<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<FictionBook xmlns="http://www.gribuser.ru/xml/fictionbook/2.0" xmlns:l="http://www.w3.org/1999/xlink">
 <description>
  <title-info>
   <genre>sf</genre>
   <author>
    <first-name>Spider</first-name>
    <last-name>Robinson</last-name>
   </author>
   <author>
    <first-name>Jeanne</first-name>
    <last-name>Robinson</last-name>
   </author>
   <book-title>Gwiezdny taniec</book-title>
   <date value="1986-10-01">1986</date>
   <coverpage>
    <image l:href="#cover.jpg"/></coverpage>
   <lang>pl</lang>
   <src-lang>en</src-lang>
   <translator>
    <first-name>Jacek</first-name>
    <last-name>Manicki</last-name>
   </translator>
   <sequence name="Gwiezdny taniec" number="1"/>
  </title-info>
  <src-title-info>
   <genre>sf</genre>
   <author>
    <first-name>Spider</first-name>
    <last-name>Robinson</last-name>
   </author>
   <author>
    <first-name>Jeanne</first-name>
    <last-name>Robinson</last-name>
   </author>
   <book-title>Stardance</book-title>
   <date value="1977-03-01">1977</date>
   <lang>en</lang>
  </src-title-info>
  <document-info>
   <author>
    <nickname>Cosmopilit</nickname>
   </author>
   <program-used>FictionBook Editor Release 2.6.6</program-used>
   <date value="2016-06-12">12 June 2016</date>
   <id>9BFEB0CC-27D8-4FB4-A5EB-7826E2BE9697</id>
   <version>1.0</version>
  </document-info>
  <publish-info>
   <book-name>Fantastyka (czasopismo), październik 1986</book-name>
   <city>Warszawa</city>
   <year>1986</year>
  </publish-info>
 </description>
 <body>
  <title>
   <p>Spider i Jeanne Robinson</p>
   <p>Gwiezdny taniec</p>
  </title>
  <epigraph>
   <poem>
    <stanza>
     <v>Żeby odnaleźć swe miejsce</v>
     <v>w nieskończoności istnienia</v>
     <v>trzeba być zdolnym zarówno</v>
     <v>do dzielenia, jak i jednoczenia.</v>
    </stanza>
   </poem>
   <text-author>I Cing</text-author>
  </epigraph>
  <section>
   <title>
    <p>CZĘŚĆ I</p>
    <p>Gwiezdny taniec</p>
   </title>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 1</p>
    </title>
    <p>Nie mogę twierdzić, że naprawdę ją znałem, a już na pewno nie tak, jak Seroff znał Isadorę. Cała moja wiedza o jej dzieciństwie i dorosłym życiu opiera się na anegdotach, jakie zdarzyło mi się od niej zasłyszeć — akurat tyle, żebym nabrał pewności, iż wszystkie trzy sprzeczne ze sobą biografie z bieżącej listy bestsellerów są zmyślone. Wszystko, co mi wiadomo o jej dojrzałym życiu, pochodzi z tych kilku godzin, które spędziła w moim towarzystwie i na moich monitorach — a to aż nadto, abym się przekonał, iż każda wzmianka w prasie, jaką czytałem, jest fikcją. Carrington sądził prawdopodobnie, że zna ją lepiej ode mnie i w pewnym stopniu miał rację — nigdy jednak o niej nie napisał, a teraz nie ma go już wśród żywych.</p>
    <p>Ale ja byłem od samego początku jej wideo — operatorem i znałem ją od kulis: był to typ związku, którego odpowiednika nie znajdziecie ani na Ziemi, ani nigdzie indziej. Wątpię, żeby udało się go opisać komuś, kto nie uprawia czynnie tego zawodu — można to w przybliżeniu porównać do więzi, jakie panują miedzy współpracownikami albo kumplami z wojska. Byłem z nią tego dnia, gdy pełna leku i zdecydowania przybyła na „Skyfac”, by w imię marzeń ryzykować własnym życiem. Obserwowałem ją przy pracy. Przez całe te dwa miesiące wypełnione nie kończącymi się próbami, harowałem razem z nią i zachowałem wszystkie taśmy z tamtego okresu.</p>
    <p>No i oczywiście widziałem „Gwiezdny taniec”. Byłem tam. Filmowałem go.</p>
    <p>Wydaje mi się, że mogę wam coś niecoś o niej opowiedzieć.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Zacznę od tego, że nie zafascynowanie kosmosem i podróżami kosmicznymi, jak to sugerują „Taniec wyzwolony. Narodziny nowej fali” Derskiego i „Shara” Cahilla, doprowadziło do tego, że została .pierwszą tancerką, która występowała w stanie nieważkości. Kosmos był dla niej środkiem, nie celem i bezmiar jego pustki z początku ją przerażał. Nie stało się też tak dlatego, jak twierdzi Melberg w luksusowym wydaniu swojej „Prawdziwej Shary Drummond”, że brakowało jej talentu, by zostać tancerką na Ziemi. Jeśli wyobrażacie sobie, że taniec w próżni jest łatwiejszy od tańca konwencjonalnego, to sami spróbujcie. Nie zapominajcie o torebce na wymiociny.</p>
    <p>Ale w oszczerstwach Melberga, jak we wszystkich wielkich oszczerstwach, tkwi ziarnko prawdy. Nie mogła tańczyć na Ziemi, ale nie z braku talentu.</p>
    <p>Po raz pierwszy spotkałem ją w lipcu 1989 roku w Toronto. Kierowałem wtedy działem wideo Torontońskiego Teatru Tańca i mierziła mnie każda minuta tej roboty. Mierziło mnie wtedy wszystko. Harmonogram na ten dzień przewidywał spędzenie całego popołudnia na filmowaniu próby studentów — strata czasu i taśmy, a to mierziło mnie najbardziej ze wszystkiego, z wyjątkiem może towarzystwa telefonicznego. Nie oglądałem jeszcze tegorocznego narybku w akcji i wcale mi się do tego nie śpieszyło. Przepadałem za patrzeniem na taniec w dobrym wykonaniu — wysiłki nowicjusza są dla mnie zwykle czymś tak ujmującym jak rzępolenie studenta pierwszego roku wiolonczeli.</p>
    <p>Gdy wkraczałem do studio, noga rwała mnie bardziej niż zwykle. Norrey dostrzegła malujący się na mej twarzy grymas i odłączywszy się od grupy obiecującej młodzieży podeszła do mnie.</p>
    <p>— Charlie…?</p>
    <p>— Wiem, wiem. To nieopierzone żółtodzioby, Charlie, o duszach tak kruchych, jak wielkanocne jajo w grudniu. Nie ugryź ich, Charlie. Nawet na nich nie warcz, jeżeli potrafisz, Charlie.</p>
    <p>Uśmiechnęła się.</p>
    <p>— Coś w tym rodzaju. Noga?</p>
    <p>— Noga.</p>
    <p>Norrey Drummond jest tancerką, której w jakiś niewytłumaczalny sposób udaje się nie wyglądać na dojrzałą kobietę, bo jest mała. Jest jej raptem jakieś sto piętnaście funtów, a większość z tego to serce. Mierzy sobie około metra sześćdziesięciu, ale bez problemu potrafi górować nad najwyższym studentem. Ma w sobie więcej energii niż północnoamerykańska sieć energetyczna i wykorzystuje ją tak wydajnie, jak pompa skrzydełkowa (czy znacie zasadę działania pompy skrzydełkowej? Jeżeli nie, to zapoznajcie się z nią). Jej taniec nacechowany jest jakąś niepowtarzalnością. Jest to, według mnie, jedyny powód, dla którego aż do nadejścia nowej fali tańca nowoczesnego, dostawała tak mało intratnych ról. Lubiłem ją, bo nie litowała się nade mną. Kiedyś żyliśmy ze sobą, ale nam nie wyszło.</p>
    <p>— To nie tylko noga — przyznałem. — Nie mogę patrzeć jak te ofiary katują twoją choreografię.</p>
    <p>— No to możesz się uspokoić. Kawałek, który dzisiaj kręcisz jest dziełem… jednej ze studentek.</p>
    <p>— O, to wspaniale. Wiedziałem, że trzeba było pójść na zwolnienie. </p>
    <p>Norrey skrzywiła się.</p>
    <p>— O co chodzi?</p>
    <p>— A co?</p>
    <p>— Dlaczego zmienia ci się głos, gdy mówisz „jednej ze studentek”? </p>
    <p>Zarumieniła się.</p>
    <p>— Bo to moja siostra, cholera.</p>
    <p>Norrey i ja często się dawniej widywaliśmy, ale nigdy nie spotkałem jej siostry — wydaje mi się, że nie jest to takie całkiem normalne w dzisiejszych czasach. Moje brwi powędrowały w górę.</p>
    <p>— A więc musi być dobra.</p>
    <p>— No wiesz, Charlie, dziękuje.</p>
    <p>— Gadanie. Albo mówię komplementy szczerze, albo wcale — nie mam na myśli dziedziczności. Chodzi mi o to, że jesteś tak beznadziejnie etyczna, iż skręciłabyś się, żeby tylko uniknąć nepotyzmu. Twoja siostra musi być przebojowa, jeżeli pozwoliłaś jej na taki występ.</p>
    <p>— Charlie, ona taka jest — powiedziała po prostu Norrey.</p>
    <p>— Zobaczymy. A jak ma na imię?</p>
    <p>— Shara — Norrey wskazała mi ją ruchem głowy i wtedy zrozumiałem resztę aluzji. Shara Drummond była o dziesięć lat młodsza od swojej siostry, dobre osiemnaście centymetrów wyższa i o piętnaście, a może nawet osiemnaście kilo cięższa. Spostrzegłem nadto, że jest uderzająco piękna, ale to w niczym nie zmniejszyło mojej konsternacji — Sophia Loren w swoich najlepszych latach za żadne skarby nie zostałaby tancerką nowej fali. Tam, gdzie Norrey była drobna, Shara była duża, a gdzie Norrey duża, Shara jeszcze większa. Gdybym zobaczył ją na ulicy, gwizdnąłbym z uznaniem — ale w studio twarz mi spochmurniała.</p>
    <p>— Mój Boże, Norrey, ależ ona jest wielka.</p>
    <p>— Drugi mąż naszej matki był futbolistą — powiedziała ponuro. — Ona jest strasznie dobra.</p>
    <p>— Jeżeli jest dobra, to to jest straszne. Biedna dziewczyna. No nic, czego ode mnie oczekujesz?</p>
    <p>— Czemu sądzisz, że czegoś od ciebie oczekuje?</p>
    <p>— Bo wciąż tu stoisz.</p>
    <p>— Och. Chyba rzeczywiście. No wiec… czy zjesz z nami lunch, Charlie?</p>
    <p>— Dlaczego? — doskonale wiedziałem dlaczego, ale spodziewałem się niewinnego kłamstewka. </p>
    <p>Nie usłyszałem go od Norrey Drummond.</p>
    <p>— Bo wydaje mi się, że wy dwoje macie ze sobą coś wspólnego.</p>
    <p>Odpłaciłem jej za szczerość, przełykając ten komplement bez mrugnięcia okiem. — Przypuszczam, że tak.</p>
    <p>— A zatem zgoda?</p>
    <p>— Zaraz po sesji.</p>
    <p>Puściła do mnie oko i już jej nie było. W zadziwiająco krótkim czasie zorganizowała studio pełne włóczących się po nim, rozgadanych młodych ludzi w coś, co z grubsza przypominało zespół tancerzy. Podczas gdy rozstawiałem i sprawdzałem mój sprzęt, przeprowadzili dwudziestominutową rozgrzewkę. Jedną kamerę ustawiłem przed nimi, jedną za nimi, a trzecią zatrzymałem przy sobie do ujęć z ręki. Nigdy dotąd jej nie włączałem.</p>
    <p>Jest taka gra, którą prowadzi się w myślach. Zawsze, gdy ktoś przykuwa waszą uwagę, zaczynacie snuć na jego temat rozmaite domysły. Próbujecie, opierając się na jego wyglądzie, określić jego charakter i przywary. Ten? Gburowaty, niedbały — nie zakręca tubki z pastą do zębów i pije whisky bez wody. Ta? Typ studentki szkoły teatralnej, używa prawdopodobnie wkładki domacicznej i pisze listy stylizowaną kaligrafią swego wynalazku. Ci? Wyglądają na nauczycieli z Miami, którzy przybyli tutaj, żeby po raz pierwszy w życiu zobaczyć prawdziwy śnieg i prawdopodobnie uczestniczą w jakimś zjeździe. Czasami byłem bardzo blisko. Nie pamiętam, jak w tych pierwszych dwudziestu minutach zaszufladkowałem Sharę Drummond. Gdy zaczęła tańczyć, wszystkie uprzedzenia wyparowały mi z głowy. Stała się dla mnie czymś nieziemskim, czymś niepoznawalnym, żywym mostem pomiędzy naszym światem, a światem, w którym mieszkają Muzy.</p>
    <p>Wiem chyba wszystko, co można wiedzieć o tańcu, a jednak nie potrafiłem zaliczyć do jakiejkolwiek kategorii, sklasyfikować ani nawet zrozumieć tańca, który wykonywała tego popołudnia. Śledziłem go, nawet mi się podobał, ale nie byłem w stanie go pojąć. Tancerze mówią o swoim „centrum”, miejscu, wokół którego koncentrują się wykonywane przez nich ruchy, często bardzo bliskim środka ciężkości. Starają się tańczyć „od centrum”, a pojecie „skurczu i rozkurczu”, na którym w tak wielkim stopniu opiera się Taniec Nowoczesny zależy właśnie od tego centrum, bo w nim skupia się cała energia. Centrum Shary zdawało się zgodnie z jej wolą przemieszczać po całej sali. Kończyny były z nim związane raczej z wyboru niż z konieczności. Jakim to słowem nazywana jest najbardziej zewnętrzna cześć słońca, cześć, którą widać nawet podczas zaćmienia? Korona? Tym właśnie były jej kończyny: cztery wydłużone jeżyki płomieni, podążające za centrum po jego mimośrodowej, wirującej orbicie, wijące się płynnie po jego powierzchni. To, że dwie dolne często stykały się z podłogą wyglądało na przypadek — prawdę powiedziawszy, drugie dwie dotykały podłogi niemal tak samo regularnie.</p>
    <p>Inni studenci też tańczyli. Wiem to stąd, że dwie automatyczne wideokamery nie zaniedbywały się w pracy jak ja i zarejestrowały ten taniec jako całość. Zatytułowany był „Narodziny” i opisywał tworzenie się galaktyki, która w końcu przypominała Andromedę. Nie było to dokładne odmalowanie tego procesu i nie miało takim być. Symboliczna wymowa przywodziła na myśl narodziny galaktyki.</p>
    <p>Gdy to teraz wspominam, uświadamiam sobie, że dostrzegałem wtedy tylko jądro tej galaktyki: Sharę. Towarzyszący jej studenci przesłaniali ją od czasu do czasu, a ja tego nawet nie zauważyłem. Patrzenie na nią sprawiało ból.</p>
    <p>Jeżeli wiecie coś niecoś o tańcu, wszystko to musi dla was brzmieć strasznie. Taniec o mgławicy? Wiem, wiem, to śmieszne. Ale udało się. Udało w najnormalniejszy, przyziemny sposób — z tym tylko, że Shara była za dobra w porównaniu z resztą zespołu. Nie należała do tej gorliwej grupy niezgrabnych, niedouczonych terminatorów. Przypominało to słuchanie Stevelanda Wondera usiłującego śpiewać z przygodną kapelą w jakimś montrealskim barze.</p>
    <p>Ale nie to sprawiało ból.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>„Le Maintenant” była skromną restauracją, ale jedzenie podawano w niej dobre i cieszyła się świetną opinią. Już jej nie ma. Norrey i Shara nie chciały trawki, ale przy moim stylu pracy to pomaga. Poza tym potrzebowałem paru sztachów, bo jak tu powiedzieć tej uroczej damie, że jej marzenie jest nieziszczalne.</p>
    <p>Nie potrzebowałem pytać Shary, by wiedzieć, że jej największym marzeniem jest taniec. Więcej — taniec profesjonalny. Często rozważałem motywy, jakimi kierują się zawodowi artyści, wybierając swój zawód. Jedni szukają narcystycznego zapewnienia, że inni zapłacą za bilet, żeby ich zobaczyć lub posłuchać. Inni są tak niekompetentni albo niezaradni, że nie potrafią w żaden inny sposób zarobić na życie. Jeszcze inni mają w zanadrzu coś, co jak sądzą, wymaga przekazania światu. Przypuszczam, że w przypadku większości artystów ma miejsce kombinacja wszystkich trzech motywów. To nie zarzut potrzebujemy tego, co dla nas robią. Powinniśmy być zadowoleni, że mają jakieś motywy.</p>
    <p>Ale Shara należała do tych najmniej licznych. Tańczyła, bo po prostu czuła tego potrzebę. Musiała mówić rzeczy, których nie sposób wyrazić w żaden inny sposób i z mówienia ich musiała czerpać sens życia. Wszystko inne wypaczyłoby i zdeformowało wymowę jej tańca. Wiedziałem to po obejrzeniu jednego jej występu.</p>
    <p>Na nabieraniu jedzenia w usta, przeżuwaniu go, przełykaniu i ponownym nabieraniu (umiarkowanych ilości, celem zyskania niewielkiej zwłoki czasowej, jaką przynosi konsumpcja) upłynęło więcej niż pół godziny. Dopiero potem zażądano ode mnie, żebym powiedział coś więcej ponad sporadyczne chrząknięcia w odpowiedzi na obiadową paplaninę pań. Gdy pojawiła się kawa, Shara spojrzała mi prosto w oczy i zapytała:</p>
    <p>— Potrafisz mówić, Charlie? </p>
    <p>To była cała siostra Norrey.</p>
    <p>— Tylko bzdury.</p>
    <p>— Nic podobnego.</p>
    <p>— Lubi pani tańczyć, panno Drummond?</p>
    <p>— Co to znaczy „czy lubię”? — spytała poważnie. — I na miłość boską, niech mi pan wreszcie powie, czemu pan się tak uparł, żeby ze mną nie rozmawiać? Martwię się o pana.</p>
    <p>— Sharo! — Norrey sprawiała wrażenie skonsternowanej.</p>
    <p>— Cicho. Chce to wiedzieć.</p>
    <p>— Sharo — spróbowałem. — Miałem zaszczyt spotkać się z Bertramem Rossa. Byłem kiedyś na jego występie i podziwiałem jego taniec. Znajomy reżyser zabrał mnie za kulisy tak, jak zabiera się dzieciaka, żeby mu pokazać Świętego Mikołaja. Spodziewałem się, że gdy wypoczywa po zejściu ze sceny, wygląda starzej. Wyglądał młodziej. Przemówił do mnie. Po chwili przestałem otwierać usta, bo i tak nie dobywał się z nich żaden dźwięk.</p>
    <p>Milczała, spodziewając się dalszego ciągu. Dopiero stopniowo zaczęła pojmować komplement i jego wymiar. Zakładałem, że będzie oczywisty. Większość artystów oczekuje komplementów. Gdy go wreszcie zrozumiała, nie zaczerwieniła się ani nie uśmiechnęła z zażenowaniem. Nie pochyliła głowy i nie powiedziała „Och, przestań”. Nie powiedziała „Pochlebiasz mi”, nie spuściła wzroku.</p>
    <p>Pokiwała powoli głową i powiedziała:</p>
    <p>— Dziękuje, Charlie. To dużo więcej warte niż pusta gadanina — w jej uśmiechu czaił się cień smutku, jakbyśmy oboje dzielili ze sobą puentę ciętego dowcipu.</p>
    <p>— Nie ma za co.</p>
    <p>— Na miłość boską, Norrey. Czemu wyglądasz na taką wściekłą?</p>
    <p>— Ona jest zła na mnie — wtrąciłem. — Powiedziałem coś niewłaściwego.</p>
    <p>— To było coś niewłaściwego?</p>
    <p>— Ano było, panno Drummond. Sądzę, że powinna pani zrezygnować z tańca.</p>
    <p>— Zwracaj się do mnie po imieniu. Sądzisz, że powinnam… co?</p>
    <p>— Charlie… — zaczęła Norrey.</p>
    <p>— Miałem ci powiedzieć, że nie wszyscy możemy być zawodowymi tancerzami. Miałem ci, Sharo, powiedzieć, żebyś rzuciła taniec… zanim on rzuci ciebie.</p>
    <p>W tym pragnieniu bycia dla niej miłym, byłem chyba jeszcze brutalniejszy niż to konieczne. Miałem się dopiero nauczyć, że szczerość nigdy nie zrażała Shary Drummond. Ona jej wymagała.</p>
    <p>— Dlaczego ty? — tylko tyle powiedziała.</p>
    <p>— Jedziemy na tym samym wózku, ty i ja. Oboje mamy taki świerzb, którego nasze ciała nie pozwalają nam podrapać.</p>
    <p>Jej oczy złagodniały — A jaki jest ten twój świerzb?</p>
    <p>— Taki sam jak twój.</p>
    <p>— Hmmm?</p>
    <p>— Ten człowiek miał przyjść we wtorek i naprawić telefon. Moja współlokatorka Karen i ja mieliśmy próby przez cały dzień. Zostawiliśmy w drzwiach kartkę: „Panie od telefonów, musieliśmy wyjść, a z pewnością nie mogliśmy do pana zadzwonić, che, che. Proszę wziąć sobie klucz od dozorcy i wejść; telefon jest w sypialni”. Człowiek od telefonów wcale się nie pokazał. Oni nigdy nie przychodzą. — Ręce zaczynały mi drżeć. — Weszliśmy do mieszkania kuchennymi schodami od strony alei. Telefon był nadal głuchy, a nie przyszło mi do głowy, żeby zdjąć kartkę z drzwi frontowych. Następnego ranka poczułem się źle. Skurcze. Wymioty. Karen i ja byliśmy tylko przyjaciółmi, ale została w domu, żeby się mną opiekować. Przypuszczam, że w nocy z piątku na sobotę kartka w drzwiach wyglądała na jeszcze bardziej wiarygodną. Odsunął zasuwę kawałkiem plastyku i rozłączał właśnie aparaturę, stereo, gdy Karen wyszła z kuchni. Był tym tak oburzony, że strzelił do niej. Dwa razy. Hałas go spłoszył: zanim tam dotarłem, był już jedną nogą za drzwiami. Miał jeszcze czas, żeby władować mi kule w staw biodrowy i już go nie było. Nigdy go nie złapali. Nigdy też nie przyszli naprawić telefonu. — Panowałem już nad dłońmi. — Karen była cholernie dobrą tancerką, ale ja byłem lepszy. W głowie nadal taki jestem. </p>
    <p>Jej oczy okrąglały z wolna.</p>
    <p>— Ty chyba nie jesteś Charlie… Charles Armstead? </p>
    <p>Skinąłem głową.</p>
    <p>— O mój Boże. A więc to tutaj wylądowałeś.</p>
    <p>Byłem zaszokowany jej reakcją. Zawróciło mnie to z zimnej i wietrznej granicy litowania się, nad samym sobą. Znowu zrobiło mi się jej trochę żal. Powinienem się domyślić głębi jej empatii. No i w sposób, który naprawdę się liczył byliśmy tak cholernie do siebie podobni — dzieliliśmy ten sam okrutny żart. Zastanawiałem się, dlaczego pragnąłem nią wstrząsnąć.</p>
    <p>— Nie potrafili naprawić ci stawu? — spytała cicho.</p>
    <p>— Chodzę świetnie, tylko trochę asymetrycznie. Gdy mam wystarczająco silną motywacje, mogę nawet przebiec krótki dystans. Tańczyć nie mogę.</p>
    <p>— Zostałeś więc wideooperatorem?</p>
    <p>— Trzy lata temu. Ludzi, którzy równie dobrze znają się na tańcu, jak na technice wideo można dzisiaj policzyć na palcach jednej ręki. Zgoda, taniec rejestruje się na taśmie już od lat siedemdziesiątych — zwykle z wyobraźnią kamerzysty dziennika telewizyjnego. Jeżeli filmuje się sztukę sceniczną dwiema kamerami z kanału dla orkiestry, to czy jest to kino?</p>
    <p>— Starasz się uczynić dla tańca to, co kamera filmowa zrobiła dla dramatu?</p>
    <p>— Dość zgrabna analogia. Tylko załamuje się na tym, że taniec ma więcej wspólnego z muzyką niż z dramatem. Nie można go tak po prostu przerwać w dowolnym momencie, a potem kontynuować dalej od miejsca, w którym się go przerwało, ani też wracać i powtórnie kręcić scenę, która nie wyszła od razu tak jak trzeba, czy też odwracać chronologii, żeby zachować ciągłość harmonogramu zdjęć. Następują zdarzenia i rejestruje się je. Moja praca jest opłacana przez przemysł nagraniowy najwyższymi stawkami, na które zasługuje człowiek z wystarczającą ilością oleju w głowie, żeby wiedzieć, jakie ujęcie wykonać w danej chwili i robić to bez pudła. Jest jeszcze paru takich jak ja. Ja jestem ten najlepszy.</p>
    <p>Przyjęła to tak, jak wcześniej komplement pod swym adresem — wzięła za dobrą monetę. Zwykle, gdy mówię takie rzeczy, nie daje złamanego szeląga za reakcje, jaką wywołam. Lub jestem akurat dowcipny i pragnę kogoś oburzyć. Ale pochlebił mi sposób, w jaki odebrała moje słowa, pochlebił wystarczająco, żeby mnie wprawić w lekkie zakłopotanie. To z kolei popchnęło mnie znowu do brutalności, chociaż wiedziałem z góry, że nie wywoła ona pożądanego skutku.</p>
    <p>— A zmierzam do tego, że Norrey ma nadzieje, iż zasugeruje ci jakąś zbliżoną formę sublimacji, bo mam już w tym doświadczenie.</p>
    <p>— Nie ma mowy, Charlie — upierała się. — Wiem, o czym mówisz, nie jestem taka głupia, ale wydaje mi się, że jakoś sobie poradzę.</p>
    <p>— O, na pewno. Jesteś za duża, moja panno. Masz cycki jak dwie połówki melona, nagrodzonego na wystawie rolniczej i dupę, za którą każda aktorka z Hollywood sprzedałaby własnych rodziców, ale to dyskwalifikuje cię jako tancerkę nowej fali. Nie masz żadnych szans. I co, dasz sobie z tym radę? Najpierw puknij się w czoło. Jak mi idzie, Norrey?</p>
    <p>— Na miłość boską, Charlie!</p>
    <p>Zmiękłem, Nie mogę doprowadzić Norrey do rozpaczy — za bardzo ją lubię. Kiedyś przez to niemal zaczęliśmy razem mieszkać.</p>
    <p>— Przepraszam, skarbie. To wszystko przez te nogę — doprowadza mnie do szału. Powinno się jej udać — ale się nie uda. Jest twoją siostrą i dlatego to cię smuci. No cóż, ja jestem obcy i mnie trafia szlag.</p>
    <p>— A jak według ciebie, wpływa to na moje samopoczucie — wybuchnęła Shara, zaskakując nas oboje. Nie wiedziałem, że ma taki silny głos. — Żądasz ode mnie, żebym zwinęła żagle, a ty pożyczasz mi kamerę, co Charlie? A może mam handlować pod studio jabłkami? — Po jej szczęce przebiegał leciutki skurcz. — Dowiedz się, że niech mnie przeklną wszyscy bogowie południowej Kalifornii, jeśli zrezygnuje. Bóg obdarzył mnie obfitymi kształtami, ale nie ma w nich ani jednego zbędnego funta, pasują na mnie jak ulał, potrafię, wprawić je w taniec i zrobię to. Może masz rację. — może najpierw powinnam puknąć się w czoło, ale dopnę, swego. — Zaczerpnęła tchu. — Dziękuje ci teraz za dobre chęci, Char… panie Armst…, a mam to gdzieś! — Z jej oczu trysnęły łzy. Zerwała się z miejsca, wylewając na kolana Norrey ćwierć filiżanki zimnej kawy i wybiegła z restauracji.</p>
    <p>— Charlie — wycedziła przez zaciśnięte zęby Norrey — za co ja cię tak lubię?</p>
    <p>— Tancerze są tępi — podałem jej swą chusteczkę,</p>
    <p>— Aha — klepała się przez chwile po kolanie — a jak to się dzieje, że ty mnie lubisz?</p>
