszystkie przecznice na tym terenie. Na zachód od Västmannagatan i na południe od Karlbergsvägen. Zrozumiano? Co? Zawiadomić wyższe władze? Oczywiście, zawiadomić wszystkich. Zaraz, zaczekajcie. Nie wysyłajcie pod wskazany adres wozów patrolowych ani personelu w mundurach. Zbiórka…</p>
   <p>Odsunął słuchawkę i zmarszczył czoło.</p>
   <p>– Odenplan – podpowiedział Kollberg.</p>
   <p>– Właśnie. Odenplan, dobrze. Co? Jestem w Instytucie Eastmana. Za kilka minut przejdę na drugą stronę i spróbuję go ująć.</p>
   <p>Odrzucił słuchawkę i poszedł do najbliższej umywalni. Zmoczył ręcznik i omotał nim głowę. Krew natychmiast zaczęła się przesączać przez ten prowizoryczny opatrunek.</p>
   <p>Potem rozpiął płaszcz i marynarkę. Wyciągnął pistolet umocowany przy prawym biodrze.</p>
   <p>Przyjrzał mu się z goryczą, spojrzał na Kollberga i powiedział:</p>
   <p>– A ty jaką masz spluwę?</p>
   <p>Kollberg potrząsnął głową.</p>
   <p>– A prawda. Ty przecież jesteś czymś w rodzaju pacyfisty.</p>
   <p>Jego pistolet – jak wszystko, co stanowiło jego własność – był inny, nieprzeciętny. Smith &amp; Wesson .38 Master. Kupił go, bo nie znosił standardowej broni szwedzkiej policji Walther 7.65 mm.</p>
   <p>– Wiesz co – rzekł Gunvald Larsson – zawsze miałem cię za wyjątkowego idiotę.</p>
   <p>Kollberg kiwnął głową i powiedział:</p>
   <p>– A jak sobie wyobrażasz nasze przejście przez ulicę?</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>25</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Domu w Segeltorp nie można by nazwać okazałym. Mały i drewniany, na podstawie architektury sądząc wybudowany został jako letniskowy co najmniej przed półwiekiem. Pierwotnie pomalowany na kolorowo, teraz ukazywał już w niektórych miejscach spłukane z farby surowe drzewo, wciąż jednak jeszcze widać było, że domek był niegdyś jasnożółty, z białymi węgłami i okładzinami okien. Płot otaczający duża działkę, jak się zdawało należącą do domku, przed nie tak wielu laty pomalowano na jaskrawoczerwony kolor, jak również poręcze przy schodach, drzwi wejściowe i balustradę niewielkiej werandy.</p>
   <p>Domek stał dość wysoko ponad gościńcem, a ponieważ brama była otwarta, Rönn wjechał stromym podjazdem aż pod boczną ścianę domu.</p>
   <p>Martin Beck natychmiast wysiadł i parę razy głęboko wciągnął powietrze, rozglądając się jednocześnie dokoła. Często robiło mu się niedobrze podczas jazdy samochodem.</p>
   <p>Ogród był gęsty, zaniedbany, w sadzie, na końcu zarośniętej prawie ścieżki stał stary zardzewiały zegar słoneczny. Na cementowym cokole otoczonym splątanymi krzakami wyglądał patetycznie i nie na swoim miejscu.</p>
   <p>Zamykając drzwiczki samochodu Rönn powiedział:</p>
   <p>– Zaczynam być głodny. Jak myślisz, jak tu załatwimy, zdąży się jeszcze coś zjeść?</p>
   <p>Martin Beck spojrzał na zegarek. Rönn przyzwyczajony był jadać lunch w południe, a już dziesięć po dwunastej. Martin Beck nie przestrzegał pory posiłków, w ogóle niezbyt troszczył się o jedzenie w czasie pracy i zasadniczo jadał wieczorem.</p>
   <p>– Oczywiście – powiedział. – Chodź, wejdziemy.</p>
   <p>Okrążyli narożnik, weszli po schodkach i zapukali. Mężczyzna około siedemdziesiątki otworzył prawie natychmiast.</p>
   <p>– Proszę – powiedział.</p>
   <p>Stał w milczeniu i ciekawie przyglądał się gościom, gdy zdejmowali płaszcze w ciasnym przedpokoiku.</p>
   <p>– Proszę – powiedział jeszcze raz, odsuwając się, żeby mogli przejść.</p>
   <p>W drugim końcu korytarza było dwoje drzwi. Jedne prowadziły do kuchni przez niewielki hall, z którego schody wiodły na pięterko czy może strych, drugie do bawialnego pokoju. Powietrze było tam wilgotne i zatęchłe, i panował półmrok, gdyż wysokie, przypominające paprocie rośliny doniczkowe stojące na parapetach nie dopuszczały światła dziennego.</p>
   <p>– Proszę siadać. Zaraz przyjdzie żona. I kawa będzie.</p>
   <p>W pokoju królowała grupa mebli w ludowym stylu: sosnowa kanapa o prostym oparciu i pasiastym obiciu, i takież krzesła otaczające duży stół; jego masywny sosnowy blat miał piękne słoje. Martin Beck i Rönn usiedli w rogach kanapy. Przez uchylone drzwi w głębi pokoju widać było wezgłowie mahoniowego łóżka i szafę z owalnymi lustrami w drzwiach. Gospodarz poszedł zamknąć te drzwi, dopiero potem usiadł na krześle po przeciwnej stronie stołu.</p>
   <p>Był chudy, przygarbiony, zszarzałą skórę na twarzy i łysej czaszce pokrywały brunatne wątrobiane plamy. Na flanelowej koszuli w szaroczarną kratę miał gruby sweter domowej roboty.</p>
   <p>– Właśnie mówiłem mojej, jakeśmy samochód usłyszeli, że bardzo prędko panowie przyjechali. Nie byłem pewny, czy dobrze drogę opisałem, przez telefon.</p>
   <p>– Nietrudno było znaleźć – powiedział Rönn.</p>
   <p>– Pewnie, panowie policjanci to wszędzie traficie, w mieście i za miastem. Åke, jak był w policji, to też znał miasto, wszędzie trafił.</p>
   <p>Wyjął paczkę papierosów John Silver i poczęstował. Martin Beck i Rönn podziękowali odmownie.</p>
   <p>– Panowie tu przyjechali żeby pomówić o Åkem – powiedział stary. – Tak jakem przez telefon mówił, nie wiem właściwie, kiedy stąd wyjechał, myśleliśmy, matka i ja, że może zanocuje, ale musiał wracać do domu. Czasem tu sypia. A że to dziś jego urodziny, myśleliśmy, że zostanie, kawę do łóżka by miał podaną.</p>
   <p>– Ma samochód? – spytał Rönn.</p>
   <p>– A ma. No, idzie matka z kawą.</p>
   <p>Wstał, gdy żona wyszła z kuchni niosąc tacę. Postawiła ją na stole. Potem wytarła rękę o spódnicę i przywitała się.</p>
   <p>– Eriksson – powiedziała niewyraźnie, gdy wymienili swoje nazwiska.</p>
   <p>Nalała kawy i odstawiła tacę na podłogę, nim usiadła obok męża opierając ręce na kolanach. Wyglądała na równą wiekiem mężowi, włosy miała srebrzystobiałe i skręcone trwałą w drobne twarde loki, lecz jej okrągła twarz była niemal zupełnie gładka, a różowość policzków nie budziła podejrzeń o szminkę. Patrzyła na swoje ręce, a gdy nagle ukradkiem spojrzała na Martina Becka, pomyślał, że boi się chyba albo onieśmielają ją obcy.</p>
   <p>– Chcemy spytać o parę rzeczy dotyczących syna, pani Eriksson – powiedział Martin Beck. – Jeśli dobrze zrozumiałem męża pani, syn był tu wczoraj wieczorem. Czy wie pani, kiedy odjechał?</p>
   <p>Spojrzała na męża, jak gdyby żywiła nadzieję, że za nią odpowie, ale on mieszał kawę nie odzywając się.</p>
   <p>– Nie – powiedziała z wahaniem. – Nie wiem. Chyba jak już się położyliśmy.</p>
   <p>– A o której to było?</p>
   <p>Znowu spojrzała na męża.</p>
   <p>– O której to mogło być, Otto?</p>
   <p>– Wpół do jedenastej. Może jedenasta. My się zwykle wcześnie kładziemy, ale ponieważ Åke tu był… Chyba raczej wpół do jedenastej.</p>
   <p>– Więc nie słyszeli państwo, jak wyszedł?</p>
   <p>– Nie – powiedział mężczyzna. – Dlaczego zresztą mielibyśmy wiedzieć? Czy mu się coś stało?</p>
   <p>– Nie – powiedział Martin Beck. – My o tym nic nie wiemy. Te pytania to zwykła formalność. Proszę powiedzieć, gdzie syn państwa obecnie pracuje?</p>
   <p>Kobieta powróciła do wpatrywania się w swe ręce, a mężczyzna odpowiedział:</p>
   <p>– Wciąż jest monterem od wind. Zaczął rok temu.</p>
   <p>– A przedtem?</p>
   <p>– Cóż, różne rzeczy robił. Jakiś czas był w firmie hydraulicznej, prowadził taksówkę, był dozorcą nocnym, a nim zaczął w tej firmie od konserwacji wind, jeździł na ciężarówce. Wtedy kiedy się uczył na montera, specjalistę od wind.</p>
   <p>– A jak tu był wczoraj wieczorem, zachowywał się jak zwykle? – spytał Martin Beck. – O czym mówił?</p>
   <p>Mężczyzna nie od razu odpowiedział. Kobieta sięgnęła po ciastko i rozkruszyła je na talerzyku.</p>
   <p>– Był chyba taki jak zawsze – powiedział w końcu mężczyzna. – Mówić dużo nie mówił, ale on teraz rozmowny nie jest. Bardzo był oczywiście zgryziony o komorne i o to z Malin.</p>
   <p>– Malin? – pytająco zdziwił się Martin Beck.</p>
   <p>– Tak. Dziewczynka. Zabrali mu małą. To i mieszkanie też pewnie straci.</p>
   <p>– Przepraszam – powiedział Martin Beck. – Nie bardzo rozumiem. Kto mu zabrał córkę? Bo przecież chyba o jego córce pan mówi?</p>
   <p>– Tak, Malin – dotknął ramienia żony. – Imię ma po babci. Myślałem, że panowie wiedzą, że Opieka Społeczna zabrała ją Åkemu.</p>
   <p>– Dlaczego? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– A dlaczego policja zamordowała jego żonę?</p>
   <p>– Proszę odpowiedzieć na pytanie. Dlaczego zabrano mu dziecko?</p>
   <p>– Ech, już przedtem próbowali, a teraz udało im się wreszcie dostać zaświadczenie, że on się dzieckiem zajmować nie może. My oczywiście prosiliśmy, żeby mogła być u nas, ale jesteśmy za starzy, powiedzieli. I mieszkanie tu nieodpowiednie.</p>
   <p>Kobieta spojrzała na Martina Becka, ale napotkawszy jego wzrok, szybko wlepiła oczy w filiżankę. Powiedziała cicho, ale z oburzeniem:</p>
   <p>– Jakby u obcych ludzi mogło jej być lepiej. I zawsze tu lepiej niż w mieście.</p>
   <p>– Przecież dawniej zajmowali się państwo wnuczką, nieprawdaż?</p>
   <p>– Tak, wiele razy – powiedziała kobieta. – Na poddaszu jest pokoik, może tam mieszkać. Dawny pokój Åkego.</p>
   <p>– Åke miewał taką pracę, że nie zawsze mógł przypilnować małej – rzekł mężczyzna. – Uważają, że jest nieustabilizowany. To się teraz tak nazywa. Że nie może utrzymać pracy, to chyba mieli na myśli. A to nie tak łatwo w dzisiejszych czasach. Bezrobocie z każdym dniem coraz gorsze. Ale on był zawsze taki dobry dla Malin.</p>
   <p>– I kiedy to się stało? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Z Malin? Przedwczoraj po nią przyszli. I zabrali.</p>
   <p>– A on wczoraj bardzo był z tego powodu roztrzęsiony? – wtrącił Rönn.</p>
   <p>– Pewnie, że był. Chociaż nic nie mówił. Bo i z tym komornym też. My nie mamy możliwości, żeby mu pomóc. Emerytura mała.</p>
   <p>– Nie starcza mu na komorne?</p>
   <p>– Nie. I pewnie go niedługo wyrzucą. Komorne takie wysokie, aż dziw, że ludzi w ogóle stać na to.</p>
   <p>– A gdzie mieszka?</p>
   <p>– Na Dalagatan, w nowym ładnym domu. Jak ten dom, gdzie przedtem mieszkał, zburzyli, nie mógł dostać nic innego. Wtedy oczywiście lepiej zarabiał, więc myślał, że jakoś da radę. To jeszcze nie takie znów straszne. Najgorzej z małą.</p>
   <p>– Chciałbym się czegoś więcej dowiedzieć o tej sprawie z Opieką Społeczną – powiedział Martin Beck. – Przecież oni tak ni stąd, ni zowąd nie mogą zabrać ojcu dziecka.</p>
   <p>– Nie mogą?</p>
   <p>– W każdym razie twierdzę, że przedtem musi być przeprowadzony dokładny wywiad.</p>
   <p>– No, ja też tak przypuszczam. U nas ktoś był. Rozmawiał z moją i ze mną, oglądał dom, a najwięcej o Åkego wypytywał. Wesoły to Åke nie jest, od czasu jak Maria umarła, to pan chyba rozumie. Ci z Opieki mówili, że jego depresja, znaczy się, że wciąż jest taki smutny, ujemnie wpływa na psychikę dziecka, pamiętam, tak właśnie mówili, oni to zawsze tak ładnie się wyrażają. I że nie jest dobrze, że Åke miewa pracę w różnych dziwnych porach. No i że z pieniędzmi u niego kiepsko, komornego nie może zapłacić i różne takie. Pewnie sąsiedzi z tej kamienicy zgłosili do Opieki Społecznej, że on często zostawia Malin w nocy samą, że dziecko nie dostaje regularnie jeść i różne takie.</p>
   <p>– A nie wie pan, z kim jeszcze rozmawiała Opieka Społeczna?</p>
   <p>– Z jego pracodawcą. Zdaje się, że próbowali dotrzeć do wszystkich jego byłych szefów.</p>
   <p>– Do jego szefa w policji także?</p>
   <p>– Pewnie, jasne. Ten był przecież najważniejszy. Jak się zdaje.</p>
   <p>– A on pewnie nie wystawił mu specjalnie dobrej opinii – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Nie. Åke, mówił, że on już rok jakiś temu, kiedy Opieka zaczęła przewiadywać się o życie Åkego, napisał do Opieki i wystawił mu taką opinię że zniszczyła wszelkie szanse zostawienia mu Malin.</p>
   <p>– A wie pan, kto to zaświadczenie z policji pisał? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Wiem. Komisarz Nyman, ten sam, co pozwolił, żeby żona Åkego umarła, palcem nawet nie kiwnął.</p>
   <p>Martin Beck i Rönn wymienili szybkie spojrzenia.</p>
   <p>Pani Eriksson spojrzała na męża, a potem na nich, wylękniona, jak zareagują na to nowe oskarżenie. Przecież teraz oskarżał ich kolegę. Podała talerz z ciastem najpierw Rönnowi, który wziął gruby kawałek biszkoptowej babki, potem Martinowi Beckowi, który podziękował.</p>
   <p>– A jak syn był tu wczoraj, mówił coś o komisarzu Nymanie?</p>
   <p>– Powiedział tylko, że to przez niego zabrali Malin. Nic więcej. On w ogóle nie jest gadatliwy, nasz Åke, a wczoraj jeszcze zawzięciej milczał niż zwykle. No nie, Malin?</p>
   <p>– Tak – powiedziała żona zgarniając okruchy ze swega talerzyka.</p>
   <p>– A co robił wczoraj wieczorem? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Zjadł z nami obiad. Potem oglądał telewizję. A potem poszedł na górę do swego pokoju. A my się położyliśmy.</p>
   <p>Martin Beck zauważył przedtem, że telefon jest w przedpokoju i spytał:</p>
   <p>– A czy w ciągu wczorajszego wieczoru syn korzystał z telefonu?</p>
   <p>– Dlaczego pan o to wszystko pyta – powiedziała kobieta. – Czy Åke coś zrobił?</p>
   <p>– Muszę prosić państwa, byście zechcieli najpierw jednak odpowiedzieć na nasze pytania – powiedział Martin Beck. – Dzwonił stąd do kogoś wczoraj?</p>
   <p>Siedząca naprzeciw nich para milczała przez chwilę. Potem mężczyzna powiedział:</p>
   <p>– Może. Nie wiem. Może przecież telefonować, kiedy zechce.</p>
   <p>– Więc nie słyszeli państwo, żeby rozmawiał przez telefon?</p>
   <p>– Nie. Myśmy zresztą siedzieli przed telewizorem. Przypominam sobie, że raz wyszedł i zamknął drzwi za sobą, czego nie robi, jak idzie tylko do toalety. Telefon jest w przedpokoju, więc jak telewizor włączony, trzeba drzwi zamykać, żeby nie przeszkadzał.</p>
   <p>– O której to mogło być? To znaczy, o której dzwonił?</p>
   <p>– Dokładnie nie wiem. Ale oglądaliśmy film. Wyszedł tak jakoś w środku. Koło dziesiątej chyba. Dlaczego pan chce wiedzieć?</p>
   <p>Martin Beck nie odpowiedział. Rönn uporawszy się z babką powiedział nagle:</p>
   <p>– Chciałbym przypomnieć, że syn państwa to znakomity strzelec. Jeden z najlepszych, jacy wtedy byli w policji. Ciekawe, czy ma teraz jakąś broń.</p>
   <p>Matka spojrzała na Rönna z nowym wyrazem w oku, a ojciec wyprostował się dumnie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat rodzice z pewnością mieli łatwo dające się zliczyć sposobności usłyszenia kogoś mówiącego z uznaniem o ich synu.</p>
   <p>– Tak – powiedział ojciec. – Åke zdobył wiele nagród. Nie ma ich tu, niestety, są u niego w domu na Dalagatan. A jeśli chodzi o broń…</p>
   <p>– Sprzedać to powinien – wtrąciła matka. – To drogie rzeczy, a on potrzebuje pieniędzy.</p>
   <p>– Wie pan, jaką ma broń? – spytał Rönn.</p>
   <p>– Owszem. Wiem. Sam, jak byłem młody interesowałem się strzelaniem. Przede wszystkim ma broń ze straży obywatelskiej czy obrony cywilnej, czy jak to się tam teraz nazywa. Dosłużył się przecież oficerskiego stopnia, nieźle, można powiedzieć.</p>
   <p>– Jaką ma broń? – uparcie powtórzył Rönn.</p>
   <p>– Przede wszystkim karabin, Mauser. Potem pistolet. W pistolecie już wiele lat temu zdobył złotą odznakę.</p>
   <p>– Jaki pistolet?</p>
   <p>– Hammerli International. Pokazywał mi. I ma także…</p>
   <p>– Co ma?</p>
   <p>Mężczyzna zawahał się.</p>
   <p>– Nie wiem, ma przecież zezwolenie na jedno i drugie, chyba panowie sami rozumieją.</p>
   <p>– Zapewniam, że nie zamierzamy aresztować syna za nielegalne posiadanie broni – rzekł Marcin Beck. – Co więcej?</p>
   <p>– Amerykański samoczynny karabin. Ale na to też musi mieć zezwolenie, bo stawał z nim do zawodów.</p>
   <p>– Niezły arsenał – mruknął Martin Beck.</p>
   <p>– Co więcej? – spytał Rönn.</p>
   <p>– Stary karabin ze straży obywatelskiej. Ale ten niewiele jest wart. Wyślizgana lufa i te karabiny zawsze źle strzelały. Wszystkich tych rzeczy tu nie trzyma.</p>
   <p>– Oczywiście, ma je w domu na Dalagatan – powiedział Rönn.</p>
   <p>– Tak przypuszczam – potwierdził ojciec. – Ma tu wprawdzie wciąż swój pokój na górze, ale wszystkie ważniejsze graty trzyma u siebie w domu. A teraz kiedy pewnie nie będzie mógł dalej mieszkać w takim eleganckim lokalu, może się tu oczywiście przeprowadzi, póki czegoś sobie nie znajdzie. Ten pokoik na poddaszu nie jest duży.</p>
   <p>– Nie mają państwo nic przeciwko temu, żebyśmy tam zajrzeli? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>Mężczyzna spojrzał na niego z wahaniem.</p>
   <p>– Nie, proszę, można. Ale tam nic nie ma do zobaczenia.</p>
   <p>Kobieta wstała i strzepała okruchy ze spódnicy.</p>
   <p>– O – powiedziała – nawet tam dziś nie byłam. Okropnie tam pewnie wygląda.</p>
   <p>– Nie tak znów strasznie – rzekł mąż. – Zaglądałem rano, chciałem zobaczyć, czy Åke tam spał, wcale tak źle nie wyglądało. Åke jest porządny.</p>
   <p>Odwrócił wzrok i dodał cicho:</p>
   <p>– Åke to dobry chłopak. Nie jego wina, że mu się życie tak ułożyło. Całe życie pracowaliśmy i robiliśmy wszystko, żeby go wychować. Ale wszystko na złe się obróciło jemu i nam. Za młodu, jak byłem robotnikiem, w coś wierzyłem, wierzyłem, że będzie coraz lepiej. Teraz człowiek się zestarzał, a nikt się o niego nie zatroszczy, wszystko wyszło nie tak. Jakby człowiek wiedział, że społeczeństwo taką drogą pójdzie, wcale by dzieci nie miał. Tylko nas cały czas oszukiwali.</p>
   <p>– Kto? – spytał Rönn.</p>
   <p>– Politycy. Działanie. Co się myślało, że są nasi. A to wszystko tylko gangsterzy.</p>
   <p>– No, proszę pokazać nam pokój – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Tak – rzekł gospodarz.</p>
   <p>Poprowadził ich przez hall i po stromych, skrzypiących schodach. Na wprost schodów znajdowały się drzwi, które otworzył.</p>
   <p>– No więc to jest pokój Åkego. Przyjemniej tu oczywiście wyglądało, gdy jeszcze był chłopcem i mieszkał w domu, ale kiedy się ożenił i wyprowadził, zabrał z sobą większość mebli. Teraz rzadko tu bywa.</p>
   <p>Stał przytrzymując drzwi, Martin Beck i Rönn weszli do pokoiku na poddaszu. Okno było umieszczone w pochyłości dachu, a ściany wyklejone zblakłymi tapetami w kwiatki. W krótszej ze ścian znajdowały się wytapetowane także drzwi, wiodące prawdopodobnie do schowka czy szafy.</p>
   <p>Pod ścianą stało wąskie turystyczne łóżko przykryte szarym wojskowym kocem. Pod sufitem wisiał jasnożółty abażur o długich przybrudzonych frędzlach. Nad łóżkiem mały obrazek z pękniętym szkłem. Przedstawiał dziewczynkę o złotych lokach siedzącą na zielonej łące z jagniątkiem w objęciach. W nogach łóżka stał różowy plastykowy nocnik. Na stole leżała rozłożona gazeta, a na niej długopis, a na wyplatanym krześle ciśnięta kuchenna ścierka czerwono-biała.</p>
   <p>Nic więcej w pokoju nie było.</p>
   <p>Martin Beck wziął ścierkę do ręki. Była przetarta od wielokrotnego prania i poplamiona.</p>
   <p>Podniósł ją pod światło. Żółte plamy, przypominające tłuszcz, jakiego warstewka otacza zwykle pasztet z prawdziwych gęsich wątróbek. Kształt plam wskazywał, że ktoś wytarł tą ścierką nóż.</p>
   <p>Żółtawy tłuszcz sprawił, że materiał zrobił się prawie przezroczysty, Martin Beck uważnie przesuwał płótno między palcami, a potem przytknął do nosa i powąchał. W tejże chwili, gdy uświadomił sobie, jakiego pochodzenia są plamy i jak mogły powstać, Rönn powiedział:</p>
   <p>– Popatrz tu, Martin!</p>
   <p>Stał przy stole wskazując na gazetę. Martin Beck pochylił się i zobaczył na górnym marginesie prawej strony nad krzyżówką kilka słów wypisanych długopisem. Dziewięć nazwisk ułożonych w trzy grupy.</p>
   <p>Pismo było nierówne, drukowane litery mocno wyrysowane. Spojrzenie jego utkwiło na pierwszej szpalcie.</p>
   <empty-line/>
   <p>STIG OSCAR NYMAN †</p>
   <p>PALMON HULT †</p>
   <p>MARTIN BECK †</p>
   <empty-line/>
   <p>Zdążył zauważyć, że wśród pozostałych nazwisk był także Melander, nadintendent i komendant policji. A także Kollberg.</p>
   <p>Potem odwrócił się do stojącego przy drzwiach gospodarza.</p>
   <p>– Pod którym na Dalagatan mieszka pana syn?</p>
   <p>– Pod trzydziestym czwartym, ale…</p>
   <p>– Niech pan zejdzie do żony. My tam zaraz przyjdziemy.</p>
   <p>Mężczyzna zszedł wolno, na najniższym stopniu schodów zatrzymał się i ze zdumieniem spojrzał na Martina Becka, który ruchem ręki skierował go do bawialnego pokoju i odwrócił się do Rönna.</p>
   <p>– Zadzwoń do Strömgrena, czy kto tam u licha jest. Daj mu numer i powiedz, żeby natychmiast skontaktował się z Kollbergiem w Sabb, a potem od razu tu zadzwonił. Masz co trzeba w wozie, żebyśmy mogli wziąć odciski palców tam na górze?</p>
   <p>– Oczywiście – odpowiedział Rönn.</p>