    <p>— Wideooperatorzy są inteligentni.</p>
    <p>— Aha.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Popołudnie spędziłem w swoim mieszkaniu, przeglądając metry nakręconej dzisiejszego dnia taśmy i im dłużej patrzyłem, tym większa ogarniała mnie wściekłość.</p>
    <p>Taniec wymaga silnej motywacji od nadzwyczaj wczesnego wieku — ślepego poświecenia, zawierzenia niewykształconym jeszcze potencjałom dziedziczności i odpowiedniego odżywiania się. W przypadku baletu, zwykle ryzyko było większe, ale pod koniec lat osiemdziesiątych tak samo ryzykowny stał się taniec nowoczesny. Naukę w szkole baletu klasycznego można zacząć, dajmy na to, w wieku sześciu lat…a kończąc lat czternaście stwierdzić, iż ma się za szerokie ramiona i straciło się bezpowrotnie lata wielkiego wysiłku. Shara pasjonowała się tańcem nowoczesnym od wczesnego dzieciństwa i za późno stwierdziła, że Bóg obdarzył ją ciałem kobiety.</p>
    <p>Nie była potężna — widzieliście ją przecież. Była wysoka, o grubych kościach i na tym szkielecie było zbudowane bogate ciało dojrzałej kobiety. Gdy wciąż od nowa przeglądałem taśmę „Narodzin”, narastał we mnie ból i w końcu zapomniałem nawet o nieustępującym rwaniu w nodze. Przypominało to świetnie zapowiadającego się koszykarza, który mierzy zaledwie cztery stopy.</p>
    <p>Dzisiaj podstawowym warunkiem uprawiania tańca nowoczesnego jest dostanie się do dużego zespołu. Nie można być zauważonym, o ile nie jest się widocznym, subsydia rządowe zaś udzielane są na zasadzie Duże Jest Lepsze — zespoły mniejsze i amatorskie muszą wciąż walczyć ze sobą na noże o każdego pensa, z tym, że od początku lat osiemdziesiątych nie zobaczyli nawet jednego.</p>
    <p>”Jej taniec widział Merce Cunningham, Charlie. Tuż przed śmiercią jej taniec widziała Martha Graham. Oboje nie skąpili pochwał zarówno choreografii, jak i wykonaniu. Żadne nie wyszło z jakąkolwiek propozycją. Nie wiem nawet, czy mieć o to do nich żal — trochę ich, u diabła, rozumiem”.</p>
    <p>Tak, Norrey potrafiła to zrozumieć. To była jej własna wada, spotęgowana i ustokrotniona: indywidualizm. Członek zespołu musi być zdolny do świetnej pracy solowej — ale musi też posiąść umiejętność wtopienia się w wysiłek grupy, umiejętność pracy zespołowej. Już sama indywidualność Shary czyniła ją praktycznie nieprzydatną dla zespołu. Ściągała na siebie całą uwagę widza i nic na to nie mogła poradzić.</p>
    <p>Oko mężczyzny, raz przyciągnięte, już się nie odwróci. Tancerki nowoczesne muszą czasami występować nago i dlatego zdarza się, że mają ciała czternastoletnich chłopców. Aktorka, pianistka, śpiewaczka czy malarka mogą się szczycić bujnymi, zachwycająco zaokrąglonymi kształtami — ale tancerka musi być niemal taić bezpłciowa, jak modelka. Bóg jeden wie dlaczego. Shara nie była stanie oczyścić swego tańca z seksu, nawet gdyby była tym zainteresowana, a oglądając jej taniec na monitorze i wcześniej, w studio, dochodziłem do przekonania, że nie jest.</p>
    <p>Że też jej geniusz musiał się objawić w tym jedynym, poza modelką i zakonnicą, zawodzie, w którym seks jest niepożądanym brzemieniem! To łamało mi serce.</p>
    <p>— Do niczego, prawda?</p>
    <p>— Jasna cholera — warknąłem odwracając się gwałtownie. — Przez ciebie o mało nie ugryzłem się w jeżyk.</p>
    <p>— Przepraszam. — Weszła z korytarza do pokoju. — Norrey powiedziała mi, gdzie mieszkasz. Drzwi były Uchylone.</p>
    <p>— Zapomniałem je zamknąć.</p>
    <p>— Zostawiłeś otwarte?</p>
    <p>— Uczę się na błędach. Żaden włamywacz, żeby nie wiem jak napalony, nie wejdzie do mieszkania, w którym drzwi są uchylone i gra radio. Wtedy na pewno ktoś jest w domu. Masz rację, to jest do niczego. Siadaj.</p>
    <p>Usiadła na kozetce. Włosy miała teraz rozpuszczone i to podobało mi się dużo bardziej. Wyłączyłem monitor, zwinąłem taśmę, i odłożyłem ją na półkę.</p>
    <p>— Przyszłam cię przeprosić. Nie powinnam tak wsiadać na ciebie przy obiedzie. Starałeś się mi pomóc.</p>
    <p>— Musiałaś się w końcu rozładować. Przypuszczam, że wzbierało to w tobie od dłuższego czasu.</p>
    <p>— Od pięciu lat. Doszłam do wniosku, że lepiej zacząć w Stanach niż w Kanadzie, że tam szybciej się wybije. Teraz jestem z powrotem w Toronto i nie wydaje mi się, by udało mi się to tutaj. Ma pan rację, panie Armstead — jestem za duża. Amazonki nie tańczą.</p>
    <p>— Mów mi dalej Charlie. Słuchaj, chce cię o coś zapytać, o ten ostatni gest na końcu „Narodzin”. Co on miał oznaczać? Odebrałem go jako przywołanie, Norrey mówi, że to było pożegnanie, a teraz, kiedy obejrzałem taśmę, wydaje mi się, że wyraża tęsknotę, że jest sięganiem po coś.</p>
    <p>— A więc wyszło.</p>
    <p>— Pardon?</p>
    <p>— W moim odczuciu narodziny galaktyki łączą w sobie wszystkie te trzy aspekty. Są one tak do siebie zbliżone duchem, że według mnie niezręcznością byłoby wyrażenie każdego osobnym gestem.</p>
    <p>— Mmmm. — Coraz gorzej. Przypuśćmy, że Einstein miałby afazje? — Dlaczego nie zostałaś lichą tancerką? To by była tylko ironia losu. To — wskazałem na taśmę — jest wielką tragedią.</p>
    <p>— Czy nie zamierzasz mi czasem poradzić, żebym tańczyła dalej dla siebie?</p>
    <p>— Nie. Dla ciebie byłoby to gorsze, niż w ogóle nie tańczyć.</p>
    <p>— Mój Boże, jesteś spostrzegawczy. A może tak łatwo mnie rozgryźć? </p>
    <p>Wzruszyłem ramionami.</p>
    <p>— Och, Charlie — wybuchnęła — co ja mam robić?</p>
    <p>— Lepiej mnie o to nie pytaj — mój głos brzmiał zabawnie.</p>
    <p>— Dlaczego?</p>
    <p>— Bo już w dwóch trzecich jestem w tobie zakochany. I dlatego, że ty mnie nie kochasz i nigdy nie pokochasz. A więc jest to ten rodzaj pytania, którego nie powinnaś mi zadawać.</p>
    <p>Trochę ją to zaskoczyło, ale szybko odzyskała panowanie nad sobą. Jej spojrzenie złagodniało i powoli potrząsnęła głową.</p>
    <p>— Ty nawet wiesz, dlaczego cię nie kocham, prawda?</p>
    <p>— I dlaczego mnie nie pokochasz.</p>
    <p>Bałem się okropnie, że zaraz powie „Przepraszam, Charlie”, ale znowu mnie zadziwiła. Powiedziała:</p>
    <p>— Na palcach jednej ręki mogę policzyć dojrzałych mężczyzn, których spotkałam. Jestem ci wdzięczna. Ironiczne tragedie chodzą chyba parami.</p>
    <p>— Czasami.</p>
    <p>— No cóż, teraz pozostaje mi tylko zastanowić się, co począć ze swym życiem. To mi zepsuje cały weekend.</p>
    <p>— Będziesz kontynuowała nauką w szkole?</p>
    <p>— Chyba tak. Nauka nigdy nie jest stratą czasu. Norrey uczy mnie wielu rzeczy.</p>
    <p>Nagle mój umysł zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Człowiek jest zwierzęciem rozumnym, no nie? No tak!</p>
    <p>— A co byś powiedziała, gdybym przedstawił ci lepszy pomysł?</p>
    <p>— Jeśli masz jakiś inny pomysł, to na pewno będzie on lepszy. Mów.</p>
    <p>— Czy musisz mieć widownie? To znaczy, czy musi być ona żywa?</p>
    <p>— Wyrażaj się jaśniej.</p>
    <p>— Może istnieje droga od kuchni. Słuchaj, we wszystkich telewizjach instalują teraz urządzenia do rejestracji na taśmach, prawda? I do tej pory każdy nagrał już sobie wszystkie stare filmy i programy Ernie’ego Kovacsa i to, co zawsze chciał mieć na własność, a teraz wszyscy szukają nowego materiału. Materiału egzotycznego, zbyt egzotycznego dla sieci telewizyjnej czy telewizji przewodowej, materiału, który…</p>
    <p>— Mówisz o niezależnych towarzystwach wideo?</p>
    <p>— Właśnie. TDT nosi się z zamiarem wejścia na rynek, a towarzystwo Grahama już to zrobiło.</p>
    <p>— No wiec?</p>
    <p>— No więc przypuśćmy, że otwieramy własny interes. Ty i ja. Ty tańczysz, ja to rejestruje: prosta sprawa. Mam trochę, znajomości, mogę ich nawiązać więcej. W tej chwili potrafię ci wymienić dziesięć widowisk w przemyśle muzycznym, które nigdy nie wyruszą na tournee — tylko nagrania i jeszcze raz nagrania. Dlaczego nie miałabyś ominąć struktury zespołów tanecznych i zaryzykować pośredniego pokazania się publiczności? Może w ten sposób…</p>
    <p>Jej twarz zaczęła się rozjaśniać jak błędny ognik.</p>
    <p>— Sądzisz, Charlie, że to mogłoby się udać? Naprawdę tak myślisz?</p>
    <p>— Nie wydaje mi się, by szansa była większa niż ta, którą ma śnieżna piguła w lecie. — Wstałem, przeszedłem przez pokój, otworzyłem chłodziarkę do piwa i wyjąłem z niej śnieżną kule, którą zawsze trzymałem tam latem. Cisnąłem nią w Sharę. Złapała ją z trudnością, a kiedy zorientowała się, co to jest, wybuchnęła śmiechem. — Jestem wystarczająco przekonany do tego pomysłu, żeby porzucić prace w TDT i poświecić mu swój czas. Ja inwestuje swój czas, swoją taśmę, swój sprzęt i swoje oszczędności. Wnoś swój udział.</p>
    <p>Starała się opanować; ale śnieżna kula ziębiła jej palce, więc znowu się rozkleiła.</p>
    <p>— Śnieżna piguła w lipcu. Ty wariacie. Licz na mnie. Mam trochę zaoszczędzonych pieniędzy. I… i nie mam chyba wielkiego wyboru, prawda?</p>
    <p>— Mnie się też tak wydaje.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 2</p>
    </title>
    <p>Następne trzy lata były jednym z najbardziej ekscytujących okresów mojego życia, życia nas dwojga. Gdy ją obserwowałem i nagrywałem, Shara przekształcała się z potencjalnie wielkiej tancerki w kogoś naprawdę godnego uwielbienia. Robiła coś, czego chyba nie potrafię wyjaśnić.</p>
    <p>Stała się tanecznym odpowiednikiem jazzmana.</p>
    <p>Taniec był dla Shary samookreśleniem — czystym i prostym, pierwszym i ostatnim, na zawsze. Gdy już raz uwolniła się od pragnienia dopasowania się do świata tańca zespołowego, zaczęła uważać choreografię za przeszkodę w dążeniu do tego samookreślenia — za z góry zaprogramowaną koleinę, nieubłaganą jak scenariusz, za ograniczenie swobody. A więc przekreśliła ją.</p>
    <p>Jazzman może grać na trąbce „Noc w Tunisie” przez dwanaście kolejnych wieczorów i za każdym razem będzie to inne doświadczenie, ponieważ interpretuje on i przeinterpretowuje melodie zależnie od nastroju, jaki ma w danym momencie. Całkowita jedność artysty i jego sztuki — spontaniczne tworzenie. Melodyczny punkt wyjściowy odróżnia rezultat od zwykłej anarchii.</p>
    <p>W ten właśnie sposób Shara sprowadzała przygotowywaną przed występem choreografię do szkieletu, na którym można było budować to, czego wymagała dana chwila, a potem snuła na nim swoją improwizacje. Przez te trzy pełne pracy lata nauczyła się burzyć barierę, stojącą miedzy nią a jej tańcem. Tancerze zawsze mieli skłonność do wyszydzania tańca improwizowanego, nawet gdy uprawiali go w studio. Powodem tego była swoboda, jaką dawał taki taniec. Nie zdawali sobie sprawy, iż improwizacja planowana, improwizacja na z góry zadany, przemyślany wcześniej temat jest w tańcu naturalnym krokiem naprzód. Shara zrobiła ten krok. Trzeba być bardzo, ale to bardzo dobrym, żeby zerwać z klasyczną choreografią. Ona była wystarczająco dobra.</p>
    <p>Nie ma teraz sensu wyliczanie sukcesów, jakie przez te trzy lata odnosiło przedsiębiorstwo Drumstead. Pracowaliśmy w pocie czoła, nagraliśmy kilka świetnych taśm, ale nie mogliśmy ich przecież sprzedawać po cenie papieru. Rozwijał się za to przemysł wideokaset domowego użytku — a oni tyle wiedzieli o tańcu nowoczesnym, ile dawny przemysł fonograficzny, stawiając swoje pierwsze kroki, wiedział o bluesie. Duże towarzystwa nagraniowe wymagały rekomendacji, a mniejsze — taniego talentu. W końcu, doprowadzeni do rozpaczy, spróbowaliśmy z wytwórniami niezależnymi — i dowiedzieliśmy się tego, o czym już wiedzieliśmy. Nie prowadzili dystrybucji, nie mieli takiego prestiżu ani nie dysponowali takim zapleczem technicznym, by zwrócić na siebie uwagę krytyków. „Spider” John Koerner jest nadzwyczaj utalentowanym muzykiem i kompozytorem, który od 1972 roku sam produkuje i sprzedaje własne nagrania. Ilu z was kiedykolwiek o nim słyszało?</p>
    <p>W maju 1992 roku otworzyłem swoją skrytkę pocztową i znalazłem w niej pismo z VisuEnt, Inc., które informowało, że z najgłębszym żalem i bez ekwiwalentu w gotówce kładzie kres naszej opcji. Poszedłem prosto do apartamentu Shary. To była bardzo długa droga.</p>
    <p>Gdy tam wszedłem, pracowała nad utworem „Ciężar to tylko słowo”. Przekształcenie jej wielkiego living roomu w studio kosztowało nas wiele czasu, energii, kręcenia głową oraz sutą łapówkę wręczoną właścicielowi domu, ale i tak, zważywszy dekoracje jakich potrzebowaliśmy, wyniosło to mniej, niż wynajmowanie studia na godziny. Tego dnia pokój wyglądał jak wysokogórska kraina i wchodząc, powiesiłem kapelusz na gałęzi sztucznej olchy.</p>
    <p>Posłała mi uśmiech i tańczyła dalej, coraz bardziej wydłużając skoki. Wyglądała jak najpiękniejsza górska kozica. Byłem w podłym nastroju i miałem chęć wyłączyć muzykę (McLeughlin i Miles Davis grający w duecie i trochę się wzajemnie zagłuszający), ale nigdy nie potrafiłbym przerwać Sharze, gdy tańczyła. Rozbudowywała taniec stopniowo, z wyraźnie określonym kontrapunktem, aż w końcu zdawała się podrywać w powietrze i zawisać tam na zaskakująco długą chwilę, by potem rzucać się znowu w dół. Czasami, uderzywszy o podłogę, toczyła się po niej, a czasami lądowała na rękach i energia upadku, zamiast zostać zaabsorbowana, zawsze była przetwarzana w jakiś nowy ruch. Wkładała w ten taniec całą swoją energie i zanim skończyła, ochłonąłem na tyle, aby niemal filozoficznie podejść do naszej ruiny zawodowej.</p>
    <p>Kończyła, zapadając się w siebie, z pochyloną głową, znakomicie przekonywająca w swym dążeniu do przeciwstawienia się grawitacji. Nie mogłem się powstrzymać od nagrodzenia jej oklaskami. Czułem się staroświecko, ale nie potrafiłem się opanować.</p>
    <p>— Dziękuje, Charlie.</p>
    <p>— Niech mnie diabli, ciężar, to faktycznie tylko słowo. Myślałem, że zwariowałaś, gdy usłyszałem od ciebie ten tytuł.</p>
    <p>— To jedno z najbardziej znaczących słów w tańcu — chyba najbardziej znaczące — i można je zmusić do wszystkiego.</p>
    <p>— Prawie wszystkiego.</p>
    <p>— Co?</p>
    <p>— VisuEnt zwrócił nam nasz kontrakt.</p>
    <p>— Och! — Nic nie pojawiło się w jej oczach, ale wiedziałem, co się kryje za nimi. — No trudno, kto jest następny na liście?</p>
    <p>— To już koniec listy.</p>
    <p>— Och. — Tym razem się pojawiło. — Och.</p>
    <p>— Powinniśmy o tym pamiętać. Wielcy artyści nigdy nie stają się sławni za życia. Powinniśmy uderzyć w kalendarz; wtedy by nas zauważono.</p>
    <p>Tak jak umiałem, starałem się grać przed nią silnego człowieka. Dostrzegała to i również starała się zagrać te role — wobec mnie.</p>
    <p>— Może powinniśmy zająć się ubezpieczeniami artystów na okoliczność śmierci — powiedziała. — Wypłacamy klientowi premie za prawo dysponowania jego majątkiem po śmierci i gwarantujemy mu, że umrze.</p>
    <p>— Możemy stracić, bo jeżeli stanie się sławny za życia, będzie mógł się wykupić.</p>
    <p>— Straszne. Przestańmy, zanim zaśmieje się na śmierć. </p>
    <p>— Tak.</p>
    <p>Milczała przez dłuższy czas. Mój mózg pracował wydajnie, ale chyba nawalił w nim sprzęg informacyjny, bo z jego wysiłku nic nie wynikało. W końcu wstała i wyłączyła magnetofon, który od momentu kiedy skończyła się taśma pojękiwał cichutko. Trzasnął głośno.</p>
    <p>— Norrey ma jakąś ziemie na Wyspie Księcia Edwarda — powiedziała nie patrząc mi w oczy. — Jest tam i dom.</p>
    <p>Starałem się odwieść ją od tego pomysłu puentą starego dowcipu o dziecku, który w cyrku podkopywało klatkę słonia. Ojciec, widząc to, zaproponował szczeniakowi, że zabierze go z powrotem do domu i wymyśli mu jakieś sensowne zajęcie. — A dzieciak: „Co? I zostawić taki interes?”</p>
    <p>— Chromole show business — powiedziała cicho. — Jeśli wyjadę teraz na Wyspę Księcia Edwarda, może zdążę, jeszcze przygotować i obsiać ziemie pod ogród. — Wyraz jej twarzy zmienił się. — A co z tobą?</p>
    <p>— Ze mną? O mnie się nie martw. TDT prosiło mnie, żebym wrócił.</p>
    <p>— To było sześć miesięcy temu.</p>
    <p>— Znowu się do mnie zwrócili. W zeszłym tygodniu.</p>
    <p>— A ty powiedziałeś „nie” Moronowi.</p>
    <p>— Być może, być może.</p>
    <p>— To wszystko było tylko stratą czasu. Tyle czasu. Tyle energii. Tyle pracy. Równie dobrze mogłabym uprawiać ziemie na wyspie — teraz zbierałabym już obfite plony. Co za strata, Charlie, co za idiotyczna strata.</p>
    <p>— A ja tak nie myślę, Sharo. Łatwo powiedzieć „nic nie jest stracone”, ale… no cóż, to jest jak z tym tańcem, który przed chwilą wykonywałaś. Może nie da się pokonać grawitacji — ale na pewno piękną rzeczą jest próbować.</p>
    <p>— Tak, wiem. Przypomnij sobie szarże Lekkiej Brygady. Przypomnij sobie Alamo. Oni też próbowali roześmiała się gorzko.</p>
    <p>— Właśnie. Próbował również Jezus z Nazaretu. Czy robiłaś to dla korzyści materialnych, czy dlatego, że czułaś taką potrzebę? Mamy co najmniej kilka tysięcy metrów taśmy z zarejestrowanym świetnym tańcem. Wartość komercjalna — zero, wartość realna — niewymierna i według mnie to nie jest strata. Teraz już z tym koniec i oboje pójdziemy własnymi drogami, ale to nie była strata — uświadomiłem sobie, że krzyczę i urwałem.</p>
    <p>Zamknęła usta. Po chwili spróbowała się uśmiechnąć.</p>
    <p>— Masz rację, Charlie. To nie była strata. Jestem teraz lepszą tancerką niż kiedykolwiek.</p>
    <p>— O, właśnie. Uwolniłaś się od choreografii. </p>
    <p>Uśmiechnęła się ze smutkiem.</p>
    <p>— Tak. Nawet Norrey uważa, że to ślepa uliczka.</p>
    <p>— To nie jest ślepa uliczka. To jest bardziej zbliżone do poezji niż haiku i sonety. Tancerze nie muszą być robotami, które poruszają się po z góry zaprogramowanych i zapamiętanych liniach i wykonują zaprogramowane i zapamiętane ruchy.</p>
    <p>— Muszą, jeżeli chcą zarobić na życie.</p>
    <p>— Za kilka lat spróbujemy znowu. Może wtedy będą już gotowi.</p>
    <p>— Na pewno. Pozwól, że przygotuje drinki.</p>
    <p>Tej nocy spałem z nią po raz pierwszy i ostami. Rano, gdy się pakowała, rozebrałem dekoracje w living roomie. Obiecałem napisać. Obiecałem, że kiedy tylko będę mógł, odwiedzę ją. Zniosłem jej walizki na dół i upchałem je w bagażniku samochodu. Pocałowałem ją i pomachałem na do widzenia. Poszedłem na drinka i o czwartej rano następnego dnia jakiś bandzior ocenił, że wyglądam na dostatecznie zalanego, więc złamałem mu szczękę, nos i dwa żebra, a potem usiadłem nad nim i płakałem. W poniedziałek rano pojawiłem się w studiu z kapeluszem w ręku, bagnem w gębie i powoli wciągnąłem się w moje dawne obowiązki. Norrey o nic mnie nie pytała, Z uwagi na podwyżkę cen żywności zrezygnowałem z przyjmowania wszelkich pokarmów prócz whisky i po sześciu miesiącach znalazłem się na bruku. Taki tryb życia prowadziłem przez dłuższy czas.</p>
    <p>Nigdy do niej nie napisałem. Grzęzłem zawsze po napisaniu słów „Droga Sharo…”.</p>
    <p>Gdy doszedłem do takiego stanu, że zacząłem się poważnie zastanawiać nad wymianą mego sprzętu wideo na alkohol, gdzieś w głowie przeskoczył mi jakiś przekaźnik. Zrobiłem rachunek sumienia. Te graty były całym moim życiem, które porzuciłem. Zamiast do lombardu udałem się do najbliższej poradni przeciwalkoholowej i po raz pierwszy od wielu miesięcy wytrzeźwiałem. Po jakimś czasie moja skołatana dusza przestała protestować i po przebudzeniu nie dygotałem już na całym ciele. Sto razy zaczynałem wycierać z kurzu taśmy Shary, które wciąż miałem — ona zatrzymała sobie kopie — ale coś się we mnie buntowało i nigdy nie doprowadziłem tej pracy do końca. Czasami zastanawiałem się, jak jej się wiedzie i nie mogłem pogodzić się z myślą, że nic o niej nie wiem. Norrey, gdyby nawet coś wiedziała, nie powiedziałaby mi ani słowa. Próbowała nawet po raz trzeci załatwić mi prace, którą straciłem, ale to było beznadziejne. Reputacja może być straszną rzeczą, gdy już raz się ją sobie schrzani. I tak miałem szczęście, że wylądowałem w końcu w edukacyjnej stacji telewizyjnej w New Brunswick. To były długie dwa lata.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>W1995 roku założono mi wideofon, a ja z miejsca przerobiłem go po swojemu bez wiedzy i bez zgody towarzystwa telefonicznego, które w dalszym ciągu nienawidziłem ponad wszystko. Gdy pewnego czerwcowego wieczora orzechowa lampka, którą zastąpiłem ten przeklęty dzwonek, zaczęła rozświetlać się łagodnym blaskiem i gasnąć, położyłem słuchawkę na przystawce głośnomówiącej i włączyłem lampę obrazową na wypadek, gdyby dzwoniący też był w nią wyposażony.</p>
    <p>— Halo?</p>
    <p>Miała wideofon. Gdy na ekranie pojawiła się twarz Shary, poczułem w żołądku zimny skurcz przerażenia, bo już nie widziałem wszędzie jej twarzy od chwili gdy przestałem pić, a przed chwilą pomyślałem właśnie, żeby strzelić sobie jednego. Kiedy przetarłem oczy, nadal tam była. Poczułem się trochę lepiej i uczyniłem wysiłek, żeby się odezwać. Nie wyszło.</p>
    <p>— Cześć, Charlie. Dawno się nie widzieliśmy. </p>
    <p>Za drugim razem wyszło.</p>
    <p>— Wydaje się, jakby to było wczoraj. Wczoraj jakiegoś innego człowieka.</p>
    <p>— Tak, masz rację. Szukałam cię ładnych parę dni. Norrey jest w Paryżu, a nikt inny nie wie, co się z tobą dzieje.</p>
    <p>— Tak. Jak ci leci uprawa ziemi?</p>
    <p>— Ja… dałam temu spokój, Charlie. To może nawet bardziej twórcze niż taniec, ale jednak nie to samo.</p>
    <p>— Co zatem porabiasz?</p>
    <p>— Pracuję.</p>
    <p>— Tańczysz?</p>
    <p>— Tak, Charlie i potrzebuje ciebie. To znaczy, mam dla ciebie pracę. Potrzebne mi twoje kamery i twoje oko.</p>
    <p>— O kwalifikacje się nie martw. Poradzę sobie ze wszystkim. Gdzie jesteś? Kiedy odlatuje tam najbliższy samolot? Które kamery zapakować?</p>
    <p>— W Nowym Jorku, za godzinę, nie bierz żadnej. Nie to miałam na myśli mówiąc o „twoich kamerach” — chyba że ostatnio używasz GLX — 5000 S albo Hamilton Board. </p>
    <p>Gwizdnąłem. Zabolały mnie usta.</p>
    <p>— Nie na moją kieszeń. Poza tym, jestem konserwatystą — lubię je trzymać w rękach.</p>
    <p>— Przy tej pracy będziesz używał Hamiltona i będzie to dwudziestowejściowy Masterchrome prosto z fabryki.</p>
    <p>— Hodowałaś na tej farmie makówki? A może wyorałaś glebogryzarką diamenty?</p>
    <p>— Będziesz opłacany przez Bryce Carringtona. </p>
    <p>Zamrugałem powiekami.</p>
    <p>— No więc jak? Złapiesz ten samolot, żebym mogła ci o wszystkim opowiedzieć? Hotel „New Agę”. Pytaj o Apartament Prezydencki.</p>
    <p>— Do diabła z samolotem, pójdę pieszo. Będzie szybciej. — Odwiesiłem słuchawkę.</p>
    <p>Jeżeli wierzyć informacjom z magazynu „Time” leżącego w poczekalni mojego dentysty Bryce Carrington był geniuszem, który został multimiliarderem dzięki temu, że przekonał licznych gigantów przemysłu do sfinansowania wielkiego kompleksu orbitalnego „Skyfac”. Rozłożył nim na łopatki rynek kryształów przemysłowych, a przy okazji jeszcze od groma innych rynków. Jak sobie teraz przypominałem, jakaś poliopodobna choroba odjęła mu władze w nogach i przykuła do fotela na kółkach. Ale nogi utraciły tylko swoją siłę, nie zaś możność funkcjonowania — w zmniejszonym ciążeniu sprawowały się dość dobrze. Stworzył więc „Skyfac”, założył kopalnie na Księżycu, by zaopatrywały te orbitalną fabrykę w tanie surowce i większość czasu spędzał na orbicie w zmniejszonym ciążeniu. Na zdjęciu prezentował się jak w miarę poczytny autor (jako przeciwieństwo pisarza). Nic ponadto o nim nie wiedziałem. Niewiele uwagi zwracałem na wszelkiego rodzaju plotki, a już wcale na plotki kosmiczne.</p>