   <p>– Dobrze. Ale wpierw zadzwoń.</p>
   <p>Rönn poszedł do przedpokoiku do telefonu.</p>
   <p>Martin Beck raz jeszcze rozejrzał się po ciupce na poddaszu. Spojrzał na zegarek. Za dziesięć pierwsza. Usłyszał, że Rönn wraca przeskakując po trzy stopnie.</p>
   <p>Martin Beck zobaczył jego zbielałą twarz i nienaturalnie rozszerzone oczy i pojął, że katastrofa, którą cały dzień przeczuwał, nastąpiła.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>26</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Gdy syreny zaczęły śpiewać, Kollberg i Gunvald Larsson w dalszym ciągu znajdowali się na parterze Instytutu Eastmana. Najpierw usłyszeli sygnały pojedynczych wozów, jak się zdawało nadjeżdżających od Kungsholmen przez most Św. Erika. Potem włączyły się w chór wozy z innych części miasta, wycie słychać było ze wszystkich stron, ryk syren wibrował w powietrzu, ale nie rozlegał się z bliska.</p>
   <p>Znajdowali się w centralnym punkcie kręgu ciszy. Tak jak na łące, kiedy się po niej drepce w nocy, dokoła świerszcze przestają grać, ale tylko dokoła drepcącego, pomyślał Kollberg.</p>
   <p>Zerknął właśnie na Dalagatan i stwierdził, że nic się nie zmieniło na gorsze, a może trochę na lepsze. Dwaj policjanci wciąż leżeli w basenie fontanny, ale innych trupów czy rannych na ulicy nie było. Ludzie, którzy się tam znajdowali, znikli, nawet ci, co leżeli na ziemi. Widocznie nic się im nie stało.</p>
   <p>Gunvald Larsson nie odpowiedział jeszcze na pytanie, jak przedostaną się przez ulicę.</p>
   <p>Natomiast gryząc w zamyśleniu dolną wargę wpatrywał się ponad głową Kollberga w wiszące rzędem na ścianie fartuchy lekarskie.</p>
   <p>Objawiła mu się alternatywa.</p>
   <p>Przejść prosto przez wyłożony kamieniami kwadratowy placyk i przez ulicę, albo wymknąć się przez okno do parku i obejść dokoła.</p>
   <p>Obie te możliwości nie odpowiadały mu. Pierwsza zbytnio wyglądała na samobójstwo, druga była czasochłonna.</p>
   <p>Kollberg znowu wyjrzał ostrożnie, nie poruszając firanek.</p>
   <p>Wskazał na fontannę i jej niemal nadnaturalistyczną ozdobę: kulę ziemską z dzieckiem klęczącym na Skandynawii i dwóch leżących na krzyż policjantów.</p>
   <p>– Znałeś tych dwóch?</p>
   <p>– Tak – powiedział Gunvald Larsson. – To patrol radiowy z Solny. Kristiansson i Kvant. – I po chwili milczenia dodał: – Co oni tu robili?</p>
   <p>Kollberg zadał pytanie o wiele bardziej interesujące:</p>
   <p>– I dlaczego ktoś ich chciał zastrzelić?</p>
   <p>– A dlaczego nas chciał zastrzelić?</p>
   <p>Też trafne pytanie.</p>
   <p>Najwidoczniej ktoś był w tym mocno zainteresowany. Ktoś uzbrojony w karabin maszynowy, kto nie tylko położył dwóch mundurowych policjantów, ale także robił co mógł, by zastrzelić Kollberga i Gunvalda Larssona, i kogo, jak się zdaje, wcale nie bawiło zwracanie broni przeciw innym ludziom, choć od początku żywych tarcz celowniczych miał pod dostatkiem.</p>
   <p>Dlaczego?</p>
   <p>Odpowiedź była tuż pod ręką. Strzelający znał Kollberga i Larssona. Wiedział, kim są i ich właśnie chciał zabić.</p>
   <p>Czy ów osobnik znał także Kvanta i Kristianssona? Niekoniecznie, lecz mundur ułatwił mu rozpoznanie ich. Jako kogo?</p>
   <p>– To musi być ktoś, kto nie lubi policjantów – mruknął Kollberg.</p>
   <p>– Uhm – powiedział Gunvald Larsson, ważąc w ręce ciężki pistolet. – Zauważyłeś, czy ten drań strzelał z dachu, czy z któregoś mieszkania?</p>
   <p>– Nie. Nie zdążyłem się rozejrzeć.</p>
   <p>Na ulicy coś się zaczęło dziać. Dość zwykłego, a jednak godnego uwagi.</p>
   <p>Nadjechała karetka pogotowia. Stanęła, wykręciła w kierunku fontanny, znów stanęła.</p>
   <p>Wysiadło dwóch ludzi w białych kitlach, otworzyli tylne drzwiczki i wyciągnęli nosze. Poruszali się spokojnie i na pozór bez zdenerwowania. Jeden z nich spojrzał w górę, na dziewięciopiętrową kamienicę po przeciwnej stronie ulicy. Nic się nie stało.</p>
   <p>Kollberg skrzywił się.</p>
   <p>– Tak – natychmiast powiedział Gunvald Larsson. – To jest szansa.</p>
   <p>– Znakomita szansa – powiedział Kollberg.</p>
   <p>Nie był specjalnie zachwycony, ale Gunvald Larsson już zdjął kurtkę i energicznie przerzucał białe kitle.</p>
   <p>– Chyba ten wezmę – powiedział. – Wydaje się odpowiednio duży.</p>
   <p>– Pewnie są tylko trzy rozmiary – rzekł Kollberg.</p>
   <p>Gunvald Larsson wsunął pistolet do kabury i włożył płaszcz lekarski. Opinał mu się mocno w ramionach. Kollberg potrząsnął głową i sięgnął po największy – na oko sądząc – z płaszczy. Był za ciasny. Nie dopinał się na brzuchu. Miał uczucie, że muszą wyglądać jak dwaj komicy z niemego filmu.</p>
   <p>– Jakoś ujdzie – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>– Ujdzie, to słowo w sam raz – powiedział Kollberg.</p>
   <p>– Okey?</p>
   <p>– Okey.</p>
   <p>Wyszli, przecięli drogę na ukos przez kamienne obmurowanie tuż obok pielęgniarzy, którzy właśnie wkładali Kvanta na nosze.</p>
   <p>Kollberg spojrzał na zmarłego. Poznał go. Policjant, z którym kilkakrotnie w dużych odstępach czasu zdarzyło mu się spotkać i który przy jakiejś okazji czymś się odznaczył. Czym? Ujął mordercę-zboczeńca? Coś w tym rodzaju.</p>
   <p>Gunvald Larsson był już w połowie jezdni. Dość osobliwie wyglądał w za małym lekarskim kitlu i z głową owiniętą gałganem. Obaj pielęgniarze patrzyli zdumieni.</p>
   <p>Świsnął strzał. Kollberg pędem przebiegł ulicę.</p>
   <p>Tym razem kula nie w niego była skierowana.</p>
   <p>Czarno-biały mikrobus policyjny jechał przez Odengatan z włączonymi syrenami. Pierwszy strzał rozległ się, gdy był przy Sigtunagatan i natychmiast nastąpiła dalsza seria. Gunvald Larsson wysunął się o parę kroków na trotuar, żeby lepiej widzieć. Samochód najpierw przyspieszył, potem ześliznął się, zaczął jechać zygzakiem, gdy minął skrzyżowanie Odengatan z Dalagatan i zniknął, ogień karabinowy ustał. Wkrótce potem usłyszeli złowróżbny grzechot metalu o metal.</p>
   <p>– Idioci – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>Przyłączył się do Kollberga stojącego przy wejściu, rozpiął kitel, wyjął pistolet i powiedział:</p>
   <p>– Jest na dachu. To oczywiste. Zobaczymy.</p>
   <p>– Tak, teraz strzelał z dachu – powiedział Kollberg.</p>
   <p>– Co to znaczy teraz?</p>
   <p>– Bo wydaje mi się, że poprzednie nie z dachu.</p>
   <p>– Zobaczymy – powtórzył Gunvald Larsson.</p>
   <p>Kamienica miała dwa wejścia od ulicy. Weszli pierwszym z nich. Winda nie działała i na parterze zgromadziła się pewna liczba zdenerwowanych lokatorów. Widok Gunvalda Larssona w rozwianym białym fartuchu, w zakrwawionej szmacie na głowie i z pistoletem w garści nie wpłynął na tych ludzi uspokajająco. Kollberg miał legitymację służbową w marynarce, a marynarka została po tamtej stronie ulicy.</p>
   <p>Gunvald Larsson, jeśli miał jakieś dokumenty, to starannie unikał okazywania ich.</p>
   <p>– Z drogi – powiedział opryskliwie.</p>
   <p>– Proszę się skupić gdzieś na dole – zaproponował Kollberg.</p>
   <p>Niełatwo było uspokoić gromadkę, na którą składały się trzy kobiety, dziecko i starszy mężczyzna. Prawdopodobnie widzieli z okien wszystko, co się działo na ulicy.</p>
   <p>– Tylko spokojnie – powiedział Kollberg. – Nie ma niebezpieczeństwa.</p>
   <p>Zastanowiwszy się nad tą wypowiedzią, uśmiechnął się wewnętrznie.</p>
   <p>– Jest tu przecież policja – rzucił przez ramię Gunvald Larsson.</p>
   <p>Winda stała w pobliżu szóstego piętra. Na klatce schodowej powyżej, drzwi były otwarte, mogli zajrzeć w szyb. Klatka windy była unieruchomiona. Ktoś ją celowo wyłączył. Teraz wiedzieli o tym kimś trochę więcej. Dobrze strzelał, znał ich z widzenia i znał się trochę na manipulowaniu windą.</p>
   <p>– Zawsze coś – powiedział Kollberg.</p>
   <p>Piętro wyżej zmusiły ich do zatrzymania się żelazne drzwi. Zamknięte i prawdopodobnie zaryglowane, i założone sztabą z przeciwnej strony, trudno to było osądzić.</p>
   <p>Natomiast z miejsca można było ustalić, że drzwi nie dadzą się otworzyć zwykłymi środkami.</p>
   <p>Gunvald Larsson zmarszczył krzaczaste jasne brwi.</p>
   <p>– Nie warto w nie walić – powiedział Kollberg – nie damy rady.</p>
   <p>– Możemy wyważyć drzwi do mieszkania piętro niżej – powiedział Gunvald Larsson. – A potem wydostać się przez okno i spróbować tą drogą.</p>
   <p>– Bez lin, bez drabiny?</p>
   <p>– Właśnie – powiedział Gunvald Larsson. – Nie da się. – Po kilku sekundach namysłu dodał: – I co ty byś robił na dachu? Bez pistoletu?</p>
   <p>Kollberg nie odpowiedział.</p>
   <p>– Oczywiście na drugich schodach jest tak samo – kwaśno powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>Na drugiej klatce schodowej było tak samo, z tą jedynie różnicą, że jakiś energiczny starszy pan, który twierdził, że jest emerytowanym kapitanem, sprawował ostry nadzór nad niewielką ilością osób.</p>
   <p>– Zamierzam wszystkich cywilów umieścić w schronie, w piwnicy – oznajmił.</p>
   <p>– Znakomicie – powiedział Gunvald Larsson. – Tak zrobimy, kapitanie.</p>
   <p>Poza tym wszystko było smutnym powtórzeniem. Zamknięte żelazne drzwi, unieruchomiona klatka i zepsuty mechanizm windy. Możliwości dostępu na dach równe zeru.</p>
   <p>Gunvald Larsson w zamyśleniu podrapał się w brodę kolbą pistoletu.</p>
   <p>Kollberg nerwowo patrzył na broń. Ładny pistolet, wyczyszczony, dobrze utrzymany, okładzina z rowkowanego orzechowego drzewa. Chyba nie odbezpieczony. Nigdy nie zauważył, by skłonność do niepotrzebnego strzelania należała do rozlicznych wad Larssona. Nagle zapytał:</p>
   <p>– Czy ty kogoś zastrzeliłeś?</p>
   <p>– Nie. Dlaczego pytasz?</p>
   <p>– Nie wiem.</p>
   <p>– Co teraz zrobimy?</p>
   <p>– Wydaje mi się, że powinniśmy wycofać się do Odenplan – powiedział Kollberg.</p>
   <p>– Może i tak.</p>
   <p>– Tylko my mieliśmy wgląd w centrum, w każdym razie mniej więcej wiemy, co się zdarzyło.</p>
   <p>Propozycja zdawała się niezbyt odpowiadać Gunvaldowi Larssonowi. Wyrwał sobie włos z lewej dziurki w nosie i przyglądał mu się z roztargnieniem.</p>
   <p>– Chciałbym ściągnąć tego typa z dachu – powiedział.</p>
   <p>– Ale nie możemy się tam dostać.</p>
   <p>– To prawda.</p>
   <p>Wrócili na parter. Właśnie zamierzali opuścić dom, gdy rozległy się cztery strzały.</p>
   <p>– W co on strzela? – spytał Kollberg.</p>
   <p>– W samochód patrolowy. Ćwiczy.</p>
   <p>Kollberg spojrzał na pusty samochód i zobaczył, że reflektory i migacz na dachu były otłuczone.</p>
   <p>Opuścili dom i trzymając się tuż przy ścianie, zaraz za rogiem skręcili w lewo na Observatoriegatan. W zasięgu wzroku nie widać było nikogo.</p>
   <p>Usłyszeli nad sobą helikopter. Ale z helikopteru nie mogli ich widzieć. Zrzucili fartuchy i zostawili je na trotuarze.</p>
   <p>Trochę wiało, wiatr był dotkliwie zimny, mimo złudnego blasku słońca.</p>
   <p>– Zauważyłeś nazwisko tych, co mieszkają na samej górze? – spytał Gunvald Larsson.</p>
   <p>Kollberg kiwnął głową.</p>
   <p>– Są tam dwie nadbudówki, ale jedna jest chwilowo nie zajęta.</p>
   <p>– A druga?</p>
   <p>– Mieszka tam ktoś nazwiskiem Eriksson. Mężczyzna z córką, jak się wydaje.</p>
   <p>– Aha.</p>
   <p>Streszczając: ktoś dobrze strzela, ma sposobność posługiwania się karabinem maszynowym, zna Kollberga i Larssona, nie lubi policjantów, zna się na windach i przypuszczalnie nazywa się Eriksson.</p>
   <p>Szli szybko.</p>
   <p>Syreny wyły z bliska i z daleka.</p>
   <p>– Chyba go trzeba będzie z zewnątrz ująć – powiedział Kollberg.</p>
   <p>– Może – powiedział Gunvald Larsson, nie wyglądał na przekonanego.</p>
   <empty-line/>
   <p>Jeżeli na Dalagatan i w najbliższej jej okolicy ludzi jakby wymiotło, to na Odenplan było ich mnóstwo. Na trójkątnym placu po prostu roiło się od czarno-białych samochodów i mundurów policji, i jak można było oczekiwać, ten masowy zjazd ściągnął także licznych widzów. Pospiesznie zarządzona blokada spowodowała zamieszanie w komunikacji, właściwie zatory potworzyły się już w całym śródmieściu, ale tu były najbardziej groźne. Odengatan aż do Valhallavägen zapchana była unieruchomionymi pojazdami, ze dwadzieścia autobusów utknęło w bałaganie przy samym placu, a wiele wolnych taksówek, które się od początku na tym miejscu znajdowały, bynajmniej nie przyczyniało się do polepszenia sytuacji. Kierowcy gremialnie opuścili wozy i zmieszali się z policją i gapiami.</p>
   <p>Wszyscy byli ciekawi, o co właściwie chodzi.</p>
   <p>Coraz więcej ludzi napływało ze wszystkich stron, a zwłaszcza od stacji metra. Obraz uzupełniało mnóstwo policjantów na motocyklach, dwa wozy straży pożarnej i jeden helikopter. Tu i ówdzie grupa mundurowych policjantów usiłowała utorować sobie drogę w różny sposób, często łokciami.</p>
   <p>Gorzej by nie mogło wyglądać, nawet gdyby świętej pamięci Nyman prowadzał te ćwiczenia, pomyślał Kollberg przepychając się wraz z Gunvaldem Larssonem w kierunku stacji metra, gdzie jak się zdawało umiejscowiony był punkt ciężkości całej akcji. Tam też natknęli się na osobę, z którą chyba warto było pomówić, mianowicie na Hanssona <strong>z </strong>piątki, czyli pierwszego intendenta, Normana Hanssona, weterana, który swój obwód znał na wylot.</p>
   <p>– Czy to ty masz tu bazę? – spytał Kollberg.</p>
   <p>– Nie, uchowaj Boże.</p>
   <p>Hansson rozejrzał się z przestrachem wokoło.</p>
   <p>– Więc kto jest odpowiedzialny za to zamieszanie?</p>
   <p>– Wielu by można znaleźć kandydatów, ale intendent Malm właśnie przyjechał. Tam w furgonetce.</p>
   <p>Przecisnęli się do samochodu.</p>
   <p>Malm był wypielęgnowanym, eleganckim mężczyzną, lat około czterdziestu pięciu, o pięknym uśmiechu i falistych włosach. Fama głosiła, że utrzymywał dobrą kondycję dzięki przejażdżkom konnym po Djurgården. Jego polityczna prawomyślność była ponad wszelkie podejrzenia, a dokumenty świadczyły o pierwszorzędnych zasługach, ale jego kwalifikacje policyjne były nader wątpliwe. Niektórzy ośmielali się nawet powątpiewać, czy w ogóle istnieją.</p>
   <p>– Coś okropnego, jak ty wyglądasz, Larsson – powiedział.</p>
   <p>– Gdzie jest Beck? – spytał Kollberg.</p>
   <p>– Nie miałem z nim żadnego kontaktu. A poza tym to jest wypadek dla specjalistów.</p>
   <p>– Jakich specjalistów?</p>
   <p>– Od spraw porządkowych, oczywiście – powiedział Malm z irytacją. – A tu komendant wyjechał, a szef policji porządkowej ma zwolnienie. Skontaktowałem się jednakże z szefem, jest w Stocksund i…</p>
   <p>– Znakomicie – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>– Co masz na myśli? – podejrzliwie spytał Malm.</p>
   <p>– Że jest poza zasięgiem strzału – niewinnie wyjaśnił Gunvald Larsson.</p>
   <p>– Też coś! W każdym razie, ja objąłem komendę. Przypuszczam, że przyszliście z miejsca zbrodni. Jak oceniacie położenie?</p>
   <p>– Jakiś wariat siedzi na dachu z karabinem maszynowym i strzela do policjantów – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>Malm spojrzał wyczekująco, ale dalszy ciąg nie nastąpił. Gunvald Larsson zaczął dla rozgrzewki zabijać rękami.</p>
   <p>– Jest od wewnątrz zabarykadowany – powiedział Kollberg. – A dachy otaczających domów są niższe. Ponadto chwilami chowa się w nadbudówce na samej górze. Jak do tej pory nie widzieliśmy go. Innymi słowy trudno się będzie dostać.</p>
   <p>– O, są różne sposoby – powiedział Malm wyniośle. – Mamy większe możliwości.</p>
   <p>Kollberg zwrócił się do Hanssona.</p>
   <p>– A co z tym samochodem, który został ostrzelany na Odengatan?</p>
   <p>– W diabły poszedł – powiedział Hansson ponuro. – Dwóch rannych, jeden w ramię, drugi w nogę. Czy mogę coś zaproponować?</p>
   <p>– Co takiego – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>– Żebyśmy się stąd przenieśli. Na jakieś miejsce leżące poza obrębem blokady, na przykład na teren gazowni przy Torsgatan.</p>
   <p>– Gdzie dawniej była stara gazownia? – zapytał Kollberg.</p>
   <p>– Tak. Teraz już rozebrana. Tam będzie węzeł komunikacyjny.</p>
   <p>Kollberg westchnął. Stary ceglany zbiornik gazu był budynkiem unikalnym. Osoby przewidujące prowadziły kampanię, by go uratować. Oczywiście bez powodzenia. Czy może być coś ważniejszego niż węzeł komunikacyjny? Kollberg potrząsnął głową. Dlaczego cały czas myśli o rzeczach postronnych? Coś z nim widać nie w porządku.</p>
   <p>– Czy helikoptery mogą tu lądować? – spytał Malm.</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>Malm spojrzał na Gunvalda Larssona i dodał:</p>
   <p>– A to jest… poza zasięgiem strzału?</p>
   <p>– Tak. Jeżeli ten szaleniec nie ma także granatnika.</p>
   <p>Malm długo milczał. Potem przyjrzał się swym współpracownikom i powiedział ostrym i wyraźnym głosem:</p>
   <p>– Moi panowie. Mam pomysł. Przeniesiemy się indywidualnie na teren gazowni przy Torsgatan. Zbiórka za… – spojrzał na zegarek. – Za dziesięć minut.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>27</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Gdy Martin Beck i Rönn przybyli na Torsgatan, było wpół do drugiej. Wszystko wydawało się dobrze zorganizowane.</p>
   <p>Malm zakwaterował się w starej wartowni szpitala przy lewym wjeździe, a wkoło siebie skupił nie tylko znaczne środki materialne, ale i większość policjantów którzy jak dotąd odegrali znaczniejszą rolę w tym dramacie. Nawet i Hult tam był, i Martin Beck od razu powiedział:</p>
   <p>– Szukałem cię.</p>
   <p>– Ach tak. A po co?</p>
   <p>– To już nie ma znaczenia. Dlatego, że Åke Eriksson posłużył się twoim nazwiskiem dzwoniąc wczoraj wieczorem do pani Nyman.</p>
   <p>– Åke Eriksson?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Åke Reinhold Eriksson?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Czy to on zamordował Stiga Nymana?</p>
   <p>– Tak się wydaje.</p>
   <p>– I siedzi teraz tam na górze?</p>
   <p>– Tak. Prawdopodobnie.</p>
   <p>Hult nic więcej nie powiedział i nie zmienił wyrazu twarzy, tylko tak zacisnął swe guzowate, czerwone ręce, że kostki odznaczały się pod skórą jak białe plamy.</p>
   <p>Człowiek z dachu, o ile można się było rozeznać, od chwili gdy ćwiczył strzelanie do celu na opuszczonym wozie patrolowym, żadnych nowych działań nie podejmował.</p>
   <p>Choć studiowano teren domu przez lunetę, w dalszym ciągu nie było właściwie wiadomo, czy jeszcze żyje. A policja jeszcze jednego strzału nie oddała.</p>
   <p>– Ale sieć się zaciąga – powiedział Malm z zadowoleniem.</p>
   <p>Cały kwartał, w którym dom się znajdował, był przeczesywany przez policjantów.</p>
   <p>Większość z nich miała przenośne radiostacje i każdy mógł nawiązać łączność z kolegami i z centralą, mieszczącą się w wozie zaparkowanym przed portiernią. Na strychach przyległych do obserwowanego domu kamienic znajdowali się specjaliści od gazów łzawiących, zaś strzelcy wyborowi leżeli w pogotowiu w miejscach uznanych za punkty strategiczne.</p>
   <p>– Są tylko dwa takie punkty – powiedział Gunvald Larsson. – Dach domu Bonniera i galeryjka latarń nad kopułą kościoła Gustava Vasy. Sądzicie, że proboszcz zgodzi się na wpuszczenie snajpera do kościoła?</p>
   <p>Nikt go właściwie nie słuchał.</p>
   <p>Plan najbliższych akcji był ustalony. Najpierw miano człowiekowi z dachu dać szansę dobrowolnego poddania się. Potem zostanie ujęty przy pomocy siły, względnie zestrzelony. Nie będzie się narażać życia policjantów. Rozstrzygające działania powinny być dokonane z zewnątrz.</p>
   <p>Drabiny pożarnicze czekały w pogotowiu na Observatoriegatan i Odengatan, by włączyć się, gdy sytuacja będzie tego wymagać. Obsada składała się ze strażaków, bo ktoś musiał zajmować się stroną techniczną – ale i z policjantów w mundurach straży pożarnej.</p>
   <p>Martin Beck i Rönn mogli dorzucić kilka cennych informacji: że Eriksson, jeżeli to był on, bo co do tego pewności nie było, jest uzbrojony w amerykański karabin samoczynny Johnson Automatic i zwykły karabin typu wojskowego, oba prawdopodobnie z celownikiem optycznym. Również z pistoletem docelowym typu Hammerli.</p>
   <p>– Johnson Automatic – powiedział Gunvald Larsson. – Cholera. Waży wprawdzie mniej niż siedem kilo i niezwykle łatwo się nim posługiwać, ale to zupełnie jak kulomiot. Wyrzuca sto sześćdziesiąt strzałów na minutę.</p>
   <p>Tylko Rönn go słuchał i powiedział w zadumie:</p>
   <p>– Tak, tak – a potem ziewnął. Nikt nie może zapanować nad naturalnymi potrzebami.</p>
   <p>– A Mauserem można muchę z karty wizytowej zestrzelić na odległość sześciuset metrów. Przy dobrej widoczności i odrobinie szczęścia można zastrzelić człowieka z odległości ponad tysiąc metrów.</p>
   <p>Kollberg pochylony nad planem miasta przytaknął.</p>