    <p>Nowojorski „New Agę” był najbardziej szykownym hotelem, wzniesionym na ruinach „Sheratona”. Ultrasprawna ochrona, kuloodporne szyby w oknach, chyba półmetrowej grubości dywany oraz hol w stylu architektonicznym, który John D. MacDonald nazwał kiedyś „Wczesną sztuczną szczęką”. Cuchnął forsą na kilometr. Cieszyłem się, że zadałem sobie trud włożenia krawata i żałowałem, że nie wyglansowałem butów. Gdy wchodziłem frontowymi drzwiami, zagrodził mi drogę nieprawdopodobny facet. Poruszał się i był zbudowany jak najtwardszy, najszybszy wykidajło, jakiego w życiu widziałem, a przy tym był ubrany i zachowywał się jak lokaj Pana Boga. Przedstawił mi się jako Perry i spytał, czy może mi w czymś pomóc takim tonem, jak gdyby wcale nie miał zamiaru tego robić.</p>
    <p>— Tak, Perry. Czy nie mógłbyś unieść jednej nogi?</p>
    <p>— Po co?</p>
    <p>— Założę się o dwadzieścia dolarów, że masz wypucowane podeszwy. Uśmiechnął się półgębkiem i nie usunął z drogi na cal.</p>
    <p>— Pan do kogo?</p>
    <p>— Do Shary Drummond.</p>
    <p>— Taka osoba nie figuruje w rejestrze gości.</p>
    <p>— Apartament Prezydencki.</p>
    <p>— Ach — zaświtało mu. — Pani Pana Carringtona. Trzeba było od razu tak mówić. Proszę tu poczekać. — Podczas gdy zezując na mnie jednym okiem i trzymając rękę w pobliżu kieszeni telefonował na górę, żeby się upewnić czy jestem oczekiwany, zdołałem przełknąć z powrotem serce, które przed chwilą podeszło mi do gardła i przefasonować nieco zaskoczoną twarz. A więc tak się sprawy mają. No i co z tego. Jest jak jest.</p>
    <p>Perry wrócił i dał mi mały nadajniczek z przyciskiem, który miał mi umożliwić podróż korytarzami „New Agę” bez narażenia się na przecięcie promieniem automatycznego lasera i wyjaśnił mi troskliwie, że ten przyrządzik wypali we mnie niemałą dziurę, gdybym próbował opuścić budynek nie zwróciwszy go uprzednio. Z jego manier zorientowałem się, że właśnie przeskoczyłem cztery szczeble drabiny społecznej. Podziękowałem mu, chociaż niech mnie diabli wezmą, jeśli wiem za co!</p>
    <p>Szedłem, prowadzony przez zielone, fluoryzujące strzałki, które pojawiały się na pozbawionym lamp suficie i po długim, wywierającym wrażenie spacerze dotarłem do Apartamentu Prezydenckiego. Shara oczekiwała mnie w drzwiach w czymś podobnym do angielskiej piżamy. W tym stroju jej duże ciało wyglądało na filigranowe.</p>
    <p>— Cześć, Charlie.</p>
    <p>Byłem jowialny i serdeczny.</p>
    <p>— Cześć, mała. Ale chata. Ile za nią bulisz?</p>
    <p>— Nie płace za nią.</p>
    <p>— No to ile Carrington płaci tobie? — (Spokojnie chłopie).</p>
    <p>— Wejdź, Charlie.</p>
    <p>Wszedłem. To wyglądało jak miejsce, w którym zatrzymywała się królowa, bawiąc w mieście i jestem przekonany, że się jej podobało. W salonie można było wylądować samolotem, nie budząc nikogo w sypialni. Stały tam dwa pianina i tylko jeden kominek, ale za to takiej wielkości, że swobodnie można było w nim piec bawołu na rożnie. Z aparatury kwadrofonicznej dochodziły dźwięki muzyki Rogera Kellewaya i przez chwile myślałem, że on naprawdę znajduje się w pokoju i gra na jakimś trzecim, niewidocznym pianinie. A więc tak się sprawy mają.</p>
    <p>— Podać ci coś, Charlie? </p>
    <p>— No jasne. Hash Oil, Citrolli Supreme, a do fajki Dom Perignon.</p>
    <p>Bez cienia uśmiechu podeszła do szafki, przypominającej mikroskopijną katedrę i wyjęła z niej dokładnie to, co zamówiłem. Dalej grałem role zachwyconego i rozpromienionego. Łaskotało mnie w gardle, a rumieniec był wprost znakomity. Czułem, że się odprężam i kiedy podaliśmy sobie kilka razy nargile, wyczułem, że ona również się odpręża. Potem patrzyliśmy na siebie — naprawdę patrzyliśmy na siebie — potem rozglądaliśmy się po otaczającym nas pokoju, a potem znowu patrzyliśmy na siebie. Jednocześnie ryknęliśmy śmiechem, śmiechem, który wydmuchnął z salonu cały przepych i wpuścił do niego bogactwo. Jej śmiech był tym samym urywanym, dźwięcznym, rezonującym śmiechem, który tak dobrze pamiętałem, śmiechem silnym, nieskrępowanym i bardzo mnie uspokoił. Byłem tak rozluźniony, że nie mogłem przestać się śmiać, a to z kolei rozśmieszało ją i w chwili, gdy właśnie mogliśmy przestać, zaciskała usta i parskała znowu. Jest taka płyta zatytułowana „Rozśmieszające nagranie Spike’a Jonesa”, na której facet usiłuje grać na tubie „Lot trzmiela”, przerywa ze śmiechem, za nim idzie w rozsypkę cała orkiestra i przez pełne dwie minuty wszyscy rżą jak konie, a za każdym razem, kiedy brak im już tchu, ten z tubą podchodzi do następnego pasażu i znowu zanosi się śmiechem, za nim ryczy ze śmiechu cała orkiestra. Kiedyś, gdy Shara była smutna, założyłem się z nią o dziesięć dolarów, że nie zdoła wysłuchać tego nagrania przynajmniej nie zachichotawszy i wygrałem. Teraz kiedy zrozumiałem, że ona to naśladuje, zaniosłem się nowym śmiechem, a minutę później osiągnęliśmy takie stadium, że dosłownie spadliśmy ze śmiechu z krzeseł i wiliśmy się po dywanie w agonii wesołości, bębniąc słabo pięściami o podłogę i wyjąc. Przywołuje czasami ten śmiech w pamięci i przeżywam go na nowo — ale nie robię tego zbyt często, ponieważ takie momenty tracą drastycznie na wartości przy częstym ich odtwarzaniu. </p>
    <p>W końcu udało nam się powrócić do zdyszanych uśmiechów i pomogłem jej wstać.</p>
    <p>— Co za idealnie koszmarne miejsce — powiedziałem wciąż chichocząc. </p>
    <p>Rozejrzała się wokół i wzruszyła ramionami.</p>
    <p>— O Boże, masz rację, Charlie. To musi być okropne, gdy potrzebuje się takiej fasady.</p>
    <p>— Wyobraź więc sobie co czułem, gdy pomyślałem, że to ty jej potrzebujesz. </p>
    <p>Spoważniała i spojrzała mi w oczy.</p>
    <p>— Charlie, chciałabym móc wypiąć się na to. Jednak jest mi to potrzebne. </p>
    <p>Przymrużyłem oczy.</p>
    <p>— O czym mówisz?</p>
    <p>— Potrzebuję Bryce’a Carringtona.</p>
    <p>— Tym razem możesz targować się o warunki. Do czego jest ci potrzebny?</p>
    <p>— Potrzebuje jego pieniędzy.</p>
    <p>Czy można się jednocześnie odprężyć i napiąć?</p>
    <p>— Sharo, do cholery! To w ten sposób zamierzasz utorować sobie drogę do tańca? Chcesz kupić sobie wejściówkę? Na co zeszła dzisiejsza krytyka!</p>
    <p>— Charlie, przestań. Potrzebuje Carringtona, po to, żeby mnie zauważono. Zamierza wynająć mi sale, to wszystko.</p>
    <p>— Jeśli to wszystko, to wyrywajmy natychmiast z tego bagna. Mogę pozy…. zorganizować sumę, która wystarczy na wynajęcie dowolnej sali na świecie i zgadzam się ryzykować własne pieniądze.</p>
    <p>— Czy możesz załatwić mi „Skyfac”?</p>
    <p>— Hę?</p>
    <p>Za nic nie potrafiłem sobie wyobrazić, dlaczego chciała tam tańczyć. Czemu nie na Antarktydzie?</p>
    <p>— Sharo, wiesz o kosmosie jeszcze mniej ode mnie, ale musisz chyba zdawać sobie sprawę, że program telewizji satelitarnej nie musi być nadawany z satelity?</p>
    <p>— Idiota. Chodzi mi o tło.</p>
    <p>— Wizualnie lepszy jest Księżyc. Góry. Oświetlenie. Kontrast.</p>
    <p>— Aspekty wizualne odgrywają tutaj wtórną role. Ja nie potrzebuje ciążenia zredukowanego do jednej szóstej. Ja chce nieważkości.</p>
    <p>Otworzyłem usta.</p>
    <p>— I chce, żebyś został moim wideooperatorem.</p>
    <p>Boże, ona była wyjątkowa. Pozostawało mi tylko usiąść z otwartymi ustami i pomyśleć przez parę minut. Pozwoliła mi na to, czekając cierpliwie aż poukładam sobie to wszystko w głowie.</p>
    <p>— Charlie — powiedziała w końcu — taniec zatrzymał się na założeniu, że nie można pokonać grawitacji. Sam to powiedziałeś. Dowiedz się wiec, że jest to błędne założenie, założenie zdezaktualizowane. Taniec dwudziestego pierwszego wieku będzie musiał to uznać.</p>
    <p>— A więc o to ci chodzi. Nowy rodzaj tańca dla nowego rodzaju tancerki. Oryginalne. To przyciągnie uwagę, opinii publicznej i te dziedzinę sztuki będziesz miała przez lata wyłącznie dla siebie. To mi się podoba, Sharo. Podoba mi się. Ale czy dasz sobie radę?</p>
    <p>— Przemyślałam sobie to, co kiedyś powiedziałeś: nie można pokonać grawitacji, ale piękną sprawą jest próbować. Chodziło mi to po głowie miesiącami i pewnego dnia byłam z wizytą u sąsiada, który miał telewizor. Nadawali akurat migawki z codziennych zajęć załogi „Skyfac 2”. Całą noc nie spałam i rozmyślałam, a rano poleciałam do Stanów i zgłosiłam się do pracy na „Skyfac l”. Przebywałam tam blisko rok, stając się drugą po Carringtonie. Dam sobie radę, Charlie, potrafię, dopiąć swego — przez jej szczękę przebiegł skurcz, który widziałem już wcześniej — kiedy wygarnęła mi w „Le Maintenant”. Był to skurcz determinacji.</p>
    <p>Wciąż byłem naburmuszony.</p>
    <p>— Przy poparciu Carringtona. </p>
    <p>Spuściła oczy.</p>
    <p>— Nie ma nic za darmo.</p>
    <p>— Jaka jest jego cena?</p>
    <p>Nie odpowiadała wystarczająco długo, żebym sam sobie odpowiedział. I w tej chwili znowu, pierwszy raz od lat, zacząłem wierzyć w Boga… po to tylko, żeby móc Go nienawidzić.</p>
    <p>Ale nie odezwałem się. Była na tyle dorosła, żeby troszczyć się o swe finanse. Cena marzeń rośnie z każdym rokiem. Do diabła, przecież domyślałem się tego już od chwili, gdy do mnie zadzwoniła.</p>
    <p>Ale tylko się domyślałem.</p>
    <p>— Charlie, nie siedź tak z buzią w ciup. Powiedz coś. Zeklnij mnie, nazwij kurwą, powiedz cokolwiek.</p>
    <p>— Bzdury. Sama będziesz swoim sumieniem; mam dosyć kłopotów będąc własnym. Chcesz tańczyć, masz patrona. A teraz znalazłaś wideooperatora.</p>
    <p>Tego ostatniego zdania wcale nie zamierzałem wypowiedzieć.</p>
    <p>Dziwne, ale z początku zdawało się, że jest nim zaskoczona. Potem jednak odprężyła się i uśmiechnęła.</p>
    <p>— Dziękuje ci, Charlie. Czy możesz wycofać się z tego, co teraz robisz?</p>
    <p>— Pracuję w stacji edukacyjnej w Shediac. Musiałem tam nawet kręcić trochę tańca. Tańczącego misia z londyńskiego zoo. To zdumiewające jak on dobrze tańczył. — Uśmiechnęła się. — Tak, mogę złożyć wymówienie.</p>
    <p>— Cieszę się. Nie wyobrażam sobie, jak mogłabym robić to bez ciebie.</p>
    <p>— Ale pracuję dla ciebie. Nie dla Carringtona.</p>
    <p>— W porządku.</p>
    <p>— A tak właściwie, to gdzie się podziewa ten wielki człowiek? Nurkuje z akwalungiem w wannie?</p>
    <p>— Nie — rozległ się cichy głos z korytarza. — Skakałem w holu ze spadochronem.</p>
    <p>Jego fotel na kółkach był samojezdnym tronem. Carrington miał na sobie garnitur w kolorze lodów truskawkowych, który kosztował go z pięćset dolarów, ultramarynowy golf i złoty kolczyk w jednym uchu. Buty były z prawdziwej skóry. Zegarek nosił najmodniejszy, taki bez paska, który oznajmia głosem, która godzina. Był dla niej za niski i absurdalnie szeroki w barach, chociaż garnitur usiłował ze wszystkich sił zatuszować i jedno i drugie. Jego oczy przypominały dwie bliźniacze, czarne jagody. Uśmiechał się jak rekin nie mogący się zdecydować, który kęs będzie mu najbardziej smakował. Miałem chęć zmiażdżyć mu głowę miedzy dwoma otoczakami.</p>
    <p>Shara już stała.</p>
    <p>— Bryce, to Charles Armstead. Opowiadałam ci…</p>
    <p>— Ach tak. Ten facet od wideo. — Potoczył swój wózek do przodu i wyciągnął do mnie nieskazitelnie wypielęgnowaną rękę. — Jestem Bryce Carrington.</p>
    <p>Pozostałem na swym krześle z dłońmi na kolanach.</p>
    <p>— Ach tak. Ten facet od miliardów.</p>
    <p>Jedna jego brew powędrowała w górę o wytworne ćwierć cala.</p>
    <p>— No nie, jeszcze jeden grubianin. Cóż, jeżeli jesteś tak dobry, jak utrzymuje Shara, wolno ci.</p>
    <p>— Jestem do niczego.</p>
    <p>Uśmiech spełzł z jego twarzy.</p>
    <p>— Zaprzestańmy tej szermierki, Armstead. Nie spodziewam się dobrych manier u twórców, ale jeśli muszę, potrafię wykrzesać z siebie więcej pogardy do świata niż ty. Teraz jestem zmęczony tą przeklętą grawitacją, a poza tym miałem paskudny dzień, zeznając w sądzie w sprawie przyjaciela. Wszystko wskazuje na to, że jutro ponownie zostanę wezwany do stawienia się na rozprawie. Przyjmujesz te prace, czy nie?</p>
    <p>Tu mnie miał. Chciałem ją przyjąć.</p>
    <p>— Tak.</p>
    <p>— No to w porządku. Masz pokój numer 2772. Lecimy na „Skyfac” za dwa dni. Bądź tu o ósmej rano.</p>
    <p>— Charlie, muszę z tobą porozmawiać o tym, czego będziesz potrzebował — powiedziała Shara. — Zadzwoń do mnie jutro.</p>
    <p>Odwróciłem się na pięcie, żeby spojrzeć jej w oczy, ale umknęła ze wzrokiem. Carrington nic nie zauważył.</p>
    <p>— Tak, sporządź do jutra wieczór wykaz swoich potrzeb, żeby można to było od razu zabrać na „Skyfac” — powiedział. — Nie żałuj sobie — jeśli o czymś zapomnisz, będziesz się musiał bez tego obyć. Dobranoc, Armstead.</p>
    <p>Odwróciłem się do niego.</p>
    <p>— Dobranoc, panie Carrington. — (Ufff).</p>
    <p>Potoczył się w kierunku nargili, a Shara pośpieszyła, by ponownie ją napełnić. Odwróciłem się szybko i ruszyłem ku drzwiom. Noga bolała mnie tak bardzo, że po drodze niemal upadłem, ale zacisnąłem zęby i szedłem dalej. Gdy dotarłam do drzwi, powiedziałem sobie w myślach „teraz je otworzysz i grzecznie wyjdziesz” i nagle odwróciłem się.</p>
    <p>— Carrington!</p>
    <p>Zamrugał oczyma zdziwiony odkryciem, że jeszcze istnieje.</p>
    <p>— Tak?</p>
    <p>— Czy do ciebie dociera, że ona wcale cię nie kocha? Czy cię to w ogóle w najmniejszym stopniu nie obchodzi? — głos miałem piskliwy, a pięści na pewno zaciśnięte.</p>
    <p>— Och — powiedział, a po chwili powtórzył — Och. A więc o to chodzi.</p>
    <p>Nie sądziłem, że sam sukces w życiu może wzbudzić w kimś tyle pogardy do ludzi. Odłożył fajkę i splótł dłonie.</p>
    <p>— Pozwól, że ci coś powiem, Armstead. O ile wiem, nikt mnie nigdy nie kochał. Ten apartament też mnie nie kocha. — Po raz pierwszy w jego głosie pojawiły się ludzkie uczucia. — Ale jest mój. Teraz wynoś się.</p>
    <p>Otworzyłem usta, żeby mu powiedzieć, gdzie może sobie wsadzić swoją prace, ale wtedy zobaczyłem twarz Shary i malujący się na niej ból sprawił nagle, że poczułem wstyd za samego siebie. Wyszedłem od razu i gdy drzwi zamknęły się za mną, zwymiotowałem na wytworny dywan niewiele tylko tańszy od kamery Hamilton Masterchrome. Wtedy pożałowałem, że założyłem krawat.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Droga do kosmodromu Pike’s Peak była chociaż estetycznie przyjemna. Lubię podróżować samolotem prześlizgującym się pośród nieruchomych chmur, obserwując przesuwającą się w dole procesje gór, równin, ogromnych układanek pól uprawnych i powikłanych mozaik rozległych przedmieść.</p>
    <p>Ale przelot na „Skyfac” w prywatnym wahadłowcu Carringtona „Ten pierwszy krok” mógł być równie dobrze odtworzeniem, po raz nie wiadomo który, ogranego filmu na temat Kosmicznego Patrolu. Wiedziałem, że na statkach kosmicznych nie może być iluminatorów — ale, do cholery, pokładowy przekaźnik wideo ma rozdzielczość, jakość koloru i wygląd wcale nie lepsze niż zwykły, domowy telewizor. Jedyna różnica polega na tym, że gwiazdy nie przesuwają się, żeby stworzyć wrażenie ruchu i żaden reżyser nie kieruje pracą kamer, by przekazać interesujące z dramaturgicznego punktu widzenia ujęcie.</p>
    <p>Praktyczna różnica polega z kolei na tym, że gdy oglądasz „Kosmiczny Patrol”, nikt nie sprzedaje ci środków na hemoroidy, nie przypina pasami do fotela, nie grzmoci w ciebie piorunami, nie powoduje, że przez niewiarygodnie długi czas ważysz dobrze ponad pół megagrama, a potem wreszcie nie strącają cię. z krawędzi świata w nieważkość. Płyny ustrojowe zaczęły mi się podnosić do górnej połowy ciała, w uszach mi szumiało, z nosa ciekło i „zarumieniłem” się na kolor buraczkowy. Przygotowałem się na mdłości, ale to, co mnie spotkało, było jeszcze bardziej szokujące — raptowny, nie spotykany dotąd zanik bólu w nodze. Za to Sharę mdliło za nas oboje i ledwo zdążyła otworzyć swoją torebkę na wymioty. Carrington odpiął się od fotela i wprawnie zaaplikował jej zastrzyk przeciwnudnościowy. Zdawało się, że upłynęły wieki, zanim jej organizm zareagował, ale kiedy już do tego doszło, nastąpiła niesłychana zmiana — powróciły jej rumieńce oraz siła i do chwili, w której pilot oznajmił, iż rozpoczynamy dokowanie, w związku z czym prosi, żeby wszyscy zapieli pasy oraz zamknęli się z łaski swojej, całkowicie doszła do siebie. Byłem niemal pewien, że Carrington obruga pilota za brak manier, ale magnat przemysłowy nie był tego rodzaju głupcem. Zamknął się, jak mu kazano i zapiął pasy.</p>
    <p>Noga nie bolała mnie ani trochę. Zupełnie.</p>
    <p>Kompleks „Skyfac” wyglądał jak bezładny stos rowerowych dętek i najprzeróżniejszych rozmiarów piłek plażowych. Ta, na którą kierował się nasz pilot, przypominała bardziej oponę traktora. Wykonaliśmy zwrot, staliśmy się jej osią i zrównaliśmy naszą prędkość z szybkością jej wirowania, a ta cholerna konstrukcja wyrzuciła z siebie szprychę i trafiła nas prosto w śluzę. Śluza znajdowała się w suficie nad fotelami, ale weszliśmy do niej i wyszliśmy z niej nogami do przodu. Po przebyciu kilku jardów w głąb szprychy kierunek, w którym się poruszaliśmy stał się „dołem”, a wystające ze ścian uchwyty — drabiną. Ciężar naszych ciał wzrastał z każdym krokiem, ale nawet wtedy, gdy znaleźliśmy się w dosyć obszernym, sześciennym pomieszczeniu, był daleko mniejszy niż na Ziemi. Niemniej noga znowu zaczęła mnie ćmić.</p>
    <p>Pomieszczenie to miało być ekskluzywną salą recepcyjną (Zechce pan spocząć. Jego Wysokość wkrótce pana przyjmie), ale małe ciążenie i rozwieszone wzdłuż dwóch ścian skafandry próżniowe psuły miły efekt. W odróżnieniu od zbroi Kosmicznego Patrolu, prawdziwe skafandry kosmiczne przypominają wyłącznie człekoształtne worki, a szczególnie głupio wyglądają, gdy nie są używane. Zza imponująco wyposażonego biurka podniósł się ciemnowłosy młodzieniec w tweedowym garniturze.</p>
    <p>— Miło mi pana powitać, Mr. Carrington. Mam nadzieje, że miał pan przyjemną podróż.</p>
    <p>— Dziękuje, Tom, świetną. Oczywiście pamiętasz Share. To jest Charles Armstead. Tom McGillicuddy. — Obaj wyszczerzyliśmy zęby w uśmiechu i zapewniliśmy się nawzajem, jak szalenie miło było nam się poznać. Dostrzegłem, że pod maską uprzejmości McGillicuddy jest czymś zdenerwowany.</p>
    <p>— Nills i pan Longmire czekają w pańskim biurze, sir. Znowu … znowu się pojawiło.</p>
    <p>— A niech to diabli — zaczął Carrington i urwał. Spojrzałem nań. Cała moc mojego najlepszego sarkazmu nie potrafiła rozgniewać tego człowieka. — W porządku. Zaopiekuj się moimi gośćmi, a ja pójdę wysłuchać, co Longmire ma mi do powiedzenia. — Skierował się do drzwi poruszając się skokami, w zwolnionym tempie, jak piłka plażowa. Jednak o własnych siłach. — Aha. Jeszcze jedno … „Krok” jest wyładowany po brzegi, Tom. Każ im podejść do luków towarowych. Niech wyładują cały ten chłam do Szóstki. — oddalił się z zafrasowaną twarzą. McGillicuddy uruchomił swoje biurko i wydał niezbędne rozkazy.</p>
    <p>— Co się dzieje, Tom? — spytała Shara, gdy skończył. </p>
    <p>Zanim odpowiedział, spojrzał na mnie.</p>
    <p>— Przepraszam, że pytam, panie Armstead, ale … czy nie jest pan z prasy?</p>
    <p>— Proszę mi mówić Charlie. Nie, nie jestem. Jestem wideooperatorem, ale pracuję dla Shary.</p>
    <p>— Mmmm. No dobrze, i tak usłyszelibyście o tym wcześniej czy później. Mniej więcej dwa tygodnie temu, w obrębie orbity Neptuna, pojawił się jakiś obiekt. Po prostu pojawił się znikąd. Nastąpiły… pewne anomalie. Tkwił tam nieruchomo przez pół dnia, a potem znowu zniknął. Dowództwo Sił Kosmicznych wpakowało sprawę głęboko do sejfów, ale na pokładzie „Skyfac” wszyscy ją znają.</p>
    <p>— I to coś znowu się pojawiło? — spytała Shara.</p>
    <p>— Tuż za orbitą Saturna.</p>
    <p>Ten incydent nie zainteresował mnie zbytnio. Zapewne istniało jakieś rozsądne wyjaśnienie tajemniczego zjawiska, ale ponieważ nie było w pobliżu Isaaca Asimova, na pewno nic bym z tego nie zrozumiał. Kiedy projekt Ozma skończył się niepowodzeniem, większość z nas przestała wierzyć w istnienie inteligentnego życia we wszechświecie.</p>
    <p>— To chyba te małe, zielone ludziki. Czy możesz pokazać nam sale. konferencyjną, Tom? Sądzę, że jest bardzo podobna do tej, w której będziemy pracowali.</p>
    <p>Z zadowoleniem przyjął zmianę, tematu.</p>
    <p>— Oczywiście.</p>
    <p>McGillicuddy przeprowadził nas przez drzwi ciśnieniowe znajdujące się naprzeciwko tych, za którymi zniknął Carrington i powiódł długimi korytarzami, których podłogi wyginały się za i przed nami ku górze. Każdy był inaczej wyposażony, każdy roił się od zabieganych, zaaferowanych ludzi i każdy przypominał mi w jakiś sposób hol w „New Agę” lub może stary film pod tytułem „Odyseja kosmiczna 2001”. Wall Street przeniesiona żywcem na orbitę — nawet zegary wskazywały czas z Wall Street. Usiłowałem wyobrazić sobie, że niedaleko, w którą stronę spojrzeć znajduje się zimny, pusty kosmos, ale bez skutku. Doszedłem do wniosku, że to dobrze, iż statek kosmiczny nie miewa iluminatorów — ktoś oswoiwszy się z małym ciążeniem mógłby się zapomnieć i otworzyć jeden z nich, żeby wyrzucić cygaro.</p>
    <p>Po drodze obserwowałem McGillicuddy’ego. Był nieskazitelny pod każdym względem, od węzła krawata poczynając, a na połysku paznokci kończąc i nie nosił żadnej biżuterii. Włosy miał krótkie i czarne, nie dostrzegałem ani śladu zarostu, a oczy w jego zawodowo sterylnej twarzy błyszczały dziwnie ciepłym blaskiem. Zastanawiało mnie, czemu zaprzedał swą dusze. Miałem nadzieje, że dobrze mu zapłacono.</p>
    <p>Żeby dostać się do Sali Klubowej musieliśmy zejść dwa poziomy w dół. Ciążenie na górnym poziomie wynosiło jedną szóstą normalnego ciążenia ziemskiego — częściowo dla wygody członków personelu baz księżycowych, którzy byli jedynymi regularnymi gośćmi stacji „Skyfac”, a głównie jednak (oczywiście) dla wygody Carringtona. Ale w miarę schodzenia w dół, ciążenie wzrosło ledwo uchwytnie, do jednej piątej, a może jednej czwartej normalnego. Moja noga protestowała ostro, ale ku memu zdziwieniu stwierdziłem, że wolę już ten ból niż jego brak. To trochę przykre, gdy w ten sposób odchodzi stary znajomy.</p>
    <p>Sala Klubowa była pomieszczeniem większym, niż się spodziewałem i całkowicie wystarczała do naszych celów. Obejmowała wszystkie trzy poziomy, a całą jedną ścianę zajmował ogromny ekran wideo, po którym w oszałamiającym tempie krążyły gwiazdy, z przypadkową regularnością zlewając się co chwila z plasterkiem matki Ziemi. Podłoga była zawalona stołami i krzesłami, poustawianymi w najprzeróżniejsze kombinacje, ale widziałem od razu, że po ich usunięciu miejsca do tańca będzie wystarczająco dużo. Z dawnego nawyku moje stopy zaczęły badać przydatność podłogi. Potem przypomniałem sobie, jak mały użytek będzie z niej robiony.</p>
    <p>— No — powiedziała do mnie Shara, uśmiechając się. — Tak będzie wyglądał nasz dom przez najbliższe sześć miesięcy. Sala Klubowa Pierścienia Dwa jest identyczna.</p>