   <p>– Pomyśleć tylko, co on jeszcze może zdziałać, jak mu się będzie podobało – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>Zabawiał się obliczaniem pewnych odległości. Z dachu – gdzie się oszańcował – Eriksson miał sto pięćdziesiąt metrów do skrzyżowania Odengatan z Hälsingegatan, dwieście pięćdziesiąt do głównego gmachu szpitala Sabbatsberg, trzysta do kościoła Gustava Vasy, pięćset do domu wydawnictwa Bonniera, tysiąc od pierwszego wieżowca przy Hötorget i tysiąc sto od gmachu parlamentu.</p>
   <p>Malm wyniośle i z irytacją utrącił te rozważania.</p>
   <p>– Tak, tak – powiedział. – Proszę teraz o tym nie myśleć.</p>
   <p>Jedynym, który nie troszczył się zbytnio o petardy z gazem łzawiącym, helikoptery, armatki wodne i walkie-talkies, był Martin Beck.</p>
   <p>Stał na uboczu, milcząc, nie tylko z powodu zwykłej u niego klaustrofobii i niechęci do ludzkich zbiegowisk. Myślał o Åkem Erikssonie i okolicznościach, które wpędziły go w tę absurdalną, desperacką sytuację, w jakiej się najwidoczniej znajdował. Być może umysł Erikssona uległ całkowitemu zamroczeniu i znajdował się obecnie poza obrębem możliwości nawiązania kontaktu z ludźmi, ale nie było to pewne. Ktoś był za to odpowiedzialny. Nie Nyman, bo ten nie rozumiał w ogóle nigdy, co to znaczy być odpowiedzialnym za drugiego człowieka, może nawet nie wiedział, że istnieje takie pojęcie. Ani oczywiście Malm, dla którego Eriksson był po prostu niebezpiecznym wariatem na dachu, i który z policją miał tylko tyle wspólnego, że do jej obowiązków należało unieszkodliwienie wariata w ten czy inny sposób.</p>
   <p>W dziesięć minut później człowiek z dachu strzelił do policjanta, który zatrzymał się na rogu Odengatan i Torsgatan, sto pięćdziesiąt metrów od okna, z którego niewątpliwie strzał został oddany. Zdumiewająca była nie odległość, a raczej fakt, że strzelcowi udawało się trafić w policjanta, gdyż plątanina bezlistnych gałęzi parku powinna była przeszkodzić celności strzału.</p>
   <p>Strzał trafił policjanta w ramię, lecz dzięki kuloodpornej kamizelce rana nie była poważna, w każdym razie nie śmiertelna.</p>
   <p>Eriksson oddał tylko ten jeden strzał, może był to rodzaj zamanifestowania siły, a może też odruchowy postępek. Dowód, że strzela do każdego policjanta, gdziekolwiek go zauważy.</p>
   <p>– Może on ma dziewczynkę z sobą na górze – rzekł Kollberg – jako zakładnika.</p>
   <p>Rönn potrząsnął głową.</p>
   <p>– Dziewczynką się zaopiekowano. Nic jej nie grozi.</p>
   <p>– Nie grozi ze strony ojca? A czy coś jej zagrażało w jego towarzystwie?</p>
   <p>Wkrótce później wszystko było gotowe do rozstrzygającej akcji.</p>
   <p>Malm robił przegląd grupy specjalnie wyszkolonej, która miała strzelającego ująć, względnie zlikwidować, jeśli się to okaże konieczne. Najprawdopodobniej okaże się to konieczne.</p>
   <p>Nikt nie wierzył na serio, że człowiek z dachu podda się dobrowolnie. Choć oczywiście trzeba było brać pod uwagę taką możliwość. Wiele podobnych sytuacji, znanych z historii kryminalistyki, kończyło się tak, że desperat – powszechnie przyjęte określenie osób typu Erikssona – nagle znudzony wszystkim, ustępował wobec fizycznej przewagi.</p>
   <p>Specjalistami, którzy mieli położyć kres terrorowi – raz po raz wypływały te same stare patentowane określenia, jak gdyby innych wcale nie było – byli dwaj młodzi policjanci, mający dobre wyszkolenie w walce wręcz i w szybkim atakowaniu.</p>
   <p>Martin Beck podszedł, porozmawiał z nimi.</p>
   <p>Jeden, rudowłosy, nazywał się Lenn Axelsson. Uśmiechał się z tłumioną pewnością siebie, co robiło sympatyczne wrażenie. Drugi poważniejszy, jasnowłosy, lecz również wzbudzający zaufanie. Obaj byli ochotnikami, gdyż założeniem służby specjalnej, którą reprezentowali, było dobrowolne zgłaszanie się do bardzo trudnych zadań.</p>
   <p>Obaj robili wrażenie sprytnych i miłych, a spokój wobec czekającego ich zadania był niemal zaraźliwy. Odpowiedzialni ludzie, budzący zaufanie, znakomicie wyszkoleni. Pierwszorzędne siły, jakich niewiele w całej załodze, zdolni, nieustraszeni, o inteligencji znacznie ponad przeciętną. Tak teoretycznie, jak i przez ćwiczenia praktyczne dobrze przygotowani do wykonania tego, czego po nich oczekiwano. Wydawało się, że wszystko powinno pójść łatwo i bez komplikacji. Ci chłopcy znali swoją specjalność i byli całkowicie pewni. Axelsson żartował, przypomniał nawet pewien epizod, kiedy to jako praktykant miał dość niefortunne zetknięcie z Martinem Beckiem – i śmiał się z tego. Martin Beck wcale sobie wzmiankowanego wydarzenia nie przypominał, ale dla pewności też się śmiał, choć nieco powściągliwiej.</p>
   <p>Obaj policjanci byli dobrze uzbrojeni: kuloodporne kamizelki, takież ochraniacze na brzuchu, stalowe hełmy z wizjerami. Zasadniczą ich bronią były lekkie skuteczne pistolety maszynowe. Mieli także granaty z gazem łzawiącym na wszelki wypadek, a ich fizyczna sprawność dawała gwarancję, że przy ewentualnym zetknięciu wręcz, z łatwością potrafią unieszkodliwić osobnika takiego jak Åke Eriksson.</p>
   <p>Plan ataku był uderzająco prosty. Człowiek z dachu zostanie wyeliminowany z gry przez skoncentrowany atak pocisków z gazem łzawiącym, śmigłowce zniżą się nad dachem i spuszczą obu komandosów po dwóch stronach atakowanego. Osaczony z dwóch stron i już porażony gazem będzie mieć minimalne szanse.</p>
   <p>Gunvald Larsson usposobiony był negatywnie wobec tego planu, nie mógł jednak, czy też nie chciał potrudzić się wysunięciem innej propozycji, poprzestając na uwadze, że on mimo wszystko wierzy raczej w możliwość ujęcia Erikssona od wewnątrz domu.</p>
   <p>– Będzie, jak powiedziałem – oświadczył Malm. – Nic nie chcemy słyszeć o ryzykanctwie, dość też mamy osobistego bohaterstwa. Ci chłopcy są szkoleni dla takich właśnie jak ta sytuacji. Jesteśmy pewni, że im się uda, mają dziewięćdziesiąt procent szans. A sto procent pewności, że jeden z nich wyjdzie z tego całkowicie nietknięty. Więc bez żadnych amatorskich propozycji. Zrozumiano?</p>
   <p>– Zrozumiano – powiedział Gmwald Larsson. – Heil Hitler!</p>
   <p>Malm rzucił się, jakby go rozpalonym żelazem dotknięto.</p>
   <p>– To sobie zapamiętam – powiedział. – Możecie być pewni.</p>
   <p>Wszyscy pozostali spojrzeli na Gunvalda Larssona z wyrzutem, a stojący najbliżej Rönn powiedział cicho:</p>
   <p>– Strasznieś to głupio palnął.</p>
   <p>– Tak uważasz – sucho stwierdził Gunvald Larsson.</p>
   <p>Fazę końcową dramatu rozpoczynano spokojnie i systematycznie. Przez teren szpitala przejechał samochód z zainstalowanym głośnikiem prawie w zasięgu widoczności z dachu. Ale tylko prawie. Tubę głośnika nakierowano odpowiednio w stronę oblężonego domu, i zagrzmiał głos Malma. Powiedział dokładnie to, czego można było po nim oczekiwać:</p>
   <p>– Halo! Halo! Tu intendent Malm. Nie znam pana, panie Eriksson, i pan mnie nie zna. Ale mogę panu dać słowo, że dla pana zabawa skończona. Jest pan oblężony, a mamy środki nieograniczone. Nie chcemy jednak użyć siły w większym stopniu, niż to jest konieczne, mając na względzie zwłaszcza kobiety, niewinne dzieci i pozostałe osoby cywilne znajdujące się w strefie zagrożenia. Już dość, aż nadto dość nieszczęścia pan spowodował. Dajemy panu teraz dziesięć minut, w ciągu których może się pan poddać dobrowolnie. Jak człowiek honoru. Apeluję do pana, proszę mieć wzgląd na siebie samego, okazać ludzkie uczucia i przyjąć nasze warunki.</p>
   <p>Dobrze to wypadło.</p>
   <p>Ale odpowiedzi nie było. Nawet strzału.</p>
   <p>– Ciekawe, czy on może uprzedził wydarzenie – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>Cóż, język jest rzeczywiście ubogi.</p>
   <p>Dokładnie w dziesięć minut później śmigłowce uniosły się w górę.</p>
   <p>Zataczały szerokie kręgi z początku dość wysoko, potem każdy z innej strony zniżały się nad dach z dwoma nadbudówkami i tarasem do trzepania.</p>
   <p>Jednocześnie – dach górnych mieszkań zasypany został ze wszystkich stron pociskami z gazem łzawiącym. Część z nich rozbijała okna i wpadała do wnętrza mieszkań, większość jednak padała na dach i na taras.</p>
   <p>Gunvald Larsson zajął pozycję najlepiej bodaj pozwalającą podążać za przebiegiem końcowej fazy. Wlazł na dach domu Bonniera i ułożył się za balustradą. Gdy pociski gazowe zaczęły eksplodować i chmura gazu uniosła się nad dachami, wstał i podniósł lunetę polową do oczu.</p>
   <p>Śmigłowce nienagannie wykonywały manewr ujmowania w kleszcze. Ten, który zbliżał się z południowej strony, nieco wyprzedził drugi, ale to było zgodne z planem.</p>
   <p>Maszyna znalazła się nisko tuż nad południową częścią dachu, pokrywa z pleksiglasu otwarła się i opuszczono strzelca. Był to rudowłosy Axelsson, groźnie wyglądał w kuloodpornym pancerzu, z pistoletem maszynowym i z granatami gazowymi zatkniętymi za pasem. O pół metra nad ziemią podniósł ochronną osłonę twarzy i zaczął nakładać maskę gazową. Już niemal dotykał dachu, z pistoletem gotowym do strzału pod prawą pachą.</p>
   <p>Teraz Eriksson – jeśli to on – powinien słaniając się, wyjść z kłębiącej się chmury gazowej i rzucić broń.</p>
   <p>Gdy nogi sympatycznego rudowłosego Axelssona znajdowały się o dwa decymetry od dachu, rozległ się jeden strzał. Kuloodporna zasłona jest dobra, ale nigdy nie zakrywa całej twarzy.</p>
   <p>Mimo znacznej odległości Gunvald Larsson dostrzegł wszystkie szczegóły. Widział, jak ciało szarpnęło się i opadło, widział nawet wlot kuli między oczami.</p>
   <p>Śmigłowiec poderwał się w górę, przez kilka sekund stał nieruchomo, a potem zatoczył krąg nad dachem i terenem szpitala z martwym policjantem zwisającym na linie. Pistolet umocowany na rzemieniu podrygiwał, a pęd powietrza poruszał ręce i nogi zabitego, kołysały się leniwie i ciężko.</p>
   <p>Maska gazowa była naciągnięta tylko do pół twarzy.</p>
   <p>Gunvaldowi Larssonowi po raz pierwszy udało się dojrzeć człowieka z dachu. Wysoki, w kombinezonie, szybko zmienił miejsce w pobliżu komina. Larsson nie mógł dojrzeć broni, zauważył jednak, że tamten ma maskę gazową na twarzy.</p>
   <p>Drugi śmigłowiec zakończył swą część manewru brania w kleszcze, teraz stał nieruchomo o kilka metrów nad dachem z podniesioną już pokrywą z plexiglasu. Strzelec numer dwa gotów był do skoku.</p>
   <p>Wtedy nastąpiła seria strzałów. Człowiek na dachu, przeszedł na Johnson Automatic i w niespełna minutę oddał ponad sto strzałów. Strzelca nie było widać, ale odległość była tak niewielka, że każdy pocisk musiał trafiać.</p>
   <p>Śmigłowiec skręcił nad Vasaparken, zachybotał i zaczął tracić wysokość. Przeleciał kilka decymetrów od dachu Instytutu Eastmana, usiłował poderwać się w górę, bezsilnie przechylił się na bok i z trzaskiem zwalił się na ziemię w samym środku parku. Leżał jak wrona ze złamanym skrzydłem.</p>
   <p>Pierwszy śmigłowiec zdążył już wrócić do miejsca startu, wciąż z martwym policjantem kołyszącym się między płozami. Siadł na ziemi na terenie gazowni. Zwłoki Axelssona uderzyły o ziemię i wlokły się po niej przez kilka metrów. Śmigła ucichły.</p>
   <p>Później nastąpiło coś w rodzaju bezsilnej zemsty. Sto odmian broni wypluło kule w kierunku kamienicy przy Dalagatan. Prawie wszystkie strzały nie miały dokładniej określonego celu i wszystkie były bezskuteczne.</p>
   <p>Policja strzelała bez sensu, lecz przypuszczalnie po to, by nabrać odwagi. Strzelała pod niedopuszczalnym kątem i z beznadziejnych odległości.</p>
   <p>Nikt nie strzelał z kościoła Gustava Vasy i z domu Bonniera.</p>
   <p>Parę minut potrwało, nim ogień broni palnej uciszył się i wreszcie całkowicie zamilkł.</p>
   <p>Zupełnie wykluczone, by ktoś mógł trafić Åkego Erikssona (jeśli to on krył się na dachu).</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>28</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Główną kwaterą był niezwykle miły i przytulny żółty drewniany domek z czarnym dachem, dobudowaną werandą i wysokim dymnikiem na dachu.</p>
   <p>W dwadzieścia minut po nieudanym desancie z powietrza większość z zebranych tam nie otrząsnęła się jeszcze ze skutków szoku.</p>
   <p>– Zestrzelił śmigłowiec – powiedział Malm niedowierzająco, już chyba z dziesiąty raz.</p>
   <p>– Ach więc i ty także doszedłeś do tego wniosku – powiedział Gunvald Larsson, który właśnie powrócił ze swego punktu obserwacyjnego.</p>
   <p>– Mogę zażądać pomocy wojskowej – powiedział Malm.</p>
   <p>– Ee – rzekł Kollberg.</p>
   <p>– Tak – upewniał Malm. – To jedyna możliwość.</p>
   <p>Jedyna możliwość, by bez zbytniej utraty autorytetu przerzucić odpowiedzialność na kogo innego, pomyślał Kollberg. Cóż mogłoby zrobić wojsko?</p>
   <p>– Co może zrobić wojsko? – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Zbombardować dom – rzekł Gunvald Larsson. – Ostrzelać całą dzielnicę ogniem artyleryjskim. Albo…</p>
   <p>Martin Beck spojrzał na niego i spytał: – Albo co?</p>
   <p>– Spuścić skoczków spadochronowych. Nie trzeba nawet posługiwać się ludźmi. Można spuścić z tuzin psów policyjnych na spadochronach.</p>
   <p>– Sarkazm jest teraz najzupełniej zbędny – rzekł Martin Beck.</p>
   <p>Gunvald Larsson nie odpowiedział. Natomiast najzupełniej niespodziewanie odezwał się Rönn, który z jakiegoś powodu przy tej właśnie okazji gorliwie przeglądał swe notatki.</p>
   <p>– Właśnie tu widzę, że Eriksson akurat dziś kończy trzydzieści sześć lat.</p>
   <p>– Cholernie dziwaczny sposób obchodzenia urodzin – zauważył Gunvald Larsson. – Zresztą, czekajcie, a jakby tak ustawić orkiestrę policyjną przed domem i zagrać „Happy Birthday To You”, może by się ucieszył. A potem drogą powietrzną dostarczyć mu zatruty tort z trzydziestoma sześcioma świeczkami.</p>
   <p>– Uspokój się, Gunvald – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Nie skorzystaliśmy ze straży pożarnej – mruknął Malm.</p>
   <p>– Nie – powiedział Kollberg. – Ale to nie straż pożarna przyczyniła się do śmierci żony Erikssona. On ma bardzo bystre oko i jak tylko zauważy, że między strażakami są przebrani policjanci… – urwał.</p>
   <p>Malm powiedział:</p>
   <p>– A cóż żona Erikssona ma z tym wspólnego?</p>
   <p>– Coś niecoś – powiedział Kollberg.</p>
   <p>– Ach, stare dzieje – powiedział Malm. – Ale coś w tym jest, co mówisz. Może jakiś krewny mógłby go namówić, żeby się poddał. Albo na przykład narzeczona.</p>
   <p>– On nie ma narzeczonej – powiedział Rönn.</p>
   <p>– No, jednak. Córka albo może rodzice.</p>
   <p>Kollberg otrząsnął się. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że intendent wyszkolenie policyjne pobierał w kinie.</p>
   <p>Malm wyszedł, skierował się do samochodów.</p>
   <p>Kollberg długo patrzył badawczo na Martina Becka. Ale Martin unikał jego spojrzenia. Stał pod ścianą w dawnym pokoju wartownika, wydawał się smutny jakiś i niedostępny.</p>
   <p>Bo też sytuacja wcale nie usposabiała do zbytniego optymizmu.</p>
   <p>Trzy osoby nie żyły, Nyman, Kvant i Axelsson, a po rozbiciu się śmigłowca liczba rannych wzrosła do siedmiu. Kollberg sam ledwie uniknąwszy śmiertelnego niebezpieczeństwa przed Instytutem Eastmana nie doznał specjalnej emocji, teraz jednak bał się. Po części tego, że nowy nierozważny krok może być przepłacony życiem jeszcze kilku policjantów, przede wszystkim jednak tego, że Eriksson nagle odstąpi od zasady strzelania tylko do policjantów. Bo od tej chwili katastrofa mogłaby potoczyć się w sposób nie dający się przewidzieć. Zbyt wielu ludzi znajdowało się w zasięgu strzałów, większość na terenie szpitala i w domach mieszkalnych wzdłuż Odengatan.</p>
   <p>Cóż można by zrobić? Przy konieczności pośpiechu byłaby jedna możliwość: szturmować dach. A ile by to kosztowało?</p>
   <p>Kollberg zastanawiał się, o czym myśli Martin Beck. Nie przywykł pod tym względem do niepewności. I teraz irytowała go niepewność. Ale niezbyt długo, bo intendent ukazał się w drzwiach i w tejże chwili Martin Beck odwrócił głowę i powiedział:</p>
   <p>– To jest zadanie dla jednego człowieka.</p>
   <p>– Dla kogo?</p>
   <p>– Dla mnie.</p>
   <p>– Na to nie mogę się zgodzić – od razu powiedział Malm.</p>
   <p>– Jeżeli pozwolisz, to ja sam o tym zdecyduję.</p>
   <p>– Chwileczkę – powiedział Kollberg – na czym oparte jest to postanowienie? Na technicznej kalkulacji? Czy moralnej?</p>
   <p>Martin Beck spojrzał na niego, ale nic nie powiedział.</p>
   <p>Dla Kollberga była to jednak odpowiedź. Zrozumieli się.</p>
   <p>I jeżeli Martin Beck doszedł do takiego wniosku, Kollberg nie mógł się temu przeciwstawić.</p>
   <p>Zbyt dobrze i od zbyt dawna się znali.</p>
   <p>– Jak zamierzasz to zrobić? – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>– Wejść do jednego z mieszkań o piętro niżej i wydostać się przez okno od strony podwórza. Przez to, które znajduje się od północnej strony pod tarasem do trzepania dywanów. Wejść na górę po drabinie abordażowej.</p>
   <p>– To może się udać – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>– A gdzie chcesz, żeby był Eriksson? – spytał Kollberg.</p>
   <p>– Od strony ulicy, najlepiej na górnym dachu, to znaczy, na dachu północnej nadbudówki.</p>
   <p>Kollberg zmarszczył czoło, chwilę stał przyciskając palec do ust.</p>
   <p>– On tam nie pójdzie chętnie – powiedział Gunvald Larsson. – Bo dobry strzelec ma tam szansę sprzątnięcia go.</p>
   <p>– Zaczekaj – powiedział Kollberg – jeżeli dobrze zauważyłem, jaka jest konstrukcja dachu, to nadbudówki leżą jak skrzynie na właściwym dachu. Są o parę metrów cofnięte w głąb od strony ulicy, a między blaszanym pokryciem dachu nadbudówek i zewnętrzną ramą właściwego dachu znajduje się ukośny szklany daszek pochylony do wewnątrz. Czyli jest tam jakaś szczelina.</p>
   <p>Martin Beck spojrzał na niego.</p>
   <p>– Tak chyba jest – ciągnął dalej Kollberg – i wydaje mi się, że on tam właśnie leżał strzelając do samochodu na Odengatan.</p>
   <p>– Ale wtedy nie ryzykował, że do niego strzelą – zauważył Gunvald Larsson. – A teraz strzelec wyborowy może z domu Bonniera albo z galeryjki na wieży kościelnej… nie, zresztą od Bonniera nie dałoby się chyba.</p>
   <p>– A o wieży kościelnej nie pomyśli – powiedział Kollberg. – Tam zresztą nikogo nie ma.</p>
   <p>– Nie – powiedział Gunvald Larsson. – Głupio, że nie ma.</p>
   <p>– Okey, żeby go tam ściągnąć, a przynajmniej skłonić do wejścia na górny dach, trzeba zrobić coś, co zwróci jego uwagę.</p>
   <p>Kollberg na nowo się zamyślił, pozostali milczeli.</p>
   <p>– Dom odsunięty jest nieco bardziej w głąb niż inne domy po tej stronie ulicy. Na oko sądząc: dwa metry. Myślę, że jeżeli zajmiemy się czymś w samym kącie w narożniku między ścianami przylegających domów i możliwie tuż pod ścianami, będzie musiał wejść na wyższy dach, żeby coś zobaczyć. Nie odważy się wychylić za poręcz stojąc na niższym dachu. Trzeba by kazać jednemu z wozów strażackich…</p>
   <p>– Nie chcę w to mieszać strażaków – powiedział Martin Beck.</p>
   <p>– Możemy posłużyć się policjantami, którzy są w strażackich mundurach. Jeśli będą się trzymać blisko ściany, nie będzie mógł im nic zrobić.</p>
   <p>– Jeżeli nie ma granatu ręcznego – podejrzliwie powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>– I co mają robić? – spytał Martin Beck.</p>
   <p>– Hałas – odpowiedział Kollberg. – Wystarczy. Załatwię ten drobiazg. Ty natomiast musisz się zachowywać jak najciszej.</p>
   <p>Martin Beck przytaknął.</p>
   <p>– Tak – powiedział Kollberg. – Wiesz przecież.</p>
   <p>Malm ze zdziwieniem przyglądał się Martinowi Beckowi.</p>
   <p>– Czy to należy traktować jako dobrowolne zobowiązanie?</p>
   <p>– Tak.</p>
   <p>– Muszę przyznać, że podziwiam cię, Martin – powiedział Malm – ale szczerze mówiąc, nie rozumiem.</p>
   <p>Martin Beck nie odpowiedział.</p>
   <empty-line/>
   <p>Piętnaście minut później wszedł do kamienicy przy Dalagatan. Trzymał się tuż przy ścianie, niosąc składaną drabinkę z lekkiego metalu.</p>
   <p>Jednocześnie wóz strażacki z włączonymi syrenami skręcił za róg Observatoriegatan.</p>
   <p>Martin Beck miał pod płaszczem krótkofalówkę, a na ramieniu swego Waltera.</p>
   <p>Ostrzegawczo kiwnął do ubranego po cywilnemu policjanta, który dostał się do kamienicy przez kotłownię, i wolno wszedł na schody.</p>
   <p>Dostawszy się na ostatnie piętro, otworzył drzwi mieszkania kluczem uniwersalnym, o który postarał się Kollberg, wszedł, powiesił w przedpokoju płaszcz i marynarkę.</p>
   <p>Z przyzwyczajenia rozejrzał się po mieszkaniu, schludnym i przyjemnie umeblowanym, i mimochodem pomyślał, kto też tu może mieszkać.</p>
   <p>Przez cały czas słychać było ogłuszające wycie syreny strażackiej.</p>
   <p>Martin Beck czuł się spokojny i odprężony. Otwierał okna na podwórze, orientując się, które jest najlepsze. Wreszcie znalazł się wprost pod tarasem do trzepania, od północnej strony. Rozłożył drabinkę, wysunął ją przez okno i zaczepił o balustradę tarasu o trzy i pół metra wyżej.</p>
   <p>Potem zszedł z okna, poszedł w głąb mieszkania i włączył radio. Natychmiast nawiązał kontakt z Rönnem.</p>
   <empty-line/>
   <p>Einar Rönn – ze swego miejsca na dachu domu Bonniera, dwadzieścia pięter nad ziemią w odległości pięciuset metrów w kierunku południowo-zachodnim na ukos poprzez teren szpitala – spoglądał na dom przy Dalagatan. Oczy zachodziły łzami od silnego wiatru, widział jednak dokładnie ten punkt, który miał obserwować. Dach nad północną nadbudówką.</p>
   <p>– Nic – powiedział w mikrofon. – W dalszym ciągu nic.</p>
   <p>Usłyszał wycie samochodu strażackiego, a potem zobaczył cień szybko przesuwający się przez małą oświetloną słońcem połać dachu, zbliżył usta do membrany i bez podniecenia powiedział:</p>
   <p>– Właśnie teraz. Jest na górze. Z tej strony. Kładzie się.</p>
   <p>W dwadzieścia pięć sekund później syreny ucichły. Dla Rönna oddalanego o pół kilometra była to tylko nieznaczna zmiana, lecz w chwilę później znowu zobaczył cień na dachu, dalej, w głębi, zobaczył podnoszącą się postać i powiedział:</p>
   <p>– Martin! Chodź!</p>
   <p>Teraz jego głos drżał z podniecenia. Nikt nie odpowiedział.</p>
   <p>Gdyby Rönn był dobrym strzelcem, a nie był, i gdyby miał karabin z celownikiem, a nie miał, miałby szansę trafienia w tę postać. Gdyby się odważył wystrzelić, co wątpliwe. Bo teraz ten, którego widział, mógł być Martinem Beckiem.</p>
   <empty-line/>
   <p>Dla Einara Rönna nie miało większego znaczenia, że bezpieczniki w strażackim wozie wysiadły i ryk syren ucichł.</p>
   <p>Dla Martina Becka miało to rozstrzygające znaczenie.</p>
   <p>W chwili gdy dostał sygnał od Rönna, wypuścił radio, wyśliznął się przez okno i błyskawicznie wspiął się na taras. Wprost przed sobą widział pozbawioną okien tylną ścianę nadbudówki z wąskimi zardzewiałymi żelaznymi schodkami. Gdy dźwięk ochronny urwał się, znajdował się na tychże schodkach w drodze na dach, z pistoletem w ręce. Po przeraźliwie wibrującym hałasie nastąpiła cisza absolutna. Lufa pistoletu uderzyła o żelazne schodki wydając wyraźny dźwięk.</p>
   <p>Martin Beck wydostawał się na dach. Już miał głowę <strong>i </strong>ramiona nad kantem. Dwa metry ponad nim stał Åke Eriksson na szeroko rozstawionych nogach, z pistoletem wymierzonym w jego pierś. Martin Beck trzymał swego Waltera zwróconego ukośnie w górę i w bok, wciąż jeszcze był w ruchu.</p>
   <p>Co zdążył pomyśleć?</p>
   <p>Że już za późno.</p>
   <p>Że poznał Erikssona o wiele lepiej niż przypuszczał, blond wąsy, odczesane do tyłu włosy.</p>
   <p>Maska gazowa zsunięta na kark.</p>
   <p>Tyle zdążył zobaczyć. I dziwacznego kształtu Hammerlina z potężną kolbą i stalowoniebieskim materiałem kwadratowej lufy. Pistolet wpatrywał się w niego czarnym okiem śmierci.</p>
   <p>Przeczytał to gdzieś.</p>
   <p>A przede wszystkim za późno na wszystko.</p>
   <p>Eriksson strzelił. W ułamku sekundy zobaczył niebieskie oczy. I błysk wystrzału. Kula trafiła go w pierś. Jak topór.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>29</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Taras przeznaczony do trzepania położony był dwa metry niżej od krawędzi dachu i miał trzy metry długości. Wąska zardzewiała drabinka żelazna umocowana pierścieniem do żółto tynkowanej ściany prowadziła na kryty czarną blachą dach. W każdej z krótszych, poprzecznych ścian znajdowały się zamknięte drzwi. Wysoka osłona od strony podwórza składała się z grubych płyt metalowego szkła, a nad osłoną przebiegała belka łącząca boczne ścianki. Na podłodze z glazurowanej cegły stał ruchomy trzepak.</p>
   <p>Martin Beck leżał na wznak na śliskiej kratce z żelaznych prętów. Z głową przechyloną w tył, oparty karkiem o słupek ramy stojaka.</p>
   <p>Powoli wracał do przytomności. Otworzył oczy i spojrzał w jasnobłękitne niebo. Potem zaćmiło mu spojrzenie, znowu zamknął oczy.</p>
   <p>Przypominał sobie, a raczej czuł straszliwe pchnięcie w pierś, i że leci, ale nie pamiętał, czy dotknął ziemi. Czy spadł na podwórze? Z wysokości domu? Czy można przeżyć taki upadek?</p>
   <p>Martin Beck spróbował podnieść głowę, żeby się rozejrzeć, ale gdy mięśnie się napięły, taki ból go prześwidrował, że znowu na chwilę stracił świadomość. Nie ponawiał więc usiłowań, spoglądał spod półprzymkniętych powiek, nie ruszając głową. Widział drabinkę, czarny kant dachu i pojął, że spadł nie więcej niż dwa metry.</p>
   <p>Zamknął oczy. Usiłował poruszać kolejno rękami i nogami, ale każdy wysiłek sprawiał mu dotkliwy ból. Domyślał się, że co najwyżej jedna kula trafiła go w pierś i doznawał pewnego zdziwienia, że żyje. Nie pojawiało się jakoś natomiast owo zawrotne uczucie szczęścia, jakie bohaterów powieści zwykle w podobnych sytuacjach opanowuje.</p>
   <p>Ciekaw był, ile czasu upłynęło od chwili gdy został trafiony, i czy dostał więcej strzałów już po utracie przytomności. Czy strzelający był wciąż jeszcze na dachu? Teraz nie słyszał strzałów.</p>
   <p>Martin Beck widział jego twarz, twarz dziecka i starego człowieka jednocześnie. Jak to możliwe? I oczy oszalałe od strachu, nienawiści czy rozpaczy, a może tylko zupełnie puste.</p>
   <p>Martinowi Beckowi zdawało się, że w pewnej mierze rozumie tego człowieka, że ma swój udział w winie wobec niego i że musi mu pomóc, ale człowiek z dachu był poza obrębem wszelkiej pomocy.</p>
   <p>W ciągu ostatniej doby w jakiejś chwili ostatecznie przekroczył granicę, wszedł w szaleństwo, w świat, gdzie nie istniało nic prócz zemsty, gwałtu i nienawiści.</p>
   <p>Teraz leżę tu i chyba umieram, myślał Martin Beck, i jaką winę odpokutuję umierając?</p>
   <p>Żadnej.</p>
   <p>Przestraszyły go własne myśli i nagle wydało mu się, że całą wieczność tu już leży. Czy człowiek z dachu nie żyje, został ujęty, czy wszystko już skończone, a on leży tu zapomniany, pozostawiony śmierci, pod stojakiem do trzepania.</p>
   <p>Próbował wołać, ale z gardła wydobył mu się tylko charkot i poczuł w ustach smak krwi.</p>
   <p>Leżał więc nieruchomo i zastanawiał się, skąd ten potężny szum wkoło niego. Coś jak silny wiatr poruszający korony drzew, albo przypływ bijący o brzeg morski, a może to jakiś wentylator w pobliżu?</p>
   <p>Martin Beck czuł, że zapada w cichą, miękką ciemność, w której szum zamierał, a jemu wcale nie chciało się bronić przed tym zapadaniem. Znowu szum powraca i pod powiekami w krwawym świetle migotanie fosforycznych błysków – nim znowu zapadł w ciemność, zrozumiał, że ten szum jest w nim samym.</p>
   <p>Świadomość odpływała i powracała, odpływała i powracała jak rozkołysana leniwa, miękka fala, przez głowę przepływały majaki, strzępy myśli, których już nie mógł utrzymać. Słyszał pomruk, dalekie dźwięki, głosy, narastający hałas, ale już go nic właściwie nie obchodziło.</p>
   <p>Zapadał coraz głębiej w bezdeń groźnej ciemności.</p>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>30</p>
   </title>
   <empty-line/>
   <p>Kollberg nerwowo stukał w krótkofalówką.</p>
   <p>– Co się dzieje?</p>
   <p>W aparacie odezwały się jakieś trzaski i to było wszystko chwilowo.</p>
   <p>– Co się dzieje? – powtórzył.</p>
   <p>Gunvald Larsson właśnie podchodził do niego długim krokiem.</p>
   <p>– Z wozem strażackim? Krótkie spięcie.</p>
   <p>– Nie o strażaków mi chodzi – odparł Kollberg. – Co się dzieje z Martinem? Halo. Halo. Przechodzę na odbiór.</p>
   <p>Trzaski, tym razem silniejsze, i wreszcie przebił się głos Rönna, ucichający i niewyraźny. Powiedział:</p>
   <p>– Co się stało?</p>
   <p>– Nie wiem – krzyknął Kollberg. – Co widzisz?</p>
   <p>– W tej chwili nic.</p>
   <p>– A co widziałeś przedtem?</p>
   <p>– Trudno powiedzieć. Wydaje mi się, że Erikssona. Doszedł na brzeg dachu, dałem sygnał Martinowi. Potem…</p>
   <p>– Tak – niecierpliwił się Kollberg. – Nie możesz prędzej?!</p>
   <p>– Potem syreny ucichły i Eriksson zaraz się wyprostował. Stał plecami do mnie.</p>
   <p>– Martina widziałeś?</p>
   <p>– Nie, ani przez chwilę.</p>
   <p>– A co teraz?</p>
   <p>– Zupełnie nic – odpowiedział Rönn. – Nikogo tam nie ma.</p>
   <p>– Cholera – powiedział Kollberg i opuścił rękę z walkie-talkie.</p>
   <p>Gunvald Larsson skrzywił się z niezadowoleniem.</p>
   <p>Stali na Observatoriegatan, tuż przy rogu Dalagatan, niecałe sto metrów od domu. Był tam także Malm i wielu innych.</p>
   <p>Podszedł oficer straży pożarnej.</p>
   <p>– Czy wóz z drabiną ma tam zostać?</p>
   <p>Malm spojrzał na Kollberga i Larssona. Zapał do komenderowania jakoś w nim wygasł.</p>
   <p>– Nie – powiedział Kollberg. – Niech wraca. Nie ma sensu, żeby się ludzie bez koniecznej potrzeby narażali.</p>
   <p>– No – powiedział Gunvald Larsson. – Zdaje się, że Beck ugrzązł tam na górze, co?</p>
   <p>– Tak – rzekł Kollberg głucho. – Na to wygląda.</p>
   <p>– Zaczekajcie – odezwał się ktoś – słyszę.</p>
   <p>To Norman Hansson mówił do swego aparatu, potem zwrócił się do Kollberga:</p>
   <p>– Mam kontakt z tym z wieży kościelnej. Wydaje mu się, że widzi Becka.</p>
   <p>– Tak? Gdzie?</p>
   <p>– Leży na tarasie północnym od strony podwórza. – I spojrzawszy na Kollberga dodał: – Zdaje się, że jest ranny.</p>
   <p>– Ranny. Ale rusza się?</p>
   <p>– Teraz nie. Ale jemu się wydaje, że jakąś minutę temu ruszał się.</p>
   <p>Mogła to być trafna obserwacja. Z dachu Bonniera Rönn nie widział tamtej strony, od podwórza. Z kościoła był widok właśnie na północną stronę i w dodatku stamtąd było o dwieście pięćdziesiąt metrów bliżej.</p>
   <p>– Trzeba go ściągnąć – mruknął Kollberg.</p>
   <p>– W ogóle trzeba skończyć z tym widowiskiem – ponuro oświadczył Gunvald Larsson – I po kilku sekundach dodał: – To był zresztą błąd, nie powinien był iść sam. Fatalny błąd.</p>
   <p>– Milczeć w obecności kogoś, a potem go krytykować za plecami. Wiesz, jak to się nazywa, Larsson?</p>
   <p>Gunvald Larsson długo patrzył na niego, a potem powiedział ostro:</p>
   <p>– Owszem, wiem.</p>
   <p>– O czym wy na litość boską rozmawiacie – denerwował się Malm.</p>
   <p>Nawet na niego nie spojrzeli.</p>
   <p>– Okey – rzekł Gunvald Larsson. – Ty ściągnij twego przyjaciela Becka, a ja się zajmę tym drugim.</p>
   <p>Kollberg wyraził zgodę skinieniem. Już się odwrócił, chciał podejść do strażaków, ale zatrzymał się jeszcze i powiedział:</p>
   <p>– Wiesz, jak oceniam twoje szanse na wrócenie żywcem z tego dachu, przy twoich metodach?</p>
   <p>– Mniej więcej wiem – powiedział Gunvald Larsson.</p>
   <p>Po czym przyjrzawszy się stojącym dokoła, powiedział donośnym głosem:</p>
   <p>– Zamierzam wysadzić drzwi i dostać się na dach od wewnątrz, z klatki schodowej. Potrzebny mi ktoś do pomocy. Jeden, najwyżej dwóch.</p>
   <p>Czterech czy pięciu młodych policjantów i jeden strażak podniosło ręce, a tuż za plecami Larssona rozległ się głos:</p>
   <p>– Weź mnie.</p>
   <p>– Proszę mnie źle nie zrozumieć – powiedział Gunvald Larsson – nie chcę kogoś, kto uważa, że powinien, że to jego obowiązek, ani kogoś, kto ma się za bohatera i chce pokazać, co potrafi. Możliwość śmierci jest o wiele większa, niż można przypuszczać.</p>
   <p>– Co to znaczy – powiedział Malm ze zdumieniem. – Więc któż to ma być?</p>
   <p>– W rachubę wchodzą tylko tacy, którzy mają ochotę zostać zabici. Którzy uważają to za zabawę.</p>
   <p>– Weź mnie.</p>
   <p>Gunvald Larsson odwrócił się i spojrzał na mówiącego.</p>
   <p>– Aha, Hult – powiedział. – To dobrze. Ty chyba chcesz.</p>
   <p>– Halo – powiedział jeden ze stojących na trotuarze. – Ja się chętnie przyłączę.</p>
   <p>Smukły jasnowłosy mężczyzna około trzydziestki. Ubrany w dżinsy i skórzaną kurtkę.</p>
   <p>– Kim pan jest?</p>
   <p>– Nazywam się Bohlin.</p>
   <p>– A czy jest pan policjantem?</p>
   <p>– Nie, robotnikiem budowalnym.</p>
   <p>– Skąd się pan tu wziął?</p>
   <p>– Mieszkam w tym domu.</p>
   <p>Gunvald Larsson przyjrzał mu się z namysłem i powiedział:</p>
   <p>– Dołączaj. Dajcie mu pistolet.</p>
   <p>Norman Hansson natychmiast wyciągnął swoją służbową broń, którą nosił po prostu w kieszeni płaszcza, ale Bohlin powiedział:</p>
   <p>– Mogę posłużyć się własnym? Mogę go przynieść w ciągu minuty.</p>
   <p>Gunvald Larsson zgodził się, a gdy młody człowiek odszedł, Malm wyraził wątpliwość:</p>
   <p>– To jest właściwie bezprawne. To… nieprzepisowe.</p>
   <p>– Tak – przyznał Gunvald Larsson. – Cholernie bezprawne. Przede wszystkim to, że ktoś ma pistolet do wypożyczenia.</p>
   <p>Minuta nie upłynęła, a Bohlin był już z powrotem z pistoletem w ręku. Coltem Huntsmanem, dwadzieścia dwa, z długą lufą i dziewięcioma nabojami w magazynku.</p>
   <p>– To zaczynamy – powiedział Gunvald Larsson. Urwał i spojrzał na Kollberga, który ze zwiniętą liną na ramieniu już zbliżał się do rogu.</p>
   <p>– Niech Kollberg pierwszy wejdzie i zabierze Becka – podjął Larsson. – A ty, Hansson, zbierz paru ludzi, którzy potrafią przeborować drzwi i założyć ładunki.</p>
   <p>Hansson odszedł.</p>
   <p>Odczekawszy chwilę Gunvald Larsson powiedział:</p>
   <p>– Okey.</p>
   <p>We trzech ruszyli w kierunku domu. Gdy już byli przy nim, Gunvald Larsson powiedział:</p>
   <p>– Ja wejdę jednymi schodami, wy drugimi. Po zapaleniu lontu zbiegacie co najmniej o jedno piętro. Lepiej dwa. Dasz radę, Hult?</p>
   <p>– Dam.</p>
   <p>– Dobrze. I jeszcze jedno. Jeżeli któryś z was zabije tego z dachu, będzie za to potem odpowiadać.</p>
   <p>– Nawet jeżeli w obronie własnej? – spytał Hult.</p>
   <p>– Tak. Nawet jeżeli w obronie własnej. Sprawdzamy zegarki.</p>
   <empty-line/>
   <p>Lennart Kollberg poruszył klamką. Drzwi były zamknięte, ale klucz uniwersalny trzymał już w pogotowiu. Szybko otworzył. Jeszcze nim wszedł, zobaczył płaszcz Martina Becka w przedpokoju i krótkofalówkę na stole. Od razu dostrzegł otwarte okno i dolną część drabinki za oknem. Wydawała się słaba i niepewna, a jemu parę kilo przybyło, od czasu gdy ostatni raz właził po takiej drabinie, wiedział jednak, że jest tak skonstruowana, by wytrzymała ciężar większy niż jego ciało, i bez wahania wszedł na okno. Uważając, by zwinięte przez ramiona i piersi liny nie zaczepiły o drabinkę, zaczął się wspinać w kierunku tarasu.</p>
   <p>Przez cały czas, od chwili gdy Rönn zawiadomił, co widział przez lunetę, Kollberg mówił sobie, że zdarzyło się najgorsze i wydawało mu się, że jest zupełnie przygotowany na najgorsze.</p>
   <p>Ale gdy dźwignął się, by przesadzić poręcz tarasu i zobaczył Martina Becka leżącego bez życia we krwi, dech mu zaparło.</p>
   <p>Przelazł przez poręcz i pochylił się nad zwróconą w górę woskowobladą twarzą.</p>
   <p>– Martin – szepnął. – Martin, u licha…</p>
   <p>W tejże chwili dostrzegł bicie pulsu na szyi Martina. Ostrożnie przyłożył palce. Bardzo słaby, ale był puls. Przyjrzał się przyjacielowi. Chyba dostał tylko jeden strzał, w sam środek piersi. Kula zrobiła zdumiewająco małą dziurkę. Kollberg rozpiął przesiąkniętą krwią koszulę. Sądząc z owalnego kształtu rany, kula przebiła kość ukośnie od przodu w górnej części klatki piersiowej, z prawej strony. Nie mógł stwierdzić, czy na wylot, czy też tkwi w piersi.</p>
   <p>Spojrzał na kałużę krwi pod trzepakiem. Niezbyt wielki upływ krwi, a teraz krwawienie prawie ustało.</p>
   <p>Kollberg zsunął z siebie kręgi lin, jedną z nich zawiesił na górnej poprzeczce trzepaka i chwilę nasłuchiwał. Żaden dźwięk nie dochodził z dachu. Rozwinął linę i jeden jej koniec ostrożnie wsunął pod plecy Martina Becka. Pracował szybko i cicho, uporawszy się sprawdził, czy lina dobrze opasuje ciało Martina Becka, czy prawidłowo porobił węzły. Potem obmacawszy kieszenie Martina znalazł czystą chusteczkę, z własnej kieszeni wyjął niezupełnie czystą. Zdjął z szyi kaszmirowy szalik, owinął nim pierś Martina, a złożone chusteczki podsunął pod węzeł, w miejscu gdzie była rana.</p>
   <p>Wciąż nie słyszał żadnego szumu. Teraz pozostawało najtrudniejsze.</p>
   <p>Kollberg przechylił się przez poręcz i spojrzał na otwarte okno. Przesunął drabinę tak, że znalazła się tuż przy oknie, potem ostrożnie przyciągnął trzepak do bariery, wziął wolny koniec liny, którą owiązał Martina, owinął kilkakrotnie wokół poręczy, tam gdzie przedtem zaczepiona była drabinka, a potem sam się owinął liną.</p>
   <p>Dźwignął Martina nad poręcz, własnym ciałem przeciwstawiając się ciężarowi napinającemu linę. Gdy Martin Beck wisiał już po drugiej stronie szklanej bariery, Kollberg zaczął prawą ręką rozwiązywać supeł, lewą utrzymując cały ciężar wiszącego ciała. Rozwiązawszy węzeł zaczął wolno opuszczać Martina. Trzymał teraz linę mocno obiema rękami i starał się nie spoglądając za poręcz wyczuć, ile liny trzeba jeszcze popuścić.</p>
   <p>Gdy już według jego obliczeń Martin Beck powinien się był znajdować na poziomie okna, wychylił się za poręcz. Jeszcze parę decymetrów niżej, potem umocował linę do żelaznego drążka nad szklanymi taflami.</p>
   <p>Potem zdjął z trzepaka i przewiesił przez ramię drugi zwój liny, szybko zszedł po drabinie, wlazł przez okno.</p>
   <p>Martin Beck na pozór bez życia wisiał na linie o pół metra poniżej parapetu. Głowa mu zwisała, ciało kołysało się.</p>
   <p>Kollberg zaparłszy się mocno nogami pochylił się nad parapetem i zaczął oburącz przesuwać linę w górę, podciągnąwszy przytrzymał linę jedną ręką, a drugą chwycił pętlę owiązującą Martina pod ramionami, dźwignął i ująwszy za ramiona wciągnął w okno.</p>
   <p>Uwolnił rannego od sznurów, ułożył na podłodze, znowu wdrapał się na drabinę, odwiązał sznur od poręczy. A znalazłszy się znowu w oknie, ściągnął drabinę.</p>
   <p>Potem wziął Martina Becka na plecy i zaczął schodzić ze schodów.</p>
   <empty-line/>
   <p>Gunvald Larsson miał sześć sekund czasu, gdy odkrył być może największe w swym życiu niedopatrzenie. Stał przy żelaznych drzwiach mając przed sobą lont, który powinien zapalić – i nie miał zapałek. Ponieważ nie palił, zapalniczka nie należała do jego wyposażenia. Choć czasem, kiedy zdarzyło mu się jeść w „Parkowej” albo w „Riche” wsuwał do kieszeni reklamowe zeszyciki z zapałkami. Ale od ostatniej kolacji na mieście tyle razy zmieniał marynarkę.</p>
   <p>Zbaraniał, jak to się mówi, z ustami jeszcze otwartymi ze zdumienia wyciągnął pistolet, odbezpieczył, przytknął wylot lufy do zapłonu, ukośnie ustawiając lufę w stosunku do żelaznej płyty, żeby kula nie trafiła rykoszetem w jakieś niewłaściwe miejsce – w jego brzuch na przykład – i nacisnął spust. Kula obleciała rykoszetem podest schodów jak osa, ale zapaliło się jednak, wesoło błysnęły niebieskie płomyki. Gunvald pędem zbiegł w dół. Zbiegł półtora piętra, dom zatrząsł się od wybuchu w klatce schodowej B, potem wysadziło jego drzwi – z czterosekundowym opóźnieniem.</p>
   <p>Potrafił jednak szybciej biec niż Hult, a przypuszczalnie i od Bohlina był szybszy, i jedną, dwie sekundy zyskał biegnąc z powrotem w górę. Żelazne drzwi zniknęły albo raczej leżały, jak tego oczekiwał, na podeście schodów; o pół piętra wyżej znajdowały się jeszcze jedne drzwi oszklone.</p>
   <p>Otworzył je kopnięciem, i znalazł się na dachu. Ściślej określając tuż przy kominie między dwoma nadbudówkami.</p>
   <p>Od razu zobaczył Erikssona: stał na górnym dachu z karabinem, ze wzmiankowanym Johnsonem, w ręku. Eriksson nie widział Larssona, gdyż zaalarmował go pierwszy wybuch i cała jego uwaga zwrócona była w tamtą stronę, to jest w stronę klatki schodowej B.</p>
   <p>Gunvald Larsson postawił nogę na barierze ochronnej od ulicy, odbił się i wskoczył na górny dach. Eriksson odwrócił głowę i zobaczył go.</p>
   <p>Odległość między nimi wynosiła cztery metry – sytuacja jasna. Gunvald Larsson miał go na muszce, a palec na cynglu.</p>
   <p>Ale Eriksson wcale się o to nie troszcząc odwracał karabin w kierunku napastnika. I Gunvald Larsson nie strzelił.</p>
   <p>Stał nieruchomo z pistoletem skierowanym w pierś Erikssona, a lufa karabinu przesuwała się w jego stronę.</p>
   <p>Wtedy strzelił Bohlin. Był to mistrzowski strzał. Cel miał zaciemniony przez Gunvalda Larssona, ale z niezawodną dokładnością trafił Erikssona w lewe ramię, z odległości ponad dwudziestu metrów.</p>
   <p>Karabin maszynowy z brzękiem upadł na dach, a Eriksson zrobił półobrót i podparł się rękami.</p>
   <p>Hult podbiegł i na płask rękojeścią pistoletu uderzył Erikssona w głowę. Uderzenie rozległo się ponurym plaśnięciem.</p>
   <p>Człowiek z dachu leżał bez przytomności. Krew płynęła z rozbitej głowy.</p>
   <p>Hult ciężko dysząc podniósł pistolet.</p>
   <p>– Stój – powiedział Gunvald Larsson. – Już dość.</p>