    <p>— Sześć miesięcy? — spytał McGillicuddy. — Nie ma mowy.</p>
    <p>— Co to znaczy? — spytaliśmy równocześnie Shara i ja.</p>
    <p>Siła naszych połączonych głosów sprawiła, że przymrużył oczy.</p>
    <p>— Ty, Charlie, prawdopodobnie wytrzymasz tak długo, ale Shara ma już za sobą rok przebywania w warunkach małego ciążenia. Pracowała przecież jako maszynistka.</p>
    <p>— No to co?</p>
    <p>— Słuchajcie, o ile dobrze zrozumiałem, macie zamiar przebywać przez długie okresy w stanie nieważkości?</p>
    <p>— Po dwanaście godzin dziennie — przyznała Shara.</p>
    <p>— Przykro mi to mówić Sharo… — skrzywił się — ale byłbym zdziwiony, gdybyś przeżyła miesiąc. Ciało przystosowane do ciążenia ziemskiego nie funkcjonuje prawidłowo w stanie nieważkości.</p>
    <p>— Ale się przystosuje, czyż nie? </p>
    <p>Roześmiał się bez wesołości.</p>
    <p>— Jasne. Dlatego właśnie co czternaście miesięcy wymieniamy całą załogę. Twoje ciało się przystosuje. W jedną stronę. Nieodwracalnie. Gdy już się zupełnie przystosujesz, powrót na Ziemie spowoduje ustanie akcji serca — jeśli już wcześniej nie wystąpią jakieś inne poważne uszkodzenia organizmu. Byłaś teraz przez trzy dni na Ziemi. Czy odczuwałaś jakieś bóle w piersiach? Zawroty głowy? Kłopoty z jelitami? Mdłości w drodze powrotnej na „Skyfac”?</p>
    <p>— Wszystko o czym mówisz — przyznała.</p>
    <p>— Sama widzisz. Gdy stąd wyjeżdżałaś, zbliżał się koniec twego czternastomiesięcznego limitu. A przy zupełnym braku ciążenia, twoje ciało przystosowuje się jeszcze szybciej. Rekord przebywania w stanie nieważkości wynosi osiem miesięcy i został ustanowiony przez brygady montażowe budujące stacje „Skyfac”, przy czym występowały już problemy z tą nieprzekraczalną granicą — a oni nie spędzili wcześniej roku w warunkach ciążenia zmniejszonego do jednej szóstej i nie eksploatowali tak swych serc, jak ty zamierzasz to czynić. Do diabła, na Księżycu przebywa teraz czterech ludzi z pierwszej grupy górników, którzy już nigdy nie ujrzą Ziemi. Ośmiu ich kolegów próbowało. Czy wy nic nie wiecie o kosmosie? Czy Carrington nic wam nie powiedział?</p>
    <p>Zastanawiałem się, dlaczego Carrington zadał sobie tyle trudu, żeby oszczędzić nam badań medycznych przed lotem. Teraz wszystko stawało się jasne.</p>
    <p>— Ależ ja muszę mieć co najmniej cztery miesiące. Cztery miesiące wytężonej pracy dzień w dzień. Muszę.</p>
    <p>Była przerażona, ale za wszelką cenę starała się nad sobą zapanować.</p>
    <p>McGillicuddy wykonał taki ruch, jakby zamierzał pokręcić głową a potem się rozmyślił. Jego ciepłe oczy badały twarz Shary. Odgadywałem jego myśli i poczułem do niego sympatie.</p>
    <p>Myślał: Jak powiedzieć tej uroczej dziewczynie, że jej największe marzenie nie ma szans ziszczenia?</p>
    <p>Nie wiedział nawet połowy. Ja natomiast uświadamiałem sobie, jak wiele Shara już, nieodwołalnie, zainwestowała w swe marzenie i coś we mnie krzyczało.</p>
    <p>I wtedy dostrzegłem skurcz, przebiegający jej przez szczękę i odważyłem się mieć nadzieje.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Doktor Panzella był żylastym staruszkiem o brwiach jak dwie kędzierzawe gąsienice. Nosił dopasowany kombinezon, który nie stwarzał zagrożenia dla uszczelek skafandra, gdyby doktor musiał wskoczyć weń w pośpiechu. Jego długie do ramion włosy zamiast tworzyć na wielkiej czaszce bujną grzywę były dla bezpieczeństwa, na wypadek nagłego zaniku ciążenia, spięte z tyłu. Ostrożny człowiek. Używając starej metafory, był facetem noszącym jednocześnie pasek i szelki. Obejrzał sobie Sharę, przeprowadził na miejscu niezbędne testy i dał jej zezwolenie na niecałe półtora miesiąca. Shara powiedziała parę słów. Ja powiedziałem parę słów. McGillicuddy powiedział parę słów. Panzella wzruszył ramionami, przeprowadził dalsze, dokładniejsze testy i z ociąganiem odpiął szelki. Dwa miesiące. Ani dnia więcej. Może mniej, zależnie od wyników późniejszej reakcji jej ciała na przedłużający się pobyt w warunkach nieważkości. Potem rok na Ziemi przed ponownym podjęciem ryzyka. Shara wydawała się usatysfakcjonowana.</p>
    <p>Nie wyobrażałem sobie, jak możemy uwinąć się w tak krótkim czasie.</p>
    <p>McGillicuddy zapewnił nas, że sama nauka sprawnego poruszania się przy zerowym ciążeniu zajmie Sharze co najmniej miesiąc, nie mówiąc już o tańcu w tych warunkach. Według niego, jej zażyłość z ciążeniem równym jednej szóstej ziemskiego będzie raczej przeszkodą niż pomocą. Potem, załóżmy, trzy tygodnie choreografii i prób, tydzień zdjęć i może przed upływem terminu powrotu Shary na Ziemie zdołamy jeszcze wyemitować jeden program telewizyjny z jej tańcem. Niezbyt zachęcająca perspektywa. Wyliczyliśmy z Shara, że potrzeba nam trzech pomyślnych występów przed kamerami. Każdy musi zostać życzliwie przyjęty przez widzów i krytykę, żeby wyrąbać w otaczającym świat tańca murze wyłom wystarczająco duży, by Shara zdołała się przezeń przecisnąć. Rok to o wiele za długa przerwa, aby przynieść coś dobrego — i kto wie, kiedy Carrington znudzi się Shara? Huknąłem więc na Panzelle z góry.</p>
    <p>— Panie Armstead — odparł ostro. — Specjalnie polecono mi, abym nie dopuścił do popełnienia przez te młodą lady samobójstwa. — Uśmiechnął się kwaśno. — Powiedziano mi, że to zrobiłoby fatalną reklamę.</p>
    <p>— W porządku, Charlie — nalegała Shara. — Zdążę przygotować przez ten czas trzy tańce. Możemy stracić trochę snu, ale zdążymy.</p>
    <p>— Powiedziałem kiedyś komuś, że nie ma rzeczy niemożliwych. Spytał mnie, czy potrafię przejechać na nartach przez obrotowe drzwi. Nie masz …</p>
    <p>Mój umysł wrzucił z trzaskiem hiperbieg, rozważył najrozmaitsze warianty, kopnął się kilka razy piętami w tyłek i powrócił do czasu rzeczywistego w samą porę, by usłyszeć, jak moje usta, które przez cały czas nie przestawały mówić, kończą:</p>
    <p>— … dużego wyboru, jak mi się wydaje. Okay, Tom, każ wysprzątać te cholerną Salę Klubową Pierścienia Dwa. Chce mieć ją pustą i nienagannie czystą i każ komuś zamalować te piekielną wideościanę; tym samym odcieniem, co pozostałe trzy ściany i ma to być naprawdę ten sam odcień. Shara, wyskakuj z tych ciuchów i zakładaj trykot. Doktorze, zobaczymy się za dwanaście godzin, przestań się gapić, Tom i rusz się — udamy się tam od razu; gdzie są, u diabła, moje kamery?</p>
    <p>McGillicuddy coś wybełkotał.</p>
    <p>— Daj mi ludzi z palnikami — chce mieć wycięte w ścianach otwory, za nimi kamery, szyby ze szklą spolaryzowanego, sześć stanowisk, obok Sali Klubowej pomieszczenie wielkości kabiny pilotów odrzutowca pasażerskiego na konsole mikserską, a obok krzesła ekspres do kawy. Będę też potrzebował drugiego pomieszczenia na montaż taśm, zupełne odosobnienie i całkowita ciemność, wielkości sporej kuchni, drugi ekspres do kawy.</p>
    <p>McGillicuddy wpadł mi wreszcie w słowo.</p>
    <p>— Panie Armstead, to jest Główny Pierścień kompleksu „Skyfac l”. Mieszczą się w nim biura administracji jednej z najbogatszych korporacji. Jeśli sądzi pan, że cały Pierścień stanie dla pana na głowie…</p>
    <p>Poszliśmy więc z tym do Carringtona. Powiedział McGillicuddy’emu, że odtąd Pierścień Dwa jest nasz i należy udzielić nam wszelkiej pomocy, jakiej zażądamy. Sprawiał wrażenie wyrwanego z zadumy. McGillicuddy zaczął mu tłumaczyć o ile tygodni odwlecze to ukończenie kompleksu „Skyfac l”. Carrington odparł na to bardzo spokojnie, że potrafi doskonale dodawać oraz odejmować i że mu dziękuje. McGillicuddy zbladł i zamilkł.</p>
    <p>Muszę Carringtonowi oddać sprawiedliwość. Dał nam wolną rękę.</p>
    <p>Na „Skyfac 2” poleciał z nami Panzella. Wieźli nas długoszczęcy astronauci na pojazdach dokładnie przypominających ciężarne kije od mioteł. Dobrze się stało, że był z nami doktor — pod koniec podróży Shara zemdlała. Ja prawie też i jestem pewien, że ten kij od miotły, na którym leciałem, miał na dyszach odciski moich ud. Spadanie w otwartym kosmosie jest za pierwszym razem straszliwym przeżyciem. Niektórzy nigdy nie mogą się z tym oswoić. Większość. Gdy znowu wtaczaliśmy Sharę na pokład stacji orbitalnej, zareagowała wspaniale i mdłości, na szczęście, nie powróciły. Nudności mogą być przykrą rzeczą w stanie nieważkości, ale w skafandrze są katastrofą. Do czasu przybycia moich kamer oraz sprzętu mikserskiego była już na nogach i odczuwała senność. A kiedy ja poganiałem wypożyczoną brygadę spoconych montażystów do pracy szybszej, niż to leży w ludzkiej mocy, Shara rozpoczęła naukę poruszania się w warunkach zerowego ciążenia.</p>
    <p>Po trzech tygodniach byliśmy gotowi do pierwszych zdjęć.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 3</p>
    </title>
    <p>Kwatery prywatne i minimalne środki podtrzymywania życia przygotowano dla nas w Pierścieniu Dwa tak, że jeśli chcieliśmy, mogliśmy pracować całą dobę na okrągło. Jednak niemal połowę naszego czasu wolnego spędzaliśmy na „Skyfac l”. Shara musiała poświęcać połowę z trzech dni w tygodniu Carringtonowi, a znaczną cześć swego nominalnego czasu wolnego spędzała na zewnątrz, w kosmosie, ubrana w skafander. Najpierw była to świadoma próba przezwyciężenia naturalnego leku przed próżnią, lecz szybko stało się to pretekstem do medytacji, do ucieczki, do artystycznej zadumy — stało się próbą czerpania z kontemplacji zimnych, czarnych głębin wystarczającego wejrzenia w istotę pozaziemskiego bytu, by potem móc w nim tańczyć.</p>
    <p>Ja wykorzystywałem swój czas na droczenie się z inżynierami, technikami, elektrykami i cholernie głupim delegatem związku zawodowego, który obstawał przy tym, aby druga Sala Klubowa, ukończona czy nie, stała się własnością hipotetycznej przyszłej załogi i personelu administracyjnego. Uzyskanie jego zgody na prowadzenie tam prac kosztowało mnie zdarcie gardła i izolacji z nerwów. Zbyt dużo nocy spędzałem zaharowując się, miast spać. Drobny przykład: każda ściana wewnętrzna w całym tym cholernym Drugim Pierścieniu była pomalowana identycznym odcieniem turkusu — i nie potrafili go dobrać, żeby zamalować te przeklętą wideościane w Sali Klubowej. Dopiero Mc Gillicuddy uchronił mnie przed atakiem apopleksji — za jego sugestią zmyłem trzecią już warstwę latexu, zdemontowałem zainstalowaną na zewnątrz kamerę, która przekazywała obraz na ścianę — ekran, przeniosłem ją do wnętrza i wycelowałem w ścianę przyległego do Sali pomieszczenia. To znowu uczyniło nas przyjaciółmi.</p>
    <p>Tak było ze wszystkim — prowizorka, improwizacja, spiłowywanie w celu dopasowania i zamalowywanie w celu zasłonięcia. Jeżeli nawaliła kamera, spędzałem czas przeznaczony na sen, konsultując się z nie mającymi akurat dyżuru inżynierami i sprawdzając, jakie części z tych, które są w magazynie mogą mi się przydać. Sprowadzenie czegokolwiek z ogromnej, ziemskiej studni grawitacyjnej było po prostu zbyt kosztowne, a Księżyc nie miał tego, czego potrzebowałem.</p>
    <p>W tym czasie Shara pracowała jeszcze ciężej ode mnie. Żeby funkcjonować prawidłowo w warunkach braku ciążenia, ciało musi całkowicie zmienić system koordynacji ruchowej. Musiała zapomnieć wszystko, co kiedykolwiek wiedziała lub nauczyła się o tańcu i przyswoić sobie całkowicie nowy zestaw umiejętności. Okazało się to zadaniem znacznie trudniejszym niż przypuszczaliśmy. McGillicuddy miał rację — to, czego się nauczyła podczas rocznego pobytu w jednej szóstej ciążenia ziemskiego, było przesadzoną próbą zachowania ziemskich wzorców koordynacji. Odrzucenie ich wszystkich na raz było w praktyce łatwiejsze dla mnie.</p>
    <p>Ale nie mogłem z nią ćwiczyć — musiałem zaniechać wszelkich pomysłów o filmowaniu z ręki i oprzeć swe plany jedynie na sześciu kamerach stacjonarnych. Na szczęście CLX — 5000S ma wspornik z przegubem kulowym — nawet za tymi przeklętymi, spolaryzowanymi szybami mogłem obracać każdą z kamer o czterdzieści stopni w poziomie. Nauka koordynowania za pomocą pulpitu ruchów wszystkich sześciu jednocześnie, wpłynęła na mnie wprost nadzwyczajnie: podniosła mnie o ten jeden, ostatni szczebel ku zjednoczeniu się z mą sztuką. Stwierdziłem, że potrafię ogarnąć świadomością wszystkie sześć monitorów, widzieć niemal sferycznie, obejmować je wszystkie wzrokiem, patrząc niczym jakieś sześciooczne stworzenie pod wieloma kątami na raz. Moja wyobraźnia stawała się holograficzna, moja świadomość wielowarstwowa. Po raz pierwszy naprawdę zaczynałem rozumieć trójwymiarowość.</p>
    <p>W paradę wszedł mi wymiar czwarty. Stwierdzenie, że niemożliwe jest, aby nabrała dostatecznej sprawności w manewrowaniu w stanie nieważkości, by w wymaganym czasie doprowadzić do końca półgodzinny występ, zajęło Sharze dwa dni. Opracowała więc od nowa swój plan zajęć, przystosowując choreografię do wymogów sytuacji.</p>
    <p>I jeśli o nią chodzi, wysiłek ten był też tym jedynym, ostatnim szczeblem do apoteozy.</p>
    <p>W poniedziałek czwartego tygodnia rozpoczęliśmy zdjęcia do „Wyzwolenia”.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Ujęcie wprowadzające:</p>
    <p>Niewielkie, turkusowe pudło widziane od wewnątrz. Wymiary nieznane, ale barwa wywołuje wrażenie bezmiaru, ogromnych odległości. Bujające się na tle ściany wahadło świadczy, że jest to środowisko o standardowej grawitacji, ale wahadło porusza się tak powoli i ma tak nieokreślony kształt, że nie sposób ocenić jego wielkość, a tym samym wymiary pomieszczenia.</p>
    <p>Dzięki temu efektowi w chwili, gdy kamera wycofuje się i jesteśmy gwałtownie przenoszeni do właściwej perspektywy przez pojawienie się Shary — apatycznej, leżącej twarzą do podłogi, z głową zwróconą ku nam, pomieszczenie wydaje się być mniejsze, niż jest w rzeczywistości.</p>
    <p>Shara ma na sobie beżowy trykot. Włosy koloru czystego mahoniu są ściągnięte do tyłu w luźny koński ogon, spływający na jedną łopatkę. Zdaje się nie oddychać. Nie daje znaku życia.</p>
    <p>Wchodzi podkład muzyczny. Stary dobry Mahavishnu bez pośpiechu podaje na nieużywanych już nylonowych strunach akustycznej gitary akord e — moll. Po obu stronach pomieszczenia pojawia się para małych świec, tkwiących w prostych świecznikach z brązu. Obie są zgaszone.</p>
    <p>Jej ciało…nie ma na to słów. Nie porusza się w sensie motorycznym. Można powiedzieć, że przebiega je skurcz, z tym, że to drgniecie rozpoczyna się wyraźnie od jej środka i rozchodzi na wszystkie strony. Shara pęcznieje, jakby cale jej ciało zaczerpnęło pierwszego oddechu życia. Ona żyje.</p>
    <p>Zaczynają się jarzyć oba knoty świec. Muzyka przybiera ton spokojnego ponaglenia.</p>
    <p>Shara unosi głowę i patrzy w naszym kierunku. Jej wzrok skupia się gdzieś za kamerą, jednak nie w nieskończoności. Jej ciało wije się, faluje, a jarzące się knoty są już węgielkami.</p>
    <p>Gwałtowny wyrzut ciała unosi Sharę na kolana, rozsypując jej włosy na ramionach. Mahavishnu rozpoczyna cykliczną kaskadę pasaży, zwiększając coraz bardziej tempo. Z obu knotów zaczynają zakwitać w dół długie, pełzające jeżyki żółtopomarańczowego płomienia, a czubki knotów robią się niebieskie.</p>
    <p>Rozkurcz ciała podrywa ją na równe nogi. Dwa płomienie, które opływały dotąd knoty załamują się, spazmują, aby po chwili stać się zwykłymi płomieniami świec, trzepoczącymi w regularnych odstępach. Do gitary dołączają czynele, tamburyn i bas. Świece pozostają w perspektywie, ale ich płomienie kurczą się i w końcu gasną.</p>
    <p>Shara zaczyna badać możliwości ruchu. Z początku porusza się tylko prostopadle do linii widzenia kamery, zapoznając się z tym wymiarem. Każdy ruch rąk, nóg czy głowy jest wyraźnym prowokowaniem grawitacji — siły tak nieubłaganej, jak rozpad radioaktywny, jak sama entropia. Najgwałtowniejsze zrywy energii starczają tylko na chwile — poderwana noga opuszcza się, wyrzucone ramie opada. Musi walczyć, żeby utrzymać się na nogach. Nieruchomieje i popada w zadumę.</p>
    <p>Jej ręce wyciągają się do kamery i w tym samym momencie zaczynamy ją widzieć z lewego profilu. Wyciąga ręce i po chwili zaczyna poruszać się w tym nowym wymiarze. (Gdy dochodzi do krawędzi kadru, przekazywany przez kamerę obraz zaczyna przesuwać się na naszym ekranie w prawo, natrafia po drodze na obraz przekazywany przez drugą kamerę, która bez zauważalnego przeskoku przejmuje Sharę, gdy gubi ją kamera pierwsza).</p>
    <p>Ten nowy wymiar także nie zaspokaja pragnień Shary, która dąży do uwolnienia się od grawitacji. Jednak kombinacja dwóch odkrytych wymiarów umożliwia jej tak wiele permutacji ruchu, że przez chwile miota się w nich, eksperymentując. Przez następne piętnaście minut w tańcu streszczana jest cała przeszłość i historia Shary. W oszałamiającym tempie przewijają się w tym streszczeniu jazz, taniec nowoczesny i co wdzięczniejsze elementy gimnastyki artystycznej na poziomie olimpijskim.</p>
    <p>To jest oferta, zdaje się mówić Shara, której nigdy nie zaakceptujecie. To, samo w sobie, nie było wystarczająco dobre.</p>
    <p>I nie jest. Nawet mimo tej oszalałej energii i całkowitej nad nią kontroli, jej ciało wciąż powraca do zwykłej postawy wyprostowanej, tej prostej odmowy upadku.</p>
    <p>Zaciskając zęby, rozpoczyna serie skoków — coraz dłuższych, coraz wyższych. W końcu zdaje się zawisać w powietrzu przez pełną sekundę, rwąc się do lotu. Kiedy, nieuchronnie, spada, czyni to opornie, w ostatniej dosłownie chwili podciągając nogi i zrywając się natychmiast po wykonaniu przewrotu w przód. Muzycy wpadają w trans. Widzimy ją teraz okiem jednej kamery — tej pierwszej. Zapaliły się znowu obie świece. Są małe, ale płoną jasno.</p>
    <p>Skoki są teraz rzadsze i niższe i Shara do każdego dłużej się przygotowuje. Tańczy już od dwudziestu minut, wytężając wszystkie siły; gdy płomienie świec zaczynają zanikać, zanika też jej siła. W końcu wycofuje się pod obojętne wahadło, wydobywa z siebie resztki energii i zrywa się do biegu. Zbliża się szybko do nas. Na krótkim odcinku rozwija niewiarygodną szybkość, rzuca się w podwójne salto i odbiwszy jedną stopę od ziemi wzlatuje w górę, zdając się odpychać od pustego powietrza, by wznieść się jeszcze kilka centymetrów wyżej. Jej ciało wypręża się, oczy i usta rozwierają szeroko, płomienie osiągają maksymalną jasność, muzyka dochodzi do punktu kulminacyjnego zawodząc jękiem torturowanej gitary elektrycznej — spada, ledwie nadążając zamortyzować przewrotem upadek. Przechodzi do pozycji kucznej. Trwa tak przez długą chwile, a potem jej ramiona i głowa opadają stopniowo, ku podłodze. Płomienie świec kurczą się w dziwny sposób i zdają się gasnąć. Dudni teraz sam bas, schodząc do D.</p>
    <p>Mięsień po mięśniu, ciało Shary rezygnuje ze zmagań. Powietrze wokół knotów drży, a te zdają się teraz być tak duże jak jej skulona postać.</p>
    <p>Z widocznym wysiłkiem Shara unosi twarz do kamery. Maluje się na niej udręka, oczy są niemal zamknięte. Długie solo perkusji.</p>
    <p>Wszystko na raz — otwiera szeroko oczy. prostuje ramiona i ściąga je. Jest to najznakomitszy i najpełniejszy gest, jaki można sobie wymarzyć. Filmowany jest w czasie rzeczywistym, a wygląda jak kręcony w zwolnionym tempie. Trwa w tej pozycji. Mahavishnu przemieszcza się z wzrastającą szybkością z niskostrojonej struny basowej do akordu D, z wytłumioną czwartą struną. Shara nie porusza się.</p>
    <p>Przełączamy się po raz pierwszy na obraz, przekazywany przez kamerę zainstalowaną w suficie, na dużej wysokości. Gdy szybkość uderzeń w struny gitary wzrasta do punktu, w którym akord zdaje się być nieustającym, wiszącym w powietrzu brzęczeniem, Shara, wciąż skulona, unosi powoli głowę i w końcu patrzy wprost na nas. Zastyga tak na wieczność, jak sprężyna nakręcona do ostatecznych granic…</p>
    <p>…i eksploduje, wzbijając się w górę, ku nam. Leci płynnie, szybciej niż się spodziewamy, zbliżając się coraz bardziej i bardziej. W końcu jej ramiona znikają po obu stronach kadru, a ekran wypełnia twarz, obramowana dwiema świecami, które momentalnie rozkwitają kroplami żółtego płomienia. Gitara i bas toną w zespole.</p>
    <p>Niemal od razu Shara szybko się od nas oddala i znowu ujęcie robi pierwsza kamera. Widzimy, jak tancerka mknie dziesięć metrów w dół, w kierunku podłogi. W połowie drogi zmienia zamiar i skręca, przechodząc w absolutnie płaską trajektorie, po której przelatuje całą długość pomieszczenia. Uderza o przeciwległą ścianę z łomotem, słyszalnym pomimo muzyki. Jej uda wchłaniają energie kinetyczną, a potem uwalniają ją i znowu pędzi ku nam, ciągnąc za sobą wyprostowane pasmo włosów. Na naszym ekranie rośnie szeroki uśmiech tryumfu.</p>
    <p>Przez następne pięć minut wszystkie sześć kamer daremnie usiłuje śledzić, jak Shara miota się po ogromnym pomieszczeniu niczym koliber, próbując wydostać się z klatki. Grawitacja została pokonana. Podstawowe założenie tańca jest obalone.</p>
    <p>Shara jest przetransformowana.</p>
    <p>Zatrzymuje się wreszcie w połowie drogi miedzy sufitem, a podłogą. Ramiona, nogi, palce, twarz wyprężone na zewnątrz. Jej ciało powoli wiotczeje. Cztery skupione na niej kamery przekazują teraz poczwórny obraz, zespół gra swoje ostatnie E — dur i… cichnie.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Nie miałem ani czasu, ani sprzętu, żeby przygotować takie efekty specjalne, jakie chciała Shara. Znalazłem więc sposoby na nagięcie rzeczywistości do moich potrzeb. Pierwszy odcinek ze świecą był zdublowanym, puszczonym od końca obrazem zapalonej świecy, filmowanej od góry w bardzo zwolnionym tempie. Drugi odcinek był zwykłą rejestracją liniowej rzeczywistości. Zapaliłem świece, zacząłem kręcić — i kazałem wstrzymać ruch obrotowy Pierścienia. W warunkach zerowej grawitacji świeca zachowuje się dziwnie. Powstające przy spalaniu rzadkie gazy nie unoszą się w górę i nie dopuszczają do płomienia powietrza docierającego doń zwykle od spodu. Płomień przygasa: przyczaja się. Przywróćcie grawitacje po upływie mniej więcej minuty, a znowu ożyje. Pozostała mi tylko pewna manipulacja szybkościami, by zgrać wszystko z muzyką i tańcem Shary. Ten pomysł podsunął mi Harry Stein, brygadzista grupy technicznej zespołu „Skyfac”, który pomagał mi w projektowaniu trików potrzebnych Sharze do następnego tańca.</p>
    <p>Rzuciłem obraz na wideościanę w Sali Klubowej Pierścienia Jeden i na czas transmisji na Ziemie zgromadzili się tam wszyscy, którzy mogli oderwać się od swych obowiązków. Prawie o całe pół sekundy wcześniej niż cały świat widzieli dokładnie to, co za pośrednictwem światowego systemu łączności satelitarnej było przekazywane na Ziemie (Carrington załatwił dwadzieścia pięć minut programu bez wstawek reklamowych).</p>
    <p>Transmisje spędziłem, obgryzając paznokcie, w kabinie łączności. Obeszło się jednak bez wpadki, wyłączyłem więc swoją konsole i zdążyłem jeszcze do Sali Klubowej, żeby ujrzeć drugą połowę owacji, jaką stojąc zgotowali Sharze członkowie załogi „Skyfac”. Shara stała przed ekranem, obok niej siedział Carrington, a różnice w ich minach uznałem za pouczającą. Przez cały czas wierzyła w siebie, zatwierdziła do rozpowszechnienia swoją taśmę — była świadoma, z tą nieprawdopodobną obiektywnością, do której zdolnych jest niewielu artystów, że ten szalony aplauz jest tym, na co zasługiwała. Ale jej twarz zdradzała, że była głęboko zaskoczona i głęboko wdzięczna za to, że otrzymuje to, na co zasługuje.</p>