   <p>Wsunął pistolet do pochwy, poprawił gałgan na głowie i strzepnął tłustą grudkę sadzy z koszuli. Bohlin także wlazł na dach, rozejrzał się i powiedział:</p>
   <p>– Dlaczego tyś nie strzelił? Na litość boską…</p>
   <p>– Tego nie należało wcale oczekiwać – przerwał Gunvald Larsson. – A czy pan ma zezwolenie na broń?</p>
   <p>Bohlin potrząsnął głową.</p>
   <p>– To chyba będą z tego kłopoty – powiedział Gunvald Larsson. – Zniesiemy go?</p>
  </section>
 </body>
 <binary id="MartinBeck07Cover.jpg" content-type="image/jpeg">/9j/4AAQSkZJRgABAQEAYABgAAD/4QFkRXhpZgAATU0AKgAAAAgAAZycAAEAAAFCAAAAGgAA
AABmAGEAOQAxADkAOQBjADIAZAAyADMAOABjADYAYgBjAGMAOABmADUAMgA0ADEANgAzADQA
NgAyADIANwAzADgAMwBlAGEANQBkADcAZQBjADQAMgAxADgAOAA3AGYANQBjADAAOAA3AGEA
ZgBmADYAMQBlADgAOAAyADQAMABhADcAMgBlAGUAOAAxAGQAYgBhADUANwAyAGUAOQAwADcA
OQBiADcAZQBjADAAZgAxAGYAZABjADIAMgAyADgAMgBmAGMAZQBiAGIAMQBlADkAMABiAGMA
NgA0AGUAYgBmADYAMgAwAGYAOQA0ADUAZABlAGYAYQAyADAANQBhADEAYgA1AGUANwAyAGYA
MQA3ADUAZgA4ADkANQAzAGUAYQBhADAAMABiAGMAOAAwAGUAOABkADMAOAAwADMAZAAxAAAA
/9sAQwAKBwcJBwYKCQgJCwsKDA8ZEA8ODg8eFhcSGSQgJiUjICMiKC05MCgqNisiIzJEMjY7
PUBAQCYwRktFPko5P0A9/9sAQwELCwsPDQ8dEBAdPSkjKT09PT09PT09PT09PT09PT09PT09
PT09PT09PT09PT09PT09PT09PT09PT09PT09PT09/8AAEQgC2gHQAwEiAAIRAQMRAf/EAB8A
AAEFAQEBAQEBAAAAAAAAAAABAgMEBQYHCAkKC//EALUQAAIBAwMCBAMFBQQEAAABfQECAwAE
EQUSITFBBhNRYQcicRQygZGhCCNCscEVUtHwJDNicoIJChYXGBkaJSYnKCkqNDU2Nzg5OkNE
RUZHSElKU1RVVldYWVpjZGVmZ2hpanN0dXZ3eHl6g4SFhoeIiYqSk5SVlpeYmZqio6Slpqeo
qaqys7S1tre4ubrCw8TFxsfIycrS09TV1tfY2drh4uPk5ebn6Onq8fLz9PX29/j5+v/EAB8B
AAMBAQEBAQEBAQEAAAAAAAABAgMEBQYHCAkKC//EALURAAIBAgQEAwQHBQQEAAECdwABAgMR
BAUhMQYSQVEHYXETIjKBCBRCkaGxwQkjM1LwFWJy0QoWJDThJfEXGBkaJicoKSo1Njc4OTpD
REVGR0hJSlNUVVZXWFlaY2RlZmdoaWpzdHV2d3h5eoKDhIWGh4iJipKTlJWWl5iZmqKjpKWm
p6ipqrKztLW2t7i5usLDxMXGx8jJytLT1NXW19jZ2uLj5OXm5+jp6vLz9PX29/j5+v/aAAwD
AQACEQMRAD8A7hkUxbxjPbPSo0AP3hkVNOVCAKMADAFQxt36exrhWx6IqYaU7cjj8xUwAwT/
AD7VGo2NnPUYAqQHHOOO9DQXAqBz60uDikEgOT2HGRUcM6XESyxSCSNuQy9D9KLCuh+0/gaQ
KenQU1Z42naFXBlRQxXPIBJAOPwqQnn0oswuho56inAZ7E59ahW6ied4VcNLGAXX0z0/lUxH
1+lFgTuDICMU0oSe3pUf2qDzxB5sfnYzs3Ddj1xUwUketOzC9xhUYP8AOlA9+celKR8nzZ61
UudTs7JytzdRocZILciizYm0ty2ARx1z0pwAHQDNR21zFcpvhdJF9VYGm3d9b2Sq91NHCp4B
Y4yaLBdE4yePXqKXjGMEEdqj8wBc7gRjOfauYm124jN8pv7MSD/UgsCBz3OMdB3qlFsUppHX
BgOcc0bstz0qjpd09xp8TTSxSSlfnMZBGfT8qnNzF53lGVDKeQhYbvyqXFoFK6uTgjGSRzTs
AsGGcjp6VXuLpLaB5piFijGWJ44qRX3qGzkEZBz2pWBNEhkC9WAycDnv6UhByDuOPTtmq1rf
W120iW80cjRttfa2dp9KbeskYjlmuGhijYEgHhs8AHj3p8ocyLoJzzSgg9Dg0wHgD1qquoWr
XjWizJ9pxkx/xY9aVmF0XUB3HpjtSkAcZoUkDOOlRW13b3YY280coU7W2OGwffHQ0WC5J05O
MCkPJBHP4UhGRjGR3pc4pWGMI5z0z1p/bv7VDc3cFnEZLmeOFM7dzsFHsMmq8GtafdP5UN9a
ySYyFWUEkewHWq5WLmS0LxOSBg8dTS/eXA4qtc39vZoDczxRbjgGRwoJ9smoBrenbgDfW2W6
fvV/xoUWHMi+MEgY6ChgSMj1/OqlxqVnZuEubyCEsMgSOFz9MmpLa+trsE29xFMAeSjhh+lH
KxcyLOMjOaaASOOnvQCAcZ4PajGTnoBSsO4EgjvxSdDnmm+ejSGNZE3gZIDDI+opk9xHDHvm
kVFyFyTgZPT8yRTsLmRKSc+opoYFj3wcZpCAeSeKhhnhn3GCaOULwdjA4PvimkwuiyH565qQ
EHuOOtUmuFhZRPIgMj7YweMkjgfXrVgOSOCKTTGpDiecZOM05WwM88GokmQyNHvUuOq55H4U
5nVBljgDk5PSiwrpltJs84x604t/kVQaaMIX3jbjOS3H51JHOGVWDBlI4YHOadgVi0GGTzz9
aAfT9agL45GOnJNcrfeJr2y8RTQStYRWIgJiaWZVZpMcA85GTkdOnenGLYpSSOwyM9aCfQ8V
z/hTVL/UdK83VFgWcsQPKYEFe2cEitsv7ipcWnqNNNXB15+XA/CqFxDh+P0rO1nXr2w1qygh
ghNlJjz55JQoXkjHX8ar6BqWp6lNdteW8cSRviMo4bcMn0/D86rka1EpJ6GvEOcYB559qs7F
ZMbiAelQMSHC4JB709XJbkdKRZR1GxDqxxyOmKwkeSwnPGUbhh7V2DHcO3Pesi/tA24kLgjq
O1aQl0ZnON9UW5Du+nbFNQL3yeaXZx2pYlwO/pWXQ1HIOTwNvY0pJ3e1IgJLHJAHAp+0EDGa
AM/WboWekXUyYDLGcdsk8D+lYngq+xYS2hODCS65JztPJ/I5/OneOLryLKC2Vd7TSZKg9h/9
cisTU45vD2o74F4nt9nLfdJGDj6EZq0jGUtTS0jUzP4wuJdx2zZjXuCAMr/I/nXV3M6W9vJN
IQEjUsTn25rgzaNpNvo9+OC5Ltk4IOQQPyNb/i69IsYbKI/PdEEgHkqCD+px9aLCUuhlaRqM
8OuC8uVKw3hZc54HP9OB+ddyM7ev41w15a6n/ZMUU+n7ILYbvMH3gMcnr/L0rq9FvTf6ZFNn
JIw5/wBocH/H8aJIcHbQxGGPiAD2MQB+u011gGRnpjrXMEbvHoXAJWP06fJ/9cfnXVKuD2xS
kVAgmVvKcoNzAEgdiccVx2gQ2F09wNTKPc7/ALsrckdz9c5+mBXbOyxRs7MFReSScY96x7rR
NN1qM3CKMsc+bEcZI746GiIpEmlaTBp008lszbJsYUk4AHp6/Ws3xkB9ktuCcSHOAeODTNK8
/S9fOmPM00LLld3UcZB/x/CpPGSlYLMKespP6df1FXbUm90Ram8up3lrpNu5RGQNO+OoxnH5
fzFbEOg6fBCEFpEVxyWGSfqayB/xL/F6tcMFjniAUnpnAH8xj8a6tUyPrSldBGz3OSv7VvDe
pw3lo7fZpW2yRs2QB1/lz68UeIZf7O1vTtSAPlswVznggHn9Cas+LrhZ0t7CELJPJIDt9OCA
f1/SpPFWmmbw1Iq4LW4DZ9hwf0yfwqltqT6Fbxhe4s4bNGy1w2cDqVGPTsSR+tW9J1hW8MG5
kbm1Qo3U/dHH6YrD8O+drviCK4nQFLKFVyeQTjGefU5NUtVEujPqOmLu8q4dSuBzjcCMY9Rx
+FOyFd7m94HgkGmS3UoJaeQ4P0/+vmo/Ft3Lc3MWnWg3OFaaQA84AOB/P9K6LTrVNL0SFJMI
sMWXOPbJJ/WuN02TVLvUbnVrKy+1LcEqDJ0UcYAGc5wAPzqUtbjbsrHV6BqJ1LR4Zs/PjbJ7
MOD+fX8axbU5+IcwI+YQk8dT8opnhaWbTNbn028jMTTr5ip1AIzwOcYKn9KdaHPxJn6giE9u
vyiiwX7nXMSFIxnjnmuR+HpP2W/4/wCW/wDSuywD6AVx/wAOh/o2odP9f/SlFaFS3R1zZONu
Rg5+tIUJOan2Ajn8KiheK43GKRZNrbWKkHB/DpWbTLucf8SDt8NLkf8ALdcfkaz/ABHoWkWH
h5bqBRBdxhGjZG5LcdifTJ9q0viYpHh+LaD/AK4Yx/untViw8CaUEt7iRZpm2K22VsqDge3T
2rVfDdmb1djn/Efmahpvhz7cMvMy+aOhOdoP0JzXQp4G0Vdv7iTg95DWZ8Q4C15o1urGLfLg
Mo+7kqMj6ZqZfh/dh1P9u3fDZ+835fep7i2dij4isra+8e6bZ3Ee+FogCue3z8Z69qi1TTbf
w34l0xtHd0lmfbJAGJyCRkn8DjBp/inTTf8Aj2ysxO0TyQBRIhIZSA5Bz/njNHgSygi165tt
UDPq0BPlvK27gcHGe4659DVdBdT0BQT3/SlIIxz7VL5B68dKVYwawZucHfgaP8SbSYlViv4t
hJ456Z/MD86r/EzVZIbS0sbct5jv57bOcBeh/Pn8K0fiXZOuk2upQgeZZThs+xI/TIFZnhmN
fF3ie/1adGNvHF5EYIyBuGMY9QCT/wACraKTVzB9jem18SeDX1VcBmtiwXph8Yx9c1S+HVkb
TwvHMwIe5YyHPpnaP0GfxriJrm5s9Ol8KYLT/wBoBVyOqH9OTg/ia9VmWDQdDLMQkNpD1HHC
j/H+dKSGnqcJ471i5m12GGwUsulgXMpU8A5HX0wCB+Jru9Lvo9S0yC7hJ2zIGGe3qPqOn4V5
vos2rvHf3kehSX6apkNIWOAOcge3P6Ctz4c3M9qLzRr5Wint3LorEZAPUYHvz+NNq6Epakmh
HHxK1o9/LH4fdrovEr48M6lgc/Z34x14rijpl5qXxB1eKwv3spFXczpnLD5RjjtkirGr+Fdc
tNFvLm58RTzRJCzNEd3zADoecUraju7C2jkfCWcklv3cnI9N9dL4Pbd4S00c7fJHb61zlmgH
whuOD/q5P/Q66PwcD/wiWnZxgRDGPTJokOL1K3jDWrmyit9O09iL29bZGw/hHGSP0/yKNP8A
AOkWsGbyH7bcOP3k0rE5PfHPFZviqUWPjLQr2c/6MMozHopJP+IrtVYFMnlevFJ3S0GrN6nC
6xo3/CFyR6zokkiW6uFuLZmJVlPcflj16Vv674li07w0NSgAdpkXyFPOSwz+gqt4+vYbbwxP
ExBe4KpGvqc5/QCsLxDZS2Xg/QPODlbV4zMAM446Y/SqWu5L02NHSfA0N9bpe+IHlur2YB2V
nIEeecDH+faodZ8It4fjbVfDs8sElt88kG7csijr+nb/APXXa2syTwpLC4eN1DDHQgjiq2t3
kNpo93PMQI1ibr3JHA/lU3d7FWVhmgaomtaRBeKoXzFIZf7rA4I/MVoPAuBx05BxXM/Dm0kg
8LIzswWV2ZFI6DOM/jgmutxxz/OolozSDuiqCMYGAw7UydUlDBhkjqMVYnhygKnBB55qGRjs
bPBpDZCCdlCIc0pwYzzj6UqDPb8KRQqRAOSpOCOakMeT1waVQPMHrt7VJwMH9KVxHOav4el1
TWbScyosMONyHOTznjt+dL4n8Ptq62ZjQF0mAfJx8h+907iuhYDP8qcFw2R+JqucjkRha9oM
mqafFbQOsZiYbSw4xjGPyqKLwzM2vW17cSxvFbxhVQA5yBjP5kmumIAHShMOPajnYOKIJoFd
SjDKt8pHr61zUHhzU9NtLiCwuox5kodM5BA5z1z7V1pXqcde4pyoB296FJoTijmtE8Oy2F3J
fXkvmXUnYHIHTPbk9K6AJg4ycVNt4zmgIOvWi7e5SsivPbRz2rwzKHVhggjqK5geHtXsHZdN
vB9nckkORkZ/CuvILDGP1pyqOwpqVhNXOZ0vw7PaGe7uZxNfSIQjZJVSR1J79vyqtaeGb6e9
il1a6EqxHIVWJzg5A6cDI+tdfjqKQLxinzsjlRmarolvq1qYZtysOUdeqmscaFrsK+Tb6lH5
QOAWJJA/EE11wBxSAAUKbQ+UwNG8MpYSG5uZmubtiSXYkgfTNa89ussDo65V1Kn6EYNWNvFO
KgdutJybdxpJaHPeFtDfSbGZZF2ySSEkZB4HA/QZ/Go9a8Pm/wBc065WJWSNsTE8YUfMPrzk
fjXTYGKULx+FNSd7isjI1rTZ9S0mW1t5EjaTCsXB+736etO0bSk0jSILMFSUB3MBjLHJJ/Wt
QLx796ikfHH6Um3YaSbOf1vw5JqGqWV/aTJBNbHkkZ3DIPYfUfQ1Q1TwhdXesT3ttqAgaXGA
oIYcAEZHWurBIGccmhMg5IzT52Dp9Tn9C8O6hpl55l3qTXCbCpUsTknvz+NZln4I1mx3iz1Z
YUdgzBcjPHU8c13IGRxUgGR3FCmyXGxjaBpt/p9vKmo3v2p2YFW5+Ufj+dVdBsBba7rEkEbR
2zSKuCCAzjJYj2yeorpSvH0pMZ70XFY53xX4em8Q2EVtDMkRR9xLgnPBHH51swQeVaxRk5ZE
CkjvgYqyFowD+dK7tYe2px/jDwzfa7dWUtjNFEbcNkuSOcggjjtis86B4y25TVow3Y+Z/wDY
16BtB4oK4HSmpMTRyUvhS7n8U6dq8lzGRbRosi4O5mCkEj2JNJ4g8Hy3+s22q6Zcx213F95m
BIbHTI/Ej3FdWjkuybSNuOT0P0p2Du9vQU+dhYjWMkDdzxzihYgnAJqb6c0m3061DKuZmt6c
NU0a7sm/5bRFRj16jH4is3wTox0Xw1BFLEY55CZJQRyGPY/QACulwAeaQgY9aq+gupxN54Wa
b4i2uqLGPs5iLu23pIvA/PI/I1e8ZaNf61pH2LTzEu9wZDIcYUc8fjj8q6dhik7UczDlM/TN
OTTdNt7SEYWGMIMk9hz+uTXO6h4ZvR40tta054ljKBZ1c8kYwcADnj37CuxI496Qqp/D1oUm
h8qschpnhq8svGeo6tMYjb3KbUwfmByvUfge9bOvWEup6DeWlqV86aIou44BPvWrgEeuKaRj
mjmbdwSsrHIweF7yLwDJoxaE3jIwBBO3JbI5xWLa+HfGmn2UVpb39qkMa7VAYcD0+7Xoxbdy
OSDzSjBHA70+cXJc5yfQW1jw9HY6y6yXOwb5U7OO4rDi0nxfpcIt9OvLS5hXhGuDyo7f5zXd
uhH51SvpLiGISwJ5mw5eMdWHt701K+gONtTl9P8ACF5dahHqXiW7W6li5jgQ/IpB47ewrYv7
qxuraWy1BHEUgKsHXH0II/MVfsrlL6MyIykZOADyB756H2qSd7dSsU7Rbn6K55P0zQ7plw5O
pwttpuvaLMRoeoWl3akEJFO+Coz0xn+VTx+Hdc8R3i/8JHeRLaRkN5FseD9cdPzrpLnRrAjd
9kDepTgin2MWnWKvJbsqluuW547YNFxuMO5qQQR20CRRKFjRQqhR0GMU8sOpqrazzTFpHGyI
/cBGGx6mrBYH29azYRtbQeCGHNRXSLJEeOe3NSAY6YxUbnCkAYwKkbRUAyvr3FSoBjLD603a
AhIxmpo/WgoUACQnb2FOAB9jTIzmZ12EcdfWpwCB6/WkIjKgc456mn9uDkfSggg56CnYOfen
YTYuA1LtAPTFAAIz+lOAz2GO1NIQADFO2imggNinUWEJtGPpQOaceRSHJHtTsAhyc0Lkr1pA
CoxmnYyOlKwXAAfrS4A/Om47U4nI6UxAPpS4xSKw54NLnPbt3oFcTgUDik74oJ9qBjgeetOB
GetRE7eaTzc85zigLEjsAKqud7U+Qlh8vNNWM9QePU0MqOg5E45P404KF5pyLjvmlK84osDY
qripF478U3IFKDRYzbuPAHqTS4FICDj0oYjr3qkibjFk3OybSNvcjrSkc9aORnnv3oBHO6iw
0RHzljYZVpMnbkYHXgH9KnyMdOaTOeR/KkyDRYQrZwO1AHr19u9HUdRSqw5GKdhjFPJGO9Op
AQPbPtQSBSsAnQ/zpT06H8qbk56jinluOozStoBGeBwetIcUrMDwB+lMIHp0pFocSB2pOvH9
aaD82PWlBBoGI5wcgGmHIHrTyeecUxqAGkYPFOBAPbnvimkgn+ppucnNAEhIxk96bgFTx+NR
mXBA3cehpfM569aAM650qRLhrrTpBDO331I+V/r7+9V5bS/1BRHfR2qRgjJGWb6j0NbRbOOn
vxUbn5vYelae0dieRdDDlstT0/nT7r7TGP8AlhcdQPQN/jS2eoyXN0qXWkzQuRgyFQVBrYZs
84PPvSBs9O1Lm0DkHkjOM/nS7gDnr7VGMZzgU7IIHP4VBS0JC+R6fhUTAiNssScelBYYHNIx
ypz+NIpsBkpkHFSIMPnOagDEds5qaI5HIyKkpkiD96eOwxUgXBpox94EHIqTtjoaaJFIFIAc
cUpGPx4pASvBzTExRwKXOOeKAQQMDmjnPrQTcMYxThnpSHnmlB96YxrZyetKrE9ev0p3rmmo
cd+lLZiFIJPagZAxxSkkikHXrTGHtjvRnFLjGKM8dORQAAYGc00cnr+FOBJNIeDQIQsQeaCc
Clxj8KTblqAIy2Tt45pVQJ680/aCQc96cFJP86dh3GqOfSpNuTSgYHH8qQDmmkTe4AYzUMsq
RIzyMERQSST0xVgnjvXL+PrtrXwtcCPG6ZkiH0J5/QGi12K5z9x47vtV1qKy0YxwRPIEDuu5
mz39AMc1sXmpa54bZbm/Md/YFgrtGm148nrjoRXD+B7Qz+L7QNxsDPgnngf/AKq9bvIUvLGa
2lAKSxlGBGeCPStLoizZk+FvEsniKfUJFRFtIXVYDzuII5z27Z4rBfxnrd/4nudL0mK1YJMy
IzoThVJBYnPA49O9aHw+tWtPDkzYDOZ3B2/xbTgVY8F6K+nWs95dxGO7upGLBuqruJA9vU/h
TEVdf1vX9A037TdTaW+WCqixPuYn057DnPtWHpHj/XtW1K3tIYLPdMwH+rbAHcnn0z+VYnj3
xF/bOuvFbuTbWhKIQPvMPvH354H0966v4baH5Fm+qTqPMnGyH/cHf8f5UbAjc8Uarqei2kt7
bGzNrGoBSRW3sScdQcelc3ovjvW9e1NLG3t9PjkYkh2VyuAMnPzf5zWn8TLlYfDKxvn97Oq8
ewJ/wrlvhbD52vySn/llAfpyR/ShO4M9VsBdi0X7e0LT/wARhBC+3Un2qduR7URusikowbBI
JHqOoqvf3AtLOe4YAiJC5B74BNRa7KRyviv4gweHp2s7VFuLxRlwSQsfscc59qsWUXia/sor
ptUs4TKgcRra5Cg8gZJz3rxjzZtQ1Znkk3TXEmG9csenP1r6ERhZ2Kr2hjxnHQKP/rVbaRKu
zi9M+Ipg1+TSdZMDmOUwi6gUhWIOMkEnHPHFdzdNcG0k+xiMz7fk83O3PvjmvnG4uDeahNIq
/flLZJ55Oa+kbQEWkIYHOxc/lSaHHU8y1/4ga94e1WSwuIdPlkj25dUcA5Gem70NdFoOqeIt
X0Rb0/2agnQNCNj4X5iDnk54HbvXnXxSBHjqckEKY4yMf7uP6GvTPh8wbwTpm08CMg8ejtTe
gk3scPd/FPV7W8lhNpYsY2KkgPyQSCRzXf6ZJrU9jJLdmxDyRK0KxK+0EjJ3ZOSMkdK8N1tW
Gv6grL8v2iQEf8CNfQenFV0m1JwF8hCc9htFDQRbObtr/wASy67Jp7vpREEaSSusUn8RPyjn
rgdfpUvizXNV8PW817FBZS2S7QvmO4kyeOg4PNW/CiefbXWptkNfztKvORsHyoB+Az+Nc58X
bwxaBaQKcebcZYewU/1IpaXsN3SuU9G8f614g1P7DZWWnpKULbndyuB9CfWuq1e61q00yKez
jsTPGha4812CDA5245PfrXA/CS187W7yfP8AqYAOPVj/AICu/wDGM5tPCepy5wRAVH1OAP50
PewLVXPP4/irqbzIn9n2gd2AGGfv0710+paz4q0zT5bqay010iG5/Kd2YD1wcZxXlnh2Jrvx
LYQqM5nU4PoDk/oK96lRJIWSQgrINpB9xyKGgTucv4P8Z3fiO4u4p7aGMQxqwKbuSSR3PtVD
xD431nw9drbT2mnSO67wUeTgZwMjNWPh9pX9lvq6mMgC58tCwIyoHGPzrjfiLd+d4uljHSJE
Qj3xn+tCQNtI7jwv4j1rxEv2lrexitFk2N8zlzwOnOPTrVjX9V1nTZQbRLGVJXWOGJt/mOT1
6cccn6VV8BNHZeC45pmCIWeRmPGBnH9K0NJtZNTvv7Yu0IJBW1jPHlxnuR/eP8sUmrFJ3Ro6
S2psrDVPsm7gj7OGwPUHPX8K0SPQUAgKB/Sjjd+lZN3LSsB/2qZIAF69u9PZipJz1qOQsUwp
yfWgoReBtz/9erEbYG33qMEKMdzT0VhgVBZKGJ79OvFSDJBGSDio4M5OTz3qbAxn+dUSxBk+
tJnnGPxzTmIBxj8qaDnAAoJsP24HX8jThjOR+dA4HX9aB/SmIO3XNKMUnNAU7u9ADiKYRh+m
adwD1pCuT2x2oYkKAMetIB6mgqQMKf0pBnOOCKLjF6/4UhznH58U7G05xxSkkjHb1oC43kUo
x1zRjGOD+dKAOOMY9KBNikgcnpS7cnilIBIFO4HGOlWiWxNmKQR4PUnFSD2696Ogxj8aYrsj
I49KFJx83U08jPXp35ppX06fWlYLgVGM5rgPilc+Vp9nbruBeQuQvoB/9f8ASvQBk9q8q+KF
yX1uCAZAigG4Z4OWz/SqihMPhdZiXWrq6K48qHap/wB48/yNepFPxNcL8KbbGkXlxt4knCqf
oP8A69dT4h1lNB0iW9ZQ7LhUQnG5j2zz2zQ0CZopAsYwoAX0ArlfH3iJdF0gwQyBbm6BVGGP
kXu2PocD3NdKLtRYLcy/uk8vzGz/AAjGT+VeGeJ9cbX9buLpwfIztiGfuoOn4nkn600u4mxn
hrQJfEOsx2YZjGPmlYc7Vzzn0PYfWveLe2it4kihQIiKFVR2GMCuZ8AeH10fRhcSpi4uwJG3
clV7D+v41px+IVnvdTgtrZ5msFH3GyZHx90ehp2bBOxxnxbuhjT7UDON8p/QD+tZnw60e+v0
vPs1wbS3fbHNKo/eEDJ2rnoT3P5VT8dy39xrrJqHlrKsa4jjORGDzjPc813fwytvJ8Ml2yGk
mc8+g4/pT22FuzptO0630uzS2tUKxIOMkkknqSTySTyTWN48uxZ+EL05IMoESn3YgVp6zrFv
otmk1xubfIkSKOpYnHH0Ga5H4sXDLo1lbqcB5izYPXCnH6mpS1uO+h554O0833i2xTgxrOrt
xngHPP5V7H4ruP7O8M6ldA5ZYGCg9yRgfzrzv4VW32nxPJLkYt4C3TuSAK6z4qXQg8KrFuwZ
51UfQcn+VU1dgmeS+HbF77XrK328yzoOnuCf0FfRqjGB/SvEPhlYi78Y20zKSLdHkJweDjA+
vWvcs8DjmpkC0PDfimufGsuMDEEeT+BrtvB19/Z3wuivWJJiSZlGOWO9sAe+cfnXFfFMBfGc
w6ExREHPsRXUeEnW88NeG9KUBw08lxMCeNkUhI+uW2/katK4r2PK72OY3twJ8edvYydxnJz+
te56rNJb+DLaC3Yi6uoYraEqeQzKBnnsBk/hXieurt12+zzieTr/ALxr2iyY6l4g0iFeYdPs
EuHGM/vHUKv5AE/jRYVzoLO0SysYbeHAjiQIoA7AYFeVfF67Eup2Vooz5MJkYZ6EnAP6V6+U
xnivCPiTdG78ZXqsMCHZEDgdlGf1JqI6u5cnpY6r4Q2gTS765K482VUBPooyf1NXvindLb+F
DDk7riZFAHcA5P8AKtH4bWX2bwVZMeDMWk/Ascfyrl/jJdbf7Osweu+U5/AD+tG7DaJxngmU
23iaC5FpcXXkhn8q3Tc3QjOPxrtZfEM3iDxtpNglrc2kNu5meOddjkhTzjsMfzqj8I7BJdUv
rvJbyowgJHqef5Cusv8ATBpni6fxNcFFsoLAqxz8xfI7fT/CqJS6nQOoA9PevAfFN6t74r1G
fbwZ2CjPocD+Ve6wX63uhLqCoyLJD5wR8ZAxnmvntY2v9TVMHdPKAOc8k/8A16mN+pUzoNZ8
RmXQdP0eyP8Ao0MKiZs/ffGcfQV6p4Q1H+0/DVlcM+99gRzj+JeDXnvxF8OQ6QdPuLONY4DE
IWA6bl6H1yRn8q2PhRqXnW15prOco3nICex4OB9QPzpyWgQdmeiEknp9aUsBninKhxzxSGPn
rxmsDcjkJHcimE8HOT9anZM8mopIsgnuBgUDJBgtkdqmjBP/ANeojgMOTx2qSMluccH0qCmy
VEAdiO9Sge1MXAbvyPSpVqjNjCD696VQVFKQDz70vXjNAriDJ+tOAxSgcUqnjqOtMTYHgfhS
gGl25pelNWJuRvkEcfjSAZGR19TU3HT1ppjp2C4wZ7/ligjDdevrT9uB/WlCZOe/rU2C4jLx
1/Ck24XGfxp+3BxjP40AZyKYXGADrTlXtj9KXbgcetSKuBmhITY3YcEqBnsDSgHHT68U4DH4
96DkelUQJsHrQRgdR+NKTj09qbkk/MKdwEyAce/SlGMnj60AZOMDpT1UYFCsF7DCAAa8x+Ju
jytqMF+qFoXjCM2OFIzwfrmvUsCo5YI54mjlRXRuCrDIP1BqthXOQ8DTWum+EYnmniiUu7tv
Ycc45/KuZ8Vay3ijVrC2tVZrMXComRgSEnDH6AcfnXeN4L0Fn3nT4s53Y5wT9M1dk0ixY2pN
rHm2bdDhcCM46jHSndBc4j4l+IBaWSaPakl5QGmCcbU7D8T+lch4I0iLV/EWbkqLaEbpizAB
uuF685Ofyr1278K6PfXT3N1YxyzSEFmbOTjgd/QVCPBOgAYGmQAenP8AjRdDIPEvie10LR3l
heOSdhshjQ5yfUgdh1rG+GCSDSb68uGy09xy5OSxA5Ofqa6H/hCNAAwumQD6A/41ZPhvSzp6
2P2RRbLJ5gjBIAbnnrmi4XPF/GFx9o8ValOpJXzsKccAABf6V6t4QEVl4O08ySIoEAdiTwMk
k/zqwfBWg8BtNiweAOf8aB4K0JhtbToyvQqScY/Oi6YXOD1LXR4r8d6bawZNhFOPLx0fByW/
TjPb61tfFLS57vRre6hQsts58zA+6COv5iuos/CWjabdJcWdjHFLHkqwzkZGD+laxRWUhgCD
xg0XEeZfCCy2HUrnILfLFj8zn+VQfGG6Lz6daKQQivKw9zgD9Aa7eXwRok1w8wtPJdjkmGRk
z+RqS08G6LZzLOlmJJVPyvKxkP6mndAcr8KvDc+nWM2o3cbxvcgLEjDkIOc9OMn9BXoJB5GO
KkxgYGOlAxxmobuO54Z8Vhjxm4zjdBFnj2NdZ8KdPI0qS+mbeObeE9goYs2Pqx5+ldfqXhLR
9YuvtN/ZJNNgLvOQcDoOKuafp9vplnHaWcIigjBCKO2SSf1Jq+bQS3PnXxGv/FT6krfcF1KB
gf7Zr2b4e2rf2Cb+YES3rBgCc7UUBUA9sDP41du/Anh+7nkuLjTo3llYszFjkknJPXjk1t2l
tFZ20dvboEhiUIijooAwB+VJvQEK7BRk4/Gvm3xDcG/8QX1zuDebM5BH1OP0Ar6F1fRbLWhE
l7GzrGSVwxXqMYOCKx2+HXhojH9nj/vs/wCNJNIrcu+GrYWPhrT4MjEdug/SvJfitdi78V7F
YMtvCijByATkn+des23hXTLTTbqxgjkSC6XbIBKxOMY4J5HHpWYPht4cXP8AokjE9S0rE07p
O42rqxg/CKNI/D95O5CmW52gcDhVH9TWZ8SfFceoTrotg4kiRgZnQ8M46LnuB1Pvj0rrj8NP
Dp5FrKvOeJmH9afD8OfDtvLHIlm26Ngy5lJ5ByPwpNq4WewzxEf7H+H94q/I0dl5S4HQldvX
8a8b8J2f27xZpsLdHnUnnsPm/pXu+reGdM1iYy30LysQFI8xgCB04BxWYvw98PROskdkVdej
LK4x+tHMhuLZW+IGlf2l4Uugq7prcCZOMng8gfUZry3wRqY0rxTZyu+1JG8lyeflbj+ePyr2
i98O6ffWtvb3ETtFbrtRTKw49Dzk9O9Z58AeHxg/2euQcj5j/jS5kPkdzolQAHjk9eeKXg5G
Kp2NvaaPbG3jzGgJcBmJJ7kjJJNXuCMqaye5on0GMOgA5qGRRg88+lWCOwPWq8o4NIvoOfl8
AcEZqWEHHPNIVB6jOPanLycjpUoTJIznP1xUgJAxioouGbPXjtUw6Zq0Q2JzSE+/50o57fWj
oRQMcCD/AIU7AoAGO/NBAI6mghiilyTQMAf0pQCO1NK5LDmlYgUA/pQRjp0NUK4KeOlKDjr+
dA4GP6UA89Oh70xC980nA/xpQ3HT8KM888ZpNCGKuCTn6Zp4Ykf1pAMnk/pStlemOKnUbYqs
c/NjHenkgDNRg8GlyNo54p3sKw489eBSHgZwKYJT6ZFMdiwHXHtUuXYaQZcnOcU8S46qfwpF
GRkDmlxkHI60k2tQaWxOuCAaQg5qBWZGyOncVODu5rWMrkNWDFJ0pwPAprEYPJ471dtRCE47
0gbJ5xXmWiX3iTxJ4hu47fU7iCxjkYs4VSFGThRkdSBU/jK7v/C1rF5fiC+mupmOyNgmMDqT
xnHIo5Rno4YDj+tAJ3dOteS+DNZ8R+Idcjgk1K58mM+ZKSBjYD06dzx+deuDkUWAT+VIeATS
9KTt7VNgGBsscg8dKCQe/A9K8x8e+PL611OTTtJmMCQHbLMgyzN6DPQdvxNdPB4du202G4td
Yv47541cs8m9CxUEgqeMZ9KpR7judVnjGaXPHWvOdH8UaxrHjW2sLtfsv2VHE8SNlZCBjJ/T
ArvLlZJrWRI5GjkZCquBnaSOD+FD0Cxz+q69rNt4ts7G008SWEuBJMVJHPU56DFN0vXNcufG
V3YXenGPTYwxinCkZA6HPQ5rz7xF4i8R6Bqk1lDrs91FE4VpXiT7+ASv4A1qeCNY8ReJ7ueK
TW2jFsFZh5KneN3PPHpT0A9XLYH8qYHG6o2OTwfwrgfiFquq+G4or6x1WRPPmCLbmNNigLk8
kZ7frWa1ZVrI9CcJNG0bjKsCCPUGkwEAC9hj6V5b4F13xD4vvLqKbWJIEhQMWjgQkknAHI9j
T/HGo+KPC01u0GsST2s4P7xoYwVYHp06Y6VfKLqen5BwM9qQkHpj3xXPaYNS1TwfYvJqElte
PEsklwsalj3xg8cgivKJPiR4lF0yLqKsM7VPkoM89cYpco72PdQwxmkJ98+9cpeaT4k/sV57
TxBM12IvMWM28YBbGducfhWB8OvEWua3rVymp3jSwwxZZGRVwc4HQD3pcpSkekE9velJ/wAm
vMPHes694Xu7ZLXWJZzcB5NjQR4RQeO2SOcfhTvBV94h8Ww3Us2vzW6REIDHAhyTz3Hajk6h
z9D0w5xx+dRMTgc9aeilYwGYswGCemayPESX32BpbDUBZGFWkcmESBgB056dKi12XeyuaLHc
vNMPXGRXjVr8SfEl3dRQrcQ7pmCKfIHGTjNd3q9l4msdLmurXWUuJoULGM2qgNjk4/U0/Zi9
pc6l0R9u5Q205A9DTlYdj1rjvh74hvvEFjeS6hKsjRzBU2qBgbRxgV14JGAQSKmStoXF31JC
RjGKrzDPc1Y3cE8j1qvOGI+9+lSMn6ZOeM96co57U0nPbIqRR7VKGxVwZGORnAFSDkZzTIgd
zZI7U/aPbjpVkBjkmlHr0NGMjrQF+agGOBz3/SjHOf60A8kUZ6560yRc8in7j9R9KYDj2/Cn
5FNCYDrnH1p2ePx70gGaQg896ZO4u4Ad85pwHHFRjgU7dk4zTE0xwGRSE54xyDQGxgYprOQR
0pBYeBt5/GkLZJHpQrAj+VBGB070CtYM8E/lTW4U9TTuoOBxSbQc5Jx6GlJXGmMTkELT+3Ap
iDBP1p+Rms1Ypjlx/wDroOTxSf54oHP4VSIFK8URsQSMH8qQkenNAfDgdc0lo7g9SeobtZGt
JVhwZCh2AnvjjP41LkDHHNB4BroTIMLw9pKeGfD4S4KiRVMlxID1OMn8AOK8a8Way3iHXLi5
ZfkB2wg84QdMe56/ia734qeJPs1lHpFvIRJOd05U8qgPA/GuU+Hvho61rqzTA/ZbTDyA/wAR
Odq/1PtTGu56N8P/AA9/YmgxvKhFzdASSZ6qMcL/AJ711QGKReMDGABTqQBxTTyPrQfSjp6U
mB4D4ztWtPF2pJOWRXnMq4wCVbkEfrXrHgnxHH4h0RJMgXEIEcqAEYIHUex6/nWR8TPCx1XT
DqNqmbu1U5Uf8tE7jj06j8a858IeIn8N63FcNkQSgJMo7pnrjPbr+dU9UPoeuWnh6SDxzeav
sUQTWyopBGS+Ru4+gHNbt1OlpaSztgLEhZvoBk1JHKk0SyRsGRwCrKeoPQiuZ+IN20Hhh7ZG
CyX0q2wOcH5jyfyqN3qB5z4ntz/wh9jqU3MuoXslwzHBPzDC5/AVd+EMpGr353nJgXr6A/8A
161viTFaw+ELCC3khZbZlQBGBwAhHQVznwoYJ4pcAjD2z/oRVvYaPZgxzjB/GvLPjJd5udNt
RjaqvIee5wP5CvT1YlyOmOnvXjHxSvRP4vkgyGFvFGnPUEgMf51lTepc9EdN8HLXytO1Kcj5
pJUjB9lBP82rofHWn/8ACReHL2ysAs99bsjKikZBJHH4qTXN+B5td0vwes1jpdtPAxeYO9zt
Zh/u49vWtv4YtcXulahql4xae+uy7cdMADA+nIrWxnc2tVk/sbwfcseDb2hXj1CY/nXgPhy0
N74h0+1ABMtxGvTsDz+gr2/4l3X2XwRe4583bFj6kf0FeP8AgWG8k8W2r6fAlxPETII3k2A4
B5z+NCE9z6AubqGyiElxKkSFgoLHAyTgD8TXL+F/Dz6T4k1+5MBjhnmXyCehU5Y49smsLW9R
1jVPGOhaRqllHaQ/aBOVjk8wSgcjngcY9O9ekjlal6Gi1PEfi7dmTxfFAr4FvaqAc92JJ/mK
7H4S2KweFGn6faJ2OB3wAP6GvOfHlyLzxpqLbt22Xy1J6DAA4r2DwJbfZPBmmx4wTFvPHcnP
9acnZCjub7D+dc745uRaeDdTkJILQmNcerfL/WuhJyODXC/Fm7EHhPyc8zzKoH0yf6VnHVmk
tEeY+ELRLrxhpcOCVMwY574y39K98mlhhCrPIi+YdqhiPmJ7fXrxXh/gNLo+J4p7CzS4mt43
fYZAgIIKg5Ppu6V2M2oapq/xH0yxvrVbSO0BuBEJN+flPzEjj2/OtGrmcTa8E6LJo66okkRj
je7Ywg/3B0I9v8K6k4IwPzoXABweaD/kVjJ3ZtFWRHnB7H1GKa4JBGDnHBA4qVwOCTmmO5Bz
k8+1SWh5IDE5PNSqahUAHnNPQZIGBn1qVuD2JIvvtUoqGE8sO3qKlA57VSI6i9RTsAUwDB60
7GT6cetMTFBGf50HoegPrSL79aXHvQIBx3p/WmrjHHSnYqkxCqcf1o3ZHSk5x6fSgDFUKwKK
Xbg5pO+acCB+J5pCYKSexFOKg5zTQeOn5UE545BoEMdAMYOMUjuY8cfL3NPAIxk8e9OPShjA
EMvXg0oKk9fwpCw6d6YgG84HWlcSQFCCTmmq+fvGrOBjnv61XkiIOV6d6hxa1GnfRigg9Oxp
+BUYyvb8qdnjOaVwaHZ+tInMv4U1W3HC/jUyKF6c5pxu2J6IeBVTUr+HTbCe6uG2xQoWY/Ts
Perh7V5l8Tte82VNIt3O2M77grzk44X8M5P4V0IhanBapdXHiDWZruRTJLcNhVA6Z4VR9Biv
bfCuhp4f0OC26ykbpWzn5iOQPYdK8x+H8WnR6wbzVby1t0t8GFZZACznvyecYrtPF3jmytNJ
aLSbqK6upwVVoXDCMdySO/p/9anYGbOga82uX2qCNV+y2s4hjcdXIHJ+ma3c1xnwwhMPhYsy
kNLcOxz7YH9K7Mjt2pMQdT7VjeLNVl0bw1eXtsyieNR5ZYZG4kAcd+tbPfpXHfE5z/wi6wIC
0k86KqgZJ6nAHc9KEgOm0+4XUNMt7jKuJolc+hyoJ/nXinj7w63h3WnMSkWlyDJCw6Ie6/Ud
vY13fgrWX0e0j0PxADZXEQ/cNNhVkQ8gA9MjpjNYnxX1CK+utPs7WVJiFZz5bBuScAfpVPQa
3Nr4X6tLe+HGtZmJezfYpP8AdIyB+HIqbXrOHxJ4zsdLuIzJaWcLXEyg4yzYCgkfT9ao+D9O
h8LeHRda1OLEXMoYLK23GAQAfc8nFWPB2sWF94h1i8a7hNxdTCOCPeN5jQcYHp3qL6lMyPiF
4O0fRvDEt3ptikU/moCwJPBPIwTiuW+F7EeNbcdFeKRTz325/pXovxKvLCbwvdWLXUAuyY3S
EyDefmHRep4z+VeY+DbqOy8W2FxczLDEkhDOx2hQQQcknAprYD3Yrj06814D4ynFz4t1OZm5
84hQD6AAfoK9yu9Z0+G1S6+3WwhkQsjmVQJAOuCTz+FfPjH7bqbSzYVZZdzM3GATmogrDk7n
vnhW1+y+F9NtnGdluuffIz/Wrvh/RU0LSls433gO75xjksT09ulM0eWymiH2K4hnCKqFopA4
4GBnBOOlarusaMzMFUDJJPAFNN3JkeefGO5dNAs7WLP7653EDr8qkj9TXOfB2183Xr24YDdF
b4XjoWYf4U74t6zBqOpWNvYXcE6RxsXMbhgrEjuO+BVv4RXVlY21+95d28EskiIiyShSwwcY
BPqasDvr3Q0u/EFhqbPh7NJFC4zu3Y79sc/nWkzBVLNwAMnPpUxzisLxRrtjpOl3az3kEdx5
DFImkAdsggYGcmo3ZSdj581OX7ZqtzKmS0szsCBxyTj+dfR2n24tNOt7cAARRqmB7AV87aQq
vrdoJmVUMybmYgKBkZz6V7nrXjLSNL0uW6W/trh1B2Rwyq7M3YcE/iaqSugi7akkuvonimDR
YYxIzQNNIwP+rHGBj3/wrhvjJc5XSrTHBLynnv8AKB/WmfDW9fUfEOsa1qUqqVi3PKW2qNx5
5PAACgfSsv4oalb6lrsQtZ454oIAA0bBlySSeR+FCVmNu6NH4QWoF1qNxySqInPbJJ/pXY6x
Z22maq/iWZ8C1snjKgZ3ZOR/hj3rmPhXe2djod39qvbaF5ZxtV5VU4CjnBI4yTWV8QfFq63c
JpWlyb7SNgXdDxK/QYx1Az+dLqC+E9Q0i7kvtItbuaMRyzRh2QHO3POM1bxk+5qGygFrY28C
rt8uNU+mABU+4dvzrKW+hsthGAKjpmoXOM8E+uKmOcDHrk5qKU5B7VIyQuS2AM0sPJ5GDUYO
Dj+tSREnnOfxqUN3JoThmGKeOM0xCNzY9qcG9QaomxInTpSYPpUfmY560ofcOmKadxWZL9aB
x64qPcT+FODEn2qkrisPBAPtRupME85701ck9x60Ekm6k3Zak4x0xSAYPfmgB+e/alzim4+t
BO3k5p9AH5444pA4L4zzmo/MAOKQ8Ht9KnmCxYY59fypMc9/akDcD1PWnN09qrdEbADlvwp4
AB6VEuTnA796eOvbjrQkJjsn260bhjpQCATxQWx9Kd7EgQGHSmeUPcelPB3DPtRg5B7YosmO
9gVAvAFOxigA5o4znNNJCvccTxVZ7K1lcvJbQs7HJZkBOfrVjoKQH8fSqAr/ANnWRGDaQH6x
j/CkGm2OP+PO3wOg8of4VaJwKaST2NF2CQ2GKOBAsMaxqOyjAp4OeKQD04peppXYCrx61HLb
wTtGZokkaJt6FlB2npke9SUoqkxMqX2l2Wpw+VfWsU6dhIucfT0qpaeHdI02QGz062icnO5U
GfzrVJ9Pxpjrk5FKbdtAT1Kt3bQ3SBLmGOZM5AdQQD61FbaVp0E4mgsbeOUZAdYgG9+cZq6m
CoOO3QilGB0/WsbsspTaZYz3Hmz2kEsh43PGCfzxQdB0pgQdOtD/ANsl6flVsKSwPpUnXIqo
yYmZ0+m2MkccT2kBjjGEUxghR7DHFQf2PYHI+w2xHf8AdLz+laLqOPr1oCjpUczuWrJEVjYW
9kG+zQRQhsEiNAuSOmcCrbqjoyMoZWGCCMgj0pIlxTiMelaRvuQ9WZi+GtGXhdKsgPQQL/hS
Hw5owcP/AGXZblIIPkLkEdD0rTAxkfzo5IORTuxIaCT26daqT6bY3UwmuLOCWTGAzxhjj0yR
0q2cDjFIfpSKM86NppH/AB4Wvp/qV/wph0TS+n9n2n/flf8ACtBsk9KbtIpNstJFRNJ0+O2m
gSyt1inGJI1jAVwRjBGOaqjwzoqLtXSbIAjGPJX/AArUz60hIH40uZjsjIPhzRuf+JVZnBzz
Av8AhQPD2kqysumWikdCIVBH6VqZ9OlNPI6dfWldlWRH7frimk7QCQT9KfjC47D1NGQOPXpU
lkTHcBxyfao5QAKsADPHao5Bjd1oAZtPvx2FSRKQeBTRkk+oqRGOR0x9alFN6BGvzsec9KmA
OMVEgXzWKgAkDJqYdMe1WRqRtGegNPVcDFOApO1CVguIBSrwPpSjpS4zVoQgPP8ASnbe9JgE
4/WpFGARn86CRhzj+lHbPc9qXbhs+vrQeD9aAGhiRz+NP68CmEfL/OlRu1K+oWGsuOgGaeoy
M4Gaawz9M9KeAcipAcFORTyT0xSL6GlJ56Z960M3uIBnH8sU8D2pFB+lDFgR096NhC4Oc8ml
wG4/SgHP1o5H+NG4hRjt2pwFIPSlA2nGaaEwJwO9NX0wfXmnbc5oHXFOzuIQ89ulLjFGOc+p
pC2P8KdxgRwOmKQ80oORShe3aluAhHfFC4Ax704jIpu0jt3poBQeaXrQM0ppiYmKPzpaKZJG
y45UU0ISefXvU1JWbgrlJjcYxTC4ORUhPSo2XnNTLQaGgDnJP40wjDenFS474PSjbyP8Km1y
rixjA70vOKOgz+gpeo7jNWtiWNGc9KCT6cU6kIAGc0ANIOPbPFMI9qmNMwcUFIjYZ54ppHGO
9SEEZ9+1NYc+g96RSZGeOB1qPkjmpScnrUZ61LNENPWkOMU45z1pG6Z/HpSGMIwc9abyBwOD
39KcQPXH4UgHJGOPU0ikNIbOcn8qjkBUE1OQBioZcgE9e4FDAAM/SnIMnHb6U0AAdPxp8eS3
sOtStxsfEAHP0qUD3qGPAdgDk4/KpsHFWQxMYA5HFOA460mM0BckmgBwPOP6UuBSBcU78aab
JbAYPbp607v1pD7c0Dr1zViDHfNIx46ignA9OelBAUUgTD/GjAHNCqenb0p20dT+tKwrjOvT
rT1BFNxtNSAknHShIGxSueaXAPvQDxj/ACaRgcgYxVEAC275cYqTHFRxRlc85qQ8GhITAjAp
3Xmmk9sYoJ2iq0Qh2PyowOtGe9Jknvii4hc4H8qM9+MUwr3p2MCkndjF3fmaTbmgDFLxiqDY
QL7/AIU6k5xS0wCjIIpCeOelAI5pXEOopueKbkk9T+NDYElLUase5HWlAxnFF0ApPoaCwqCP
zvNk8woUJ+QAc/jT9gL7s84xUttgkI8saruLALnGSe9SKOhqB7WJ4fKaNSmc4IyM5zn86nHH
HpQlfcYEZ6ikIIPtS5x1NITkUnYSA0Z/M0gHPWkZsEDBOfQdKSuNjqQ9c+1ISQQBQSSOBTEL
u9vxprEnnApMnJHNISRkYPtQWKGOOnWkOfT6Cj196QkkfjQBG2cdPrUZFSn5hz1phXHGfyqW
axYzbgdqQjjH6U7BFNYZFSyyNhj6Uu4+h49KUjimkDr0pDFIz0P51FJj14p5wR16mopmAzxx
ihgR7yVbYSangBABPU1AmA446+lW0XHcVKRUhYhh2OO1SL0qOIkkjsKlBwKuxkxSQBTd4A4N
Lj1phTJyBQFiVDnNO6+vFMQEfU08GmiXuH9KXAP5UACjODVXQBjAP6YpFGBjrjvTyO3tTVBH
3vX86BCjhc4pFIJxmnY7c0D245o1JAnnnj3pBneeeKcy5P4+tDZ24ApghoILYzz2p69euaRR
gdOtKCFIXFJCH4x+XalHP4Uw/epx46VSZNgzk0ZBOKCOPmoyKXqAdBSY79KUNnjFLQAnJoJx
xQcjoaBxxQFhc8Z9O1GQfrSE46Dqe9LkADd1qkwaHD+dIT2oJxxTCQD+NDYkhSef6UjNzmgn
I4NNIBP1rNtlIUMT6Y75pQcjkChfegjvnmlqAoPrRn3pu4//AF6cDnFNMLAKUMM0hHPWlBBp
oBSfyppb3oIzQVz9fWm2KwhyRS49vxpQABjFKfxoSAbgHp371Xvppobctbw+dKCMJnGeRnn6
c/hVkgfhSYDDJx7U2wQi8jPQ0ZJBoAwaUgcGkA3A/wDr0hA6Uo6k9/Sm45+vtSSKEII/A0Zw
KXpzTDxzzRcpIb1pMg/hSlqaWBPUipZaQjHnHtTCePf0pzHPqKYePxpFIQkgjj6800kYxjr+
NBJ9evSkH50hpCE99vSopDkkdO9SHrwRUUpGD/jQMrrOQcKBgCpVunwOOahVE3D39qeRtxg8
VFzpaRKlzJzux7Uhu5B/EOKhDFj04xS7Q69R9Kd2TyRJPtsp7d8dOvvUn2mYKW4piqpAzjGP
SnMQnU/LS5ibLsPhvJCMtgetSTXZVSV61nvN83TGetIH3OPmyp4qk2P2SepZN/ID1GKkjupm
IPBBqp5IAyTnHSponweMBe1JyYShG2haN1KD2+tNa6kB6jFV5ZA7AKeR1prIcHBOT3p8zJVN
Fg30pJHT0pHvJcdRmqyKSB7d6sFFKdQDmnzMbhFdAS7uCGJcce1Rvd3Qf72V+lN3ADbnj1pk
uC6njJ460+ZjUI9iwL+YDmTr24qOTUrhWBBOPXFR4xnK5x0pHlDEDHHuKakxqnHsStqUpK/M
xz7U9L+UoG3n6VUaRAcEHnnNNmIkTjkA889Kd2P2UX0Lsl/ckEhgB61CmpXG/wCYke/aqikH
KqzAmnrGUQb2J9/Wm2UqUF0LrX87n5H/AEp630qL88hyOazxIY3Hp9eKdcxNKcqcDFFxOjHa
xdXU3cnac470n9qOV4bafcVRtojAg3Nu3HtSTRFWJydpPamJUoX2LEWoXQmO6Ulc8DH6VdfU
Ske9icnrWTFGzZAJHPBNWRhARKSQPQUmwnThfYstqTsnylh6GkF3K6j5yPf1qn56vkYIUetI
0ybM8r2GKm7F7KPYttfXCYzz6UranKkZ6k+gqm0rBOQSMVFE6sRnJJ656002UqUexpDUpfL/
ANqla+kIIz261VxGARnOeMVGHwdmR6Ur3EqcX0LsV9JkqxFTfa3UBlfjvWQXEbHPOe+KniZW
U/NkYp7ClRj2L39pO7ZUjaOtCahKfzxVMOiKBngmnLKGGFFJtol0o9jQa8cJkn61HFqD4O5x
14OKpyTt9zA9yabGgBJPPPNHMxKlG2qNkXeUyOT7CmpdlmAORmqUUi8r6+9OUFPfuKnmZi6a
RoPPtPWoo7oksGPSqru8jjjApCwDAfxU1JgqasW3uSqnP6VVh1ITTSQo4LxkB1PbPPP4Uxrl
s/KuT0qMcbmEYV25Jx1puTsUqaW5oGVs4yaYZyBndVaFy/JPtjNSBclsjFS5MORIDdOWxzj6
VEbt9x5+Wop7nyARjOOagklE6BlAAPvVJtmsKafQsyXDumFchvaoTduicuSegJqGOHBV95Pt
UkqptzjnrTuaKEU7CxX0m0liD7intOzEFXP+NVjIzD5VAHrSF8nADZHSkxuCLzTN5fHLZA4p
hmZRlifpUMbNt9qcWwCccVOpPIkL9oJGcnP1pJZWMeNxNNZgBnHsOKjdg2T39qBOPYVOHIJ5
pzSMBxz1BxVR2OTjPPBqWIcbd2cdM1FjW3UlSVQAOBnoDUiYPrnFMwGHTLL04qSFSPvd6TJY
5AQcYGMUju3H+NIQ+8+lLFy5DDmkT5jUUSnkUNDsJKjB6ipiFUcdT1qJ9/HORTTHdsk5YDpk
9QKa4xgdDnPFA83J/u47VKg3ckdPUUbE3sNSIhScZzTWjkQeuemKlZ1AHOM0m7zFOD9KaYrv
ccifL8wpsoQLjoTTgGaM/MNvrShMpknPrQTfXUhEClML3qrIkwfjkCr+RtIHG3uariMg7i3U
5qky4yEQ5Qb+h4NRyxZOFzk9OanZifu4/Gn4BQZXNVsO9tStHHHKuVIOMjIPQ+lVyjq7D+E9
qtrbLAXCkgSHJHv3NNkjGzcvJFNSLjJlcIwGR1+tOYZXBf5umKdI4kVQgp0VmSc4xz1p3Kb7
kDWz5yWPrjNOSZzgKCAPUVaYMpwRwO/rTTIEHTNK4ua6sSKAeWPTtVZh5kvyuT6imK5Mx3ZG
RwKfCNrsenNNaCSsI0vlyAZ+Udqkldmi3AHmmBizMCM4PJx2oe4I+UIeeORTHuVgjEYJOSOp
NTxDaqhlz6mkWFXlJAJ4596nChRtzk+mKTG5dBrNk/LionCBwc81IwRT0H4VVdlc5XP40kgi
IzkP8pwM4pDKqsQ2c5p6ptALDJPpSSoGG4Lk46ZpmmhKjFgcYJPY0AFF5UYz2NNQIvzZAIHa
gsCfvE56elTqKwL1/lUokEUgHc02JeTz15qQxhzjuKq5LJFZWPIHuMUPKoB2/rTVCwoTnI9a
bs+0DK5/Gp6kaXHQu4bPX1FXIrhSwyeO+ahigaNeRnPU05QN/Gfeh2ZnPlZbYA84GMdar3CM
MGNc88808SLFxuyetI5eQ4jPHepWjMldMbHHsG8gnvmpVIkZVAxipViAQLk9KI0WLJzz2zQ2
S5XIwgVjkbTTJQyk7ec0l3IWHCgj1pEDtGOn0pW6lJdWQzPxhsfWqwRShJxyetWJIWY43YPf
NRzKIVx6irTOiO1hHCqnFQFt3XJx1xTN7Z655qWKXjG0k1VrF2sKGRFJ9OnFQM7HPl49c06W
ME/KSaYMqucAcdqB2JVkOM5pss5GOR+NMBBBGM+poZR8uRyOlFhExkaVAGIGKRztBPXHGR3q
FhvPHBApUYlMDt1pWJa7EgfPKj3oGcjnk859KVCEIwQB9e9LjcSecE1kUSoCPut9R61IGIB/
SmwqFGSOop5IY8cfWkQLDIcEbcHPegsRz0NRsWQ54HrUbl5mAHAB/GhIOW+pZAMh9qkK+WM8
YpIV4Gf50r4IK5yRSuQ3rYepDL0P1NJgK3Tj2qMM8SqN2T71FI7saI6iUWyVk8xs46d6mi2R
DGB78U23RwCW5zU7xLtyw6Cm+xEn0HIFdDgVVdZQuEXvUyTCLnOVNI827lMcdqaTRKTTK+Gx
jBpSy9Gwp9DSyo81vtjfy5AQVIGefpTJYC3zMMkDnjvVWNE7jmiyvyjNROxRM7TuHOBUrM6R
jaBn61FI52ksPxpopXuI8p6seMU+BkZcLg+1QM8bqB6806CIKQ6kYpstrQsOiDgJ+QqMyui9
Mr1yKc0wUfMM/SgS7wTtBT0NLUjXqMUmRMENt9agndAV68+hq6eflXiqckDb/mPAOc1SKg9R
UClPl4I45FRKGEjL6U9JVDk784PY1MZgRlVycc4p6l3aCLCnaepNOmRVTPHHSq7Fw5bj2ApV
aRw2/p6EUrdRWd7hHIUiDKe/PFQvccGUtgAc1OGXyzj8vWuS8d6kbWwit4G2STtgkHkAVaRS
tubB8QWLCQ+fHGqDlnYKCfQVFFrdhI/y3lvzyB5orySe43ysjcqvCkcZPrVdsEgbcA9Mnmpl
fZHO8RZ2R7al6jsNucdmAyPzp3mGVht4A7nvXj1hql5pjedaTumG6H7p/DpXdeHfFiawRDKo
jmRcsF6N7j/PSpTa3NqddS0Z1iqSeeRio5ZxCyhkyScZA6UiSFDjqpHBzTnRSuT+Zqzew9pd
sfIz9OaFnJI+VsE9aWJoifmxn0qWSJX27ePTAp2siW0mJuLjG3ipkuAgO3nmo0tyAfcjvSoE
TsNxqNDN2ZdWbeoO3knkUSKWGAcUkIATO3GKCoLHcCBU9TDZkcUP7w72BParWRD8oGSahjCi
UdelTSeWxGeT2oFLUkE+ZNhX6GmXCM7A4G0daHQBQ2SCe9JErBWVieTnNGhnbqiFk3rtOB64
qJZ/Lcq3arEqhOeBioGjhlbnBPXGaDWOqHK4di3TjvVa5XeNxOAOuKVv3cnyZ29wBTXZ3jI5
X61SWprGNnchSVBGW/CkEwJIOQB3pVRNmDzjrnrQ1vkEg4yOtPQ20I9+QNpJXt3prhirZzzU
YLBmUk8dwKcgYqMtnPfHWmOw5G2plgCMU1m34PIHTFSBfkIz8uOBUZhIXGTk9qWgiRSNmO4G
OajYso+bhT1IFA3Jxx6nJ5oYmRRz2700hNE4IwMkY9Kl4CduD1qrFGQmS2TmlklKtt/L8qxt
cSVy0JSuCTx0x2pyyh2xwKgVyYvmwMAdqYqszht3FFhKKL4+Y846UIDu9QKrKrxuN2SKmFwq
HBx9aViXF9CYOFbGe9ISPMz6jvSLIrtjIJpswJYbaLEJEj5Dr/d6VIFU54GaqRu27a3JNPFw
sUoizljyaSi+gnF9C0X2YH9acJHI9FFUXmDuQikn1FTJLkDk9Pwq+XQlwC4j4BXIz0FLAPJX
dKQc1OvIGTgdhQ6oByNwzTT6C5tLCs4cAgY/CoiHDFi+UxgKB0P1qQ7VXIHB9aoXF/DDk+fE
AvUFgaWiJVi0iMDjBKnnNNk2BCJBgH1rOfxVpUUJMl2pHAyAcZqEeKNMndkW5UleNpBFT7RX
Gpal9Vt87eSev1qUJtj2qMDsSapf2rp+7alzEHUA4J7VLFdpNny5Y2AP8LCqUk9jTmT6jo0d
WYyAlR0OaeCVU8HaKBc5OyRSp69KewSWIqMD6VVx3uN88EgANwep7/SnSq7bSRx35phZUXnt
096kSQyoV7E9qYnpqiNrSPaWXjHNQGXyiq7Tg9x0q2Bg7cDp61DPEZAApHB5FCZcX3IUUySh
txxjpSzl1GA3y9qSNRABnAIPAFWBtdc/iKdym7MqxnHViT6V5n45v2fWDGMkRrtA9M8nntXp
8iGNWYD6YrxrxLIZtcvTv+YPjkHnHFUhVH7tzMLBm3su5hnpUbOCQFB9s0jNhc8dcECmkbj1
Az2xikea3qPEgEbDB5PcfpV7QNQOnazBcquQrDKk9jwazZEIyFYk4zj0pYgEJbjcOQAP1qZK
6Ki2me6t8injgDjJ60IfOyCfwrI8K6s2r6NFJMQ0ifu3IHcAY/Stkw+WdwGAeuDThsepTnzR
HpFsycDB9quREsnQDA4qiA+BhvzqaKXahDHJPcU2rhONyeWby1G0HPoKYFa5I52+9RFHc5U5
xUkayA9PpSasQ1ZF6NfKTGckcU5Jgc4A49RVR1n+YqQAB0NLbSiQEN94dai3Uy5bq5PMCVz0
7DFKqMsfLc1E7MxATGQec0yZJBMHVjwMY7UxcvQuvMoC8jPuaaJTuYdPSsie4VSu5sNnIA71
eilSQZHPrRy2G6VkLLMzfLtAHr1qihzNkY4q7JIAcbfoao7S0rbR15yapGlNKw6EiKeV8ufM
OcE5A47CnPcAgjaTgZqJcq37zr04qXCYPA6UWLskQh2xnGAfapPMIQhs49ab8rRkYPA64qD9
4w65B7Y6Ubl2uK0yjIUDnuaA6gYHBz0qPywoPzY55zTlAC7hgknPH+FA2TMS8eFzj+dN3AH5
sggc5oXcTnPHUc1G7Mx+Ujkc8UjMe2GPAAyODULsFXqSecY7087guGJzioyoAJY8Y6VSBlpV
7dMc8d6cyZftketNiYrjv3yDUoJds/5FY7CV0EihSOuD0pqLhj3AOaeqnzDnkcdqleMMg20X
6BexHITjrxSrCrJndz3yaeFzxjj0qIRFAy5/EU0CYyN9pKhvmPSpELs23Oe9EFsIsbQOatQw
gS88k/yqrqwpSS1IRG+4lTntSQ2u+4ZjknGM4rP1TxTY6ZefZFyXA5Y/dznGM+tYmp+I79p5
4LSaOS3JysiHbtA6k+wrL23RHPKtbY7cW0dtC8sjqiqDlj2qgde0lA5W4DlFLkgcYAzXn6at
f3ET28d2rI/3wwJ7+vQVXF/s0icJHtOdpfdnjvipdW5i5yZ2T+N4Jom+zxBMKSHkOeR2wO5r
M/4S3UdQcRW8giLj5QFA6dc+nSucMenyadbmO6H2hsl0Ixg9h/P86qwzJ5YA3Ry9c5yPf+lR
dsi7NnU9dGomGJnnE0YKlgepz9aqRSPNZXKea0OTwpbqR7VlJKwilOwE55IP3fSrFvDJdxu0
jklfuKW2k+uPXtTtfcLlcSOzypIxQNg4VTg46VMGF26kEi4GAOMA+nWoI8hGVyODkH36VFLc
neFDEnBAwOg/zmml2Fcs3BYOYt2d5ALL3PXg0yOKdN52ybAMMR61CLl47doQ21gwZWDZ5FOf
Ubmd2PnMARjKrjIxg8D+dHKM1rXW7rSw6rJKJY/mUFyVx71oad4zv/MkjuPLOfmXIxn2zXLo
ptbtDc8rMBuBOeDU979ih1VPssxaFThic4BPpQ0NSaOxi8cBJVW7tmU5Iwh/I4Nb6eLNLlEa
NP5e9SwJHHHUZ9a8qufNsr1ZGdJFPMTE5BGe49fantfRG4AYBgASgAxkntRaS2ZXtGevQ30F
z/x73MbFh8oLc/XFOBYfxb2Aydted6Bqun3F/bJq+YvLBML52gex9qsahp1yga50a+81ZGI2
xvg47dTQqkk9TRVmjvY1VnLMDnOOaeVMbnGeeMVxMvi/UNDuYILiP7RC6qzOwIJB6kcc10M+
vxXunpLp99DA8hKIJsKS3tnvmn7eS6Fe2uaLW9zKp2oQPc9a8a8UQOmt3XmYEplJAGMFecH9
DXpat4oFlPJ5qieEgBGAKy+uPT8a4Px0Xn1ZpbiExS+Sp2KP4u+fzFa06yloyJVHNWOaRDJj
JXGfmHpTLkRbmC/dByCKYoYqGU9+fb/Cl8kspDD5h3JrTqc4RbQoG7OR3oZPKkx2PQqaYEwm
fToD3p4frvDDI4x0ApiPRvh88MOkSbpk3SzEhMjjA6/59K6uW82kK2TnocV5D4fvIrHVbaW4
4SNyWKnsR/LmvX4iLi0ibbuDAE578ZqYaOx6OGkrWGqz4MmMr2AOaVXRCzMWBfoM1bj2JEQe
mOAB3qvneRgcjrV3OjmuTwXKIn3uenNTLO8g/drz61WEaM5DAY+lWoVEY+UZqWZytuShZCn3
gM9sVCqGKXO4n/CpRMTwy496qzK5lO3Hlt19aErkRRY88K/196HeXPQYPtTIlAAyoHpk1YLq
AAx7d6TBqz0Ks9ssoUsoO05qYBTGNpA9cU7Ky9s02RQWKYwD3oC7ejGvMMYQgn2qGKVhIxkG
ecZFL5Sw7goxn8apm6ZZWDAkYyCBTSNYxuizLGJJMl/l9BSBtgOSCBzmqqkyyEspAHTNPMbO
SrAbfY0ylG24G4Xnvu6ClhbIJ45qBQu4rwCDzzSPMN+3nAHYdcUWLsLeCVxmMgc0kCkRZZuc
YprFm5XJJ/SpEj3qS2QPbigT2JBKDgAkEDkGnLnnnnPQdKYNoOQOT7Ur/Io2AjPXmkZtDTua
Qs2MDoBTGw4Jbj2FPRW4+bIPPPaoXQuzBep5PtTQWLykBc9BTckvjp6cdqcBk4DZx60pVVbJ
6npzWIEsKnYSQcn1pTLtGPyqNJ8KVAOB0OaMbmXI5B9aLCsSyOMbmyOOlMaQ8HqD6U6VwxC8
DjPFUmugZ9ij5j0GacUNRLkUrgsWHHUVnazqCm3ltYbtYbgJ5jDJDbc8YNX0V1ba3OfWvPte
ut3iK4W/VlRX2gx8Ar2BqKr0sc1d2IdVffcBWJklZQ3muOSe/wDKsyG5aGSUM5ETLscd8VLc
u9z8sRzGjkK5boOw5qF7VjcIJkYbhvIHVvpWMUranGSSTxxxh7YnYQMhiN2fwq9f39nNaKqx
JHlfuKDgHHX8f61jOXY71QAgnBA6UwMjkBgdx+U8nNUkgTLiRQxSiKb5VfBBPOPbNNl2Jcsq
keV0D9wMVCZJVj8uVyVA+VTzjp+VGwyrt2krnJ/wp7MNwZovMGdwXoQaFuGycScqeMjk9uKi
IbJCgnqDu4pygRsfMGcDgY6f5/pT3AmDFV+VjtBPU8Z78VE9yPPDqoyvoKBNkgFD065xkd6h
faybwCFx1qkhA+JXMmBuY5wDgE0FwwTouOCQetKjgZGwMG4JP3hn0z3qKXDEhlOT0x3ppAxx
mZZASAyg4GB+tLL5bEeSp2kDcG6/Sm/6oP5allIwGPb3pPMU5bZuOOFx96nYQMxXGRvBBOCT
j8Ku2sVo9rIbj5ZBlkI4B56VRP7wKMOMDle2f84qZpQ7h1gO0AZAOfrSaGi3bJaXV5IkkxKK
nynGMnHemPfutvDEmT5Eh+YcZHUfTBzz9Kpu5iYPGNrE8Enkj8KdJNEbdWUsszZYk9Dz0NLl
GtDpYbDV9dvbeW2UNFGMxueQPrnv7Vf1CC7soLdNUhimNtIJB8n3UJ55B5rnPDV9cw6rA0c8
qhJBlAflI9PSu6h8bWt0Rb3liwm83ynQgHCnPP4VjPmT0LVmMbXVupNVudOuQsaWwZWJ+UPw
Dxj/ADmuP1pbqTTYrnUCZJrkbkf1RuemfYdq27mx0yTUrjS9Ke4Esp2yKDleOeD0xXN3001n
fKbzznNvmKLeu0ALwAeOlOFri1OdZdgJxhc4xmrEcqMG3EZLcNn2P/1vyqGUFpHZkxk/d6io
+VfaykEdga7FsQSNGwYbfnLeh9aaVIycdvWljneAhkbB+9uHOKUSgx9wTzkd6YiSzdfMKSkh
DgAjt9Pxr23Tp45tOtpIyRGYlK/QDFeI2xZQsm5cg5XNekeENTu7uE2k0Y8qNd8cgwBjoQMd
qyk7SudGHlZnWvIgcDdkkUqhT0AB7kGqzAYAOFJP51PbjbwBnA45rax6LVkPYgkN+FSj5dvO
PxpjsVILKMDpg00kOx2HPf6UmiHqW3yQBjIPWqc7Okq7c7TxjFTrNtUIRn1NNmlwoHv6VK0J
SaJCybQCRnrVN5RLuVX3EHp6U6Ztx6D3xVNYY4GyByTyapI0hAvGZ4YhhSTn1pwkLsM5FQPK
VVFXBGe5qV3IjLAZ9hQDj5Dpvc4/HiqhKCcBscjg5qZn3qeOcVVQq8ucDcpx06UJFxi0TSHq
E7daIy3O5sn2FIWK5IUZPvQz7QeP0oAiYKHYtxzyaDHEp3RknJBJzTGzKrHgqeMYqLzlQhQp
wDwMYp2KsTSzKuQpOcdOtEcmRjgZ6cURSKydMk+1MDZJyeCOAB3pEsmclADjOevFId+w5YdO
wpgd26Kcd8mnAFcnk8dzQSKr5PUcd801XyGOM+vNNREO7cOc5IxS5UdjhuOaCWiyoC+gPfmn
SMMg54H5VHG2R2OPwp4Yt1I2+tZAlqPVkJA/LiiU7ELKCfYVGFVFJ5x6VBNcEcKOccgiixaV
yZVVuW3Y+tVpokWUNHncDnOad5kxG1RgkdxTreB2OZsk9uataFbFhLtvLlJALIpPPTp1rz68
v7dVuEmTzrhpSfNByAO+D/Wuv1a6Nlol22zLEBeOTzxXFQXMMqSQ3HlwSkbQQoHfjIJ//VXL
V1kefiH7xUguUNlNbMAu5i6t0yQeh/8ArUsk32UJFBIGDgqwZfuk+menH9agkiFtIfMI3n5g
o6EE1Zs7JJYWe5DQqTuUgc+3XtyKnQ5i1d6QsTCAXaGRowygdMkcj61jsnlSujRkFTzg9x71
fe5Mb28kM29cFTuXkHuPyxVuawj1GMKrIkqZyN2cg/4U07AYsrtLIzScsRzjv6mmBgmOm3PI
x1qxcWT25PnZIJ+VhkA1XMbKRxgg5OD61adxbDy5zsViFB7mkJBA2tkg5JNJEzEkFRye4p0v
yMu0ZVsde1AhsyMmwnncCQB2pspUH5C33QafdKTIWjGEB6Dt/hTI0ZiVZFOeRzzVBYbsdTu5
yzZXnmgR/ICxAdT0NIAY2w3QDg57U2YjcCAAwH6/SqGKFB3lyQCuPT8KaqosoEnKnnAPUUoc
qGC5IbrgZxzUYKrjcuN2SCewosIVmARUy2SckE9OaclvMSCOMgHJ4zTCxAO8D2IqQ3UojZFL
ASoA2OcgdP5UCFjLSq+4bjjLEDt6mnNLsniZtroADsPQiq6StDvjjxmVSjDGSKtQ2knyDyyQ
y5D54x3/AC/rSehQ8WUk0pls/liLHYHYKRxnHWuhtIblLWbzU8m7kQ7GkHU565+lZ8CaPK6Q
m5ljVOZHb7rH2A/IVtSpPqOtW9zpc/m2cMI27wPlIXHQ9yc1lJtlFPTIBouqW11fNIzSsCpB
ILHjJ+lbHibXLTU1lg8gNHFhi+0EnrkY61j6Rd65Pezz2sG+ReC06kKq89M9OnWs+51G8lWa
6a0CPO5TegO0nPOP/retTy63GnY5+9VFuXEOVUHgEc9ah3M5YyAFiOWK8n8qtXm3yohsXcAc
4BBznvmqalDwqt04z2rshsQ9wB3PggD6Cnj7hUZJJ5A5zUT7mG5CCrHkVIpIQljgAYIqhEh2
jhgDgZwtbeiXN/HLAtnMqpuwS5CqPUE1gpIQ6ngnqeM5q01yxthCPkQNubA/DFZTRUXY9Wid
7uNZIGDhcgEdD2q1BK4kYPlevBrE8GQXceiRtvRkcnZznA9DW2JJBJ+8KqPbvWkJXR61N80S
y88bjYrEsBimo4hiB5wOhHNVWcRTb2IIfoajfUkjwq8kdBVs0UNC9JNKcFQAM96VWYrlzn2F
RedIsYdgCCMgDtUT3cjsI4wF780rBy32LErLKnysVOOeelUGkuGjIDKQoPIzk4qd5GjBJxg+
3WokuQ7FEA3Bc8+9BpGNtRqLNNGC7kMDzV5Zh5SpuBb61VWKUpkEKxHPcfWnxwvg5kGcdhQK
VmSTSsqsFBLY6Csv/Sbc+bzkHJ56896vys6ybjt2460xrpQGTHPsaEVHRElvLKZCXZNpGQB1
qZpS5GNvPWqSKZGDnKYzgY4oKOsruoUgkA89qCXG7LSSwncq4BXqBUMpCrluQDVdAqz5YBWO
SB3NNmlWYeXh2YnjAx0p2DlFjuXknKrjbjg4xT3mBZUXO4dMf1p7xSJAFjCjd0J7ZH/66rwW
8kLEl18wDgdjSFoXEmKnY5yfQUNMu8IWAJHQ1HE5WXawPuR3/GledHYlUbco/u4pENDlL+Yx
3LtBwRT93v0HBzVZcuQGUhSecinIrI7fKQp75pktFqOVR90YOcEE1IzYReevoearO6KV9WPa
mSyr5Z+c7s4A9KysNK7LgYucdMH0600SKXA4PODkVQJuDEZVlIA7U62j+6xYknkknoeadi7a
F2SYRKWYDJ4FLFcnbjBIH8WetN2u0PKbsDqO9VmlaRzCsZHPU8U0ibXKfikmXTikfLyuqjno
RyK5LULGV5csvKAbicAk8DGfqa6HxDLHBaxJK7LOJS0RXJGcdSfbrXNTRX3ztMxYync535GB
g1y1fiPMr/HYTdbwzPbTw7XJ3bt+QOOP85pJNRabbHcKJIUTaABjH496r3R2kbgZJFXqRn6f
59qluYYk8sQujeYgyFOcH19jxSSMSNXVoZU2Ir5BUlscd8CoQ8okQojK3XfntVuWdbi0ih8k
GUDlieevGPwwKqvDMAxQM4X5ehwOf8KpC2LC3MksYQbpAvzMSQcfSoWhaYOsbbiFB/xp0Mro
VkZVJRcE8dD0OPzq2rwTiSZf3krKcKRgDjtRsPcyiCki8tuPelIYo43KFwM7sc1ZQwsjPJIy
SIBtBGd/tV9tKS6SKaEqAR8yg5H4U1KwrGIysU5Bx0yD+VKAFOVLL6e9TzQSRXTRqjDaeARj
NQrFJJltrNGuT06fj+VUmg2E3mdG3MwK9MHOTTPlYBlIznkE0pDoQdpBzkEjr/jUZU7y5P3h
xzVLyAfuYSfcK/3Rmmkg8tlWBwRimpIzvhsIQMDHNP2ZxIMMB94HOKNhJDnClD0Cht2Vzg+w
/wA96S5UI6jKMVUfcPB+vvTks7iS2WTadhbCkmnz2avCI1kHmxqSyYOVxz9KLlJWKZDSM21W
wvTjpj1q6NTuPsaWpCrHggMevvz9aS2vDYrKI1OQhXI5HPc1Dvk+yhWIIDEhMfMue/0NG4JF
m1jt5b1EuDsgdsnncw455GOtbNxpNs8Uf9kahI00bnMZOMDtj+tU4YYL/TJja27pPaqHfgcj
PJ9ajS6iKmeVwLgIBGsSbAOxz27VlK9xmnNPrukEQXYlliZQQSvTJ7kduabf38d/drbR3ght
IDuRGG1lc4zz3BNAsPENhOl1JDLLHKoONxYY4446VS1aS4uZxqGp2A8t8oNg24Yevr1pKzYG
drjRNOskKDynOQ6E5Y989utZIY787MDOT7Vs6tp7RWUDRAm1fLoxPIzjg46dKyOA2Fbr7V0w
2JkNZzuxkLhs4xxUpy0eCOSByP1qM7S/yn5SOQ3+FOUkQY3ELu4Huf8AIqiRqqMBcgHnHNXL
LzpbeSEOojJBbPqOn86o/MVAYcDqQK0LW0+3yELKEIGTk8D2pSKjY7Hwn4iit3XTCMxyYWMl
uFP+Ga7C7m2oqtHnIwfY+leOQXZtnVY4x50ZJDkk4IPBFen6Rcy6lpUU5InkZdzFex/p3qKa
5Wd2GmlozQMXHDn5ugOOKrjTolcOQSSck5/z6VfihcriRMYFITkYAyF4x0/z2re52qdtitNM
gTDZIB6Cqck7eYSnTGRn+VaUkaGNsYyay518ll2jIJ4JHShG1OzLTRzTOrKflxnGe/pTo4kh
YtsGWOD3qrBclJiGc7emSOnpV/koNwGTz1oY5JrQUP1Axx1NLEzAtkY/Gs3zylw6nJB6c9fW
npeqwcsx9gD+HFFhcjsW54/Nj2yYwew7f54psNukS7cbs9c1VeTcSxZgQMFRzT/tCmIBmIPX
HU/n9KLBytDmIhSQKpHGck01BugLKSWJznPBNEiIysu84PzHnrREQqg528/MMjApj6ERQzzb
nzlRjAoW5ENypdTgKSAB0/CrDlTvVGxgZ3AVlIJLiVlMuMHA9+aBrU0HvfPkUoCBxkDrUofb
knLc9x09uKgiiFvGzNMCuBn607zf3TOoyueCcdcUmjJrsLG7SyF8gKpPGMVaULsDA5J9O9VE
fcucqFGAeDmpnYhCqsF98dPekRJDZZVDhDkntz+lPcsyr5eMdznimQwAcs+T1zihpFCdhnOM
UEMttskgB5GD0+lVZkiA35JzzjNNxIy43fcPPBFSIFKksGJHUHmsylpqNAUxkJ904OP8/hTF
lxKo3cdDjFS35WMqcEK3Uj29qpRziVvlXkDOcfrTRrFXVzXSdgNkYBC9DUdwQWzsGT3zULQz
GJTHjccZwaeCUj/e7i2Puk85poztZmJraPLGG8qJ1i3MxkI4zjj3/wDrVyrXM1nclpI8wMTg
KflA7Y56VueKVE8sMXmqqFHbBJyxBGB/Os2yNhlLOZnV5DhmY/Kg71y1PiPLq6zZAlhNJOkl
xMiiVQy88MDnAPp/SoLmOS2uZFbb8rbehPueRWjf6TayXTSeb5UUZx1yDj0qPTrm2mdrOWct
A3zJu9SO9SmYtFKKXyz5UkalgwKsR079anV1ivnku18sMdybB8p9PwNQzw4SX7PmWKNvnKgY
Xk/5/Gqy+ZKNm7KAkkk4xTtcNh87h52kA2rnBC1YRUtHUtKQ3U4GcDHf86rKfMMhVAdoAYAD
H1+tOkZCm6I8nsR1Ptj+tVboFyX7WhQ27JGNzZLKOTx/k1IZxbAG3ldZEbBQ9GHr/TFUiGmK
oMgA5x796kkEgswHUYb7rAdSO2fxo5UFzatNaE8jm6gUYjJBHU8f/WFO01AjloplMMy8xkDP
J6Vz0ckRkUyBmjJG8IOcY56+1W5Ig6tcxZWENgBjgkdfz6VMo2C5LqFj9kaCJpBIzMWxjBIP
qani0S3muB50ywiRC8YLZ5HGPfNRWqWNy8lxIwjRMKIwxJIA65qnI+65DH91Cx+U53bRT1GW
brSltBudxIzAbNo5JA6H26VcXSVW0zJMI4pFHmqBgKR05PvVe0W5vbiPewZLbBDd8D6dfTNL
easl5pU9u0W10bKlTnPPHFKzYF5INMSJBvXyihjDbs/XP481ltFJpl4t0iLcROCVIPQDjp2q
hK1tEgULIsmBlmHygn+mKvXWlyQWaFbeV3ZPvqcAe2B1xTSsPcqebEz3M8SsishCKx6Z9qjW
2d4kngGSg3SKFPyYPU+x61YisZ5NLe6jWNmU7SgGTjHXH86j02xlvicyrFbu21izED6e9Xew
DtPui63zm4FvM6bQApw/cj2rdsZ4odLt44YbZpXcOwbBYDnPXr9KxmgnsLt7DETeaBsZuBz3
B/P8qke0m0d47mVEkETFQUbK5z61EtdgO1tPFc8Go3D6lGEsRECnljoRxjHvmqlzpkus6ZeX
UV2UtpZDIjTDGecjH8qZNrgvnRX0yIWhiCiTPK5Ax+pqlPexWVyLDTZmubQsZJV6hSOwx2zW
Nn0Hc5rV4bmzijSaVpIyuBgnbx2xWUdpIweD6DJNdJrd9earHIfIEEHACgYJ2/WuaVskEgbc
8nuK7aexnJWBVYoducY5welPjkJURtt2gkscZJOP/wBVMClSgyAGbjPapJWVkYbME8kA9KsR
AcKPlfJPUAcipYAFIHmFCzYLZ4/GoX+4Btw3fApwDKgyQD2PWh6gtGW7a+FnvDRByQcHbyOO
K2vB3iW50m7KxupWVthRieMnqB6CuclmkKBWjQbVCnAxn3PvTnudqxgRx74wQWH8Q9T+dTy6
FKVj0IePrm0tLomWG5liYAKynB55Oc9KvaP43g1a8itZNPfzZAGLRngGvMtPmlZJrdTEqzgB
mYcgZzx+VdJoGpxaT4ltpr5Et0MQCsnQg/xfQ1nJOK0LjOXRnpmp2FvEBP8AaVi4ztcgZxzW
fFbTyw+co82NslXQ5HWuN13xVDra3EDW6xSRE/MWzlR/icfnR4G8ZDQpriK/eX7AUzGgXcQ3
t6Crpznb3johiZQOgdWhnfDHk8g/Wppbr/R8AksT61Vu/GuiXrK1wjISB8irkjPqRxxVmCCx
1CNJ7W4Xa4yoc9v51oqqe56EMVCaVyKISTZO3k9+uKhnmMUpjQKeR0HJ4q5dJNZYVc+WR94D
INYs03+k7w5OOh75rRWZ103zPQkN04d0GR68VPaKWlDbgOxzVNWDSB274yD2q6roSoXaApyM
d6djWSSRc4gcGQA8Y5NSvJiE7FXk4I9qiu4ikMbnCMDwM5zVcJJI69cA9f60rGCVyeS6EcDI
N248dcYB9KokBGLM2GUcgGrUtuEkBm4XPPr1qtKkJYqrEgng4p2HHTYsYZYFkkB2t05oWVYY
AMnOcgHpST+SLeNBMW479B/hTTFsTkhscZHI6UibLqPFztUFeoHp70omlwxkc/NwR+tQkAKr
JwR2zRG7sA2dp5OfWk0Q0jQjnAQbt2emMdKdKqsmW7DOOpFQmVUkXzm3OTuUDgYNPchI/wB5
yWHGD0FIwkiVpyIhlwOORjtSB2TzMM20AHpkE+1QMrFmMncYBz1qRCTAXLjAX8sVkaKIXCGe
Jd7HcePoKRLIWiM4feccnP61XmkZSpYZ7knp1phbcPmkwO+DVWZoosu294WB+YgAAD65qfzg
8248lcEA+lZSz7FwAvTkj0q7DdReTgDcxHpxRsKcLamTrQtLnWoUuMLtjLKS2A3PA/nWetja
WUMd5dBsOxf5uD1xgVF4hmVr5FWKTz4+UcNwRngY+tVtUMskVvDdqwlPzA4I6+1cc9ZHi1Pi
Y28u01J1RZNmTn5uAB2/wqnFbo8Er7wjRLlSBnJ/zmny26pPHKqJcog2lEbBBH8/rTJLJoAB
sYBuQTxketNWRlZj7W8ls4XUKpDncSTxxzj09PzpsEySTHzLddhXsSCTii5tjaR/vCARjGD9
4Efyp032ZreEWsZ80jn5uVPf9aoCthw+cYw3zE/1qeZllRITGokWQkyq2dwPt7UW4knQQMVA
ZhlmzkccZ9utNWKaCYOBtJOQRjp9DTEMGba6VlbcoyBgH5h3+macZXW1bCt5W4lQx6HHX9RU
TYLKqyM6jgEen0+tTtOEf92wlRQRhh1H07UxC2lpcXVs8kAykfLKAM9P1rR0n7E8Lfb1ClRk
YPUA9cevX8hUGlai9glzPGygvEVQdBzwR9R1qhNO1yQfLAcAABTjoOvv1pPUCeaNJrueaxjI
jJyqtgcDOeKit4otkrNIy3GdoiIzuz6HtTUZPLZy+2Xjanr689qmjihfUGjmuVSMAZkAzj+v
FA+gOt3p5DL8gJ4K/wAWetVBCY33MCcHLJnr9a1L+789LcQgypB0cjlhnrj8Ks6zZAxJqBjc
eYoYogwCD0OaSdgMcJHOZFOYw4whc5Un0J7fWrdtqs0cElpdGTZyqyj7yf5/Oo/tIvPIsfLi
t4T8wY8knnknFWtNnhEVyLi4iWWP7qvyGAyO4OO1MfUzJPOG1tjhiSVkVvvD14qxc6XNa6WJ
5ZVaObDKi5HJ7/lVixjl07UELvB5Ey8gMCAOuPX06U671u1uI7i1kjGwr+7YdBg5/DpRrshj
rOAyPFFMy3Nq8RXIPKHr3561FcbNPKWUeoRy2lw+ZFAGVI9+1YbSlV2HcMHI9uveolTzSSMN
lcjAqlAVzuJbPTdZ1ayhtrkFXQI6wnsOO/eqt5pDJfyR6W7rFZHyvNPdup6fWsXRYbMSO97d
SW8icRiNSWLH+QrQh1688Po0EckN2l0fMbPzFvqeuR6GocHfQdzM1G8vHuHiujuKqVyeAR1r
LYGPk5yDgkr1rW1DUIL8lltitwQS5ycH8Kx2cksSflz0Pat6e2pEhyuT94knPGMClzuXcQ5U
d8Uwldn1PXPWnZPA3ZU9ATxVkkZI2gA59cDpSom8sqEAYJGT+NI7bkCZ5z64wKM4YFSAQO9A
IV2wwCqG+XBOT+dOVBLII/N2ggfMegprqpjiEe7e2cgn/PpT7byM4uA6rkAhe3rR0H1EltZE
kYKGIQYZh04H9akSaW4haORSzIAEY5O0DsPamyOJ5Zxbl1iwGCM/XH9ael/MmnyQYQo2NxK/
MAPel0C5YhSVbGa6VsMpCZY5yD1HvUEd5cvEsEMcZ8wBCuwHJJ4xnp1qxf6bOlpbS+ak/mpu
CxNuKjHcVmpJIYzEp2qxDcDuOlJLQq5pWklnBAIr9WBLsHaMDeuMY69s/wBajint4bKaSO7l
S5Vx5Kj3PJP4e9Z0haJ1aTDZ6hu9SzzwHy1hhI+QFyTzu749BT5RqVj07w/qkkdnZ2dxcLdX
c6mXAOcL2GR3pky2l2WnglWNgxQRsQMn2Pf6V57ptzJY6hDMZniUHBZBkhTwcfhmpoTHdXkt
vDetDaLmRXlBxkdDjscHFZ8sou6Z1UsTKnsdnNCykqeMDJBH6VHCzbhk4cNjJFQ2euwXItrL
zftZfPmTgEMoHTjv0NX57R7bDY3Rsflb1/8Ar1rCqno9z16GKjVVic3LyhQxJ5wMn9KlD7Cv
zY528dzTD5ItieBLnjH9aakyjI25JI4P861Rr6EjjJ68epPAqtKVcMBng9M9Kmml8yIR8DBz
j1qtgAkEYBoCKEDHGW6Z6GpUBKDngkgDvUQGfunOOcGpCSyqBjJHrRYUlcaCyuB15xgVZ85E
iC7Mnvmo4rZwrMoO0Hkk9KYo/duG5YnI9jSM3Zkq3OHVmUhlGKl3tM4MmcAAHB5zT4IAtsZJ
iAwP3SOtRtIZJVLYGewGBS6mcrPYsCZMKGJwOMkUlzNEudkvyt/DjAGKrjiTLY255KimzjzG
Ybx8uRkHiski4pEbXDM2Mggdien+cVPJGg2jzFbdycdqp7Ci7lJz9OKbv5z/AAnrVWNkrkzx
hUbkggelOSUxBVXq3UH0pQ25N2DzyQKSMEMSuD60wlojMvtTjimPm2r/AGtP9U/G1gMn+eKi
1vVZ7yCBLqBXYxnMgAU57cU2a7vY5JLrCmGKQqRj5sE9+5qqLeCR5p5RPIickqPlXkcD1+tc
T0Z87V+Jla3hu0SWeMgGIAsvfB9u/ap/7TW8tZEvlaSdj8r7BkemCKrpdSWe5ooyY5RtYM2c