    <p>Carrington, ze swej strony, promieniał tryumfem dziwnie przemieszanym z ulgą. On również wierzył w Sharę i wsparł ją wielką inwestycją — ale jego wiara była wiarą biznesmana w grę, o której wie, że się opłaci i gdy obserwowałem blask jego oczu i migotanie kropelek potu na czole, zdałem sobie sprawę, że żaden człowiek interesu nigdy nie podejmie kosztownego ryzyka bez obawy, iż może się ono skończyć fiaskiem, które zapoczątkuje powolną utratę jego podstawowego towaru: twarzy.</p>
    <p>Widok tego rodzaju tryumfu w zestawieniu z radością Shary zepsuł mi te chwile i zamiast wzruszyć się jej sukcesem, ze zdziwieniem stwierdziłem, że niemal jej nienawidzę. Spostrzegła mnie i pomachała, żebym poszedł i stanął u jej boku przed wiwatującym tłumem, ale odwróciłem się na pięcie i dosłownie wypadłem z sali. Pożyczyłem od Harry’ego Steina flaszkę i zalałem się w trupa.</p>
    <p>Nazajutrz rano miałem wrażenie, że moja głowa jest piętnastoamperowym bezpiecznikiem w czterdziestoamperowym obwodzie i że nie pękła jeszcze tylko dzięki naprężeniom powierzchniowym. Bałem się gwałtownie poruszyć. Kac znika powoli, nawet przy małym ciążeniu.</p>
    <p>Zabrzęczał telefon — nie miałem czasu go przerobić — i nieznany mi młody człowiek oznajmił uprzejmie, że pan Carrington wzywa mnie do swego gabinetu. Natychmiast. Powiedziałem mu o czopku z drutu kolczastego i co pan Carrington może sobie z nim zrobić — natychmiast. Nie zmieniając wyrazu twarzy powtórzył wiadomość i wyłączył się.</p>
    <p>Wpełzłem więc w swoje ubranie, postanowiłem zapuścić brodę i wyszedłem. Po drodze zastanawiałem się na co i po co zamieniłem swoją niezależność.</p>
    <p>Gabinet Carringtona był przytłaczająco gustowny, ale przynajmniej oświetlenie miał stonowane. Co najlepsze, system filtrujący potrafił sobie poradzić z dymem — w powietrzu wisiał słodkawy zapach popielniczki. Przyjąłem od Carringtona pokaźną szklanice Maoi — Zowie z czymś zbliżonym do wdzięczności i zacząłem topić w niej swego kaca.</p>
    <p>Obok jego biurka siedziała Shara. Miała na sobie trykot i warstwę potu. Najwidoczniej spędziła ranek na próbach do następnego tańca. Czułem się zawstydzony, a co za tym idzie zły i unikając jej oczu nie odpowiedziałem nawet na jej przywitanie. Zaraz za mną weszli Panzella i McGillicuddy, rozprawiając o ostatniej obserwacji tajemniczego obiektu z głębin kosmosu, który ukazał się teraz w pasie asteroidów. Spierali się miedzy sobą, czy wykazuje on oznaki inteligencji, czy nie, a ja pragnąłem tylko, żeby się wreszcie zamknęli.</p>
    <p>Carrington odczekał, aż wszyscy usiedliśmy i zapaliliśmy, po czym oparł się biodrem o swoje biurko i uśmiechnął.</p>
    <p>— No i jak. Tom? </p>
    <p>McGillicuddy rozpromienił się.</p>
    <p>— Lepiej niż się spodziewaliśmy, sir. Wszystkie sondaże są zgodne co do tego, że oglądało nas około siedemdziesiąt cztery procent światowej widowni.</p>
    <p>— Do diabła z pospólstwem — warknąłem. — Co mówią krytycy? </p>
    <p>McGillicuddy zamrugał oczyma.</p>
    <p>— No wiec, jak dotąd ogólna reakcja jest taka, że Shara była wspaniała. „Times”…</p>
    <p>— Jaka była reakcja mniej niż ogólna? — przerwałem mu znowu.</p>
    <p>— Cóż, trudno jest we wszystkim o jednomyślność.</p>
    <p>— Ściślej. Prasa taneczna? Liz Zimmer? Migdalski?</p>
    <p>— Hmmmm. Zimmer nazwała to wspaniałym tańcem, zepsutym przez zbyt przeładowane zakończenie.</p>
    <p>— A Migdalski? — nalegałem.</p>
    <p>— Zatytułował swój artykuł „Ale co pokażesz na bis?” — przyznał McGillicuddy. — Jego podstawowa teza brzmi, że był to czarujący, ale niepowtarzalny zryw. Natomiast „Times”…</p>
    <p>— Dziękuje ci. Tom — powiedział cicho Carrington. — Tego się właściwie spodziewaliśmy, prawda, moja droga? Wielki plusk, ale jeszcze nikt nie odważy się go nazwać falą przypływu.</p>
    <p>Skinęła głową.</p>
    <p>— Ale zrobią to, Bryce. Następne dwa tańce dokończą dzieła.</p>
    <p>— Panno Drummond — odezwał się Panzella — czy mogę się dowiedzieć dlaczego odegrała to pani w taki właśnie sposób? Dlaczego zastosowała pani interludium w zerowej grawitacji tylko jako dodatek do konwencjonalnego tańca? Na pewno musiała się pani spodziewać, że krytycy nazwą to trikiem.</p>
    <p>Shara uśmiechnęła się.</p>
    <p>— Szczerze mówiąc, doktorze — odparła — nie miałam wyboru. Uczę się korzystać ze swego ciała w stanie nieważkości, ale wciąż jest to dla mnie świadomy wysiłek, prawie pantomima. Potrzebuje jeszcze kilku tygodni, żeby stał się moją drugą naturą, a musi się stać, jeżeli mam wytrzymać cały występ. Tak więc uciekłam się do tańca konwencjonalnego, doczepiłam pięciominutowe zakończenie z wykorzystaniem tych ruchów w stanie nieważkości, których się dotąd nauczyłam i ku swej nieopisanej uldze stwierdziłam, że tworzą razem sensowną całość tematyczną. Przekazałam Charlie’mu swoje uwagi, a on postarał się już o kształt wizualny i dramatyczny całości — ten trik ze świecami był jego pomysłu i podkreślał to, co chciałam powiedzieć lepiej niż jakakolwiek dekoracja, którą mogliśmy tu zbudować.</p>
    <p>— A więc nie skończyła pani jeszcze tego, po co pani do nas przybyła? — spytał Panzella.</p>
    <p>— Och, nie. W żadnym wypadku. Mój następny występ udowodni światu, że taniec jest czymś więcej niż tylko kontrolowanym spadaniem. A trzeci… trzeci będzie ukoronowaniem wszystkiego. — Jej twarz się rozjaśniła, stała się natchniona. — Trzeci taniec będzie tym, co pragnęłam zatańczyć przez całe swoje życie. Nie mogę go sobie jeszcze zobrazować — ale wiem, że kiedy stanę się zdolna do jego wykonania, stworze go i to będzie moje największe dzieło.</p>
    <p>Panzella chrząknął.</p>
    <p>— Ile czasu to pani zajmie?</p>
    <p>— Niewiele — odparła. — Będę gotowa do następnych zdjęć za dwa tygodnie i od razu mogę zaczynać prace nad tym ostatnim tańcem. Przy odrobinie szczęścia będę go miała na taśmie przed upływem miesiąca, jaki mi pozostał.</p>
    <p>— Panno Drummond — powiedział ponuro Panzella — przykro mi, ale pani już nie ma tego miesiąca. Shara zbladła jak śnieg, a ja uniosłem się z mego fotela. Nawet Carrington wyglądał na zaintrygowanego.</p>
    <p>— Ile mam czasu? — spytała Shara.</p>
    <p>— Pani ostatnie testy nie wyglądają zachęcająco. Zakładałem, że ustawiczne ćwiczenia i próby wpłyną na spowolnienie adaptacji pani organizmu. Ale większość czasu pracuje pani przy całkowitym braku ciążenia i nie przewidziałem stopnia w jakim pani ciało przywykło do długotrwałego wysiłku w warunkach ziemskich. Występują już u pani objawy syndromu Davisa w…</p>
    <p>— Ile mam czasu?</p>
    <p>— Dwa tygodnie. Może trzy, jeśli będzie pani spędzać trzy pełne godziny dziennie na forsownych ćwiczeniach przy dwukrotnym przeciążeniu. Możemy to wprowadzić…</p>
    <p>— To śmieszne — wybuchnąłem. — Czy pan nic nie wie o plecach tancerzy? Ona się wykończy przy 2g.</p>
    <p>— Muszę mieć cztery tygodnie — powiedziała Shara.</p>
    <p>— Panno Drummond, bardzo mi przykro.</p>
    <p>— Muszę mieć cztery tygodnie.</p>
    <p>Twarz Panzelli wyrażała ten sam bezgraniczny smutek, co moja i McGillicuddy”ego, a mnie chciało się rzygać na taki wszechświat, w którym ludzie muszą w ten sposób patrzeć na Sharę.</p>
    <p>— A niech to szlag trafi — ryknąłem — ona potrzebuje czterech tygodni. </p>
    <p>Panzella potrząsnął swoją kudłatą głową.</p>
    <p>— Jeżeli przez cztery tygodnie będzie pozostawać w warunkach całkowitej nieważkości, może umrzeć.</p>
    <p>— No to umrę — krzyknęła Shara zrywając się z fotela. — Zaryzykuje. Muszę. </p>
    <p>Carrington zakasłał.</p>
    <p>— Przykro mi, kochanie, ale nie mogę ci na to pozwolić. </p>
    <p>Odwróciła się do niego z furią w oczach.</p>
    <p>— Ten twój taniec jest świetną reklamą dla „Skyfaca” — powiedział spokojnie — ale jeśli cię zabije, to może podziałać jak bumerang, nieprawdaż?</p>
    <p>Poruszyła ustami i rozpaczliwie starała się zapanować nad sobą. W mojej głowie kłębiło się rojowisko myśli. Umrze? Shara?</p>
    <p>— Poza tym — dodał — bardzo cię polubiłem.</p>
    <p>— A więc zostanę tu, w kosmosie — wybuchnęła.</p>
    <p>— Gdzie? Jedynymi obszarami, w których panują warunki całkowitej nieważkości, są zakłady produkcyjne, a ty nie masz kwalifikacji, żeby w którymś z nich pracować.</p>
    <p>— No to, na miłość boską, oddaj mi jedną z tych gondol, tych małych kul, Bryce. Gwarantuje ci większy zwrot twojej inwestycji niż może ci przynieść gondola fabryczna i ja… — głos się jej załamał — …będziesz miał mnie na każde skinienie.</p>
    <p>Uśmiechnął się leniwie.</p>
    <p>— Tak, ale kiedyś mogę się tobą znudzić. Moja matka ostrzegała mnie bardzo przed podejmowaniem nieodwołalnych decyzji w stosunku do kobiet. Szczególnie tych nieoficjalnych. Poza tym seks w stanie nieważkości wydaje mi się zbytnio wyczerpujący, podobnie jak monotonna dieta.</p>
    <p>Niemal odzyskałem głos i znowu go straciłem. Byłem zadowolony, że Carrington jej odmawia, ale sposób, w jaki to robił sprawił, iż zapragnąłem jego krwi.</p>
    <p>Shark również zaniemówiła na pewien czas. Kiedy się odezwała, głos miała niski, napięty, niemal błagalny.</p>
    <p>— Bryce, to tylko sprawa odpowiedniego rozłożenia w czasie. Jeżeli nadam jeszcze dwa tańce w ciągu najbliższych czterech tygodni, będę miała świat, do którego można wracać. Jeżeli musiałabym teraz wrócić na Ziemie i czekać rok albo dwa, ten trzeci taniec przejdzie bez echa — nikt go nie będzie oglądał i nie będą już pamiętali dwóch pierwszych. To moja jedyna szansa, Bryce. Pozwól mi zaryzykować. Panzella nie może na pewno stwierdzić, że cztery tygodnie mnie zabiją.</p>
    <p>— Nie mogę gwarantować, że je przeżyjesz — powiedział doktor.</p>
    <p>— Nie może pan gwarantować, że którekolwiek z nas przeżyje dzisiejszy dzień — warknęła.</p>
    <p>Znów odwróciła się w stronę Carringtona i utkwiła w nim wzrok. — Bryce, pozwól mi zaryzykować. — Jej twarz dokonała straszliwego wysiłku i wykrzywiła się w uśmiechu. — To ci się opłaci.</p>
    <p>Carrington smakował ten jej uśmiech i pełne poddanie w jej głosie jak człowiek rozkoszujący się czerwonym winem. Miałem chęć rozszarpać go własnymi rękoma i zębami na kawałki i jednocześnie modliłem się, żeby dorzucił jeszcze jedno okrucieństwo, aby ostatecznie odwieść ją od tego zamiaru. Ale nie doceniłem jego rzeczywistego okrucieństwa.</p>
    <p>— Prowadź dalej swoje próby, moja droga — powiedział w końcu. — Podejmiemy ostateczną decyzje, gdy przyjdzie na to czas. Będę musiał to przemyśleć.</p>
    <p>Nie pamiętam, abym kiedykolwiek w życiu czuł się równie bezradny jak wtedy, równie bezsilny. Wiedząc, że to daremne, powiedziałem:</p>
    <p>— Sharo, nie mogę pozwolić, abyś ryzykowała życiem…</p>
    <p>— Ja to zrobię, Charlie — przerwała mi — z tobą czy bez ciebie. Nikt nie rozumie tego co robię na tyle dobrze, żeby to rejestrować tak jak ty, ale jeśli chcesz się wycofać, nie mogę cię zatrzymywać.</p>
    <p>Carrington obserwował mnie z jakimś obojętnym zainteresowaniem.</p>
    <p>— No wiec? — nalegała. </p>
    <p>Zakląłem szpetnie.</p>
    <p>— Znasz odpowiedź.</p>
    <p>— No to bierzmy się do roboty.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Nowicjusze są transportowani na ciężarnych kijach od mioteł. Starzy wyjadacze zwieszają się na rękach ze śluzy i dyndają, trzymając się uchwytów po zewnętrznej stronie wirującego Pierścienia (nie jest to trudne przy ciążeniu mniejszym niż połowa ziemskiego). Zwracają się twarzą w kierunku wirowania i kiedy pod horyzontem pojawia się miejsce przeznaczenia, po prostu puszczają uchwyt. Niezbędnych korekt kursu dokonuje się za pomocą silniczków rakietowych wbudowanych w rękawice i buty. Pokonywane odległości nie są duże. A jednak tacy śmiałkowie stanowią tylko nieliczną gromadkę starych wyg.</p>
    <p>Mając za sobą więcej godzin spędzonych w stanie nieważkości niż niektórzy technicy od lat zatrudnieni na „Skyfac”, byliśmy z Sharą starymi wyjadaczami. Z naszych silniczków korzystaliśmy rzadko i efektywnie, głównie po to, by wygasić energie, kinetyczną, nadawaną nam przez Pierścień, który opuszczaliśmy. Mieliśmy larynogofony i odbiorniczki wielkości aparatów słuchowych, ale w drodze przez pustkę, nie rozmawialiśmy. Znalezienie się w środowisku pozbawionym lokalnego pionu — wyraźnie określonej „góry” i „dołu” — myśli i wywołuje niepokój bardziej, niż może to sobie wyobrazić ktoś, kto nigdy nie opuszczał Ziemi. Z tego tylko powodu, wszystkie konstrukcje zespołu „Skyfac” są ustawiane w tej samej, wyimaginowanej „ekliptyce”, ale niewiele to pomaga. Zastanawiałem się niejednokrotnie, czy kiedykolwiek do tego przywyknę — a jeszcze częściej zastanawiałem się, czy w ogóle powinienem przyzwyczajać się do braku bólu w nodze. Zdawała się już boleć mnie mniej nawet niż przy wirowaniu.</p>
    <p>Wylądowaliśmy na powierzchni naszego nowego studia z impetem mniejszym niż lądujący na ziemi spadochroniarz. Była to stalowa kula, obłożona bateriami słonecznymi i ekranami cieplnymi. Połączono ją z innymi trzema kulami, znajdującymi się w różnych stadiach budowy. Nawet teraz pracowali na nich chłopcy Harry”ego Steina. McGillicuddy powiedział mi, że po ukończeniu ten kompleks wykorzystywany będzie do „przetwarzania w kontrolowanej gęstości”, a kiedy powiedziałem: „Co pan powie?” dodał: „Spienianie dyspersyjne i odlewanie w kontrolowanej gęstości”, jak gdyby to wyjaśniało wszystko. Może i wyjaśniało. W chwili obecnej było to studio Shary.</p>
    <p>Śluza prowadziła do dość ciasnej przestrzeni roboczej, otaczającej mniejszą kule wewnętrzną, która miała średnice jakichś pięćdziesięciu metrów. Wewnętrzna kula była również hermetyczna i docelowo miała zawierać próżnie, teraz jednak jej śluzy stały otworem. Zdjęliśmy skafandry, a Shara, trzymając się wspornika, zdjęła ze swego skafandra bransoletki z silniczkami rakietowymi i nałożyła je na kostki nóg. Potem zapięła na przegubach obrączki z takimi samymi silniczkami. Jako biżuteria były trochę za masywne — ale mogły pracować nieprzerwanie przez dwadzieścia minut, przy czym w normalnej atmosferze i przy odpowiednim oświetleniu ich praca była zupełnie niewidoczna. Bez nich taniec przy zerowym ciążeniu byłby niewypowiedzianie trudniejszy.</p>
    <p>Gdy zapinała ostatni pasek, podpłynąłem do niej od przodu i chwyciłem się za wspornik.</p>
    <p>— Sharo…</p>
    <p>— Poradzę sobie, Charlie. Będę ćwiczyła przy trzykrotnym przeciążeniu i spała przy dwukrotnym, ale dopnę swego. Wiem, że potrafię.</p>
    <p>— Mogłabyś opuścić „Masa to czasownik” i przejść od razu do „Gwiezdnego tańca”. </p>
    <p>Potrząsnęła głową.</p>
    <p>— Nie jestem jeszcze do niego gotowa i nie jest jeszcze gotowa widownia. Najpierw muszę przeprowadzić ich i siebie przez taniec w kuli, w przestrzeni zamkniętej, zanim będę gotowa do tańca w otwartym kosmosie albo zanim oni będą gotowi do jego odbioru. Muszę uwolnić swój i ich umysły od każdego z przyjętych wyobrażeń o tańcu, zmienić wszystkie jego założenia. Nawet dwa etapy to za mało — ale to jest nieprzekraczalne minimum — jej oczy złagodniały. — Charlie, ja muszę.</p>
    <p>— Wiem — burknąłem i odwróciłem się od niej. Łzy są przykrą rzeczą w stanie nieważkości — nigdzie nie spływają. Tworzą po prostu głupio wyglądające, wypukłe szkła kontaktowe, w których pływa świat. Zacząłem podciągać się po powierzchni kuli w kierunku stanowiska kamery, którą pracowałem, Shara zaś wpłynęła do jej wnętrza, żeby rozpocząć próbę.</p>
    <p>Instalując swój sprzęt, przeciągając kable pomiędzy wspornikami i dołączając je do dryfujących rozgałęziaczy, modliłem się. Po raz pierwszy od lat. Modliłem się, żeby Sharze się udało. Żeby udało się nam obojgu.</p>
    <p>Następne dwanaście dni było najtrudniejszym okresem mego życia. Shara pracowała równie ciężko, jak ja. Połowę każdego dnia spędzała na próbach w studio, połowę reszty na ćwiczeniach w 2,5 g (to maksimum, na jakie zgodził się Panzella), a trzy z pozostałych sześciu godzin w łóżku Carringtona, starając się zadowolić go na tyle, żeby pozwolił jej na wydłużenie limitu czasu. Może spała przez te kilka godzin które jej pozostawały. Wiem tylko, że nigdy nie wyglądała na zmęczoną, nigdy nie pokazywała po sobie zniechęcenia i nigdy nie traciła swej zawziętej determinacji. Uparcie, opornie jej ciało wyzbywało się niezgrabności, przybierając wdzięk w środowisku, w którym wymaga to nadzwyczajnej koncentracji. Jak dziecko uczy się chodzić, tak Shara uczyła się latać.</p>
    <p>Ja zaś zaczynałem się nawet przyzwyczajać do braku bólu w nodze.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Cóż mogę powiedzieć o „Masie”, skoro jej nie widzieliście? Nie sposób jej opisać, tak samo, jak nie można słowami opisać symfonii. Konwencjonalna terminologia taneczna jest, ze względu na wbudowane w nią założenia, zupełnie bezużyteczna i jeśli w ogóle obeznani jesteście z nową nomenklaturą, to musicie znać „Masa to czasownik”, z której czerpie ona swoje nazewnictwo.</p>
    <p>Niewiele też mogę powiedzieć o technicznych aspektach „Masy”. Nie było w niej żadnych efektów specjalnych, nie było nawet podkładu muzycznego. Wspaniała muzyka Raoula Brindle”a skomponowana została na podstawie samego tańca i nałożona na ścieżkę dźwiękową za moim pozwoleniem w dwa lata później. Ale nagrodę Emmy dostałem za oryginalną, niemą wersje. Cały mój wkład, poza montażem i zainstalowaniem dwóch trampolin, sprowadzał się do zamaskowania źródeł rozproszonego światła, które grupami otaczały obiektywy kamer i takiego ich połączenia, że były zasilane tylko wtedy, gdy nie znajdowały się w kadrze pracującej kamery. Dzięki temu Shara była wciąż oświetlona od przodu i miała dwa (nie zawsze jednakowej wielkości) cienie. Nie próbowałem nawet wprowadzać błyskotliwej pracy kamer; po prostu rejestrowałem jej taniec zmieniając ujęcie tylko wtedy, gdy wychodziła mi z kadru.</p>
    <p>Nie, „Masę” można opisać jedynie terminami symbolicznymi, a zatem ubogo. Mogę tylko powiedzieć, że Shara pokazała, iż masa i bezwładność, podobnie jak grawitacja, są zdolne do dostarczenia konfliktu dynamicznego, który jest podstawą tańca. Mogę wam powiedzieć, że wydestylowała z nich taki rodzaj tańca, który mogła wyobrazić sobie tylko grupa składająca się z akrobaty, pilota uprawiającego akrobacje, lotniczą, pilota piszącego po niebie dymem wypuszczanym z samolotu i podwodnej baleriny. Mogę wam powiedzieć, że panując nad ciałem zgodnie ze swą wolą i nad samą przestrzenią zgodnie ze swą potrzebą, zburzyła ostatnią granice, jaka leżała miedzy nią a absolutną swobodą ruchu.</p>
    <p>I wciąż jeszcze powiedziałem mniej niż nic. Ponieważ Shara znalazła coś więcej niż samą wolność — ona znalazła sens. „Masa” była ponad wszystko przeżyciem duchowym — jej dwuznaczny tytuł odzwierciedla tematyczną niejednoznaczność tego, co technologiczne, z tym co teologiczne: Shara uczyniła konfrontacje człowieka z bytem aktem przejściowym, dosłownym spotkaniem Boga w pół drogi. Nie zamierzam sugerować, że jej taniec w jakimkolwiek momencie odwoływał się do zewnętrznego Boga — dyskretnej istoty z białą brodą lub bez niej. Jej taniec odwoływał się do rzeczywistości, wyrażał sobą Trzy Wieczne Pytania zadawane przez każdą rozumną istotę, jaka kiedykolwiek żyła.</p>
    <p>Jej taniec obserwował ją samą i pytał: jak to się stało, że jestem tutaj?</p>
    <p>Jej taniec obserwował wszechświat, w którym istniał i pytał: jak to się stało, że to wszystko jest tu ze mną?</p>
    <p>I w końcu, obserwując ją na tle swojego wszechświata, zadawał pytanie: Dlaczego jestem taka samotna?</p>
    <p>I zadawszy te pytania otworzyła ciało i dusze przed tym wszechświatem i gdy odpowiedź nie nadeszła, skurczyła się w sobie. Nie w sensie dramatycznym, przypominającym kurczenie się sprężyny. Było to podobne fizycznie, a zarazem zupełnie inne zjawisko. Był to akt introspekcji, zwrócenie na siebie oka duszy, aby w swym wnętrzu szukać odpowiedzi, których nie można znaleźć nigdzie indziej. Jej ciało też zdawało się zapadać w siebie, zmniejszając swą masę tak równomiernie, że jego położenie w przestrzeni nie uległo zmianie.</p>
    <p>Kamera wyłączyła się, pozostawiając Sharę samą, sztywną, tęskniącą. Taniec się skończył, pozostawiając trzy pytania, które postawiła, bez odpowiedzi, ich napięcie nie rozładowane. Tylko wyraz cierpliwego oczekiwania na jej twarzy stępił szokującą krawędź niespełnienia, uczynił ją znośnym, małym, błogosławionym znakiem, szepcząc: ciąg dalszy nastąpi.</p>
    <p>Osiemnastego dnia mieliśmy to gotowe do obróbki. Shara natychmiast przestała o tym myśleć i przystąpiła do pracy nad choreografią „Gwiezdnego tańca”, ale ja zanim taśma była gotowa do emisji, spędziłem jeszcze dwa ciężkie dni montując ją. Zostało mi cztery dni do wykupionej przez Carringtona półgodzinnej emisji — ale to nie oddech tej nieprzekraczalnej granicy czułem na swym karku.</p>
    <p>Gdy ślęczałem nad montażem, przyszedł do mojej pracowni McGillicuddy i chociaż widział łzy spływające mi po policzkach, nie odezwał się ani słowem. Puściłem taśmę i oglądał ją w milczeniu. Wkrótce i jego policzki powilgotniały. Taśma dawno już się skończyła, gdy odezwał się bardzo cicho.</p>
    <p>— Lada dzień zamierzam rzucić te. śmierdzącą robotę. Nie odpowiedziałem.</p>
    <p>— Byłem przedtem instruktorem karate. Byłem niezły. Mogę znowu uczyć, może stoczyć parą walk zarabiając dziesięć procent tego, co tutaj.</p>
    <p>Nie odpowiedziałem.</p>
    <p>— Gdy ostatnim razem wychodziliście na zewnątrz widziałem was oboje w śluzie powietrznej. Widziałem jak się przewróciła. Widziałem, jak pomagałeś jej dojść do siebie. Słyszałem, jak kazała ci przyrzec, że nic nie powiesz doktorowi Panzelli.</p>
    <p>Czekałem. Pragnąłem zapaść się pod ziemie. </p>
    <p>Osuszył sobie twarz.</p>
    <p>— Przyszedłem tutaj, żeby ci powiedzieć, że idę poinformować o wszystkim doktora Panzellę. On wymusi na Carringtonie, by Sharę natychmiast odesłać na Ziemie.</p>
    <p>— A teraz? — spytałem.</p>
    <p>— Widziałem te taśmę.</p>
    <p>— I wiesz, że „Gwiezdny taniec” prawdopodobnie ją zabije?</p>
    <p>— Tak.</p>
    <p>— Wiesz, że musimy jej na to pozwolić? </p>
    <p>— Tak.</p>
    <p>Pragnąłem umrzeć. Pokiwałem głową.</p>
    <p>— A więc wyjdź stąd i daj mi pracować.</p>
    <p>Wyszedł.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Na Wall Street i na pokładzie „Skyfac” było późne popołudnie, gdy ku swej satysfakcji miałem taśmę zmontowaną. Zadzwoniłem do Carringtona, powiedziałem mu, żeby mnie oczekiwał za pół godziny, wziąłem prysznic, ogoliłem się, ubrałem i wyszedłem.</p>
    <p>Gdy zjawiłem się w gabinecie Carringtona, był z nim major Sił Kosmicznych, ale nie został mi przedstawiony, więc go zignorowałem. Była tam również Shara, odziana w coś utkanego z pomarańczowego dymu, co odsłaniało cały jej biust. Najpewniej kazał jej się tak ubrać Carrington, ale ona nosiła to z osobliwą, perwersyjną godnością, co jak wyczuwałem irytowało go. Spojrzałem jej w oczy i uśmiechnąłem się.</p>
    <p>— Czołem, mała. To dobra taśma.</p>
    <p>— Zobaczymy — powiedział Carrington. Wraz z majorem zajęli miejsca za biurkiem, a Shara usiadła obok niego.</p>
    <p>Wsunąłem taśmę w szczelinę wmontowanej w ścianę gabinetu aparatury wideo, przygasiłem światła i usiadłem z drugiego boku biurka. Film trwał nieprzerwanie przez dwadzieścia minut bez ścieżki dźwiękowej, zupełnie nagi.</p>
    <p>Był wspaniały.</p>
    <p>„Osłupienie” to zabawne słowo. Żeby coś wprawiło cię w osłupienie, musi cię trafić w miejsce jeszcze nie opancerzone cynizmem. Zdaje mi się, że ja już się urodziłem cynikiem — o ile dobrze sobie przypominam, w stan osłupienia popadłem tylko trzy razy. Po raz pierwszy przydarzyło mi się to w wieku trzech lat, gdy dowiedziałem się, że istnieją ludzie, którzy mogą z premedytacją dręczyć małe kotki. Po raz drugi osłupiałem w wieku lat siedemnastu, gdy dowiedziałem się, że istnieją ludzie, którzy mogą zażywać LSD, a potem dla zabawy dręczyć innych ludzi. Po raz trzeci osłupiałem, gdy skończyła się „Masa to czasownik”, Carrington zaś idealnie konwersacyjnym tonem powiedział: „Bardzo przyjemne; bardzo wdzięczne. Podoba mi się”, a ja dowiedziałem się w wieku lat czterdziestu pięciu, że istnieją ludzie — nie głupcy, nie kretyni, ale ludzie inteligentni — którzy mogą oglądać taniec Shary i nic nie rozumieć. My wszyscy, nawet ci najbardziej cyniczni, mamy jakieś złudzenia, które pielęgnujemy.</p>
    <p>Shara po prostu to przełknęła, ale widziałem, że major był tak samo osłupiały jak ja i z widocznym wysiłkiem panuje nad swą twarzą.</p>
    <p>Zadowolony, że mogę odwrócić swą uwagę od wypełniającej mnie odrazy i konsternacji, zacząłem nagle przyglądać mu się uważniej i po raz pierwszy zastanawiać, co on tu robi. Był w moim wieku, szczupły i bardziej ogorzały ode mnie, ze srebrnym puszkiem na wierzchu czaszki i nadzwyczaj bujnym wąsem pod nosem. Wziąłbym go za przyjaciela Carringtona, ale przeczyły temu trzy spostrzeżenia. Coś nieokreślonego w jego oczach powiedziało mi, że jest wojskowym o długim stażu w armii. Coś równie nieokreślonego w jego postawie powiedziało mi, że jest w tej chwili na służbie. I coś zupełnie określonego w linii jego ust skłoniło mnie do przypuszczenia, że obowiązki służbowe, które go tu wezwały, napawają go wstrętem.</p>
    <p>Gdy Carrington uprzejmym tonem ciągnął. — A co pan o tym sądzi, majorze? — ten człowiek milczał przez chwile, zbierając myśli i dobierając słów. Kiedy się odezwał, nie zwracał się do Carringtona.</p>
    <p>— Panno Drummond — powiedział spokojnie — jestem major William Cox, dowódca SC „Champion” i czuje się, zaszczycony tym, że poznałem panią. To był najgłębiej poruszający film, jaki w życiu widziałem.</p>
    <p>Shara podziękowała poważnym tonem.</p>
    <p>— To jest Charles Armstead, majorze Cox. On to nakręcił. </p>
    <p>Cox spojrzał na mnie z nowym zainteresowaniem.</p>
    <p>— Wspaniała robota, panie Armstead. </p>
    <p>Wyciągnął rękę, a ja ją uścisnąłem.</p>
    <p>Carrington zaczynał zdawać sobie sprawę, że my troje dzielimy miedzy sobą coś, co dla niego jest nieosiągalne.</p>
    <p>— Cieszę, się, że się panu podobało, majorze — powiedział nie siląc się na szczerość. — Jutro wieczorem może pan to obejrzeć ponownie w swoim telewizorze, jeżeli nie będzie miał pan służby. I oczywiście będzie dostępne na kasetach. A teraz może przeszlibyśmy do sprawy, która wymaga załatwienia.</p>
    <p>— Twarz Coxa zamknęła się, jakby zapiął się na zamek błyskawiczny, stała się sztywno formalna.</p>
    <p>— Jak pan sobie życzy, sir.</p>
    <p>Zaintrygowany, zacząłem od tego, co ja uważałem za sprawą do załatwienia.</p>
    <p>— Chciałbym, żeby tym razem nad emisją czuwał pański szef łączności, panie Carrington. Shara i ja będziemy zbyt zajęci, żeby…</p>
    <p>— Nad tą emisją będzie czuwał mój szef łączności, Armstead — przerwał mi Carrington — ale nie sądzę, aby pan był w tym czasie szczególnie zajęty.</p>
    <p>Byłem otumaniony z braku snu; moja zdolność kojarzenia uległa spowolnieniu. </p>
    <p>Carrington dotknął delikatnie swojego biurka.</p>
    <p>— McGillicuddy zamelduje się u mnie natychmiast — powiedział i odsunął rękę. — Widzisz, Armstead. Ty i Shara wracacie natychmiast na Ziemią.</p>
    <p>— Co takiego?</p>
    <p>— Bryce, nie możesz — krzyknęła Shara. — Obiecałeś.</p>
    <p>— Obiecałem? Moja droga, ostatniej nocy nie było przy nas żadnych świadków. No i dobrze się stało, czyż nie mam racji?</p>
    <p>Zaniemówiłem z wściekłości. Wszedł McGillicuddy.</p>
    <p>— Cześć, Tom — powiedział sympatycznie Carrington. — Jesteś wylany. Wracasz na Ziemie razem z panną Drummond i panem Armsteadem na pokładzie statku majora Coxa. Start za godziną. Nie zapomnij czegoś: — Przeniósł wzrok z McGillicuddy”ego na mnie. — Z biurka Toma można się podłączyć dyskretnie do każdego wideofonu na „Skyfac”. Z mojego biurka można się podłączyć do biurka Toma.</p>
    <p>— Bryce, dwa dni — głos Shary był niski. — Bądź człowiekiem, wymień cenę..</p>
    <p>— Przepraszam, kochanie — uśmiechnął się lekko. — Doktor Panzella powiadomiony o twoim upadku zajął wyraźne stanowisko. Nawet jednego dnia. Żywa, robisz doskonałą reklamę — jesteś moim darem dla świata. Martwa, będziesz kamieniem u mej szyi. Nie mogą ci pozwolić umrzeć na moim terenie. Spodziewałem się, że możesz stawiać opór, porozumiałem się wiać z przyjacielem — tu spojrzał na Coxa — z wyższego szczebla Dowództwa Sił Kosmicznych, który był na tyle uprzejmy, żeby przysłać tu majora z poleceniem eskortowania cię w drodze do domu. Nie jesteś aresztowana w sensie prawnym — ale zapewniam cię, że nie masz wyboru. Wchodzi tu w grę coś w rodzaju troski o twoje zdrowie. Do widzenia, Sharo — sięgnął po piętrzący się na biurku stos meldunków, a ja zadziwiłem nawet samego siebie.</p>
    <p>Zmiotłem z biurka dosłownie wszystko i pochyliwszy głowę wyrżnąłem go bykiem prosto w mostek. Krzesło, na którym siedział, przytwierdzone było do podłogi sworzniami, a więc pękło z trzaskiem. Odzyskałem równowagę na tyle szybko, żeby wyprowadzić jeszcze jeden przepiękny prawy prosty. Wiecie, jak podczas kozłowania odbija się od parkietu piłka do koszykówki? Tak właśnie, w zwolnionym tempie, charakterystycznym dla zmniejszonego ciążenia, odbiła się od podłogi jego głowa.</p>
    <p>Cox podniósł mnie potem na nogi i popychając przed sobą wtłoczył w przeciwległy kąt gabinetu.</p>
    <p>— Nie — powiedział do mnie, a jego głos musiał mieć w sobie dużo z „nawyku wydawania rozkazów”, ponieważ ochłonąłem od razu. Stałem, dysząc ciężko, podczas gdy Cox pomagał wstać Carringtonowi.</p>
    <p>Multimiliarder pomacał swój rozkwaszony nos, popatrzył na powalane krwią palce i rzucił mi pełne nienawiści spojrzenie.</p>
    <p>— Nie będziesz już pracował w wideo, Armstead. Jesteś skończony. Bezrobotny, zrozumiałeś? </p>
    <p>Cox poklepał go po ramieniu i Carrington odwrócił się gwałtownie.</p>
    <p>— Czego pan chce, u diabła? — warknął. </p>
    <p>Cox uśmiechnął się.</p>
    <p>— Carrington, mój świętej pamięci ojciec powiedział kiedyś: „Bili, wrogów rób sobie z wyboru, nie z przypadku”. Z upływem lat przekonałem się, że była to świetna rada. Zapamiętaj ją sobie.</p>
    <p>Shara uśmiechnęła się ironicznie.</p>
    <p>Carrington zamrugał oczyma. Potem jego absurdalnie szerokie ramiona poszerzyły się jeszcze bardziej i ryknął:</p>
    <p>— Wynoście się stąd wszyscy! Precz z moich oczu!</p>
    <p>Milczące porozumienie kazało nam czekać aż i Tom wygłosi swoją kwestie:</p>
    <p>— Panie Carrington — powiedział — to rzadki przywilej i wielki zaszczyt być przez pana osobiście wylanym z pracy. Powinienem to sobie zapamiętać na zawsze jako pyrrusową kieskę. — I zgięty w pół wycofał się za nami z gabinetu. Każde z nas podtrzymywane było na duchu przez młodzieńcze poczucie tryumfu, które musiało nam starczyć na pełne dziesięć sekund.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 4</p>
    </title>
    <p>Uczucie spadania, które towarzyszy każdemu, kto po raz pierwszy znalazł się w stanie nieważkości, nie jest wcale złudzeniem — ale zanika gwałtownie, gdy ciało nauczy się traktować je jako złudzenie. Teraz, przeżywając ostatnie pół godziny, zanim ponownie znajdę się w polu grawitacyjnym Ziemi, czułem się, jakbym spadał.</p>
    <p>„Champion” był trzy razy większy od wahadłowca Carringtona. Ucieszyło mnie to z początku jak dzieciaka, ale później uświadomiłem sobie, że wzywając go, Carrington nie ponosił kosztów paliwa ani utrzymania załogi. Wartownik przy śluzie powietrznej zasalutował nam, gdy wchodziliśmy. Cox zaprowadził nas na rufę, do pomieszczenia, w którym zostaliśmy zakwaterowani. Po drodze zauważył, że do podciągania używałem tylko lewej ręki i gdy się zatrzymaliśmy, powiedział:</p>
    <p>— Panie Armstead, mój świętej pamięci ojciec mawiał tak: „Gołą ręką wal w miękkie partie. W twarde wal przyrządami”. Poza tym nie dostrzegam braków w pańskiej technice. Chciałbym uścisnąć pańską dłoń. </p>
    <p>Spróbowałem się uśmiechnąć, ale bezskutecznie.</p>
    <p>— Podziwiam pański gust w dobieraniu sobie nieprzyjaciół, majorze.</p>
    <p>— Mężczyzna nie może żądać lepszej pochwały. Przykro mi, że dopóki nie wylądujemy, nie mogę rozkazać lekarzowi, by obejrzał pańską rękę.</p>
    <p>— Niech się pan nią nie przejmuje. Proszę tylko o zwiezienie Shary na dół w sposób szybki i bezbolesny.</p>
    <p>Skłonił się Sharze, powiedział, jak bardzo jest mu, itd. i życzył nam wszystkim przyjemnej podróży. Przypięliśmy się pasami do foteli, żeby oczekiwać na odpalenie silników. Zapadło długie i ciężkie milczenie, wypełnione ogólnym przygnębieniem. Nie patrzyliśmy na siebie, jakby obawiając się, iż przez spojrzenia nasz smutek się połączy i osiągnie jakiś rodzaj masy krytycznej. Żal zamknął nam usta i wierzyłem, że było w tym nadzwyczaj mało rozczulania się nad sobą.</p>
    <p>I wtedy wydało mi się, że upłynęło masę czasu. Z sąsiedniego pomieszczenia dochodziły przytłumione, odgłosy jakiejś paplaniny przez interkom, ale nasz nie był włączony do sieci. W końcu jednak zaczęliśmy chaotycznie rozmawiać, dyskutując nad spodziewaną reakcją krytyki na „Masa to tylko słowo”, spierając się, czy warto prowadzić jej analizę, czy też teatr naprawdę umarł… Poruszaliśmy wszystkie tematy naraz, wszystkie z wyjątkiem planów na przyszłość. W końcu nie było już o czym rozmawiać, więc zamknęliśmy się znowu. Powinienem chyba powiedzieć, że znajdowaliśmy się w szoku.</p>
    <p>Z niewiadomej przyczyny wyszedłem z niego pierwszy.</p>
    <p>— Co jest, u diabła? Czemu to trwa tak długo? — warknąłem ze złością.</p>
    <p>Tom zaczął mówić coś uspokajającego, potem zerknął na zegarek i wykrzyknął:</p>
    <p>— Masz racją. To już ponad godzinę.</p>
    <p>Spojrzałem na zegar ścienny, zaplątałem się beznadziejnie, dopóki nie zorientowałem się, że wskazuje czas Greenwich, zamiast czasu Wall Street i stwierdziłem, że Tom nie myli się.</p>
    <p>— Do licha — krzyknąłem — całe cholerne sedno tej awantury tkwi w tym, żeby uchronić Sharę przed przekroczeniem limitu czasu przebywania w stanie nieważkości! Idę na dziób.</p>
    <p>— Poczekaj, Charlie — Tom dwiema zdrowymi rękami odpiął pasy szybciej ode mnie. — Zostań tutaj i ochłoń trochę. Pójdę się dowiedzieć skąd ta zwłoka.</p>
    <p>Wrócił po kilku minutach. Twarz miał odprężoną.</p>
    <p>— Nigdzie nie lecimy. Cox otrzymał rozkazy, żeby się stąd nie ruszać.</p>
    <p>— Co? Tom, o czym ty do diabła mówisz? </p>
    <p>Jego głos brzmiał całkiem zabawnie.</p>
    <p>— Czerwone ćmy. A może raczej podobne do pszczół. W balonie.</p>
    <p>Nie mógł po prostu żartować, a to znaczyło, że niedawne przeżycia dokładnie poprzestawiały mu wszystkie klepki w głowie, co z kolei oznaczało, że w jakiś sposób zbłądziłem w mój ulubiony koszmar, w którym każdy oprócz mnie popada w szaleństwo i zaczyna do mnie bełkotać coś, czego nie rozumiem. Pochyliłem więc głowę jak rozwścieczony byk i wypadłem z kajuty tak szybko, że drzwi ledwie zdążyły ustąpić mi z drogi.</p>
    <p>Kiedy dopadłem drzwi prowadzących na mostek, pędziłem już tak szybko, że można mnie było zatrzymać tylko przewracając na podłogę. Członkowie załogi zostali kompletnie zaskoczeni. W progu wywiązała się krótka szamotanina i po chwili byłem już na stanowisku dowodzenia. W chwile później doszedłem do wniosku, że mnie również ogarnia szaleństwo, co w jakiś sposób uporządkowało natłok kłębiących się w mej głowie myśli.</p>
    <p>Frontowa ściana mostka była jednym, ogromnym ekranem wideo. Kłębiło się na nim, wyraźne na tle czarnej głębi, jak papierosy w mroku, mrowie czerwonych ciem.</p>
    <p>Przeświadczenie o nierealności tego zjawiska uspokoiło mnie trochę. Ale w chwile potem Cox przywołał mnie do rzeczywistości, wrzeszcząc.</p>
    <p>— Wynoś się stąd, człowieku.</p>
    <p>Gdyby mój umysł znajdował się w normalnym stanie, ten krzyk wymiótłby mnie za drzwi i poniósł w najdalszy kąt statku. W mojej obecnej kondycji psychicznej zdołał tylko skłonić mnie do zaakceptowania tej niemożliwej sytuacji. Otrząsnąłem się jak mokry pies i odwróciłem w stronę Coxa.</p>
    <p>— Majorze — powiedziałem z desperacją — co się tu dzieje?</p>
    <p>Tak jak króla może zadziwić pachołek, który odmawia przyklęknięcia na jego widok, tak Coxa zaskoczył fenomen, że ktoś śmiał nie posłuchać jego rozkazu. Tylko dzięki temu uzyskałem odpowiedź.</p>
    <p>— Stanęliśmy oko w oko z inteligentnym, obcym życiem — powiedział krótko. — Przypuszczam, że to rozumne plazmoidy.</p>
    <p>Nigdy, ani przez chwile, nie pomyślałem, że ten tajemniczy obiekt, skaczący jak żaba po układzie słonecznym od chwili mojego przybycia na „Skyfac” jest żywy. Uczyniłem wysiłek, żeby to sobie uzmysłowić, po czym zaniechałem tego przekraczającego moją wyobraźnie zadania i wróciłem do priorytetowej sprawy, która mnie tu przywiodła.</p>
    <p>— Równie dobrze może to być osiem malutkich reniferków. Nic mnie to nie obchodzi. Musicie natychmiast sprowadzić te. puszkę od konserw z powrotem na Ziemie..</p>
    <p>— Sir, na tym statku ogłoszono alarm i znajduje się on obecnie w stanie pogotowia bojowego. W tej chwili stygną nietknięte wszystkie kolacje w Północnej Ameryce. Będę się uważał za szczęściarza, jeśli jeszcze kiedyś ujrzę. Ziemie. A teraz proszę wyjść z mojego stanowiska dowodzenia.</p>
    <p>— Przecież pan nic nie rozumie. Shara przekracza swój limit. To wasze opieprzanie się ją zabije. Przecież przyleciał pan tu po to, żeby temu zapobiec, jasna cholera…</p>
    <p>— PANIE ARMSTEAD! To jest okręt wojenny. Stoimy twarzą w twarz z ponad pięćdziesięcioma inteligentnymi istotami, które dwadzieścia minut temu pojawiły się nie wiadomo skąd, istotami, które, jak z tego wynika, posługują się napędem, o którym nie mamy zielonego pojęcia, napędem, nie posiadającym żadnych widocznych elementów mechanicznych. Jeżeli dzięki temu poczuje się pan lepiej, to powiem panu, że dociera do mnie, iż mam na pokładzie pasażerów o realnej dla mojego gatunku wartości. Być może nawet więcej wartych niż ten statek i ktokolwiek inny na nim przebywający. Jeśli to pana w jakiś sposób usatysfakcjonuje, to powiem panu, że świadomość tego wywołuje moją rozterkę, której potrzebuje jak pryszcza na tyłku, a możliwość zejścia z tej orbity mam taką samą, jak wyhodowanie sobie rogów. Czy teraz opuści pan ten mostek, czy woli pan, żeby pana wywleczono?</p>
    <p>Nie skorzystałem z pozostawionej mi szansy podjęcia decyzji; wywleczono mnie.</p>
    <p>Z drugiej jednak strony, zanim wróciłem do naszej kajuty, Cox włączył już nasz wideofon do sieci i za jego pośrednictwem mogliśmy również odbierać obraz przekazywany na stanowisko dowodzenia. Gdy wchodziłem, Shara i Tom z wytężoną uwagą wpatrywali się w ekran. Nie mając nic lepszego do roboty, poszedłem za ich przykładem.</p>
    <p>Tom miał rację. Gwałtownością ruchów przypominały raczej pszczoły. Nie mogłem ich dokładnie policzyć: około pięćdziesięciu. I znajdowały się w balonie — niewyraźnym, ledwo widocznym tworze, tkwiącym na pograniczu miedzy przezroczystością a półprzeźroczystością. Chociaż miotały się jak oszalałe, czyniły to tylko w przestrzeni ograniczonej kulistym balonem — nie opuszczały go ani na chwile. Zdawały się nawet nie dotykać jego wewnętrznej powierzchni.</p>
    <p>Podczas gdy tak patrzyłem, z moich nerek wypłukane zostały resztki adrenaliny, ale — pozostało mi poczucie udaremnionej potrzeby zrobienia czegoś ważnego. Starałem się pogodzić z faktem, że te efekty specjalne reprezentowały sobą coś, co jest… ważniejsze od Shary. Było to spostrzeżenie przejmujące pierwotnym lekiem, ale nie potrafiłem się od niego uwolnić.</p>
    <p>W mojej głowie darły się dwa głosy, każdy wywrzaskujący pytania na całe gardło, każdy ignorujący pytania tego drugiego. Jeden wrzeszczał: — Czy te stworzenia są przyjaźnie nastawione do ludzi? A może wrogo? A czy one w ogóle używają takich pojęć? Jak daleko stąd? Skąd są? Drugi głos był mniej ambitny, ale tak samo donośny; powtarzał tylko w kółko: Jak długo jeszcze możemy pozostawić Sharę w stanie nieważkości, nie skazując jej na śmierć?</p>
    <p>Głos Shary był pełen zachwytu.</p>
    <p>— One… one tańczą.</p>
    <p>Przyjrzałem się uważniej. Jeśli nawet w tym tańcu much nad śmietnikiem istniała jakaś prawidłowość, to ja nie potrafiłem jej dostrzec.</p>
    <p>— Dla mnie jest to zwykłe zamieszanie.</p>
    <p>Charlie, popatrz uważnie. Tyle oszalałej aktywności, a nigdy nie zderzają się ze sobą, ani ze ściankami tej otoczki, w której się znajdują. Muszą poruszać się po orbitach tak pieczołowicie wychoreografowanych, jak orbity elektronów.</p>
    <p>— Czy atomy tańczą?</p>
    <p>Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.</p>
    <p>— A nie, Charlie?</p>
    <p>— Wiązka laserowa — powiedział Tom. </p>
    <p>Spojrzeliśmy oboje na niego.</p>
    <p>— Te stworzenia muszą być plazmoidami — człowiek, z którym rozmawiałem powiedział, że widać je na radarze dalekiego zasięgu. Oznaczałoby to, że są one jakiegoś rodzaju zjonizowanymi gazami, tworami, które zwykle powodują lawinę raportów o dostrzeżeniu UFO — zachichotał, potem opanował się. — Założę się, że gdyby te otoczkę dało się przeciąć laserem, to można by je łatwo zdejonizować — poza tym, ta otoczka musi je chronić bez względu na to jaki jest ich metabolizm.</p>
    <p>Byłem oszołomiony.</p>
    <p>— A więc nie jesteśmy bezbronni?</p>
    <p>— Rozmawiacie obaj jak żołnierze — wybuchnęła Shara. — Mówię wam, że one tańczą. Tancerze nie są wojownikami.</p>
    <p>— Przestań, Sharo — warknąłem. — Nawet gdyby się zdarzyło, że te stworki chociaż w małym stopniu są do nas podobne, to i tak nie masz racji. Tai chi, karate, kung fu — to przecież są tańce. — Skinieniem głowy wskazałem na ekran. — O tych ożywionych węgielkach wiemy tylko tyle, że podróżują przez przestrzeń międzygwiezdną. To wystarczy, żeby mnie przerazić.</p>
    <p>— Popatrz na nie, Charlie — rozkazała. </p>
    <p>Popatrzyłem.</p>
    <p>Na Boga, nie wyglądały przerażająco. I im dłużej patrzyłem, tym bardziej wydawało mi się, że poruszają się w taneczny sposób, wirując w szaleńczych piruetach trochę za szybko, żeby mogło za nimi nadążyć oko. Nie było to wcale podobne do konwencjonalnego tańca — bardziej przypominało to, co zapoczątkowała Shara tańcem „Masa to tylko słowo”. Przyłapałem się na tym, że mam ochotę włączyć drugą kamerę, dla uzyskania lepszej perspektywy i to sprawiło, iż mój umysł zaczął się wreszcie budzić. Od razu spłodził on dwa pomysły.</p>
    <p>— Jak daleko według ciebie znajdujemy się od zespołu „Skyfac”? — spytałem Toma. Przygryzł wargę.</p>
    <p>— Niedaleko. Nie czułem przyśpieszeń większych, niż manewrowe. Te cholerne stworki prawdopodobnie zostały tu zwabione przez „Skyfac” — najbardziej chyba oczywisty dowód na istnienie inteligentnego życia w tym układzie planetarnym — skrzywił się. — A może one nie korzystają z planet.</p>
    <p>Wyciągnąłem rękę i wcisnąłem klawisz włączający fonie.</p>
    <p>— Majorze Cox.</p>
    <p>— Wyłącz się z tej sieci!</p>
    <p>— Co by pan powiedział na bliższe przyjrzenie się tym stworkom?</p>
    <p>— Pozostajemy na miejscu. A teraz przestań mnie pan szarpać za łokieć i wyłącz się pan, bo…</p>
    <p>— Czy mnie pan wysłucha? Mam w kosmosie rozmieszczone cztery ruchome, zdalnie sterowane kamery, samowystarczalne pod względem zasilania i oświetlenia, o najlepszej rozdzielczości, jaką można sobie wymarzyć. Zostały przygotowane do filmowania następnego tańca Shary. </p>
    <p>Od razu spuścił z tonu.</p>
    <p>— Czy może je pan przełączyć na mój statek?</p>
    <p>— Sądzę, że tak. Ale będę musiał się dostać do głównej konsoli sterowniczej na Pierścieniu Jeden.</p>
    <p>— A, to niedobrze. Nie mogę ograniczać swobody manewru cumując do niego. Co by się stało, gdybym musiał walczyć albo uciekać?</p>
    <p>— Majorze, jak to daleko na piechotę? </p>
    <p>Trochę go tym zaskoczyłem.</p>
    <p>— Parę kilometrów w prostej linii. Ale pan jest przecież szczurem lądowym.</p>
    <p>— Przebywam w stanie nieważkości ponad dwa miesiące. Daj mi pan przenośny radar, a wyląduje na Fobosie.</p>
    <p>— Mmmm. Jest pan cywilem… Ale niech tam, potrzebna mi lepsza wizja.</p>
    <p>— Chwileczkę, jeszcze jedna sprawa. Shara i Tom muszą iść ze mną. </p>
    <p>— Wykluczone. To nie wycieczka.</p>
    <p>— Majorze Cox, Shara musi powrócić możliwie najszybciej pod działanie pola grawitacyjnego. Warunki panujące na Pierścieniu Jeden będą dla niej odpowiednie — prawdę mówiąc, nawet idealne, jeśli wejdziemy do niego przez te „szprychę” w środku. Shara będzie mogła schodzić nią bardzo powoli i aklimatyzować się stopniowo w sposób, w jaki czynią to nurkowie głębinowi, którzy dekompresują się etapami, tyle że w odwrotną stronę. Tom będzie musiał pójść z nami i zostać z nią — jeśli zemdleje i spadnie na dno tej rury, może sobie złamać nogę. nawet przy jednej szóstej normalnego ciążenia. Poza tym, on ma więcej godzin spędzonych w przestrzeni poza statkiem niż każde z nas. </p>
    <p>Przemyślał to.</p>
    <p>— Idźcie. </p>
    <p>Poszliśmy.</p>
    <p>Droga powrotna do Pierścienia Jeden była dłuższa od tras, jakie kiedykolwiek z Sharą pokonywaliśmy, ale pod przewodnictwem Toma przebyliśmy ją przy minimalnych korektach kursu. Pierścień ”Champion” i obcy tworzyli trójkąt równokątny o boku pięciu albo sześciu kilometrów. Widziani z perspektywy obcy zajmowali niemal dwukrotnie większą objętość niż kula o średnicy Pierścienia Jeden ten balon był wielki jak cholera. Nie ustawali ani nie zwalniali w swoim szalonym wirowaniu, ale odnosiłem wrażenie, że nas obserwują. Przywodziło mi to na myśl biologa badającego dziwne błazeństwa nieznanego gatunku owadów. Radia naszych skafandrów mieliśmy wyłączone, żeby uniknąć rozpraszania uwagi i to czyniło mnie bardziej podatnym na takie podejrzenie.</p>
    <p>Nie zwracałem nawet uwagi na brak lokalnego pionu. Zbyt byłem zaabsorbowany.</p>