85q6t5bpZxo9oQWfd1yCo7A9etBn0KbW2bryppSsgXksc89gB29KiiD+YrRKcr0IGO1EsqSX
rSTLIASSMtyB2H8qfaTyW8gnTJjjPOT61fQBGupZXDs4VyNvTGfc+/WkcjHmbjv78flSzvC9
2JLeJtgJZg7DJPtVVmLyksNm85wD/KmlcRY8uS5uB5aE4GcAdaLfbHcMGTOcggdjjA/KmxOw
k3xs3mKTtx19qVAxdnc5ZgSSD82aYWFUoZd2CFBByR9Km85AZZ40Kvu+U7gcA5x2+lMS9l+x
yQLGrAv5hG0FumB9B0psrPNMG2CPaACEXqR3NSIsSWEH9nxSxuHmMhV4yMFfQ89evanXcDW/
liaFA6EAkcYA6hvfkVGl+4Ba4UToxbKFiADwARjoa6iK0sryKxuBcpvmt9k4wGwf6Gpd0NGT
pGjR6pdTRWjeaHBO3ptOeOenrWpLo13GY7Rrny1jXaQ4DAYPTJ4xVSyv4NFvriLTJWjEeAxl
Iy59vSsi88QXc892xdTHMSuCeQD7VKUpSK0RDPaxafdt9oi3wEfKQQM+n9aqyTQSwEC3O8H/
AFm/39KrnJIDHdjjk0hYt8mCFOCQD0PvXQoktjGKK2GJJx2qILtUs2OT6VLJnYFbAY9Mnt2p
h3jAwcj+6KtIQuTjK45GCBjj3pqKgDBmKgdBg09YpFXcrPwcZA6U9ZZIkMMsJZiQcnO4fSk2
NbjorKR4XuFk4iPIJ+b2q1otsl3JsbzDI3KlevHOeOaq74lilMyTC4PChVAGc963ItDvNM0O
DW7a6SIsQUCsSRz64x68VEnoMgvrIG2hazjledHKuShUkdsg9T71z+DjbwMnGDzXZXevXLpI
upbZbgRgjauAwIzz789a407lY4HBPTtRSbFIcVDoDnjsDQJPLb5QFI6EVGpAKhh97ippYkWL
5cg9wT0rYkiOCvqem6nfIWUMvAHzFe9MZW2HODjsKaGZDuzyRjnmgROyqIml2sQTxjhfyp1z
GIGRmk3SZyy7enpUaq0iOoAP8TEHoOtNUA58xzyuPqccUhktvAJgxJVVCnLMfy/Wqwy+VLZZ
jnAGc0iPg4IUDpyeakjupIotihFJbduK8/TNMQwxYmVYZC2CACeDnFPO1Q8fl/vN3yuG6eop
RK1rdh4ypbIYgAEc8/1p2o3UMt551vEY88svbOO1A9C201jdaLMzITqCsADnqvAzWasD7JHD
LGY/vfNgn2p887XRULEiAKFAUAHHv+tWNSCQNEbeJ4GCAMCc7m7ke1C00HuV44jJEjh4zsH3
S3v6VfnuRLYJcQRwgrmKaPA9OD69O9ZsVtLIrSKQFU8nNODyzSvKdnmMCGGAByOtNq4Jmno9
/daZdNPp6oT5RYrIclQOpB9ea39D8U317dJZ3cSyWpyGYjBGe9YGg6Za6pbzpNOYrhSPKA6H
1z+n51vprkGi6Y1olnDLeW52sxIzgnk+vtWE7X0WptTlKOqN66tjblfLbfFJyjDqRmmi2Z03
7TtXiq3h+8GpaM8IVkktwGEZHRT6Z61o2quUkHIxyPSuinK61PcoVeeGpRLYfkY9qAQy5xx7
07nk5GfSmp+9IRQRnitLHT0FQMRhSfSlI2jPGeg9qkuYPs5Udmx/k1CwAIXg5Azx0NIi9y3B
dotsyTKW3HgA96rpKCDnG0cc80xjlCmSBnJxUanCkKAAR0pWI5S5LM7hVyxCio3dtoBAQjkg
c5qJm2qCOD6e1DlQvfOcngUEONi2MgdMYweO1I4APy52kc5pbeQJMPMQEZ4GabK7AkqMc1ki
luVpS6YHO046elREDzSdzcc81ZV2ZiSo9OaneCNEVgy7ieQOwpmilYbCrohLKTzn61ESSWyf
mX05zWgpBjK5B43EZ9KoXKjl4WBYc4p9DKc3Z3OcvY7q1u2k83O5sKFOSRjPI/LrV621m3ji
WCQSB0zklQFPoD+XpVO5e7028VpFjwXMikjIcZ/LjFO1HULae6k8y2xvOXKk49semK4Wrs8C
esmUbsyC6LTBFEo3AA5ABGcCpp5Y4HmjI3whdiZPKjPBHtx+tVFWSSf7Oi5jcgKSOevr6Vak
ga2vGhmt5G29EPUnvyO3Wq2IKwNxfFYW2tsXjGBhev41E6xhgIycEfNkdKupdWqRb1t5Ek53
EOOn0+nFMhMChkWNpInIO4DDIfammUiNDEqMpdQrLweSVP8AkfrUbEXEIbCqR1AJyfelldXh
8ry1BVsg4+Ye1PitjcShPMCtjjOAOnrmqWgFdiqcqDgkj8KejgMrRpuJ6giljgyGVl5UdQev
NOheS1LNb5Bxzx0FO9ydeoxrieJ2dWwpGBt9MVasml2TN8xUoVJjUEgnpnPQZotJ4XuEW6RT
Gw2s3Q9ck/Wp00+6W9IWJ7coN491zxSbHYk0izs7iyu/PJWZhiIAH5X6gn1HBpqK+joSzRNu
bMiK43YHf171Wa7lsIWX5kmcnkjgD2qmZHlkYuwdiSSSexpKN9x7EmpXaXd49xDEU3YLZ6E8
gn8eKqgFVKoRvK5Vscj1FLsCIdwOM5GT71G7nYR97B4FaJdiR5hYRKVOOThs4BNQjgMGG/rg
571JGhLY3qARkEHkUbYxC20ktnKsW7VS0AiVS/IUkr1A6miKQrngAex5FSF3ADAnkcnOM1JH
EZFzjai8nihsFqROCmSHIzhgKuCeeZJGGJ1yPnK/Oo6/XHbmoma3+ygiQmXIyMcAD/P6Uy1h
EN8kczqEBALA9j3yKXQNi5ZwWs2qWbyzCWN+ZlOQcgcj64qT+0Xlb7Hb3QjtI5WeFJBlQSeM
8ew/GqU4wzCNREucg4yQO3PfP9adaJarcgzO7xBMuqdScHA596lq40aFlZXVxrEklxG8nlL8
6ooO7jHyjGPesa+AXUJgCCC5wRjkZxXVaXrIlij3XEVtLv8AkC9cDtz6g1z+vJH/AGvKLc74
wenv3A/GlTb5tRS2M7IYEqMMTxn9aHf725sNt54oIVWPAIPAPSmMAvGMZA6ityNRx+eRXYvg
j7x5/wD102PBfDH5AcsAcE/5xSbWkRBg7s4A/wAKHUeYSBuIOc0w6l6O0jvrmVbadYFVfkEz
YLDPT3NVFOx1/dghH5GDg+oq7BaNK8IVFlklywVGACdhnHT6VuQeDb37KWkjlYOQ2UTr78is
+ax0U8PKSvscrKhmMtwSoO/kZwefQU1oXKb+Co9P5V01z4UkhiJ2yp6mRDz/AIVh39k9khRg
QM/KRnBqlIc8LKKuUgoDYYEZOc+lOuUiWcJE2VUYLHoT/QVPE3226X7TIieY4BkbgAYxyKrS
gJKRtBXPBH8WD1qkc1h0e6TEapHwdu/pn8asW8MJnmOoTlliHSNgS/GAAT+FU2cIyMDluSQV
4H+NO2Z81olMqqAS2MY6dqAuNSdoxKVIxJhWB64znr+FXUuLa3FvcRpHM4BDxtnBPYn9OlVI
mjVX3IWDDjB6HsavX9pp9pZwyW10ZbhwCVHROOc0MpGppDaWzyX93KI3VWY24G0A9setZlgJ
553ks0czqxd3J+VV9/8APpUeoSRMIo1Ta0KKCSPv988V1FnYafqGihLG7WCWZd0qr1wOxH54
rN2jqWncn8L6o1zdRXLyO8xBhk+UBSOo6fjWpdSyQXEsILKu7IAPX0rHhuYtI0d7S2u4Ipw2
9HbBz2PTv9a3bhhd21pdo2VlUAtjqR3p0XqejgqlpcrKQ55brntT4iyZPHXripI7V2xgEKTg
E0SQyRMeM7eSc9RXQ2es5LYjuJ2kOXJNRmTP3vXjBoIYjcQdvoTUfA6Dr1x1pC02JGdexzx1
qMNtwR1J7mhj5K7mHX1pok3JhRz1ORQImimZ1JCkkcelKCXlBK4x3NRqQqA+np2oJJ479QTQ
Qy20ciT7WHOMgg5yO1XLAxCT/SNpXByD09KyxctyW+9jjFP3sQQGwccYFZByl2QxBwY2+UNx
x1FJclXdmzgEcYqtCMYV2571NKpVsFs56EU0C0Id5UcE4xyDUkI+0EJgYcjBPtSZRImwqknB
JJp9gA0kitwywtjI4Bxj+tEnZMxrytBs5W+jMUpJkSUpKQg3ZBHXp2GR+tWhbJcRfbftKRlo
yTGy7gcHgYqLTdEa9lupWIWO3G5jnBI59fx/Sli0iW8s5Li1jfyohjlsl++cduK4TwW7hokl
lDKsl07rIrYVCvHbv+dTandqNYmltJH/AHSfKSvOc+n41RjlaS3NrMzJMXDAkcdOc9+9P1K7
gktkEke26BA8wHgqO/vTSuwvoLaXlvbPM16gnSZTg992evHSobXUVjlndYwARlVAyFOPQ1Rj
Bm2gcuDUgXachMbTkE1pyoEW7eaKSaSW4CkspHI6k9+PxqNSjqhSXfIxA242gevXiqxIBADH
Pt3pcqGTnAJyAO9HKUTzLLbXJkTAZlLAKd3B9/zqBLhlZmEe7AOc9OaUuVDjA+YYyeoqRGLB
VIUZXbkHGRx1p7CsCRgxOdjFieCOnP8AjVxNSv7aRUmkYiNdqq/IAOapLeyRRtDtQiTjpyMH
j+VWyf7SsZC7M06AcHuM9fX0FL1GVr+R5rwrOp3btxXdnAPYe1Vlc78KuTgbV9TTCoL/ADkg
gDH+FLvXI+YBR0Bq0rASt8ygMxXH8JGKZNapBIyLtlIAY7GyOlR8g7VJx3weopUKg4UlG7nt
j2piZGq5UNlcZ54qQlUdniDbcFRn6VGVG45YqCvQDIpWgmWJXAYq3Qg8HtzQA5RG7BXbyxtw
W21PZSmymYxyhlIK5x94Ecjn25qg42sCeWHpVy3uFWFk8smTOFkDdAPahoExyLbp5yyqQ4X9
24OOeeDUiI8xtI7sxx2xUlZFQZwO5x1OartGqr5jyLLuP3QefbIq0LVrWxt7q4likjVgRCG+
bk89OnT9KQyXSbcXurhIVZ4RgbXAO5R3OeAK6rTvD0dvdTSNcRwWrHaYiMnkZ6+lcnqFwJb2
G4it/IWWNQsSNj5R3z3zg1de+a4gSLTpZ4lWFnkZweMDAUY6ntmspJt6BoT2umR6jrY+0LHH
EmQUTAcqOAcdu1Ymvw21tfmG3jZRGPmbOc9x/Ori209lZW+pwlzOXIkYtwwOMZ+o4/Gs3WJz
PKs7S7pGHKbcbB2HvVwVmJ7FJzk5wSvpnpSSthl53Ar1xTpG3BSVUEDBAHX0pEjLEqoHzdST
0rczAlQkciMwJz36Y/8A11LYRG51CJUQkM4CjHB55qtg9f4j6fSuj8HQr/aH2hvmEYwqrxlm
GBj8j+VKWiLpx5pHZ+FfD0N1rLkRKsUTbn29CR2+lemrAqrhVGBxWb4e0hNJ09IwB5jcufUm
tkAClCNlqa16t3ZbIqT2UM8ZWSJWU9QQK868b+HYLVlkjj/0eX5SOwNen4/GsbxHYW95pkpu
FJESl1IPQgVT1Q6FZxlrsfOlzGY7tlkALbufwOMU6eLZL9otSTEpCqxGedv/AOurGrwH+07u
Zk/dCUqSDxnn/CqiXcyWktsCDE5yVI6H1FC2MZv3nYrYOwsQcE7cnoKekkkSTQRyBoXI3EHA
bHIqWeNo4o0WUMHAdlUng/40v2S485baNZGkJyUHPOOv5U7oXK7bEcRht9jsFmDKSUBIx9aV
40SNJdrASAhdx7g9aUW8C3SxyzlR/E6rkKfTjrUcyw7m8sybB/q89/X6UxdDV0rVLbTNLu08
pZbuYeWu5AVQdzz/AC9qoTX5lRQoVNo42Dbn8qjaFredo5FAbAIGc9a0l0NzfQxSLIkMse8u
RnAxyT+NS1FPUauxdGtodSnNhvSOR0Ox2HLPnoOeP/rV2+kyE+FkgmmR5rZ8Er/COmD7jIri
9A0yK68RWlqbrEcjkebHwwwCeM9+K9J1Lw5baDYOLEPskG5mdtxLZGaS+I6MNJqaMtruQxhV
6Kcg+lRNcO/JY4NMjYlh1x0IFDfeAQqSOua2PokhzMcBeTg8c0skS7d2MduahI5JY7T0FTTT
u4VWVflGOKNRNFOdicrnH0pIE+Rd7ZJ6k0pbJyep9PSpYQPLAxtUcA0EtWGvhOA4IPTApWG4
Dnp6VGWJBG05z0Bp8R2qdwxz0p2IuSBQHBUYwMikLgZYHG05xmgMC5UFzwSQetKIGMZO4gn2
rArRAk437yvfFW5GUqAPvdRVRLV0wSCVHtipNg3nOevBFUribG4afI2sOcDFTyRzadBNLyrC
A4JHGeOuadbztE+8DDA9+hqzqOpA6ZcNNErKkeCp75PelP4TlxLfIzinYMGeeeV2kOXVal01
r4Ei3jleKNg2PT8vWrugWlvKsk4Ksc4ERPT0zmluru6aykmSMW6qAHYZBJzXE+x4pFq00eYp
UjeC5+9grjdnvkfjWYSZ7UK6kuGyGDcYHUYNOn1G4vGSO4cSJDkK+MnH171C+1gGU8g5OT3q
4qyJEmjjAGQd3cKOv+FMAAT+Lk8AVPI7O4QqCzDqOM0gXzVVfMBCjgZwapMaGKoUA5II5AYH
16flThGo3OTg9QMe1IsBMTFnCsCPlIOT/nFIfMZ3VtxULkkp+tUUmGSHIAAdvmAzxinths72
GCPugcL2pk0YQ5ViSFJc46c9/wDPekChYztIKsOn+elG4yxbBzZSOzRlUwACPmAPcflWyt5b
SpYQ2ThZ2Q+YTFgr7VgrJEE+ZccDO1jS3FyGminH3VABxxuxUuNxjtatJoNSkMxDF/mBHQ/l
VIO0TryCGOCBWhfBrnzLzym25JBJyFHpiswbTtwRyeAR0rSOqBh5qqx3DPqTTsgIBuAzyMdM
+tDqNqg8gc9OtNRVVseXuz93mqtoSOeVfLCAZ55IFSi5d4ApLBGJJBPeoxFuiY7csW43HOfX
+lJhHJBVhkfLgk4/ClYGNLK0uMkDODx69aTGQSo+ULyR2FGxUyWBx3BoTeuRHkBh84A6inYN
gjdRkNj1UMB7VYhguLlwsURkZE3OBjtzkfhinIIxarJEImcPkhuWGO2D2NOsNMvNSuvJsQ7S
E5baDhfy+tLcuEHIatrd3J89kfZEqghW5C+grck1ieLw9HFawhIk/do54fnqSfxx7UsXhbVd
KnWZ7d2GCCu0jIx0zzUI1C4FpcaQtoSsj7l4+YAHOM/hWckypUnFXNfTNMt7pLOOab/VLloy
3Xucg/55rK8Z2yu4vo4/KUMFKHr7fp71BHBp0jicpdw26sqmVSCQ2Oc/zp+u3f2vTJCz/wDH
vOEAH8QweT71EVaSM3scyGBAJyW53ZPakK4IJ59QDU2wxBSx+VxlSD6fyprDIIAIOc9eorqM
hqpuVwBu78dhXo3w60ctcwOygnmVyfrgD9Ca8+t0a5uEhhJBkITHryK9t8BWgitZZe24Iv0A
FRJ3aR0Uk1FyOzUYAHp0oJJyMGkTcc7unbinFcdOcVoc4gHX2rJ8STCLS5FJA8wheenXufpm
tfGK4L4oXRGkrbLMsRlyRuP3sDkflmkVDc8j1S6S5vWaEZXJ6gYySasaTpsl6HyAImIGQOSf
aqtjYtqN6qxhvLAy5I6CvY/B/haO2tormdAWA+RSPujsfrWb7I6acUr1JGHp/wAMlnhjkmCK
CMkEZb8aivvhfLCGltJNrjIHlsQcV6ntCgDBwKQ4btVJJA8RJvbQ+c9Y8NXWkZSSMnHXj5vb
IrKYm3hJEnzPlWXb0HrXuHjnSEms/tcanenDY7j3+leI38Jt76WLcQobj8uKcXrYKsIuCnEa
IpbR7eeaLCk7lzxvANal3qtzrd1HBbx+UzDy9qN8p5zz/ntWKd8o5ckKMAE9q7nwzbWM+kiS
BlguGYo7E/NnBwRnpSqO2pzROf021gstRure+uJILuH/AFJj6Fvc+neu10zUrm98NsLq5a5X
dkOVORjAx+Briv7MNzqE8kOpQrIJSiF3wzdef8+tdBomqS3mlTQTRrG0JC4Ubc9OcetJ6tM6
MP8AGiwQUYhGypPakDkMS2cDjkU3c2wc4x0yaU5PGeR3z1re+h9EtETb2OecEe1KB8p3Dt1B
qskpQcnJ4zxUkciknnkc9OtCYmxxUbT0+hP60xI2JYEjnqc0rENjgZxR52xMKCAOcelUQ2Qk
CJizMOvJzSJKDKAuWHWmTESbSoySew60KQjBc5JGeaGzJ6GhGu05yCfTmrQbKA5GcjA6c1VK
E7iPpyOlPh2g55ORuyaxQ09SySVjPOc9z2qEFjkADI5BApWdfLz3Y/hVdnkZvlGcnPWqC48u
v2kAYB6gGnXSy3GkXoj3cqAMDJbGcjiohCn2jzMHdjkio9WEy6QTExAWYlsHBwB/9eoq/Cc2
LdqZz9k0cJ3SLIFAA+UjAOe+eoq3qd5FPOyo7bcAEH7pIHXjrSQ3yQ2U0MllC/nAEMzFWHcY
Pvms50BgZiGLb8EDoB/kVypX1PGIf3e5SmQWGGOehpW6KO2eoHSlwONrICTgMe3NP80vvGFP
BBboKsQxm/eZUMFIwDVkRYOGURkDIJBHHr+VVUVHwuWBHv1qRgzBfm4HA57UMpE0sTBGkZwy
hsA7un4dcVCZdsaKMhskMSevepGX5d2WUHqc9e/H4ULCwLFlVYgcsV6E9uaE9BjVKsWOAQwx
gn8KTzPL+Xywy56Ht/nmnl4jGvlrtdB8xyOT7Uy5Zkl8uRfL2rkgnJz/APXprUBshwzfuxg9
UFNwS6oSVjc9Cfu+9KzoJQqNlB0O3GaliubZ4p1ljkaWTBRg2ApyOophcsGGOW8MNnK8sRIV
SRjOepx6VnXNsYLuSJgQ6uQc9sf/AFq3tXsItIW1aznVXktwX553Z5xjp2rKvobhJd84ZyQN
5PvSiynqioQQ4PoOueKSTKsGV8nGeDikZgyFueDyB0phG5/lGOP4q1RIoLMCzZwAcc9DSIec
q+CBzSK2Mn2wc+tSwhAVEyZIPPOM+1NgGdygSHgDC46/55phb5sEkcYp7AMQVQhSePanIWCY
dQ6EdSOlK4iextxcXAjX5l7nGOK9r8FeHY9J01XkjAmlGW45A9K4D4b6L/aGpFpgPLjOcDoc
Yxn869nRNowo4A4oguptVkoQUVuMaCN1IZQfqK868e6dDpyyXMKKu5RgDgg5wcfga9LI9iK8
++JWWEMXk+cChbBPXBHFVLVEUW5O1zhNIsG1DRZrZvlUOW356/Qd+mKm1fRlXR0EMbRxqdxL
HlyOufU45rP02+to7uWZnltolHyxISQeMHIrSUpJp1xLp8zqBESscuWzj72Ac4OMjtXI00xM
4xSoB2gZU8ZNK4QRjC4bvk0FQGHIBzyDUrv5iBSgDINoYDljn9a6iEruxreGrASPJd7DiHgE
YwXPT9MmvbtAs2sNKt4+Pu5bHcnrXnXhbSTcrZWUaBcfvJj1yx5P6cV6x5RhiVF7DAqIaybO
qranBQJx/WndqaoyoGT9aU/KAc8e9anE9xrttBPYV4l8TNWfU/EHkx5EFom3IOQSc5J/SvT/
ABNraafa+SrfvpAT16KBkn8q8SR5Na1gyStuDsWdfRAc8+3aolK2xvTpt28zovCOkG4a3g6m
V/MkA9Ow9uP517FDGIYlROABgADpXI+A7ILFNclQMnavH512YGOM81NNdTXEOzUF0EHp6frS
EZp/Tig8DOK0Zz3Od8XS+Vok2BnfhcemTXid/bw3HiNoZ5hFC2Cz5zjj09a9r8YyFNLVVIDP
IF5FeD6gUl1S6dixhMp+YdcZ4/SptqbylalYrz3AkEdsFjSKIsFkC/Mcn+IjrUfmTuoVN21A
Tgdh61JGI8CN1wGkB8wnoB1/nQ9q32Vp4nUqhIZc4IGcA475qzl1D7JNNaC6W32xRjmTJG4/
X/Cut0aSK8+13EcMkcTKigtzuYe/rXJvKbVDAswkilClmGcc88ehHSuv0ab7RobOj/ulkCLF
gfLjkn6nOam2qOjDfGiwy4BfOfenKD5ZBAC47imBgWAOcZyDmnuQUIBGO9bWPobuxEUABOSQ
MHimh1JBG7IODgU5pdyBcYB9B1qFCPMYdSOlOxDZMpIGcnrxmoZHIHCnBPYVIrqQCRjucmmy
z72+UcAYFBLZE2SwwcH2NPwFZR1I79c0xlMjA5OOpyKnjBYgDOSccnpSJZbc4BGSMDimiUIw
QEDIz7U3cAwGOMYINJlZJckcg5Ax/KsVsVYneVFUbsYJ7U3cFIZAOD1NRSKJMDOcYBx39qSP
IGCy7e4rRbAOErNKenB/Ko9UmaDT7NGdkikLlmC5zngCmyMU7ck8EelVfEzSI9pEpIRYgR6Z
NZ1VocOOlaCRmjy1sQ3nBmJ2lG6gdj+lQ4BUHIBXOMHGaW5lMtvGqwopQEEjq3XqPbpUSPhF
28MOSM9K50jymGVJJUBRkkgf5+tDJtwGBIxuHp3pXU7sknDckDNIqswYArgHOQT6elVuBKqB
YY22EsTzk8EYqMAlwNpJI+WphIGtUUlchiN2e1OnZpTkkHbwCOOKNholicHYJQxVQAAecetN
kP70qGz8o+UHj6/XrUMTtHMHTDBP4WOQfw96dLGZWLg8kk7Qen4elKxQh8mRm3Hy8AkHG7J9
KgQrvy8e8HgAnpU/2fzAvlsrSZChQD09aJlaJjGVCsnyscc/nVKwXGTxGL5NjeapGSTnAx6V
HKiReW6gnJGQRjn2qUW2Nsm/I6sTxTjL5jhZJGKnovYD+lMLoY7xtEqoJBLuKnc2QR2/KtW7
eHzVWa3YXMiDcC2APfFZvlNJIRbqCCeu7vU1q4W7gnaCQ7D+9Y/MDz1z06VDXYd7FK4tXgmZ
HJO07SR+VNTLAlB16kdqvagyzT3Vy8wJZ8BNuD6g4qhG5XhQwHRucZrRO6F1BYCdwbIKjtRL
D5R8ts7gAy055AwJOSMn5Se1QBWZmAKnA64qlcByplAWLAkbvwqQIdrKqkbRkknjHSmRoSMs
AcDpn86tWjJbSEmPzF2kjBGevHtSbGtz1H4U2oTTppskknFeijBFef8Awtf/AEKZehOGx6cV
6F61pD4RYjSY3tWB4r0iPUtMclcvECwwe3cVvn09aZKm9CMdqGtDOnLllc+ftVhgsLv+zoYY
wrPuE0vGM4xz6YqbTYLqGG+sRCkksQOMc9ff3HSuh1zRFuNYY3BJjh3oVPTGcg/k2PwrAury
ytbCVNKumjk3Bhuzuxjpz25HNcz3sbzWpysgAkZZMh14IPU1b0q3aXUI/wCLadxHpj/IqqzM
0u4nnPJ967f4d+HTqdy0kyEJkFu3A7f59K2e1iqKV+Z7I9B8E6UYLVryRfnl6cdvX8a6wgHt
io4IFgiWNAAqAAAdsVMOnNUo2VkYVqnPLmIgSD9abIQq5PalkLDJXn6Vl6/ctbaNcOjYfZhf
qeP60BCN2eZ+PNW84XUgYkTSCCPHoOW/pWH4as18i7IOZCyxKV5B5ycH8B+dZ+v30l9eAKC0
EQIjOOHOeW/E10Pg2MLcWSOihpZN5A7jOM/pWMtjthrPTZHrejWYstOhhAwQoz9av4Ipqj5R
9KduOPpWyVkck222xM8Ak4oHXsPrSnB4prDCnnjHSgk4/wCId0LfSA6th0yw/Af4kV4gYwQ2
WU/KGwD1r0P4p6wlzcLZxHO0YfHPQ5x+ePyrz+GVYbaU+YFkYbQu317+1HU0m9FEhSCRxhBn
aC+VGcDFR/fiPztuBAAPTFbmlaP/AGg7Sxl4oMgAsPmY9wK7PSfhmlzAJZQ0YI4Dk5PvU8+p
SoaXehwd5pklno1tcDDrLhnPcHsP51vaTPFPprNDbi3hDgBA27kDk5PPpXR3/wAPNRs7YjTr
vz41O4283Kv7VzkOEhaBoZ7eWJtrxyfwnHOB7/0FCvdXNaEUqiJslXBxkEdKc0oI6Y2npjpS
eWdygEE4pkg24B7+lb3seze4M7EHB4pVUkEMBn2poGRhW5HcUpYoueT75ouSRFirDgNzxinq
cAkqM56mmZyw6kCngYXPT2pdRWQJIW7DHvSli75Veg6VKI41iB4LH/CozkMFJyvfBqrA1YnA
A+ueuKbKjAq24kHjiiIHALE5HWp2YNEdxPXbWRRA0eCOWznrTSWDfKDgdTVyBDOSWGFAzwag
dghKr26c1SEhjZaQHHfjHaqXiNnfXVg3FkRUUAnAGRWtaRxzuuD8wYY+uRxWTrzS3eu3SJGr
iA54UZAA7msqr0POx71SM24jWKVkjIdgcKVHB9vpio5Wbdj5W3HkAYANKzAE7QFBGRwemf8A
9dRykICnmBzyS2fbNYo80cwQY3Akf7JpQYUChw2CCDznFQiZl5U4IPBIpyS7juY7t39KdhEp
B+X51x25xUvmAFT5ac/MR9KgYkRAHcGyMgn2qSJis0ZCjBIyB6UmitxRESjupWMqenTinRvI
FYhQ+4bSTzS31yDcscruzwVXAx0+lIhTHmBlLbgNp75HX/PrR0HcfIkQjWWOTDjqhB4xx1pq
SrHG7yK7ynlWU8D1z6//AFqjjlVbjlQ4DDKlsZHpntTkuY4pS7QF1JBEbN09OaEhsdJNucyN
gK3zKg549KaqeZKPLAOB0C0kt1GAxVVG9idoH3R7e1NVs4EeEYDrjrTs0SKlsW3grwPlyTjB
qSK4ktRLhR5ZBR8NkYPfHtUEk7GUuQNp5I3cc0xLgHK7dyscdOfwppFJdy00dgkcVwJnfBDP
FjknuAenpVOYbZiSpVXOYww6DNbOg6ZBqd9JBNdrDDGpIdgMkDPYVQMLz3EiQlp1QlYy/I25
4/Dv+NEXZlGfne+AQCeoFKifLlSA3f6ClYeW5VgcjjApyyAhtwyBxitbiYRKuGYkgZAxzyTS
EkhQZFXOBjPTNL5pdX6lR6gU2ObYwOwMMfdI4x796VgTPTfhddlJgrH5ZFKg+4I/pivVRzz7
V4D4Q1KS2Z/L48mUSjAJAB4P9K93tJxPbpIpBV1BGKcHpYrEpu0yemsOOnPrTuv+NIx44rQ5
VueW+PLt9P1F7mGMNGsgEp7cr+hrnbOMa80s11aIsUjhYxjaST7/AIVp/EMSeTc7mIX7Xk4H
UbeK5XSZ2WS5tra4dy8X7o8jDcHgfnXNNa3R1zVrGfeWsKau8FuxMQk2KSeuODXs/wAO4Fis
Z9uMbgOO3FeSQaVPFrYW4x5iqZSQeuOf1r2vwREI9CibGC+SePwpxd2jRrloN9zpAAQDwaAP
f9KTPBppIX1J9M1ucKGXEyQRNJIwVFGWJ6CvMPiB4l8zT0hti6ec3yc4JHc+3oK6jxVqah/s
7OFgiUyzkn+EdBXj93r0d7rDX17C06KP3cIbCgDoDx09azctbI6YxUI3ZlGF5Xjjjy7MRtUc
4yen516Z4d00Qa7ZWygE2yAMwHcDJ/UmuP0KMvftqIjC7XPkpjIDEfyGfzxXrHhHRXsrdrm5
GZ5eeew/xrP4pW7G8F7ODk+p0oHT0p34ZpCDjGO+TSkjPStjkvcT+eOtZus6kum2LysQWxgD
1NaDOEBb0715f471ySSzmZXK+Y5ihA9Afmb+lJysXTjfVnnusXj6jqlxMmSpbAOeMZ/+t+tL
pmnPqk+6QEQRAKSBjp2+vWq1rbG8vYoI+WkcAYHb1r03w54eS8ZIIci0hOWfu57n8f0FTKTW
i3NqUVKTnLZGr4P8Ox+Wt1LCBGAPKQj9a7PG3AC8YogjWGJUUbQuABUjDkmhKyIqVOeXkRkZ
H4Vwnj+yVGhukQBmOHYDJOPWu9YfL0Fcv42jR9MTd1LYA/CncvD/ABo87IK7CCADzwKYx+Uf
KTxx9aVTmJfmxgYIqNt46Hjvk1utUeumxEILdwQeeKk3cjaCT2AotipfMijgdM0blEhGGCjp
RYGOeL5M84HXmkHzRhlz+Pamyvu+Yt7YzSpc7UKgZDd6YXHMxVAepHXioyxZ93Iwaaz8ZycE
9zS7+BuyeelGgm9CxHINh8wYGeCppGJYjGMfeyT1pshZgWwMdznvSR5Dg5JGcmsRqWpYWd44
8BsBsA5HSoQwZPm5LHGR3qaWVdsZx8oBHAqAFcEhgeuAKpDWxNZygXkRUHAdTgntkVk65LEd
TuHhlZg7nem0qMjjj8q07GQi8iD5PzjPHbIrK1UJPrMkUKoG8wgbVPzZP61jUZ5uN1aKEgld
Fkk3FVwuM9AaGVFGGY4PpVy/Q2lxcQfat2cDIPU8cH6f0qttwq7n+VRhjjqcf55rNHnEJKFj
5a8FckAdacsWYTyQQ2MZ6j29qUIrMQyrwMAHilLBDtzkgZwRg1VxEcgYgEAgknjPBNSRo7kM
ikkZJYHoKcJWKiMAE5ztA708YLlOVzgEHtz3pN6DFeMMQFGOMMB+tRhNq42rt3bhnqce9WBE
obLEhD1ZRuxUcSLI/l43yOCvzE4BOOlJMpCIqvbOXwSD93+I+4pyjdERk+YpwpBGMe/vUlxE
1uGXap5IyOSADVZZUUjIJweMf54p+Y9xZoTbygTjcwXlW4zxUflESZXBA54GTVy9nkuWSWdo
pCF7EZA7Z96SOJ5CYERTgkAjqeOgpoLCW9nLdu4C5ZAWYlgAB3/nVMhnJ4QdTjp71YzHHGyh
WMu7II6Y9xUJRpY2kVQQv3iD600MdFqE1ud0aIMptAUZ4HGTWnply17aTWSGGCWU5DBcbh6f
kKymtvLfEgXLKrIc8AHkVZ06S3jZjdCR2UKE2n+v40ml0GmypfWkllePbSH96pxn1piRvdlU
5LgfpVm6L3jySyGeQJwCwBY/Wkhd7RkkQruXpuHrmrT0EymUMT4JYbh82D27U4whUWOZihf7
rMeMVLNG+W3DJyScev8AkVA5dwDJ/CcZphY1vDu9L9lBOZI2VhngDHX8xXuPhCR5PD9vvySA
Rk9eteC6W/2XUYnZsA5AP1BHPp1r3fwhdwTaHCkLDMYw69waUV7xtN3onQYyMdj60hGFAAwA
OlKDnkdP50hPHStThPKvGai7j1SKRjF5cqvuxkYzg8VwtjJZLOxMLoEwYpIySQRjqD2P869j
8U6Ebqdp40VkkjKSg/oa8m0t0sNTuotRxEjI6SBTtH4e/XFYzjqdk2nFNGrDLbX95Je28q/P
EsflgHK89SffBr2HRbdbXSYI1HAQcV4r4Ms5J7tYAoaGSZcOepAPP6V7tCgjiVV4wMUU463C
vK1NRHYrP1XUk02zeduccKO5NX3YBc+lef8AjPXoQzDO6K1+ZgTwzdAPzrRuyMqMOZ67HJ+M
tXlmcWIkxPORJOQenHC/TvXFGLLYUBhnGQe/tUk91Jc3RnkJkd23bupJNT6ZE1xqEabmKZ3F
cnHHNRsrmq9+aXQ7zwhpP267t1ZMQ26KSCOpH/1+a9SiwEGOMDFY3hWyW10WDj53XcTWxtP9
eaIK2o68+Z26IkHNIRR0B2jmsvW9VXTbb5eZX+VFHUmrMYxcnZFHxNri2sLWsLgSMpLseiL3
J/CvFNb1GfU7tp1Rhbxfu4x6L/iep+tafi7WmuZXtkcsxbM7g8MfQew/nWHpto1/fwWsbFhI
4GOwyOT+AqL31NJdIRN7w5pYtLUXbhvtFxlY19E6E/UngfSvYvD+niw0uOPADkbm46muN8OW
i3utosaDyLfhc9lHAH9a9HUBRhfzqKd27s2r2hFQQYyuaDyKcPmHNNbAHWtWjkRETjrz6Vyv
jafbbwIOu7P5CupbI56VwXjS7D3gQE/u09O55qTswsbzON3li/VgWJzn3pUlHTb056dKaqNG
iggn2NKXOcY4ziuiO1j1RSSNxBGOgqM525Dcg4IpW4G1Bzx1705SIfnYAY4JB6U2S2RsCPbP
pTNrNzz8uelPIEz5UfKelKU2bRhsnuaQhVAG05BHQGh1AfDDJqWPCv8AMBye9NYqzErk4Pej
oD1RNhAeh4656daSaeFSBHu3YAPHWo1PHXnHc1AxIfhRz0JrBIcSyZchV5PU/WoygLZI5/pS
E/ugV65wQvamqHSQ7mO7PpVoZdsCzX0TZAUEHGKxtUunXU7ltiDdJwSoBGO9a+nSAXkQYnG4
dKxLyYtczRSYf52IYrwvJ5rKoeZjviRAquYSwkQuThgOuMZz/OpHilaAtt/dqArMOnPQfz/K
kVwYwVxwOg9fela42xCNXyCdxAzgEdAPyNZnnjF2xqw7kcEGnRokoPmNggcbh1PYcUzGAQoB
3HjuelLsZ2zuwSMjjoKLDasIq7D8oUORjdnpT4kZwMAE5yc9c02YSCQr5iv6mnAtDEv7xWVu
T/hTAVlARg+4NjoP88U5AYZkKNtMbYHtULMxDfNkjgA9/wD61KwL4Kg8juvXnrRYtE7Sgq54
MjksxJ65P+elJG+IsfuyMdSKiEm1Cg2sGIbnAPFK6hBhwgLMOFHIosMFgkIZ9oZU65PXNLBu
iieWNPmDABgcFT9M1K4idEMMQj4G8k8H3AxxUCLtKlMggZOR3/8A1c0wsWF1FIr3zBGQAT98
AsAe/wBfSqyeWsv3iIWJUk5z9cCjMjOSyEtIMAknj8aQN5ZZHiBPrk+/H40dBofNHG06hbnz
BgYkYEAYHTnniotivlVOZN21VHU8+1SLHHKs/mJ5eCNsYPAP1NLH5xgOyMbVbc0gILd8UxbM
iVri2d42coV+SQKcg+xpLiSMPH5bh0IBbK9x1HPpRtdp2WJGkaQ8BeuevSlMLGI7iEEXIUnr
n/8AVVaIBGILMykAdSPSoSyq43Ybk5KnHP8AnFLIzNPtLZCnJ5/P+QphiGWZs7QcMVGapIBy
yIkhPOO+D0rtvBni02WrqswKxudjZPBHYn3riSoKAAAluox171o6FYyXF7EWBVEJLHHA4/8A
r0W10LhNLSWx9FpMrIH3ZUjIPtVOTX9Njk8prlN3TI5A/GuCu9cuJrWO2WVlijQLgHrjufyr
JZ3LAkt6nNdUaV1dnFOaT0PX90d1BuUq6MOo6Yrzrxb4DW+u3uImMQfBYhN2cfqOPwNSaDr1
xprhSS0J6oT+o967y0uoL+ESwuHRvzB9DWVSk0XSq2OF8C+FBZ3TXWJDEp+Qv1Y9M47V6EOT
QqKvCjAp+cfhUKPLoXVm5u5l6/K8GjzvGSpxgsBnAJwT+VeQ+MpIraKCyUsUCmZmGDuPQE+3
WvbpokmjKOAyMMEHpXFeIPh1aamC8EjROoIX29hz0qZRuzWjUSi4s8UXJIdo8gj5cnGK3/C1
sZ7t36HaI+e5J/TpRqHhPUdOufIceZsbCj8evP8Anmuu8AeF5llWa4jKBJN7ZHU9hSfY1hDk
95s9Isofs9nFEBgIoH6VZIAHGaUADj2qvdTLbQPK7bVQEkn2qkjmvzMp6nqcOl2xlmfB6KoP
LH0ryPxV4sknuZPLlYTsCuR0jBHQe+Op/r0k8W+J5rud0jc+ex2qF/5Zr14/2j+lcSJQWZlf
DdAcdqW5s5KmrLcaNz5LFcDAO410vhi0+zWkt+6/vZSYoT6DHzN+RxXPWNm97dw28JG6RgAM
evevSdE0tbzUbezhy1vbgLk9wOp/E1nVf2UaYWF3zy6HYeEdM+w6asjL88uGOfTtXRgDA/pU
MaCNFXAAXoBUyn86uKsrGVWfPK4YI6nvSMOnOfxpWJAzjPtTXb8CabM0tSpd3C2ttJLJ0QZN
eWazfG7uWncFRK+MZ6YrtvF1+UtRaR8yTHGAe2a881WVUukij6QDaSOhJ5J/l+VQtZJHqYRK
Ku9yGUqz5jXK9iKiZQydTyciovO2kgHOfTvR5h2tn6ZrpudjZPbjBG44HfNJeOGkTaoYZ5AF
QxybBnruGPxqZsxqvIJ74NBDFtMNO0nI4wARxSXC/PkHheeaYs+DncDgdKazkNxkgnpQnoCY
8uRnPbgVNBIFfcqhht6VXcjj2PapVGxQc/iRQmF9BzyB09OwIHSq53Hb3/rSkgN0OM8E0KSz
Acj2rJMpIe5KAjbjI5PrSxEFwdxIHY8065UphW5Oc5psIHmckAegqrjT0LVi22+jPAw2c49K
wxO2+R/llG4j5iec55rdso/NvcL1AY8+wrnJS7uX8pUIbBKcVjV1Z5eNd5DGABDZ28YKk9Pr
Q+VOVXGMkYp48oRvuUnIwpPQ+uadDH56Fw6qiA5OMdf51nc4RjJucbeMjnB61LCilwGIAC5J
I44FRbiXVMhlHQg9qmtkV2YL64wR+dHQYgXJZlA+Tnk/5zVsRqbYyBwVccrjBz/kfrVN1LNz
8o6EjmnxBjksSyknAB9aBpajtgWISMqKpGCc8/SlBZkb+Dk4Pt6VJLJHMiLuaMRqMnHXryaa
JpY87XDs2eoB/wA9aCiuqmQsJmwew9aI03v8qmTbyAByR/8AqFTqjFPnhPmNyTzkCnTTQq26
GMxgEbWDHPTH+NPmARy9qqkICsgDLuGe59fpVq6n0+S0UR28sVxuyxU/Ljv+f9KrhY2iPKmP
OF6/561PFCJJXSR1tHVAyBwTvP1/PFJvQZUngeO4jgklUYYY3k/Lnt/Wn3SQi4WK3lcryWcj
g+/0rSuvD8hdX80SS45DNjPGQefaq0Wkzi1kuJIPMZTtZBkEHH3qOYZSuImsrj97tmVxuB3c
MOx/Woow4aMESK0oIwRwR2HNPJJs5YvKzsYMGzyM8flSi+lFtDhSJIm/dP6HPI/lVisQWkdw
LuN4spMH2jHXOP8AClYJFKGkikZScFM4bOOak+33aSzSMuGmI3HAznrkCoGVg6yZbeRxluQf
8/zo9QsMugI5HbyQiv8AdXdyo7VCyhgFUd8nk5+tWUgluXdcA7QSdzDt2/So3hDzqsYI3cKD
6/8A66tPoJ6GppWgi9hW4nLLbqeB0ZyOuPQV0sKQxRBYYlSNR0A6+59TUcMRtIUgXHlxqAD3
/wAmlLEvtOBu5+ldlKnZXOSpO7J3TnK9utIq4OeR/WkL4UDrkYAoGQwByPoa3MXqOLlTtJ4x
xg1PZ6rdWUpeCZ489RnrVV3VQW5OOoJqCWUOy4XBwckf4U7XBXR2Fn41uItv2gCRSeexxXZW
V5He2iXEJLJIMg142sqP8qk5AOf8mvSPBcm/RMY4WQgc/SsKsEldGtNtuzOkBHTBoIB7fjUY
69PrTt/HeuY2sQS2UE0gaSFGYdCQDUqxrGuEAUDsBS7/AP61Izg/nSHdsDwf8a4r4karPpmi
gxNgOdv1J6f1P4V2fHHc15T8YGvGkswxH2UbioXrk8ZPv1oLhozzRxMxMuSRu5JPIJqMlV+4
QGByDUu0ybWjTaucZY5ycdTVyw0S5uNQVJopFRzlnI4Cjqfyz+lJuwKLlI2/DVqLWzkvpOZX
zHCO+P4m/oPxr0/wfpP2SzNyy4kl9ug/zzWB4b0EX14hEey0gACrjoB0FeiQgRJsUABeMCso
xbldnbWmqcPZxHADGM+1BA604fTH1pp+v4VqjiEz/wDXqpqF7HZWzzSNhVH5+1SXdxFbQNLM
wVFGSSegry/xp4uXzSI23L0iTOAT3Y0ma04X1exkeJfEM19rKQRsVaV1XcD9wZ6D+tQXZE1w
5UcFjjPpWLo8Ml5cS3TSKPJwxDHkknitJixbpyT2qopbndhnzO4gBBJPUelNIwvJw3f2pWPJ
ywOO9Rj755I79KpnWx4ZWBUHHrj1pCzFuPmHTmkxtb5cnnOaexK7R+vekIRv9YOcHvkU5mYn
Bz9e9MO4ep98Uxjkc5OKFcWjJlfAC889xUyyZG3gjPrVYg7gQacoBIwcZppiZMWBfK4zz2qI
PzxnPse9CgAnc3Xmgrk4B47HFZItblh3zCDyGBJyT7UxJcHr3yeKaxIjAYcDIFJGAXJyBxgn
NWgNLS50iunLZK+WSQOp7nH4CuehuY7eRiY/M67A3Y+tato4gvI2LALv557f/qrP1eK3F5MY
nCbXwVIwfwrOotTzMZFqVyGEwsY/MKkEleBj8v0pEkRWxuJ3H7o9Kh+Vogu/D4xye3pSMPLH
3STjgis7HGXQqxxE4wpJIGeTT7cRx7jISHbAGB3FVlbdjGTt+Zie/wCH1zSssig5+Vc4znqa
VilqWVgV1UqAWGR64qwZDdDymPy56EHk/wD6qpK4Rs7MqO49KkiAMZuMcg8ge5pDsLP5bvIq
ReWrdCTkY/yKZbxEwrIvlE5KGP8AiOe+KVpWVRsVhJn+9nioCS8/THJPWmtUCRoR3bossMk0
qwspyEAJ6d/aoDaN9ljleWPeTnaTkkfh0pgikKM7cLtJGevvUmmxwXGoRrJJshHO7Gcep96N
kVY0rezWZ1SSWG0UIPM3vuY8dce9W00G0jjgvbi+D2w5JAJJ6gY/Osz7LErSwhklkk/1UoJH
APQjHPFWZYp7Wx/0oQhLUgIgzgtwQevNQ9dhrYbqWqie9jls2ZWiXbvJ5c5HOPxFMuL27+xS