    <p>Odłączyłem się od Toma i Shary i pognałem rurą w dół, przeskakując po sześć szczebli na raz. Carrington z dwoma pachołkami oczekiwał mnie w pomieszczeniu recepcyjnym. Wyraźnie było widać, że jest przestraszony jak diabli i że stara się to pokryć gniewem.</p>
    <p>— Do cholery, Armstead, to są moje kamery.</p>
    <p>— Zamknij się, Carrington. jeśli oddasz te kamery w ręce najlepszego speca — czyli mnie — i jeśli ją przekaże, uzyskane informacje najlepszemu umysłowi strategicznemu w kosmosie — czyli Coxowi być może zdołamy ocalić dla ciebie te twoją przeklętą fabrykę, a przy okazji rasę ludzką.</p>
    <p>Ruszyłem naprzód i zeszli mi z drogi. Podziałało. Narażenie na niebezpieczeństwo całej ludzkości mogło przecież przynieść złą prasę.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Pomimo całej mojej praktyki, trudno mi było kierować jednocześnie i na oko pracą czterech ruchomych kamer rozmieszczonych w przestrzeni kosmicznej. Obcy zupełnie zignorowali ich zbliżanie. Służba łączności „Skyfac” przekazywała rejestrowane przeze mnie obrazy na „Championa” i zapewni a mi połączenie radiowe z Coxem. Zgodnie z jego wskazówkami otoczyłem balon kamerami i manewr wałem nimi tak, jak sobie tego życzył. Kwatera Główna Sił Kosmicznych musiała rejestrować obraz, ale nie słyszałem ich konwersacji z Coxem, za co byłem mu niezmiernie wdzięczny. Przesłałem mu powtórkę w zwolnionym tempie, zbliżenia, nakładki — wszystko, co mogłem. Tory poszczególnych owadów nie stwarzały wrażenia szczególnie symetrycznych, ale wzory zaczęły się powtarzać. Ich szamotanina oglądana w zwolnionym tempie bardziej przypominała taniec i chociaż nie mogłem być tego zupełnie pewien, wydawało mi się, że ruchy ulegają przyspieszeniu. W ich tańcu zaczęło narastać jakieś dramatyczne napięcie.</p>
    <p>I wtedy przełączyłem się na obraz przekazywany przez kamerę, która w tle zdejmowała „Skyfaca” i moje serce przemieniło się w ”najczystszą próżnie. Krzyknąłem przerażony — pomiędzy Pierścieniem Jeden a rojem obcych, wolno, ale nieubłaganie zbliżała się do nich figurka w skafandrze próżniowym. To musiała być Shara.</p>
    <p>W progu pomieszczenia mikserskiego pojawił się Tom, wspierający się ciężko na ramieniu Harry”ego Steina. Jego twarz ściągnięta była bólem. Stał na jednej nodze. Drugą miał najwyraźniej złamaną.</p>
    <p>— Chyba, mimo wszystko… nie będę już mógł walczyć — wykrztusił zdyszanym głosem. — Powiedziała … przepraszam. Tom… wiedziała, że zaraz uderzy mnie z boku… że w ten sposób się mnie pozbędzie. O cholera, Charlie, przepraszam — zwalił się w pusty fotel.</p>
    <p>Rozległ się podniecony głos Coxa:</p>
    <p>— Co się tam, u diabła, dzieje? Kto to jest? </p>
    <p>— Shara! — wrzasnąłem. — Bierz tyłek w troki i wracaj tutaj! </p>
    <p>Musiała być na naszej częstotliwości.</p>
    <p>— Nie mogę, Charlie. — Jej glos był zdumiewająco silny i bardzo spokojny. — W połowie rury serce zaczęło mnie boleć jak diabli.</p>
    <p>— Panno Drummond — wtrącił ostro Cox — jeśli zbliży się pani jeszcze o metr do tych obcych, zniszczę, panią.</p>
    <p>Roześmiała się radosnym śmiechem, który ściął mi krew w żyłach.</p>
    <p>— Gówno prawda, majorze. Nie powie mi pan, że zamierza bawić się wiązkami laserowymi w pobliżu tych stworków. Poza tym potrzebuje mnie pan tak samo, jak Charlie”ego.</p>
    <p>— Co to ma znaczyć?</p>
    <p>— Te stworzenia komunikują się za pośrednictwem tańca. To ich odpowiednik mowy, wyrafinowany rodzaj jeżyka.</p>
    <p>— Pani nie może tego wiedzieć.</p>
    <p>— Czuje to. Wiem to. Do diabła, jak inaczej można się porozumiewać w próżni? Majorze Cox, mowa ludzka dysponuje obecnie jedynym wykwalifikowanym tłumaczem tego jeżyka. Mną. A teraz, czy się pan z łaski swojej zamknie i da mi się nauczyć ich mowy?</p>
    <p>— Nie jestem upoważniony do …</p>
    <p>Powiedziałem coś niebywałego. Powinienem bełkotać, błagać Share, żeby wróciła, nawet pędzić po skafander próżniowy, żeby siłą ściągnąć ją z powrotem na pokład. Zamiast tego zawołałem:</p>
    <p>— Ona ma rację. Zamknij się, Cox.</p>
    <p>— Ale…</p>
    <p>— Do diabła z twoim „ale”, nie marnuj jej ostatniego wysiłku. Zamknął się.</p>
    <p>Wszedł Panzella, zaaplikował Tomowi potężny zastrzyk znieczulający i nastawił mu kostkę, ale ja na nic nie zwracałem uwagi. Przez ponad godzinę obserwowałem Sharę, która przypatrywała się obcym. Sam spoglądałem na nich w pełnym rozpaczy milczeniu i za nic nie mogłem pojąć sensu ich tańca. Wytężałem umysł, starałem się wysnuć jakieś znaczenie z ich szalonego wirowania i nie udawało mi się. Najlepsze, co ze swej strony mogłem uczynić, by pomóc Sharze, to rejestrować dla hipotetycznej potomności wszystko, co się dzieje. Kilka razy krzyknęła przytłumionym głosem i pragnąłem zawołać do niej w odpowiedzi, ale nie zrobiłem tego. Wraz z ostatnim okrzykiem włączyła swoje rakietki, żeby przybliżyć się do roju obcych i na dłuższy czas zawisła nad nim.</p>
    <p>Wreszcie w głośniku rozległ się jej głos, z początku matowy i niewyraźny, jak gdyby mówiła przez sen.</p>
    <p>— Boże, Charlie. Jakie to dziwne. Jakie dziwne. Zaczynam ich rozumieć.</p>
    <p>— Jak to?</p>
    <p>— Za każdym razem, gdy zaczynam pojmować znaczenie jakiegoś fragmentu ich tańca … stajemy się sobie bliżsi. To nie jest czysta telepatia. Ja po prostu… lepiej ich poznaje. A może to telepatia, nie wiem. Tańcząc to, co czują, wkładają w to wystarczająco dużo intensywności, żebym ich zrozumiała. Odbieram mniej więcej jedno pojecie na trzy. Coraz lepiej mi idzie.</p>
    <p>Głos Coxa był łagodny, ale stanowczy.</p>
    <p>— Czego się pani dowiedziała, Sharo?</p>
    <p>— Że Tom i Charlie mieli rację. To rasa wojownicza. Bije od nich przeświadczenie o swej wyższości. Ich taniec jest wyzwaniem, prowokacją. Powiedzcie Tomowi, że oni korzystają z planet.</p>
    <p>— Co?</p>
    <p>— Sądzę, że w jednym ze stadiów swego rozwoju są cieleśni, zmuszęni do przebywania na powierzchni planety. Potem, gdy dostatecznie dojrzeją, stają się… tymi ćmami, tak jak gąsienice stają się motylami, i wyruszają w kosmos.</p>
    <p>Po co? — to pytał Cox.</p>
    <p>— Aby szukać tarliska. Potrzebna im Ziemia.</p>
    <p>Zapadła cisza trwająca może z dziesięć sekund. Potem Cox powiedział spokojnie:</p>
    <p>— Wycofaj się, Sharo. Zamierzam się przekonać, jak podziała na nich laser.</p>
    <p>— Nie — krzyknęła tak głośno, że spowodowała zniekształcenie w głośniku.</p>
    <p>— Majorze — odezwała się błagalnym tonem — nie tędy droga. One potrafią uniknąć wszystkiego albo wytrzymać wszystko, co pan albo Ziemia możecie wobec nich zastosować, niech mi pan wierzy. Wiem to.</p>
    <p>— Do diabla, kobieto — powiedział Cox. — Zastanów się, czego ode mnie żądasz? Mam czekać aż zaatakują pierwsi? Zbliżają się już okręty czterech krajów, ale one nie …</p>
    <p>— Chwileczkę, majorze. Niech mi pan da trochę czasu. </p>
    <p>Zaczął kląć, potem urwał.</p>
    <p>— Ile?</p>
    <p>Nie odpowiedziała mu wprost.</p>
    <p>— Gdyby to zjawisko z telepatią działało w drugą stronę … musi tak działać. Nie jestem dla nich bardziej obca niż oni dla mnie. Prawdopodobnie nawet mniej. Podejrzewam, że niejedno już widzieli. Charlie?</p>
    <p>— Jestem.</p>
    <p>— Zaczynamy.</p>
    <p>Wiedziałem. Wiedziałem to od chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałem ją na mym monitorze w otwartej przestrzeni kosmicznej. I z lekkiego drżenia jej głosu domyślałem się, czego ode mnie chce. Chciała ode mnie wszystkiego, co miałem i byłem zadowolony, że mogę jej to ofiarować. Z wesołością w głosie, najszczerszą na jaką było mnie stać, powiedziałem:</p>
    <p>— Złam nogę, mała — i wyłączyłem mikrofon nim zdołała usłyszeć szloch, których potem nastąpił. </p>
    <p>I zatańczyła.</p>
    <p>Zaczęła powoli, tak jak ćwiczy się jednym palcem starając się ustalić słowniczek ruchów, które te stworzenia potrafiłyby pojąć. O, widzicie? zdawała się mówić swym ciałem. Ten ruch oznacza pragnienie, tęsknotę, ten — odtrącenie, ten — otwarcie ramion, a ten stopniowane wydatkowanie energii. Czy rozumiecie? Czy wyczuwacie niejednoznaczność w sposobie, w jaki zniekształcam te arabeskę, albo że tak może być rozładowywane napięcie?</p>
    <p>I wyglądało na to, że Shara miała rację, że miały nieskończenie większe doświadczenie w kontaktach z zasadniczo odmiennymi kulturami niż my, ponieważ były wspaniałymi lingwistami ruchu. Uświadomiłem sobie później, że może dlatego wybrały ruch do komunikowania się, gdyż jest on bardzo uniwersalny. Człowiek, zanim przemówił, tańczył. W każdym razie Shara zaczęła rozbudowywać swój taniec, one zaś poruszały się coraz wolniej, aż w końcu zawisły nieruchomo w kosmosie i obserwowały ją.</p>
    <p>Wkrótce potem Shara musiała uznać, że dostatecznie zdefiniowała swe środki wyrazu, by porozumieć się na migi — bo teraz zaczęła tańczyć naprawdę. Przedtem używała tylko swych mięśni. Teraz posługiwała się również silniczkami rakietowymi. Jej taniec stał się prawdziwym tańcem: czymś więcej niż zbiorem ruchów, czymś, co miało sens i znaczenie. To był niewątpliwie „Gwiezdny taniec” taki, jaki zawsze pragnęła zatańczyć. To, że zupełnie obcym istotom miał on coś do powiedzenia o człowieku i jego naturze, nie było wcale przypadkiem: była to podstawowa i ostateczna wypowiedź największej artystki stulecia, która miała też coś do powiedzenia Panu Bogu.</p>
    <p>Światła kamer krzesały srebrne iskry z jej skafandra próżniowego i złote z bliźniaczych zbiorników powietrza przytroczonych do jej pleców. Tu i tam, na tle czarnego tła kosmosu, tkała zawiłości swe go tańca leniwym ruchem, który w jakiś sposób zdawał się pozostawiać za nią echa. I jasne stawało się znaczenie tych wielkich pętli i oszałamiających piruetów.</p>
    <p>Jej taniec mówił ni mniej, ni więcej tylko o tragedii bycia żywą istotą, bycia człowiekiem. Mówił wymownie o rozpaczy. Mówił o okrutnym komizmie, nieograniczonej ambicji, ujętej w jarzmo ograniczonych możliwości; o wiecznej nadziei obleczonej w efemeryczną długość życia; o popychającej do czynu, nieugiętej potrzebie dążenia do ukształtowania z góry określonej przyszłości. Mówił o strachu, o głodzie, a najbardziej przekonywająco o samotności i wyobcowaniu, które towarzyszyło zawsze i wszędzie zwierzęciu zwanemu człowiekiem. Opisywał wszechświat widziany oczyma człowieka: wrogie ucieleśnienie entropii, w której wir jesteśmy wrzuceni, a natura nasza nie pozwala nam na kontaktowanie się z innym umysłem inaczej niż przez pośrednika. Mówił o ślepej perwersji, która zmusza człowieka do ogromnych starań na rzecz utrzymania pokoju, a ten, raz osiągnięty, szybko staje się nudny mówił o szaleństwie, o straszliwym paradoksie, przez który człowiek jest zdolny jednocześnie do postępowania rozsądnego i braku rozsądku, na zawsze niezdolny do współpracy, nawet z samym sobą.</p>
    <p>Mówił o Sharze i jej życiu.</p>
    <p>Coraz to nowe wypowiedzi o nadziei rozpoczynały się tylko po to, by rozpaść się w zamęt i ruinę. Coraz to nowe kaskady energii usiłowały się rozładować i znajdowały tylko frustrację. Naraz zakreśliła figurę, która wydawała mi się znajoma i po kilku chwilach rozpoznałem ją: ruch zamykający „Masa to czasownik”. Nie powtórzony — streszczony, jakby okrojony, coś na kształt echa. Ten nowy kontekst nadał Trzem Pytaniom straszniejszą wymowę. I jak poprzednio, ruch ten przeszedł w ostateczny, bezlitosny skurcz, w to całkowite wchłoniecie w siebie całej energii. Jej ciało stało się wrakiem dryfującym przez kosmos, zapomnianym. Energia jej istnienia wciągnięta do wewnątrz stała się niewidoczona.</p>
    <p>Nieruchomi dotąd obcy poruszyli się po raz pierwszy.</p>
    <p>I nagle eksplodowała, rozkwitając ze skurczu, w którym trwała nie tak, jak rozwija się sprężyna, ale jak kwiat wytryskujący z nasiona. Siła tego rozkurczu cisnęła nią przez pustkę, jakby galaktyczne wichury porwały ją, niczym huragan mewę. Jej punkt ciężkości zdawał się gnać przez czas i przestrzeń ciskając jej ciało w nowy taniec.</p>
    <p>A ten nowy taniec mówił: Oto, co znaczy być człowiekiem: widzieć zasadniczą, egzystencjalną bezowocność wszelkiej swej działalności, wszystkich dążeń — i działać, dążyć do czegoś. Oto, co znaczy być człowiekiem: sięgać wciąż po to, co jest nieosiągalne. Oto, co znaczy być człowiekiem: żyć wiecznie lub umierać próbując. Oto, co znaczy być człowiekiem: wiecznie zadawać pytania, na które nie ma odpowiedzi w nadziei, że zadawanie ich w jakimś stopniu przybliży dzień, kiedy odpowiedź na nie zostanie udzielona. Oto, co znaczy być człowiekiem: walczyć w obliczu pewnej kieski.</p>
    <p>Oto, co znaczy być człowiekiem: nie poddawać się.</p>
    <p>Mówiła to wszystko wzlatującymi seriami cyklicznych ruchów, które nosiły w sobie majestatyczność wspaniałej symfonii, tak różniących się miedzy sobą, i tak do siebie podobnych jak płatki śniegu. I ten nowy taniec śmiał się tak samo do jutra jak do wczoraj, a najbardziej do dnia dzisiejszego.</p>
    <p>Ponieważ to właśnie znaczy być człowiekiem: śmiać się z tego, co ktoś inny nazwałby tragedią.</p>
    <p>Obcy jakby utracili swą dziką energie, wstrząśnięci, zafascynowani, może lekko przestraszeni nieposkromionym duchem Shary. Zdawali się czekać, aż taniec osłabnie, aż ona sama opadnie z sił, ale ona zdwoiła wysiłek stając się fajerwerkiem, gwiazdą, a w moim głośniku rozległ się jej śmiech. Zmieniła ognisko swego tańca, zaczęła tańczyć wokół nich w pirotechnicznych bryzgach ruchu, które coraz bardziej zbliżały się do otaczającej ich, ledwo widocznej kuli. Cofali się przed nią i zbili w gromadkę pośrodku swej otoczki nie tyle fizycznie przerażeni, co oszołomieni.</p>
    <p>Oto — mówiło jej ciało — co znaczy być człowiekiem: jeśli staje się to konieczne, z uśmiechem na ustach popełnić harakiri.</p>
    <p>I po tym straszliwym zapewnieniu, obcy załamali się. Bez żadnego ostrzeżenia ćmy i balon zniknęły, odeszły nie wiadomo dokąd.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Wiedziałem, że Cox i Tom nadal żyją, bo widziałem ich później, a to znaczy, że prawdopodobnie mówili i robili coś w mojej obecności, ale wtedy ani ich nie zauważyłem, ani nie słyszałem. Nie istnieli dla mnie, jak wszystko inne prócz Shary. Wykrzyknąłem jej imię i zbliżyła się do kamery, na której jarzyło się czerwone światełko. Podpłynęła tak blisko, że za plastykową szybą hełmu widziałem jej twarz.</p>
    <p>— Może jesteśmy niepozorni, Charlie — dyszała chwytając łapczywie powietrze — ale, jak Boga kocham, jesteśmy twardzi.</p>
    <p>— Sharo … wracaj teraz.</p>
    <p>— Wiesz przecież, że nie mogę.</p>
    <p>— Po tym wszystkim, czego dokonałaś, Carrington będzie ci musiał dać jakieś pomieszczenie bez grawitacji, w którym mogłabyś zamieszkać.</p>
    <p>— Życie banity? Po co? Żeby tańczyć? Charlie, nie mam już nic więcej do powiedzenia.</p>
    <p>— To ja do ciebie przyjdę.</p>
    <p>— Nie bądź dziecinny. Po co? Żebyś mógł uściskać skafander? Po raz ostatni czule stuknąć się hełmami? Bzdury. Jak dotąd jest to dobre zejście ze sceny — nie psujmy go.</p>
    <p>— Shara! — załamałem się kompletnie, poddałem się i rozkleiłem.</p>
    <p>— Charlie, posłuchaj mnie — powiedziała łagodnie, ale z naciskiem, który dotarł do mnie nawet w mej rozpaczy. — Słuchaj mnie, bo mój czas się kończy. Mam tu coś dla ciebie. Żywiłam nadzieje, że sam to odkryjesz, ale … będziesz słuchał?</p>
    <p>— T… tak.</p>
    <p>— Charlie, taniec w stanie nieważkości zdobędzie teraz ogromną popularność. Ja otworzyłam drzwi. Ale sam wiesz jak to jest z modą. Sfuszerują go, o ile szybko nie zadziałasz. Pozostawiam to tobie.</p>
    <p>— Co … o czym ty mówisz?</p>
    <p>— O tobie, Charlie. Znowu będziesz tańczył.</p>
    <p>Głód tlenowy, pomyślałem. Ale przecież tlen nie mógł się jej tak szybko skończyć.</p>
    <p>— Okay. Jasne.</p>
    <p>— Na miłość boską, przestań mnie rozśmieszać — jestem przy zdrowych zmysłach, uwierz mi. Zauważyłbyś to sam, gdybyś nie był tak cholernie głupi. Czy nie rozumiesz? W stanie nieważkości twoja noga jest dobra.</p>
    <p>Opadła mi szczeka.</p>
    <p>— Słyszysz mnie, Charlie? Możesz znowu tańczyć!</p>
    <p>— Nie — powiedziałem i zacząłem szukać powodu, dlaczego nie. — Ja … ty nie możesz… to jest… a, do cholery, ta noga jest za słaba, abym mógł tańczyć nawet przy zmniejszonym ciążeniu.</p>
    <p>— Zapomnij o tym na chwile, a przypomnij sobie to uderzenie w nos, jakim poczęstowałeś Carringtona. Charlie, kiedy skoczyłeś nad biurkiem, odbijałeś się prawą nogą.</p>
    <p>Bełkotałem coś przez chwile i wreszcie zamknąłem się.</p>
    <p>— Tu cię mam, Charlie. To mój pożegnalny podarunek. Wiesz, że nigdy się w tobie nie zakochałam… ale musisz wiedzieć, że zawsze cię kochałam. Nadal cię kocham.</p>
    <p>— Kocham cię, Sharo.</p>
    <p>— Żegnaj, Charlie. Rób to dobrze.</p>
    <p>I wszystkie cztery rakietki zgasły jednocześnie. Obserwowałem ją jak spada. W chwile potem, gdy była już za daleko, bym mógł ją widzieć, w miejscu, gdzie powinna się znajdować, trysnął długi, żółty płomień, który wygiął się łukiem nad powierzchnią globu, przybladł, a potem rozbłysnął znowu. To eksplodowały zbiorniki powietrza.</p>
   </section>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>CZEŚĆ II</p>
    <p>Gwiezdni tancerze</p>
   </title>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 1</p>
    </title>
    <p>Lot z Waszyngtonu był dla mnie ciężkim przeżyciem. Jak człowiek, który tyle czasu pracował w stanie nieważkości, może pochorować się w samolocie? Co gorsza, tego ranka obudziłem się z zaziębieniem, które dręczyło mnie od chwili powrotu na Ziemie, spędziłem więc cały lot w oczekiwaniu na noże, które przeszyją mi uszy, gdy będziemy lądować.</p>
    <p>Nie czułem nawet przygnębienia. Zbyt wiele przydarzyło mi się w ciągu ostatnich kilku tygodni. Byłem wykończony, wyczerpany, znajdowałem się po prostu w stanie apatii. Pomogło mi to, że znalazłem się w znajomym miejscu — dlaczego, na dobrą sprawę, nie myślałem kiedyś, jakieś tysiąc lat temu, o Toronto, jako o „domu”?</p>
    <p>Po przejściu przez kontrole celną natknąłem się, oczywiście, na reporterów, — ale już nie tak wielu, jak na początku. Kiedyś, jako szczeniak, spędziłem lato pracując w szpitalu psychiatrycznym i nauczyłem się tam nadzwyczajnej rzeczy — nauczyłem się mianowicie, że każdy, choćby najbardziej uparty człowiek, przestanie was w końcu nagabywać i pójdzie sobie, jeżeli będziecie go całkowicie ignorować. Przez ostatnie trzy tygodnie praktykowałem te metodę tak konsekwentnie, że wyrobiłem sobie odpowiednią opinie u przedstawicieli masmediów i teraz tylko najbardziej wytrwałe kręcitaśmy fatygowały się podtykaniem mi pod nos mikrofonów. Po chwili pojawiła się przede mną taksówka i wsiadłem do niej. Na taksiarzy z Toronto można liczyć. Oni, dzięki Bogu, nikogo nie rozpoznają.</p>
    <p>Byłem teraz „wolny”.</p>
    <p>Ponowne przekroczenie progu studia TDT wywołało u mnie silne uczucie deja vu, tak silne, że niemal przebiło moją skorupę.</p>
    <p>Otworzyłem drzwi i w drugim końcu starej, znajomej sali dostrzegłem Norrey. Tak jak wtedy prowadziła zajęcia z grupą studentów. Mogli to być ci sami studenci. Brakowało tylko Shary.</p>
    <p>Ale jej starsza siostra była jak najbardziej żywa. Zastałem ją w trakcie demonstrowania serii figur tanecznych i zanim na mnie spojrzała i zanim mnie zobaczyła, miałem jeszcze czas odebrać wrażenie błyszczącej skóry, zdrowego potu i świetnej gry mięśni. Zamarła jak zatrzymana nagle klatka filmu, a potem dosłownie się załamała. Jej ciało zwinęło się automatycznie i potoczyło po podłodze. Z przewrotu przeszła płynnie do biegu i pędziła w moim kierunku z rozwartymi ramionami płacząc i klnąc po drodze. Zanim wpadła na mnie, jeszcze zdążyłem stanąć mocno na mojej zdrowej nodze, a potem potrząsaliśmy sobą jak pijane olbrzymy, ona zaś klęła jak szewc i wykrzykiwała moje imię. Ściskaliśmy się bez końca, aż wreszcie uświadomiłem sobie, że trzymam ją nad podłogą i że moje ramiona trzeszczą niemal tak głośno, jak moja noga. Sześć miesięcy temu nie wytrzymałaby, pomyślałem mgliście i postawiłem Norrey na ziemi.</p>
    <p>— Dobrze się czujesz, dobrze, dobrze się czujesz? — mówił jej głos do mojego ucha. Cofnąłem się i spróbowałem uśmiechnąć. — Moja noga mnie zabija. I wydaje mi się, że mam grypę.</p>
    <p>— Charlie, do cholery, nie waż się kpić ze mnie. Dobrze się czujesz? — Jej dłonie zacisnęły się na moim karku, jakby zamierzała się na nim powiesić.</p>
    <p>Ręce opadły mi na jej talie i popatrzyłem jej w oczy zapominając o uśmiechu. I nagle zdałem sobie sprawę, że nie dręczy mnie już apatia. Mój kokon pękł, krew tętniła mi w uszach i czułem jak powietrze owiewa mą skórę. Po raz pierwszy zastanowiłem się, po co tu przyszedłem i częściowo to zrozumiałem.</p>
    <p>— Norrey — powiedziałem po prostu — czuje się dobrze. Powiedziałbym nawet, że jestem w lepszej formie, niż przed dwudziestu laty.</p>
    <p>To drugie zdanie zwyczajnie mi się wymknęło, ale wypowiadając je wiedziałem już, że, to prawda. Norrey wyczytała te prawdę z mego wzroku i zdołała się jakoś odprężyć nie zwalniając swego uścisku.</p>
    <p>— Och, dzięki Bogu! — Zaszlochała i przyciągnęła mnie jeszcze bliżej. Po chwili jej łkania ucichły i powiedziała cienkim, prawie rozdrażnionym głosem: — Łamie, ci kark. — I oboje uśmiechnęliśmy się jak idioci i roześmieliśmy w głos. Śmieliśmy się obejmując i nagle Norrey westchnęła, poczerwieniała i odwróciła na pięcie do swoich studentów.</p>
    <p>Patrzyli na nas, zafascynowani. Wiedzieli. Oglądali telewizje, czytali gazety. I gdy tak mierzyliśmy się wzrokiem, jedna ze studentek wystąpiła przed grupę.</p>
    <p>— No, dosyć tego — powiedziała do swych kolegów. — Powtarzamy od początku. Zaczynamy na moje trzy — i RAZ… — Cała grupa podjętą ćwiczenia. Nowa instruktorka unikała wzroku Norrey, nie chciała zaakceptować ani nawet dostrzec wyrażanej w nim wdzięczności — ale w tańcu zdawała się lekko uśmiechać do samej siebie. </p>
    <p>Norrey odwróciła się z powrotem do mnie.</p>
    <p>— Muszę się przebrać. </p>
    <p>Uśmiechnęła się znowu i odeszła.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Na dworze było jakoś niesamowicie. Przyroda zdawała się kipieć nieznanymi kolorami i rozpryskiwać je wszędzie na cześć jesieni. Szliśmy przez ten dzień razem, ramie w ramie, odzywając się z początku sporadycznie, a w końcu porozumiewając się tylko oczyma. Moje skołatane myśli zaczynały nabierać jasności; noga bolała mnie mniej.</p>
    <p>„Le Maintenant” istniało jeszcze wtedy, ale prezentowało się nędzniej niż kiedyś. Gdy wchodziliśmy do środka, dostrzegł nas przez okienko kuchenne Gruby Humphrey i wybiegł nam na spotkanie. To najgrubszy szczęśliwy człowiek i najszczęśliwszy grubas, jakiego spotkałem. Widziałem go w lutym na dworze w samej tylko koszuli i mówią, że raz jakiś niedoszły włamywacz dźgnął go trzy razy nożem bez widocznego skutku. Wypadł przez wahadłowe drzwi i runął w naszym kierunku.</p>
    <p>— Panie Armstead, panno Drummond! Witajcie!</p>
    <p>— Czołem, Gruby — zawołałem wyjmując z nosa filtry — niech Bóg ma w opiece twoją gębę. Masz jakiś stolik?</p>