XTXh33RKvFjBI/HseKxprlnuHkOMtyADjn2HatHT7K1urGSe8uzEYWwyBMsQfT9KtxshMqxS
gEeXFlgvA6gn3/KkZnZ1mnhLBD8yKSoPPt0rRivPtd7aw26RwRIm0PIAdwwcE8c1mCWXTb/O
zcyk9QQJF5BH0xTQDru7k1SZNlsA4IGF6H0FVi8a3G+NSrIehPFSxXBR2eNTH8xZQBnH0pDb
YCmE+awXe+1fukVQEltaRTBnkm2qF3HPG7HYU+0hjn1qKOJH8oupAZucAZyT+BqKKNFDsxQY
QnBbv7e/NdHYRQTNp89jGqhFcTDbyTt657c4H40R+JClsX2bDMWOOKhcqxOFzntmoHlLD5Tk
55HeoGkUFmDZPXg/pXpweh5zTuXwADhiwGfQ02efa33gMdfbFVPPQliSVb+LP8qrTTfaZxDG
QeeSelWtQSLcP2m+lEVvGWJ5J7D6mtI+GrkJvW6jD4wFwaS2ddOtyVIyR8zE4JNJF4j3Md2M
KcHHOatRGZ95YXNkcyoQo/iXkf8A1q7TwFrljFpU0M11FG6SbjvfHB6dfpXM6t4pto9O2xgS
TSggKeg9zXEBn+cE8Hpg8VjVs1Y0hF7nut7470SyOPtYkP8A0z5BrBuvipZiMm1t3b03GvJF
YnBYkYOMg1CHZVPOPX3rJQRpe56TcfFa7PMcCrk8cZqo3xQ1UyDAjQY5JUVwKsxfzGBLdj71
IJOxx17ACr5ULU9S0X4oCRxHqcBVOnmKcY98d66LX9MsfF+i4hkDNwUkTnafQ14SpdHyx+6e
w61vaH4j1DRZjLbTMyluUJ4aolTT2LjKxfm+GOsRuVWLcS2Mq3ykevtXUeHvAF7bf8fsu0Pj
fhsnA7A9hW94d8d2GulYXXybn+6TlWOOx/xrqBhjj2rmlGzszWNVrVFezsorG2WGFdqKKsjg
UA5+lJkEgdQOtLYltt3YO4UZJwB1JqGa4ihhMryBUAySTVbUtVtdOiLXEg56L1J9sV594j8V
BojLckx23IigU/NIf8Pehysa06V9XsJ4y8WK4YKxEIPyKDy5H9K8tvrqW9ujNJkluvoAOgqb
U7ue9uGuJiQCcIDwFA7AVQUncQSTkdjVRXVhVq392OxuaIm21luCwIzsA/U1fSfB34DH1PrV
u9sLextrSGNDGWhWSQA9WIGapLFtlOSBjkVR6OGVoIsgxzIBnGBk44qGWFVLN2HTFIoy/XHc
UO2F+UGg3Fii345wR0PShosPsJz6Emow5Uj+dPMoLHdznqcfrS0Exsz7n+9kZzx0FAGACDnH
Oaa+0vhSSSMZIo2lk/Q80CHxnKnORnqKexGBxkemaROANvfqKkEDNz0p2FsNaMJLhh+tIw2q
SCQPTHWmIzBwOQMd6RmHSs00axRZlZns0IA4JHOKgUAsR2/nS44HzEZ6imq+JMc/h0ouNKw8
jY68kZGTkVX1qNVmgulQkTKNwGeSOD/KrUybFJ3ZyM0TZvNOeFQWeNtyj0HeiWpx4uHNG6MS
VgzNuG3PRQOuKlYKEQqpBTglj97nt6UjW8kiSSqRtQ8qTzj6HrUYn8wKoXgHnFZ2PKDzEKMB
t68jFW2uiZFCoQoxtXH+c1WRI9oLZ2fxYFKGj81Sm7bjoTyDSY9i0rsAZPu7evHQYpsbsEGS
GzwQKRSzJ5m3dg9SOMf5zTjAAhkaTZzgAA5HepLRNKGLh1V8BMlSCMfSprYm5u0uZIUWNSM4
UhSQOBx0zio4LySCKSO8ikkilAwc447HJz27VNd3kdzO0OlwSJbybQoYknP+R+ppO4bDtXmD
zJ9nUFYlxJzlQSeR+HT8KoRmWzvIrhVA3DfhTxtPb6EVM1hJBez29zOIyow5IznjIA9+g/Go
4POdFVcYcbSWHzDmnokCOgutRg1HUklceRJGQFiC7AB1/wA+tZGuXjvdmDJVUJJUnqT3/Kn6
rpMdlEr/AGrfOAMq36Y/CsWSczMxfG89SetEI31HcRuC4L5IHynFXNKDSXKr5TOjHDKOnPrV
ExsZSFHBOBT4Z5beQSQAhlPVT905/wAmtZK6Ejs4/DlpOTAszCaBC0hOBtHb6VkLpEc+porT
NJaqeZvQDt9aZYai1lPImoGRxcgNI2cFgec/StC4hS0kEEShUDbsFu59cVlGLuNysiJ9Oswc
QzTuoLZU4Uc/nTYtKtk3APOA64OCP5+lSBQx+916jOKmOSucjCgjGa0SsYubZVTRrTLCVpGD
jlxjcCO4/lVyyii0+QtbySspUgq5454/OkDscnb97jkVGz8glgvHGO1NLUnnZVuYiNxSQ7u+
aoySzREhsAnqPap7m/8AIH7zBYnv6dqyLm/nuZcKoAPA/wDrV0RlIm19y7HfG4kCxk7vQDp9
au2gFqxlmb94BkEk96o2cRtITISPNfGRtyRWjpehX/iC4CxKNinLMfujjnmu2Gkbshq7G3mq
s8aqAzZPQHNUZhcqglaN1jHJYqcc+p9K9A0zRdJ8OZe4Zby7PRVXOO3862DoF14itlW5Mdpa
sc+VGvzH60pVClGx47HA7tgKQCeOOTVmPTbzb/qZBGvUlTzXuOm+ENK00Dy7dHYD7zAE1qix
tgmwRIF9Ntc7ki7M+cJYJUQ53bc9x1xVcKXTOGBAz16/5NfQmoeF9KvYmSW0iw3+yB+NeReL
/C76FfER5aF8lCByPb9f0q4yuS7o5lQVjIIOexz+lPjCK4EgDAEZXJqOVsx5xyOnaoyxaNgT
nJHJpiJHXDgB2ZT046+1P+78uCN3TFQD5W5GTjjmnI+w+uDjGKBndfC6DzvEheQZEcTMM+uQ
P8a9jGFHP515J8J7iNNYuYmJ3vD8vHoQTXrZAPfgVzVV7xpHYazAck4HXNc3qfjC3tnaC0Rp
5RkZXoDUnjLUWstL8uPIac7QR27mvNNf1K70ewh+yxxhZVHmTk5JYjIUc8YFc85NaI64U4xh
7SZLrXicI8kkii7vSxVVOSkZ9PQn2ridUub2W5d7x2MjEMc9RxwPb6VNJqlwb5ZoJQ8udzBE
ABPrj1rrtFSLxVbPDcWsfmxvvcFdoJPoR/Wlfk1ZjOq5nn4lOzaxJUHIFLAvm3EaqDuZgBit
PW9LFpqU0UYJC5ZgqklB2B/SneHYle6aSRRmJSwJ6+g/WtoyTV0RCLckjdvpTNL8wztAXJ6n
GBn9KoyyZ6ADtwKfJksB/EfQ8CmNEx5wcd/8Kbue5GNopCDIOM5bHYVIZcvjnGetQDKt83bp
9KC25uMZNJNoZOybgDkZx0AqF1yMjrnipN25V55ABzTG/wB7vTbBiYLZ2444qWMAqWY4Xtjr
UcKbQyZyTinseM9PTFPoSSI439PpmrMb/Lknv0xVNXztBPA6ZqWOQYycjnAIoTE2MVCTnn69
qGy2Dx6cU12JVj36daQsDGGAIxycVgjVMkYkRgZ4+lQthXHOR7UpJ8oEev8ASo2bB7D8aEND
nYrnqQe9SW8/kyB+pBqJvm4/lTUXOTnkcdaYNcysQ6jafZbt0aVSpG4EHnBGRVaOI+cozlmI
IycA1oajEJ7OKbHzJ8jnr9D+v6VntFztYlXBySTjI9aWx4dSHLNoUkBGMkmfmwVB6D1phcO3
QLk84PT/AOt0p5KxozBF6cAjgU6KAy/MCpVOpJAOTnoPwNBBNHFO0ht4WLsxGFQkhue1NKur
HztwKnaVJwRjqPamRv5bLIkhDKRgqcEH8KmSNpZC7gtJK2ASOST3JpMpInEs09tJEYGk4AVz
k7Mdx/KrKOkVtYzQZjdA3muoJO7t0+tS6dHJFeXNrOiwnADgDGCOOvYnP60y+iOnQCI4Kzyb
sDjgZyM/lWV7uweZq6fPaW9o4jaOWVmLM0gBbPbBPrxzVKzvN99KPs6Kx5DKPu4OSTWGHDoz
OBuck5U9/p2q3Y3v2eKYOmZJFwrehpuIIdrdzLdXa/aDGSBgFCBxWWzDBIC8ccVKsbAZz94d
KQjy4liKKrMdwc5yfY1rHRCGzQjK9sNtXnGB7fjTCQhCxljwOCP0qQ71UhDkAndu/pUTxnoB
nnJIFMEbuiob+4tjdSoYImJZS3zcDI69s4FXpnkllZsbVLEkke9UdCmsNLMd1cSGR8cwKMn2
57CnS36TStKisqsxwp7DPHNTFNMKqaRZQiMBsbsdcChZEJfjkHHP5VSN6hcLkBTypPHBqZZF
fG0549as59S20yOu04Vhycnk9elUbq4CRkgDgdDRKVVd4bLMOQDWTqEv7ojcc04q40UbiU3E
xKjCjnOadADEC4YEqcjFQwrjByMZwO9WpY444lKNy3UdK6Ka96xXQ6Pwqgv9TWzuOVmXgj19
T+ld/qscGi6MlpBcC3jXHnOB8ze31Nef+DnUeIbVixJB4wO/b9Kj8c6vLd65PAsrNbxsMqTx
kD/P5V1shbmq3jmDS3ZLGyzg4Lv1b1J7mtSx+K6QriW0IPYLzz+deYtlolXjg9+uPSgBmyFH
LYz61MknoWtD0lvihf3tyFiCW0Ttt3Fcke/XNact74q8pZbe4injIzlc+nGK8mRGCKxOAfev
RfAmsyz2clrI5LRkFSf7p/z/ACqeRClLsQt8R9bsp2ivIoyyZDBlIzj0rF1/xnca5AkcscYV
WPQfMOPWu91rRrPV4SJo13YOJBwQa8sv9PNley20mQ6Ng4HGPUZo5eXUlTTKed5Y/dB9KBgZ
DYP93PapHQso4wSeWH8VQ+Xj7pPGATU3EOHB5IAPUCmlFYN2P+easQx7TiRAynqR70+S2AGA
pHpjjFF0K+p0/wAMtqeLI+esL49+le0EnOAOO5NeGeCLn7Dr9o7gKGfYTjsfr+Fe6KpOAM/W
uWbbkbQehzXjaykuNNSaMZMJ3H6EV5B4ggjN9BPMZGiYAPzwpHHHp2r6EniEkRRxuDDBB715
l4s8LLbBmVC9s5yDj7n1NZSWvMjuoyVSHs2eTqVEo6MrHkDqPpWoH1DSL2FFmkhLt8qeZ05/
IUt3oNxHkxqCqgkEdT/niqyrPNOfMc/aBkgyE88dPrVXUjmlRnB2sbWsa08HiYMY43KIIyd2
d+eucHGadZSWzWcskNsIi8p5LbsgenoOaqaf4avb3Bnga3RjuLyrg4HoCa1Bo/2dYoYZEMca
Dc+c5Y9f14/CpvFG+Goyc9UQgg5bA6c1DjzMeWpdieFFatpp1urMZdz8Y54Fbem+Hry+KrFD
sj/vEYFN1k9EerK0dZM5iLSWf/XNsX+6OoqyNOt1JHlkk9yTXoFr4Hgzm5lL+y8VrW3hvTrQ
fJbqx9WGT+tQ3NmEsXSjtqeUCwhEn+qH5moZ9J+TdG5yegIyK9kbS7TJ2wR5/wB0VVm0Sxn3
K9uo9xxRaXcn65B9Dxh4Hg+Vhg+uetRFfmwcZr1HUvBdvc7vJOzP8JyR0rhNU0SbSbxllQ+W
MYOD/k04ya+IuNSMtjLUYY9h9f60sZKn1/8A1U+47lAR1zjtzQrIcEAEnHBFbIYpYBCMkcda
iJAA64xSuMkjA69OtIy/Ljge9ZJGiQpbACjPNRuAOQSemeKdnMW7OMH060sURcjcVwDzk00N
EYcs3HTHcVIu0K3HX0pZFWJwqn2PFNDDAxg+tMaZZtnDxy28gJWVcdehHSsUs6Mwxz0y3UYr
TDGMhlbJByPrVfUYkE6yqeJhvPJODzkce9TJHnYynZ8yKhI8rKnIxjg81IQWizvEinqw65/m
KrKqrlWLY6g4p8T+Wyg8L7HHNI4lqP37gQF2gHcPU+tTPcKS3yt6cnvnt+tQ7AIAwZT/AHhj
mrcUdvskRmYgp8oK4Jbj9KT8xo0H12e+uMmKEOUCqQcDgYB+vSquqTS3N8FmIV1UB8dCfXjj
oe1V0dIpMKh2gYbrkf4UyUFRjdvz2J6+lSoq4PQjDJsPzENjOCnftUpVFUlWDrgHPtiiG3ad
S6xMwB+Ygnj61tajY2gsIhaoY5ZSGIKkkDB4zTbS0EY6vG0KbMiUD5gBwPcUixbkJyATgZJ5
GT2p6QMJWRyYW6jfxu9un0pzhJY0CkqyDHzdAc9j+VHoMryxPE7s2drEjcfTiog4JwrEEggg
Hr6f1rWuxI1tChTyoSwG7PVuck8/T8qzvKxOQ204BBIA7VSdxENqWinAUb9w5Vh/Kr093GUV
UA56ZGP89KqGEP8Af5+YE7R834VZvNLlaxhuwhUMTle4APB/+vW0FzbEyfcikjAzgDKnBANR
7poUUj7uc5zTFnyu0E7hxkCp0kyvzHIX36U7WM3sSrfA4UjdnGc8ZqnqJHlr/ePv+lPliLjc
uAoGUAH+faq87ho1RgQVPBz1oSBEVqwWQMUUjoc1buJVITYADnPHNUQcnDfKB15qWNNw3AHA
xkVrHSQ7m/4Snjh1q3MnC7sbic4J6f0qp4itWtdbu9ynDuWHoQeeKowq6tvAII7+1W7y7nu4
FjuAzNEPlc9QO4zXVdCtrcqJCdo+9z0x7UvmMkWOMDgED/PpTGDrCOCRnI4pruWiOV79c0ro
G2OJBRh5oLdOV5NaPh/Up9K1MTZBUrhwTjIrKUg44UbeDx1qYFSropz3BIpkPax6lFrS3MGV
Oeh5rj/Fii4lW6RQF4Ut6/Wm6LeNDaxq2G3DAx2FTa04udLYYznnrz+FVJXRmtGc9ahijBs4
xx7ipIEUb/lwuMEAdqW0/eL905A5BPWr0VliViwO1uoz1rlUZS2KbsZ7AQkttJye3HWpluc4
2KMgZ+lab6dG0aEbTk8tjGKhOnxlCVbJH+eDVqjIjmRb8Lae2qa3DHDktvDb8ZwBjJ/z6V7w
uAAMdO9eXfD25ttO1GRXAzKAgfIAXJzXqII4OOvvWFSDjua03dClQMn171VurSO7haKVAyEY
I9atFu3vxTThj1IrI1i2ndHBal4IlidnsyJEPIUnn86qf8InepEpFspc/wAXG5foa9JCgds0
qrxn+dQ6aZ1rGztqrnnMPhHUJiPMQLzyWbJrQg8C7W/0i5JGc4VcV22OenFDEdPzqfZR7A8b
UeiMGDwvpsIX9wGK45Jz0rWVFiUBVAUelPBA7AUowOvIqlFIxlUlL4mMxxyAKac5zUrDgYqI
9xzQJCdjx9aYyBgD155p5/pTcgHFBRXlj+fd0OO1Zet6YmpafJEVy4BKkjoa2XYZ6fSoCWLt
uXHYc9fekXF2dzw26jktrmSCQAMrHIJqIrgryceoFdF44s/s2stKoAWX2/EVgIodfmyNoySK
uHY9BSukyXgIcZJyPwqJlIQFu5pXO0EZPXr2qN5iy8nGB6VFzZEgANu3UHdmi3BcspB9hmmK
2+A8AfMOc9eKSGQxPuAJzTTsOIssZ8w7sgGmCNwxHFSSyifnmmcB8YZSvY0MpCMrBl4zmpgq
y6bNCwO5DvQAD6EH+dID1B5IHSltn8qdXK57EeuRQ0Z1qfPBoyWVlyWOSw43Dr74/OnLEu6P
JJOMsCcYq5cqYJirLuUjCgjgjtj86quQQTtwx568Y9Kk8ZqzsSumyU7pFZVAxj6fzpYSwjkR
QNrcZyMjn86bsLhdvAPUs3HoSalNsUVgvlNtbYxVxz7+496VwEtgAGkSbaAcASDrUMhY/LgH
p07VpQ6c0enzXk8bBQwAOOhPr+FZoUZJUt15FJagy9Z3ctjKTHkK6gS4OcjP+fzrXsboJqNu
j/PCUDZIztLc49hxXOyq0ZAwo45GeQMZrc0X7JuLzzEyumMHGAOe/rkVM11AZq2pQ3k0iyRR
JLE5CMBwQOcHPXpTLLR5rx1lfG18428gj6f56VDfxQvesIZ1maRwAAO56810NrFc2ETNGqui
r8kbDBz36VLuloIyP7JuVUIkyyRRuGOATxnHSsa6RFuG553MeDxjP/163b25nn04ypKLZo8o
6bvm+gHWubyfvdSB0I7fSrp92DHFgp3qCOc9c16DpFkL3Qo5wEKxwjce+c4/DntXnKKU+6Cf
U46V3Ohaoo8NTWyFUnlfpnrjPX8xXXQ+MzqfCYOp2cIklliyoJOQOhrK2SFf3YLKRySK6Ga2
lUOswzycADI/z0rKnXaQI1wRyB3runRjI54ysVtsgHKg46gjpVIqWfMgwq/41rxM7KNzc5+b
jrTbsB0BwzbeoyKz+rjdQ2PDvhzTr+JZpAXyOcnH8q6628O6bGigW0eAeOM81xPhrUWspxBK
pCyNxnjFd3b3qiVBu5BGATVuFiE9RLjR7f7qQryMHjqKz30JZdw2qceo6VvpOC2SpGBx2pjg
8lWA9s1nJG0Xocs/hy3uoJLaRNjfwyAcg1ymreGL3ScSSKHjB6gZr0tYS6tuJ5PUCnx/caOb
MiehFTzNFNHjyoQBgFmU9qmisLiYErFIQw42jNeuppmmlhtt0DdTxU8ltEihYkAHqB0oVS+h
DdjymCC9s2j+1RNEjY5YfrVycJPbGOSTPHBGK9DvbSG7jKyRgjjg/wBK47WtENq0ht490bdR
3Fbwk+pDaZiWlp5QUEAZPb1q83nRqYtwOBnnr1qlZnc5PQkEYPH41qQoA7tI+ARgg989a3UV
0M5MqxSNHgMBhqR0YksO3K571aujEir5JXkY5OKhY8Z5zgYxVJGTZWhnKMGVjwc4Fd54Z8ZN
FsgvHZ4AcBj1H/1vauGaEfMB97HJzxj605AY3yqj5TyBzUzgpKzKU3HY92t7mO7gWWJwyPyC
DUinmvJ9A8R3enuRk7e6seDj29a9D0fXrXVUBjYI5GSjHH5etefVw7jqtjqp1lJWNoYPXAx1
pGNND459+lIWznAzXMa2FVsemaRm4zUM9ylvGXkcIo6k1yGr+NhG5SyUHn757+4pOSW5tSoS
qPRHYFgG7Ub1x15968ruvF96W/eXmw/3VwKpv4su1BK3kx4OCucGs+dt6I7FgXbc9eEgBx+O
aC/0/OvJE8dXmQv2iXjvtBzU58Z3Ug2/bCoIHIHP8qTn5C+pvuepFwfSgMMdO/avLl8S3hGF
1Ak56bhzVy38UanEgHmrJjpkZJ/KmpXG8HLueguwXgEYqEtuJGRXEL4wv4+XWM++Mf571ZTx
lhv3tvwB1U5/nRzol4aa1KPxEhYxQvs+VSeR6k1xUBVQTgevSul8VeJYtYt1tYUZcNkkkHH5
VzSbQAA2T2Aq4PW5vBNRsxpGDlh2/wA8VAQDwcfjxUjMcBWAODnJqPPPTAzSOhEijNqOxEmO
PpmowORU7ACBNoGSxwPyqsQxHQD+lARJMlWPUE96apG4+vqKaWJA3c+nNKo5x0wM8elBaFD8
c/WnGQbVC8+9MPrjnH0poAGRyDimVcnuEFzYrLk+ZC2GPqp6GssfO4KsdoJ4zWtazLEzKxO2
RSp/pWa0Jikb5MAnHPek9Dx8TT5Z3RZnVjBHJiOJXGAitnIzznFII1ZeXxhcZAqJJAyspVVJ
Ix8tWYvLnEcTt5Ua8bgMnPv3qGYA17dPZPbFyybgck+nA+lQBfLUKyZbOQ26rcs5to5Ehm3p
INjYXggVRV/lwoOemSelOIMnkMTQ5MkhlC9CuB396j8xsleoPOKRnBi2qnzd2zQrkbmUchSo
PfpTSEM3kBRyDnqpx+NWG1G4yrNLIVT7vzdCOnWqxcs4KnIAyARTg0k52sQcE/KxFHL3AU3T
szNIxZnyWJPU5NIqhgdvORzzzTbgKZCygFemQMdKSMEYIOBk5NVZAPCdeuBzyK6DQF8+yk3I
uVcncDywwBWA3zbQrhexI71q6XdCCHDEhT1Gev8AnitaDSnqZVVeOhvOnmBvlI9cnODnrWfc
WRAfdndjjHpirVrqCPCBldxznnPfpVpnjEROMtyMivTT7HErpnPKiIDkEFeOmeKrTv8AvVLZ
UDg5q2Y1ErtuPOe/rQ1mpjVkBZhyCR+tUim+5ReJjtlQgkDKmum0u6+2wI4cb4zhhkdawJgE
QR/MABwPWq+m376ddYkyYm+8Mc1MnbcajdXO+i1Elwm44HvV+K43qeSCexrnIJIpAskZ3K4O
G/OrEM0iPyB6ZH8/yqXG4KdtzoIJeo4Ix3NLgYYkjOfzrLiuyFB9R1qQ3oRfm4zUumi/ammr
4lLdKc11jkEZ7msgXpI9PSqzX2ZPmf2Az1pxppESnc2mul25wATzxVO7eOWBs8cdDWZLfrCh
d2+XHUmuc1PXJ7seTCwVDwSOpqnZEp3KkYCSll+bcScHsM1ahYuzZbBB6nvVOKEovyk4UdAc
/Wp4mDHbkDkZ45FXGSaFJO5MQR33MTkHPtT4yxRMjAPHSmoFZ8cbcEEkYz9KmxsOORtOAMYr
RGbIkB87kZYnGO4qdXAJ2jgDqR3py7TtZ8Kcc9/wpRhgDu+UklvSgQ0gOVOeg4BFXoJ5bba0
ZxtxtIPSqSrlsBTtJ6/Wum0Hw1Nf4eRdkGeWP8X0HepnKMV7w4xk37p1vhfWW1LTj57ZmiwC
cYyOx/pWndXsNrA00sgVAM5J61mMNP8ADNi7ooUn1OWc9hXmPinxbNciX5yJMfKq/dQH1968
irJOXunr0aT5bzNDxV4y+2SyRQsSEI2xZ/Un+lclNe3NwMM+B12qcYqlpswmS485hvfGNwye
/OatxjaTuGR69azUdbs9GhPmjoOET5Bz2z1qZWUKytx1zxVeaVg3ykjPc1GzEk785POc1V0t
jo6D1we5yPak5zncMgemcVAzFRnJAzjANSRyKPvZGT0FIlsmDc4bjI5GKfJJswY2OCeoOMVE
8gIJ6H0HahpcKQM468dKLAmKbq4iOPOkK9OppGuZWOPMYgjJ5pqkmNhgHvRCcBiw5OccfnRy
q4rsepCjBfk9cc08HlSOOc9TUOcE7sHHpUqZyGx8p6U0hJkskW4Y555JHr6UjY2Kw6DgDHT/
ABp7OjADBFROQVAxnHPPrWKZaHBQ1uWB+6cdfX/9VQMGQgnuehPbFSBtsBGeC1QFixOBwfWr
KQM25FHYd6mjtWIA5z3OeKjBPXHTtjvU6TsFwR09utNeY0V5F2E5JB6YPrTMkH1HTpT2O+bt
1oJPzBs8dDU9SkIrAkDBH0NXNRSa5tra7csVC+Xl26kdQB6dD+dU3bIG361qWk6T2Eto/U/O
mAM5A6A0M5sXDmhdGfLue4SWNI4gAAMHhcY5NI8v2h3nncFydxULgMfoKLZkjlPmswJBCgDO
D7g0xYGkZgDsHTkYzWdzy0S3k4dof3CRygYOwYDAjjpVFSWIAAHr9KnmtTbzBW64B+maQxHf
0BGMk56d6pOwPQYI0AbeWwoOT3z2pM7VGR94+nSnRuyyeZkMQemc5/CkALr97GTkjNVcQxVU
gmTcB6DvSooL4APXr3p4c7NhfAByMmliV2cjI3YzjO38adwIWxEBtbPPAzTkTdHgoSp496cU
4ZVcnd2HbBp8UReURKSS3AHXJ6Ci+gFjTrP7beLbqdoGdzFRgCu/1fwlYvoluNNePzUTKg4B
kHc+/SuRS3jsohFli+Mykc4PoKmlle4G1piSoAUE8Ac1nZ3ujKU7aGKFltrjaf4W+6PXvV5b
95AFYAEnGOe/pTJ15MhyG9ar+TtA6k7e5rrp1XExaTLkcpbBZQeep7VOk5jkCsB045rNQSxN
gEtjoOh96ka6KkbYycnHNdsa0WiHC5JqV03lBVVA7HBA7j1qhGVmXDBsICXbI5PoBTJJWlkL
5xg96kd2Y7VztxwTxSk+Y0S5UWdO1GSybylZWiODtLdK6S1vY7kKY2G5gCRnvXHsoZQCSSwx
j1NNhLRyblLCQnqTVRdiJRT1O5YkHHI544zTHLEY7dK5uDWryBUy4kBzuBHP/wCqpv7enWUj
yxzzgjrV8yMuRmyJSflVmzz74qtc38NuB5jEkHgAc1jz6vcOrKrqCx+baOR+NVGG7Dq3zEc5
7/Shy7DUO5cvtQe9yJMpGcgKOMfWqXl4Q5fnjIFSp8+d4znqfemugBATJHf1Wo3LWmw+FWwW
BxknOB1pXjWYERttYc+9CAHO4fdPGegpu4JKCQpGMjNS9ASJFa4hchHJUHgHmlN9MxUlgMDH
HfmnF1OGGMk9v0qZbRZniEZALEA5HU1zurJMLX6F2CLzdj4ySMjjrWla6ZLdyJHDFuZj0UZr
s9L8KWkVlC10zeaFAYAgCrV7rGm+H4GjtkUzEcIvU/U1u8UrFwwspPYq6b4StbBBc6i4LjBK
k/KMevr/ACpuqeNLOxUxWSK+wbcn5VH41w/iPxnNdPsmbdz8sSdvrXIXeqz3cTq4XYzZxjp6
fyrhnWlNnoRpUqC11Zv+JfFVzeTMqSeaxXdvQ5VR7VyLyOxLNnB5JB/nTAMD7/zEc4pRuCMF
PUYIHOeaSiYzqufoTWIO/nke9aZkHI5HrVS0MbRdMMuFPyjn0qYJiQnPsM0Ho4VWgPzz7/zo
aQLwvrzmnPKoT5R9SRzVYkMxbAB7CkdDZI0uQvfv0pwIKM3Awenc1Ex3MeOcdM02ZDHJsUn1
yD1pkN9h5fLMMk571Kr7RtGG49KgU7gWb1x15qQHceM/jQEWWTtwOvTPFRnC9yM96USbUxgE
Hv7UBg3IJx6gYxRYtiBRnO3OMcc81OjgttUYye4pioGUbSd3Tml2OXG4gjPc9KLEMkm4Y/MC
o6kGoWY4UKOCOPrUrhXztXbzz6VC0eMFTx2xWRomKUP2YseQW4Gf85qKMANyw6/lUwDtAIyS
yhs4J6celMWIIclR05xTCN0TiIk9gMdjTJUKgsnTp1pjOz8A8GlBKJjIzTLRGpCvyM9RmkJJ
J6HHQ+lOJx7kcDFNyDknp3oKAdByenFEEzRSLIrYZTkYqNmBf0xxQT84AxjNAnqrMv6nG9xc
pOhLo67m8tCNo/DpU/miWJLeFzIQQCOAuB2qCO6kNhNDHkMq8FT/AA9wfY8Go4JUit1KgMWH
Oc5U+oIrKcTx6sOSbRHflGvZXCFQSeB2qDG0r84YfxADpUh3TzSk5aQ5Y4Gc1GzhY8AbRnr3
pozbFLfvRjglsBicVGxG/ODjOD/+unBwGDeh/u9aliYD7wX5hgHNVsIrhUZ9rZI5zjtT5H2A
CNSuOSS3tSkHZ+7Ibvkrj3pvzLkE/eXJz3piGbtq8gEAAcjFXdE2pdmTgFEZgfQgf/rqm6kc
sQdw281Ys38q4PzqQQVJC9O1PoDehq4JTDSEFuSQM80wKAW4I/GoUbCkoB9TUsQ3iVtwRQOR
/hQc7FBwhUkEjnIpjxAjd1U4ABNIQEJTPH+7yRTgxZgQD6gd80xETLkncMkfp706KHzH2g45
OT1qXLFiSAFHJ/z3q/ZWwlDYQY2kg+orSDE2c6yILmXb0Q4yKHTZGdoYZIAJGMU5y2+XjB3E
5pWm3LnnBGBkV2xWgrkQLALkDkce9OQj5jJ8rHqoqferQrG6bsKduB05qFEMbt8owOpq7Cbu
PWPJLYJGecf5+tREqzYUktjnJp7Es3zFvmGfXP4UrKjoWZcE9DTshXI/KJcmQYBB5J704LEk
fzP82etK2UYDdkZ+Yk9KFPmhSV+91wetK1hiK2QpZi2W/KpnRl+6evJwP1pFAWIFR82cjNJJ
K5I2kgnqaolsazZJUEbO5IxSoFZiCu4dWI6VIIRkkFSAeRThhIiDhd3Oc8VlJ6BcjLlHcbRk
t19K0bJoxNA4bB3DdxnHNZ4CuFAcEHg4PWrJuVtrdpIxjaPvMfyrjlqaRdmmamqeKRDcSo97
LPIM4CE7c56Z/wDrVzd7r8tzE4cuhYjCjsO/PU1lzEB2PmBg3zFlB5NMV9rb2wwPGD0/zzWS
gjseIm1ZEhmZiH6AdMCkKvIJGUEhOW+nrSArnr34JFEjqzMQQPm6Y68iqsYtt7jd2QBknjg5
p2yRNwZCGUdMcjjmiWVG2NHHsUKFPzE5x3pHlYjiRsnOSTknNNCNOxgRrESgkMX2kevAOakd
c8d8dSKr6WcW0hPJ3AY/DrVgt87Njjpwak9fDP8AdkJRmBGevOPWnJC0jDHr2NSIpIJUcE80
F9ifKPm9+9OxoRmPaxx6kZNPWUHCtt44BqINkMM54x1prAgb+OuOnSgV0ixcbfLBAGcDOPwp
Nu0/dO7qQe1VS4TPv+lWFmRyAM7jxQxc12PVFIIyRn3pSAv19MU4jC43Fe+cZpJNpPHORjmg
rURZiAxyd2elTRsTLubI4wPyqARF0YjhskY9amhDDgnmgWpIrlVKBQAxz+lIAeCQCAOlJISw
ztwBxS7wvC43AflWS2NVYmjQOhGOM9OgqKVcSMBk9hzTzLlFPHzenXioC/PJwQOBQOJGybj8
pwM+tI4OMDJwMdadtVju7Yo5+9wPemmMYuNuc9M8UmRsJ6/hSgnHBB/CnKquPfqcijqNFfv6
8dcUADdnjrnOKlcGNyD07YphXL49eDimMtWU4guUkOCM8j2pbpS91dGMxoqDIAOMjtgVAsfO
7j6VauLVp7CO4VuUby2yencHHp1okjhxkNOYqW8z2+WhLE4wQT1qEo7MGAJyfmIxTY8hj0we
OTU6QeayqSAxXI3cY71GzPPIFjd2ztOD05xilVjjB6A91pGfbg7juyc1KJg0hyACSPmJp6hs
iPeAASMjPAA/n+lPB3nIQl+wABGKjCtIWXAGR8oHQU6PdGXC5JPHTNOwIa67woA5+vXmliKt
ExwSwPrzim8ggEg8dTTwqrE3zYZhx82QcZphY2LbdeWHmIANpw5zyT6/l/WoiU+Yc5wcYHQ1
W0WXZdNGwyswKjnv2NWzAwcqwIZTggnvRfUwkhisC6nJIx+dW0YIU+UsB3pkUCnAxjGOtIQE
U4OU9T2p6Gd7ksYM7YIO3nJz2rWj2m2fYvAXAI71S02JcMN4BIJxnqPStGLEdsyKAd4xxzzT
T1EccwPmOON2QamC7sguAvTj0ovrdrS7dG4XOfrUUJBViw2seBXdTldCexZWHIA5zjIZj/n0
pJIdy/L8wPX1NJGdwBGCNpGM1IB5gx/CG5JrW5K0IgAQqsynP3jk8Ch2ygACj5eg6mnsDliM
D+L1zTm8uSAsqhXUADB/Oi47kKjcQqrgKeKft3IqjgqfT9aej5iGVY8dPfvSxnAV8gA9h7UX
FcFh3KgySx5Ix2psqgElhgkdD1IqTAYbs9R1JqMhGYFi3Xhh396TkkA0kIpK54bA5qOSX5c4
wx+7zThCzZK5IYdD296WC0LjLEk5yOelc1SpfYaREMwxkkZJPHtVK/uvNxEpBRWyx9T6Va1C
XyP3OfmJ6gdB3/SsxxGG2oW+9leO1YXNorTUaEyjHAC54JOKSRlwuBg45A9aRvl24fJHIHpU
roWYhsgNg5I7etI0GZ8xVRmVVB5bGajVRuIxu47VM6IGVY2BBGD2zUcoKvlT14yO1NASQjBy
Qp4OFY4BNQFQ2AGxngjrT2fCeWRk9iPwpFAVeAfmHH50WFubGkFRp0w24YSBgfXihwWPHGTk
CmWELJYmRhkO5XI9gOv51OFIHytz1AFI9fDfwyHaQpOTjGacgyzFgeAaaQSv7wnI4FOQM+Ou
73oRtcrNjJ5YA96j6v8AKWBPYdatGMycHqTgVEi7ZhgA00zGSdyEjcOWPvmrCREBfnIOc5xS
lTLIr7QBnpmrSIC5ZiNo4oeoRi7jNxKgdfWnzRNlfmyMZ4BGDUpkRXwecDHNR52jIJx6UtjW
1xnClRkgjpzTghQksflPQClkYFSu0kk4DelLuL42sGUD8aEShzgkdcgdKaAwbkgg8cnrUzoE
9OT2qN2KAjIGD0rJFJg8SLDGyv8AvCcFCOBVUna2DjNWnDFVI4B75zmoGGCckE807DiPwwTd
jj2phIJYYyOuc0qzfLtzjnFINqk9waLFkZPA7Z7etSR5yCoJAH601sNt6eualjKopJ4o3KSs
Q3JwF/xpq8887s8cU2V97kgcA4FJGSPlznHNMdydGycc81ZuGkXTCuAVMgIGe+OargnYOeeo
p88rfYo4ihGXLbj+RFN7HNin7hVjIAYgAEZ5LdqarANlQwXOTkdKciMuTsznheKbudUyck59
OOetRY8pj8PKCVXOfbio25YBFON3OTToiW4YlSeGYrnilIRG+VgTuxuHSnsJu41GKSL8oPlt
uAx3p5ZApKoVJ+8Dzn/OKbIMyFd4GCcH39aFZjuGcLn60wTIZVYgYUBQO/f2p4Yll6DnIx60
MGYgbic9SKTbtbIyAB6YouDJIg8coYLhlOQD61tNI1y4n5w4yxxxnvWKzqZAc5DDBwvt1rU0
iaVzNDbn/aWIjrz0BpddSJK60NCUFN21Co471WOZnT5dzE5x6mieaWXIaNgzcHjt/k06AkMM
AqVBJOKL2MXFhKnlTFGBBA5x2q7AzM42yqMdcnAH41TnEsozwWzkkj0p8OAi5Hy+1NMlou3t
uksqiaMOG6YPNVH0RWVSrHaRke1WzKGwVU4GRnPTjNWLJ+PmyeK1VRomxiHSLiIMYyCvOBjH
FVmjmikIkjKL0Hy9a6ySAu3U/N6VFLpqzxBCxwK0VewcpgpaGSMOoIY/eFUbslZSqKM54JHe
ujeAafEEkBaPPBx796zL6yTG+NtynkgDPHeq9tcErFe0RDGOmMY68VajgVyflGGHIzUFvblQ
rBwVI61oIwSMMD16HFJ1hNEaWyhyQcgDGCBUjWcSpgqrAnHHakL7nJwcZJOB1NPRiAXJ5AJO
aylNsNUJBGpIGzHtiszUtTjtSy2ZDyd2H3VP9TUWp6208ZSxkVIxwWB+Zz3AHUCsLJc7VbO3
LHFR6msI9WIWJbzGYmQnJJFIW8yQvgbg2TheKlQqu2RtpA468H61CWwGVSME+lNGuw8kNK0j
DBY5C98Hml3bYMR8ue4Haox8hB6444Ap4BUFow3oMfSgBjHbxznoaR+g64I5NJllYnGfY+tN
dl3DJ3E9QD0NUkAxQWJBIHHGacCyqOccY/GmLjdzyT3pwztIBBHtTYGrYXLrpqwFgYzKXx74
xS+eBKr7uV6Y6VFahFgXZJnJwQR0p3lAgkA889P0qEelQuoIsmUO+VHUetIcqQBgH3qINtU8
++acT8w5z0PSg6FIep2o21sNjuaa52rkDqOnvSt0Ixx1zUYDF2HcCgJCggEYyFHXAq0g2oDk
E5qnsyOQScVLGWUdODwM0CV0So6u7ED65+lNL8sV5PbmmxfM+G5469hSMIy+MkN79KBt2HAP
lc8IegxU+WWXCkncMiq0s2GABPynBx6VIk6t1yfamK9ySYnAAOQPw71Ez7xgDH496kKlhhgO
nPFMSJcKBnd93rWSKQK7GPbxwRTMYP3cgeoqy8YijZcksTmoQpJxnJzVXKRGMkdAeaV0UHGf
wpxhHAUcjjrQ0Yz+HpSKW41lITdwQOlRgFiNp4xkipnTESj8KjRCG2t36jtQWQuzKw569OKV
XKjdgY6kVKU456Y5oVBu4zxRYVmNDMflxxip7wr5FtHuIATLcUwKQeRjr0p1zl51QIPlA42+
3JoZx4x2iQxsWZmDD92ucHvTGyFZsfMx4FOW3BKmQ8MeADS+Tl8KCoBzyM1N0eaRtIDtGM46
saTAJXaR6nPep2UoArDhzzx2pTGcAKQDtxjPbNO9guVlVUbdlm5yARUyLsG7AK7SRnnHapwq
o4RvLPP3s96jmTFwAqkcYIHcUXDYiiZUuAzqCo6gmguxRgowrcjA/nTGUfdwQDxgHPaiNjux
gkkYyBTsCYBQZCcDBHGD0pqTPE29HaNkPDKcY9elSMx3kY2jqBTSu1dw+YjjHWgCyuo3RiZD
NK6sMkF+nTmpI7q78kziR2SM+WSeMZ6fy61RVQqnr09asLHuiYKeAvIB75qWItNeXE0CwNdr
wCecZ47Zxn6VHFeyLGZA4+UZG71qFVjEbbzulBBCcAEdzTXRo48hdrHngdFNCCyNZNXZLZJH
tV8tztVlkwcjGSQau2uu2zsVYMjAZ3E5U846+nNc1FDFISjsysFyAV4z709pdqr8u5kXafQU
eSFyJnZPcXEcSzAgxdiORj6imJqAkAaQlWznI+tclZarNYSfKx8sN80RPytkdxWlb6tFeRkz
KIXHG4fdP4dqdu5m4Pobt5ewTQeWQWyucAdT2rHEMxJMOSMng1btpFYLvwF4Kt6ZrQgZCRsI
O7nn+dNMzdzDEVyWY+UxUdV29MU0ajCuULKOOcsOPT+tdK6q0EqyMVBHJBxgY5+ledyKhjbj
kH5Tjr+NaShZXHFcx0y3asm5cbSOmelRaxcvHo4AKqZjszuGSOp464rDsmUGUGQRKyYOBnd7
U2W0mijSWRSEcfK2OD24rPqaKmtyvvA4xx3IPWkYnLHBGM9/anZCpIMs2DwwHBpoAeNhvxjB
UAZz7VRQkUq7yJAWGDgYzj0ppTy1G7aQwyMH9DQoXOHJ5HpUkaGRlQnBbnI7CmBGSCQI1+Un
Az1/Oh2IRACuQOcf1pzOp+XnO7g54pADC+6NiWQZyR0phckBVQ7Mc/ICMHqfpVRyZZC7DJbu
B3qZQGBEjlRg44zzTSMICoBJwMAdqaC5CDnI27j+PFSRoxRjnKggYzSrwcbT6Yp4chG5U5PO
aYI0LC1WWxEpc5Dkbe2MVMYzgBTxUenOY7Itkbd/T8KsxypIwBO0DvWaPWw9vZkLwAIQDj3p
oG6UIWwAOlTO+WAz7kUzYrYYHBA/Sma2FcKgVQR61GCeac2PKYclupqNQzLnkKByae5Ld2PV
Ax64Pp71JskJ64AGTTEyWzg+3HJqyucqEHLHgntQMqAAHaGAyOwpNmB2PODVt7bcu1SBk5Pt
7VXnWVTgghuvHpRYTEVR0ABPoT3qQQvGobHcZ45pIXET/NjJ5B9KsW08hmZVLYPY/wAqFYS2
Ao4PBO0nBqeGBTEw/iPr2q5tX7OPlH3/AE9qiT7p+v8AWs0NMgliKwo27IJK4I6Y71XKAsRz
z04q8APs6cfxH+QqGADevHehlJldE8vjjHUiomyCDxz+eKvTAYPHf+hqs4/ev/u0FpgUZ1G3
HHqelDw7RnILd6kYYkXHHHb6U9+30prVGi1IFwnGBn0xQgXGEHODSOTt69zUMZ+f8f61SGWg
uNu4jJP41FdANcTMEIyeBimn/WL9R/Onn/XSfQfyqJnnY7oRgFQoIJAODn061KVVcNtb5uQS
fyp0AGx+P4RViRRuTgdB2+tZHnoz2ZSMbeDnBPAFR7gA6sgHzdj0qY/ci+h/nSyKMx8D8qpA
QhVbPAGB07mkdNwzllweMj8afF0f/dFOf7o/3v6GmG5DLCWCqoRWXuAcYx/Ok8sK+MjHU4PB
qeQkrFk55/woPWP6H+dNMRDFArysWkCqAB16jPFDp+9Koyg5wCD1HrTl6yf9dTSIB5w/H+Qp
NjQ1og0eWYAHjCj9D704oqSqzMrrnccnHWpSSPLwSP8AIqu/T6Yph1JfLBJTehGc7s8j2qOV
MsNr5IbGM9u1OX7x/wCun9KnjAzbHHOBSGyOU+a4eUqszYxkYHAwD9aryxsjDJAweAO/vWpd
/PdPu5+c9fqar3KLt+6Op7e1CAqRp5jOu8LtBYlmx26cVatWjt7Ka2uI9zTYIZcfKRkgH61m
P6/57VfjAz09P5U2JblmxvJdORoZrfesowhckbcHqPatea1ki8uSENhlD4J5AIyazNYZjbwZ
JOGOMnp0rd6Wltjj9yn8hWlGCm9TOroLcyg6ZcNkFGiYAE9TtNcTtZsllIwMDGBxXWXX/IIn
/wCub/1rkT2+lb1o2iiKWtx7REBc/dK/Ng9805hPKuwlisf3VJz1Pamv1H0FSJ91G/i3DnvX
MblWW1eNASDgnoO1MEUjD7pGWHIGatKT5ynJztPP4imyEgcHGSM47807iK7JID82Dk5+vPUG
nqhDo/rxknp7UrE+ao7AdKH+6fYDHtTQhvl7sYTaU4Jx701x8zsAAC2BxU7u2/7x+6e/1pkr
tsPzH73r7UCEQMVKsGwx5A7+lNmtjEqyFuCNygd+auKx81eT0/xpjf6s/wC7/SmtykipuJOd
gAHXI700jOQ3GO2KuRkkNk55/rSJzBKTydo5P1ouDHWcq+SVJ6N8o96sxKWIA79TimQf6lfq
f6Vab/WD/gNJHpYb4CJothzxkcA0uxQGJH1xUq/fH1FMnA54oN2xoTMeAeMcj2ppbYcAFgc5
q2gHkDjsP5U0Abug+8aYhgUHAKnaRmlKAqHIOOSasJ/qpKlYD93wOlMG7FIOykHOcjnGeKrz
yeaR8pyORVh/un6D+dV1+9/n1pXJb0EWFAm4n5vTFTW7hGbaSB06dDUJ5XnnrQ38P4UAf//Z
</binary>
</FictionBook>