    <p>— Jasne, jest gdzieś w piwnicy. Zaraz po niego skoczę.</p>
    <p>— Przepraszam cię, że z tym wyskoczyłem.</p>
    <p>— Mam dosyć tych waszych wyskoków — podsumowała oschle Norrey.</p>
    <p>Gruby Humphrey śmiejący się w głos jest jak trzęsienie ziemi w kanadyjskich Górach Skalistych.</p>
    <p>— Jakże się cieszę, że państwa widzę, jakże się cieszę, że widzę państwa oboje. Zbyt długo pan do mnie nie zaglądał, panie Armstead.</p>
    <p>— Później ci o wszystkim opowiem.</p>
    <p>— Jasne. Niech no się zastanowię; pan mi wygląda na funt krzyżowej, trochę pieczonych kartofli, groch z czosnkiem i wiadro mleka. Panią, panno Drummond, oceniam na sałatkę z tuńczyka na grzance z bułki pszennej, z boku plasterki pomidora i szklankę mleka z pianką. Dookoła sałatka. Co?</p>
    <p>Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.</p>
    <p>— Znowu odgadłeś. Jak zwykle. Po co zawracasz sobie głowę drukowaniem menu?</p>
    <p>— Czy państwo uwierzą? Tak każą przepisy. Co by państwo powiedzieli, gdyby ten stek był gotowany?</p>
    <p>— Doskonale — zgodziłem się, odbierając od Norrey jej płaszcz i filtry. Gruby Humphrey ryknął, klepiąc się dłonią po potężnym udzie i wziął ode mnie moje okrycie, podczas gdy ja wieszałem ubranie Norrey.</p>
    <p>— Brakowało pana w tej knajpie, panie Armstead. Żaden z tych innych… Tedy proszę. — Zaprowadził nas do małego stolika na zapleczu i gdy siadaliśmy, uświadomiłem sobie, że to ten sam, który dawno temu zajmowaliśmy z Sharą i Norrey. Nie zabolało mnie to ani trochę; czułem się dobrze. Gruby Humphrey zwinął nam skręta ze swego prywatnego schowka i zostawił na stoliku woreczek i paczkę bibułek.</p>
    <p>— Palcie do woli — powiedział i wrócił do kuchni. Jego oddalające się pośladki przywodziły na myśl dwa zmagające się z wiatrem zeppeliny.</p>
    <p>Nie paliłem od tygodni; od pierwszego sztacha zakręciło mi się w głowie. Gdy podawaliśmy sobie papierosa, palce Norrey ocierały się o moje, a ich dotyk był ciepły i elektryzujący. Mój nos, który zaczął się wypełniać od chwili przekroczenia progu restauracji, przepełnił się wreszcie i pomiędzy kichnięciami, a trąbieniem w chusteczkę skręt został wypalony, zanim padło choć jedno słowo. Zdawałem sobie jasno sprawę, jak głupio muszę wyglądać, ale jednocześnie byłem zbyt rozradowany, żeby się tym przejmować. Starałem się poukładać sobie w głowie wszystko, co musiało zostać powiedziane i wszystko, o co trzeba zapytać, ale wciąż tonąłem w brązowych oczach Norrey i traciłem głowę. Poszukiwałem odpowiednich słów.</p>
    <p>— No i jesteśmy tutaj — oto co udało mi się odszukać. </p>
    <p>Norrey uśmiechnęła się półgębkiem.</p>
    <p>— Aleś się przeziębił.</p>
    <p>— Nos zatkał mi się w dwadzieścia godzin po tym jak znalazłem się na Ziemi i nawet mu odpowiednio za to nie podziękowałem. Czy ty w ogóle masz pojecie jaką zgnilizną śmierdzi ta planeta?</p>
    <p>— Myślałam, że systemy zamknięte cuchną gorzej.</p>
    <p>— To woń kosmosu… chciałem powiedzieć — stacji kosmicznej. Ale Ziemia jest gulaszem zapachów, w większości nieprzyjemnych.</p>
    <p>Skinęła głową.</p>
    <p>— W kosmosie nie ma kominów.</p>
    <p>— Nie ma wysypisk śmieci.</p>
    <p>— Nie ma krowich placków.</p>
    <p>— Nie ma ścieków.</p>
    <p>— Jak umarła, Charlie?</p>
    <p>— Wspaniale.</p>
    <p>— Czytam gazety. Wiem, że to wszystko wyssane z palca, ale ty tam byłeś.</p>
    <p>— Tak. — Przez ostatnie trzy tygodnie powtarzałem te opowieść ze sto razy, ale nigdy nie opowiadałem jej komuś bliskiemu. A Norrey na pewno zasługiwała na to, by wiedzieć, jak umierała jej siostra.</p>
    <p>Powiedziałem jej więc o przybyciu obcych, o tym jak Shara zrozumiała intuicyjnie, że istoty te komunikują się za pośrednictwem tańca i o jej natychmiastowej decyzji udzielenia im odpowiedzi. Opowiedziałem jej, jak Shara zdała sobie stopniowo sprawę z wrogości obcych, z ich terytorialnej zaborczości, z ich zdecydowanego zamiaru opanowania naszej planety i przeznaczenia jej na swoje tarlisko. I opowiedziałem jej, najlepiej jak umiałem, o „Gwiezdnym tańcu”.</p>
    <p>Norrey nie odzywała się dłuższy czas, a potem pokiwała głową. </p>
    <p>— Uhuh — jej twarz wykrzywiła się raptownie. — Ale dlaczego musiała umrzeć, Charlie?</p>
    <p>— Była wykończona, kochanie — powiedziałem i ująłem ją za rękę. — Przystosowała się już całkowicie do warunków nieważkości, a to jest proces nieodwracalny. Nigdy nie mogłaby powrócić na Ziemie ani nawet na „Skyfac”, gdzie ciążenie nie przekracza jednej szóstej ziemskiego. No, oczywiście, mogła żyć w stanie nieważkości, ale wszystkie konstrukcje w kosmosie, na których panują warunki nieważkości, należą albo do wojskowych, albo do Carringtona — a ona nie miała już powodu, aby cokolwiek od niego przyjmować. Zatańczyła swój „Gwiezdny taniec”, ja go zarejestrowałem i to był już koniec.</p>
    <p>— A co z Carringtonem? — spytała, a jej palce zacisnęły się boleśnie na mej ręce. — Gdzie jest teraz?</p>
    <p>— Właśnie dzisiaj rano się o tym dowiedziałem. Usiłował zagarnąć wszystkie taśmy i wszystkie wpływy kasowe dla Skyfac Incorporated, czyli dla siebie. Ale zapomniał podsunąć Sharze kontrakt do podpisania, Tom McGillicudy zaś znalazł w jej rzeczach testament holograficzny. Pozostawia w nim wszystko tobie i mnie do podziału pół na poł. Carrington usiłował przekupić notariusza stwierdzającego autentyczność testamentu, ale trafił na uczciwego człowieka. Sprawa znalazła się dziś po południu w dzienniku telewizyjnym. Sama nawet myśl o chociaż krótkim wyroku w normalnej grawitacji była dla niego nie do zniesienia. Sądzę, że w końcu przekonał sam siebie, iż naprawdę ją kochał, ponieważ próbował skopiować jej odejście. Spartaczył je. Nie miał pojęcia, jak opuszczać obracający się Pierścień i zbyt późno się, puścił. To najczęściej spotykany błąd u początkujących.</p>
    <p>Norrey spojrzała na mnie zaintrygowana.</p>
    <p>— Ostatnio widziano go, jak leciał przez kosmos kierując się mniej więcej na Betelgeze, nie stał się wiec, tak jak ona, meteorytem. Wydaje mi się, że teraz mówią o tym w wiadomościach. — Zerknąłem na zegarek. — Tak prawdę, mówiąc, to według moich obliczeń właśnie kończy mu się powietrze — jeśli miał dość charakteru, żeby na to czekać. </p>
    <p>Norrey uśmiechnęła się i rozluźniła swój uścisk.</p>
    <p>— Pomyślmy chwile o tym — mruknęła.</p>
    <p>W czasie jedzenia rozmawialiśmy mało i na żaden określony temat. Kuchnia Grubego Humphreya domagała się poświecenia jej stosownej uwagi. Właściwy posiłek pojawił się na stole, gdy kończyliśmy sałatkę i kiedy najedliśmy się do syta, obydwa talerze były puste, a kawa ostygła akurat tyle, że można ją było pić. Plasterki świeżego ciasta morelowego — specjalność Grubego — były wyjęte prosto z pieca i jeszcze ciepłe. Poprosiliśmy o dolewkę kawy. Wpuściłem do nosa nieco pseudoefedryny. Konwersacja ożywiała się powoli. Pozostało jeszcze tylko jedno pytanie, jakie chciałem jej teraz zadać, a więc je zadałem.</p>
    <p>— No, a co u ciebie, Norrey? </p>
    <p>Skrzywiła się.</p>
    <p>— Nic specjalnego.</p>
    <p>— Piękna odpowiedź, nie ma co.</p>
    <p>— Norrey, w dniu, w którym w twoim życiu nie wydarzy się nic specjalnego, w Ottawie rozpocznie urzędowanie uczciwy rząd. Wysłuchiwałem kiedyś przez ponad godzinę, że zatrzymałaś się w rozwoju, ale facet, który to mówił, był notorycznym łgarzem. Wiesz przecież, że ostatnio byłem oderwany od przyziemnych spraw.</p>
    <p>Zmarszczyła brwi i to był dla mnie impuls wyzwalający. Wytężałem umysł od chwili, gdy tam, w studio, w ramionach Norrey uwolniłem się od apatii i już uzmysłowiłem sobie wiele rzeczy. Ale widok tego marsa dokończył dzieła; nagle, z niemal słyszalnym trzaskiem, zamęt w mojej podświadomości się uporządkował.</p>
    <p>— Co cię tak ubawiło?</p>
    <p>— Nie wiem, czy potrafię, to wyjaśnić, kochanie. Zdaje się, że właśnie odkryłem, jak Gruby Humphrey to robi.</p>
    <p>— Co?</p>
    <p>— Później ci powiem. O czym to mówiliśmy… </p>
    <p>Mars powrócił na jej czoło.</p>
    <p>— Przeważnie to ja mówiłam. Powiedzieć co u tonie w dwudziestu pięciu słowach, a może krócej? Przez dłuższy czas sama nie zadawałam sobie tego pytania. Może zbyt długi. — Siorbnęła łyk kawy. — Okay. Znasz ten album Johna Koernera, ostatni, który zrobił? Bieg, skoki, stanie w miejscu? To chyba właśnie robiłam. Włożyłam dużo energii w uporządkowanie swoich spraw i nie jestem zadowolona. Jestem… jestem prawie znudzona.</p>
    <p>Utknęła, postanowiłem więc odegrać role adwokata diabła.</p>
    <p>— Ale robisz to, co zawsze chciałaś robić — powiedziałem i zacząłem zwijać skręta. </p>
    <p>Skrzywiła się.</p>
    <p>— Może właśnie w tym rzecz. Może życiowe ambicje nie powinny być czymś, co można osiągnąć — bo co robić potem? Pamiętasz ten film Koernera?</p>
    <p>— Tak. „Brzmienie snu”.</p>
    <p>— Pamiętasz, co powiedział o sensie życia?</p>
    <p>— Jasne. „Zrób następny krok” — dopasowałem słowa do akcji liżąc bibułkę, sklejając ją i skręcając końce. Zapaliłem. — Zawsze uważałem, że to straszna rada. Wpędziła mnie w parę trudnych sytuacji.</p>
    <p>Zaciągnęła się, wstrzymała oddech i wydmuchnęła dym.</p>
    <p>— Jestem gotowa do zrobienia swojego następnego kroku, ale nie wiem jeszcze jaki on będzie. Jeździłam na tournee z zespołem, występowałam solo w Nowym Jorku, zajmowałam się choreografią, prowadziłam całą te cholerną szkołę, a teraz jestem dyrektorem artystycznym. Pozostawiono mi pełną samodzielność. Jeżeli zechce, mogę nawet prowadzić zajęcia. Od tej chwili, aż po nieskończoność, repertuar TDT będzie co roku obejmował jeden z moich kawałków i zawsze będę miała do dyspozycji pierwszorzędne ciała. Pracowałam na te dziecinne marzenia całe życie, Charlie, i kiedy byłam mała, nie wybiegałam myślą dalej, niż do chwili obecnej. Nie wiem, jaki ma być ten „następny krok”. Potrzebne mi nowe marzenie.</p>
    <p>— Masz jakieś pomysły? Albo przynajmniej sugestie?</p>
    <p>— Myślałam o współpracy z jednym z tych zespołów kolektywnych, gdzie każdy choreografuje każdy kawałek. Chciałabym spróbować współpracy z taką grupą, ale nie ma właściwie żadnej, do której mogłabym dołączyć. Jedyna, która by mi pasowała, to „New Pilobulos”, ale w tym przypadku musiałabym mieszkać w Ameryce. </p>
    <p>— Daj temu spokój.</p>
    <p>— Masz rację, cholera. Ja… Charlie, ja nie wiem. Myślałam nawet o rzuceniu wszystkiego w diabły, wyjeździe na wyspę Księcia Edwarda i zajęciu się farmą. Zawsze chciałam tak postąpić i nigdy tego nie zrealizowałam. Shara zostawiła tam po sobie porządek. Mogłabym… och, to wariactwo. Wcale nie chce uprawiać ziemi. Ja chce tylko czegoś nowego. Jakiejś odmiany. Dziewiczego terytorium, czegoś, co… Charlie Armstead, czemu się tak, u diabła, uśmiechasz?</p>
    <p>— Dalej, mała, siadaj tu, na moich kolanach i mów czego chcesz. </p>
    <p>Chichotała teraz. Nie wiedziała dlaczego, ale chichotała.</p>
    <p>— Charlie…</p>
    <p>— Wybierz numer od jednego do dwóch.</p>
    <p>— Dwa.</p>
    <p>— To bardzo dobry numer. Bardzo dobry numer. Wygrałaś właśnie jedno idealnie dobre, fabrycznie nowe marzenie ze wszystkimi akcesoriami i gwarancją. Ten towar jest niedostępny w sieci sprzedaży detalicznej. Bardzo dobry numer. Jak szybko możesz wyjechać z miasta?</p>
    <p>— Wyjechać z miasta! Charlie… — Zaczynało jej coś świtać. — Nie zmierzasz chyba…</p>
    <p>— Co byś powiedziała na połowę, udziału w wielkiej pustce, dziecko? Jesteś mile widziana. Porozmawiajmy o znalezieniu się na szczycie świata!</p>
    <p>Chichot ucichł.</p>
    <p>— Charlie, nie zmierzasz chyba do tego, o czym ja…</p>
    <p>— Proponuje ci po prostu partnerską współprace w zespole kolektywnym — prawdziwym zespole kolektywnym. Chce. przez to powiedzieć, że wszyscy będziemy musieli mieszkać razem przynajmniej przez jeden sezon. Duży majątek, ale z początku trochę kłopotów lokalowych.</p>
    <p>Pochyliła się nad stołem pakując jeden łokieć w kawę, a drugi w ciasto morelowe, złapała mnie za muszkę i potrząsnęła.</p>
    <p>— Przestań bredzić i mów do rzeczy, cholera.</p>
    <p>— Przecież mówię, kochanie, przecież mówię. Proponuje założenie zespołu choreografów, prawdziwej komuny. To musi być komuna. Członkowie zespołu będą mieszkać razem, dzielić się równo zyskami, a wszystkie wydatki pokrywam ja. Nawiasem mówiąc, będzie ich do diabła i trochę. O tak, jesteśmy bogaci, czyż ci już nie mówiłem? W każdym razie będziemy.</p>
    <p>— Charlie…</p>
    <p>— Mówię poważnie, wierz mi. Rozkręcam zespół. I szkołę. Proponuje ci połowę udziału i pełen etat przez okrągły rok. Mówię cholernie poważnie i chce, żebyś zaczęła od zaraz. Norrey, chce, żebyś zaczęła tańczyć w stanie nieważkości.</p>
    <p>Jej twarz nie wyrażała nic.</p>
    <p>— Że co?</p>
    <p>— Chce zbudować studio na orbicie i zorganizować zespół. Będziemy prowadzić na przemian występy i szkołę: trzy miesiące nauki na Ziemi — zwłaszcza przeglądy i rekrutacje kandydatów — a potem przyjęci lecą na trzymiesięczny staż na orbicie. Jeżeli którykolwiek z nich rokuje jakieś nadzieje na przyszłość, poświęcamy następne trzy miesiące na filmowanie występów. Przez ten czas przebywamy długo w ciążeniu zmniejszonym, albo zerowym, nasze ciała zaczynają się adaptować, wracamy więc na trzymiesięczne wakacje na Ziemie, a potem rozpoczynamy cały cykl od nowa. Wakacje możemy wykorzystać na wyszukiwanie obiecujących kandydatów. Innymi słowy, prowadzimy konkurs młodych talentów. To będzie zabawne, Norrey. Zyskamy i rozgłos i pieniądze.</p>
    <p>— Jakim cudem, Charlie? Jak zamierzasz uzyskać poparcie dla tego wszystkiego? Carrington nie żyje, a ja nie będę pracowała dla jego wspólników. Kto oprócz „Skyfac” i Sił Kosmicznych ma uprawnienia do przebywania w kosmosie?</p>
    <p>— My.</p>
    <p>— ?</p>
    <p>— Ty i ja. Jesteśmy właścicielami taśmy z „Gwiezdnym tańcem”, Norrey. Później ci ją pokaże, mam w worku kopie. Do tej pory w całej okazałości widziało ją może sto osób na Ziemi i parę tuzinów w kosmosie. Jednym z nich był prezes firmy Sony. Zaproponował mi czek in blanco.</p>
    <p>— In blanco…</p>
    <p>— Dosłownie, Norrey. „Gwiezdny taniec” może być niepowtarzalną, najwspanialszą wypowiedzią artystyczną człowieka — bez względu na jego znaczenie historyczne i przyjęcie przez opinie publiczną. Przypuszczam, że za pięć lat będzie go znała każda obdarzona wzrokiem istota w układzie słonecznym. A my jesteśmy właścicielami tej taśmy. Poza tym, ja posiadam jedyne istniejące na Ziemi taśmy z innymi tańcami Shary. Ich wartość komercjalna jest nieoceniona. Bogaci? Do diabła, jesteśmy potężni! Skyfac Incorporated tak bardzo chce wyjść z tego z twarzą, że jeśli zatelefonuje na górę, na Pierścień Jeden i poproszę Tokugawę o spotkanie, zjedzie następnym wahadłowcem na dół i odda mi swój zegarek.</p>
    <p>Puściła mój sweter. Wytarłem jej ciasto z jednego łokcia i osuszyłem z kawy drugi.</p>
    <p>— Nie można mi zarzucić, że wyciągam korzyści ze śmierci Shary. Wspólnie zrealizowaliśmy „Gwiezdny taniec” — ona i ja; ja zapracowałem na swoją połowę, ona pozostawiła swoją tobie. Jedyne co w tym złego to to, że stałem się nieprzyzwoicie bogaty, a ja nie chce być bogaty — nie na tej planecie. Jedynym sposobem pozbycia się tego rodzaju pieniędzy i to sposobem, który pochwaliłaby Shara, jest założenie zespołu i szkoły. Będziemy się specjalizowali w nieprzystosowanych, takich, którzy z takiego, czy innego powodu nie pasują tu na Ziemi. Tak jak Shara. W nie całkiem klasycznie idealnych ciałach tancerzy. To kryterium jest po prostu bez znaczenia w kosmosie. Tam większe znaczenie ma zdolność do otwarcia się, do przyswojenia sobie całkiem nowego rodzaju tańca, do… nie wiem czy ma to jakiś sens, do obejmowania umysłem pełnych trzystu sześćdziesięciu stopni. Reguły wypracujemy w trakcie — i będziemy zatrudniać wielu tancerzy, którzy teraz nie pracują. Sądzę, że nasz kapitał inwestycyjny wystarczy nam na jakieś pięć lat. Do tego czasu, występujący zespół powinien przynosić dochody wystarczająco duże, żeby pokryć z nich bieżące wydatki, finansować szkołę i jeszcze przynosić zysk. Wszyscy członkowie zespołu mają równe działki. Wchodzisz?</p>
    <p>Zamrugała powiekami, wyprostowała się na krześle i wzięła głęboki oddech.</p>
    <p>— W co? Co masz?</p>
    <p>— Zupełnie nic — odparłem czarująco — ale wiem, czego potrzebuje. Przygotowania zajmą nam co najmniej dwa lata. Będziemy potrzebowali kierownika administracyjnego, scenografa, trzech albo czterech innych tancerzy, którzy potrafią uczyć. Na początek, oczywiście, brygadę techniczną i operatora promu kosmicznego, ale to tylko personel pomocniczy. Moje kamery pracują automatycznie i ja sam będę sobie szefem. Zorganizuje to wszystko, jeżeli mi pomożesz, Norrey. No, dołącz do mojego .zespołu i zobacz świat — z przyzwoitej perspektywy.</p>
    <p>— Charlie, ja… ja nawet nie wiem, czy potrafię sobie wyobrazić taniec w stanie nieważkości, to znaczy widziałam, oczywiście, kilka razy oba występy Shary i bardzo mi się podobały… ale nadal nie wiem, co można jeszcze w tej dziedzinie osiągnąć. Nie wyobrażam sobie tego.</p>
    <p>— Oczywiście, że nie! Jesteś wciąż spętana „górą” i „dołem”, spaczona życiem wiedzionym w studni grawitacyjnej. Ale odrobisz zaległości, gdy tylko znajdziesz się tam, na górze, wierz mi. — Za rok moja pogodna pewność siebie miała mi się odbijać czkawką. — Potrafisz się nauczyć myśleć sferycznie, wiem że potrafisz, a reszta to tylko kwestia przekoordynowania, tak jak wprawienie się w chodzeniu po pokładzie rozkołysanego statku. Do diabła, jeśli ja, w moim wieku, potrafiłem, to potrafi to każdy. Będziesz dobrą partnerką do tańca.</p>
    <p>Zrazu puściła to mimo uszu. Nagle jej oczy powiększyły się.</p>
    <p>— Dobrym kim?</p>
    <p>Chowałem te moją niespodziankę w zanadrzu jak dziecko, do końca, jak prezent od Świętego Mikołaja. Zamierzałem delektować się tą chwilą. </p>
    <p>Ale wtedy zobaczyłem jej oczy i powiedziałem to po prostu zwyczajnie, jakoś płasko.</p>
    <p>— W stanie nieważkości noga nie sprawia mi kłopotów, Norrey. Ćwiczyłem intensywnie dzień w dzień od chwili powrotu na Ziemie. Jest trochę sztywna i będę… w pewnym stopniu będziemy musieli dostosować do niej choreografię. Ale robi wszystko, czego potrzebuje od nogi tancerz w stanie nieważkości. Mogę znowu tańczyć.</p>
    <p>Zamknęła oczy, a powieki jej drżały.</p>
    <p>— O mój Boże.</p>
    <p>— Mogę znowu tańczyć, Norrey. Shara mi to uzmysłowiła. Byłem za tępy, żeby samemu zauważyć, zbyt zasugerowany, żeby zrozumieć. To była chyba ostatnia wielka rzecz, jakiej dokonała. Nie mogę teraz tego odrzucić. Muszę znowu tańczyć, rozumiesz? Zamierzam wrócić w kosmos i tańczyć na moim własnym terenie i na moich własnych warunkach, l chce tańczyć z tobą, Norrey. Chce, żebyś została moją partnerką. Chce, żebyś zgodziła się ze mną tańczyć. Zgadzasz się?</p>
    <p>Siedziała wyprostowana i patrzyła mi w oczy.</p>
    <p>— Czy zdajesz sobie sprawę, o co mnie prosisz? </p>
    <p>Baczność — a więc o to chodzi! Wziąłem głęboki oddech.</p>
    <p>— Tak, proszę cię o pełne partnerstwo.</p>
    <p>Odchyliła się do tyłu na swoim krześle i zapatrzyła przed siebie.</p>
    <p>— Ile lat już się znamy, Charlie? </p>
    <p>Musiałem pomyśleć.</p>
    <p>— No, jakieś dwadzieścia cztery. </p>
    <p>Uśmiechnęła się.</p>
    <p>— Tak. Mniej więcej. — Przypomniała sobie o zgaszonym skręcie i przypaliła go ponownie. Zaciągnęła się głęboko. — Ile z tego czasu spędziliśmy, według twoich szacunków, żyjąc ze sobą?</p>
    <p>Znowu ta arytmetyka; sztachnąłem się licząc.</p>
    <p>— Powiedzmy, jakieś sześć, siedem lat — wypuściłem dym. — Może osiem. </p>
    <p>Pokiwała w zamyśleniu głową i odebrała mi skręta.</p>
    <p>— Jakieś rozciągliwe są te twoje lata.</p>
    <p>— Norrey…</p>
    <p>— Zamknij się, Charlie. Zwlekałeś dwadzieścia cztery lata z tą propozycją, to możesz się zamknąć i poczekać jeszcze chwilą, zanim dam ci moją odpowiedź. Ile razy, według ciebie, schodziłam na dół do knajpy, żeby cię z niej wyciągnąć?</p>
    <p>Nie mrugnąłem okiem.</p>
    <p>— Zbyt wiele, żebym zliczył. </p>
    <p>Potrząsnęła głową.</p>
    <p>— Zabierałam cię do siebie, kiedy tego potrzebowałeś, wyrzucałam cię za drzwi kiedy tego potrzebowałeś i ani razu nie wymówiłam słowa „kocham”, bp wiedziałam, że by cię spłoszyło. Tak cholernie się bałeś, że ktoś może cię. pokochać, bo wtedy ten ktoś mógłby ci współczuć z powodu twego kalectwa. Stałam więc z boku i obserwowałam, jak oddajesz swe serce tylko tym ludziom, którzy nie mogli go przyjąć — i za każdym razem zbierałeś później jego kawałki do kupy.</p>
    <p>— Norrey…</p>
    <p>— Zamknij się. — powiedziała. — Pal tego peta i siedź cicho. Kochałam cię, zanim się poznaliśmy, Charlie, zanim pogruchotali ci nogę, kiedy jeszcze tańczyłeś. Znałam cię, zanim zostałeś kaleką. Kochałam cię, zanim ujrzałam cię poza sceną. Znałam cię, zanim zacząłeś popijać i przez wszystkie te lata kochałam cię w sposób, jakiego ode mnie oczekiwałeś.</p>
    <p>Teraz stoisz przede mną na dwóch nogach. Nadal utykasz, ale nie jesteś już kaleką. Gruby Humphrey telepata nie podał ci wina i kiedy pocałowałam cię w studio, zauważyłam, że nie piłeś w samolocie. Stawiasz mi obiad, paplesz, że jesteś bogaty i potężny i usiłujesz sprzedać mi jakiś niedorzeczny pomysł z tańcem w kosmosie. Masz w sobie od cholery bezczelności, żeby zasypywać mnie tym wszystkim i ani razu nie powiedzieć słowa „kocham” własnymi ustami, a prosisz mnie, żebym znowu została twoją partnerką. — Wyjęła mi z dłoni peta. — Cholera, nie pozostawiasz mi innego wyjścia…</p>
    <p>Urwała, zaciągnęła się dymem, potrzymała go trochę w ustach i wydmuchała, zanim znowu się uśmiechnęła.</p>
    <p>— … jak przyjąć twoją pieprzoną propozycje.</p>
    <p>Krew tętniła mi w uszach; drżałem dosłownie z emocji zbyt intensywnej, by ją znieść. Szukałem po omacku dowcipu, który by ją rozładował.</p>
    <p>— A kto powiedział, że to ja stawiam obiad?</p>
    <p>— Ja stawiam, panie Armstead — odezwał się z pobliża piskliwy, nosowy głos.</p>
    <p>Podnieśliśmy, zdziwieni, wzrok, by stwierdzić, że świat wokół nas nadal istnieje i zdziwiliśmy się jeszcze bardziej.</p>
    <p>Był to niski, szczupły młody człowiek. Pierwszym wrażeniem, jakie zarejestrowały moje oczy, była kaskada niewiarygodnie kędzierzawych, czarnych włosów, spod której wyzierała twarz przypominająca, wypisz wymaluj, psotnego elfa z rysunku Briana Frouda. Jego okulary były bliźniaczymi prostokątami z drutu i szkła grubszego, niż szyby we włazie śluzy powietrznej. Zezował na nas przez nie, czyniąc ”wszystko, by wyglądać dostojnie. Z tą dostojnością były poważne trudności, bo Gruby Humphrey jedną wielką jak patelnia łapą trzymał go za kołnierz kilka cali nad ziemią. Miał na sobie kosztowne ubranie dobrane ze świetnym smakiem, ale buty były bardzo sfatygowane. Starał się bezskutecznie nie wierzgać nogami.</p>
    <p>— Za każdym razem, kiedy mijam państwa stolik, następuje mu na uszy — wyjaśnił Humphrey przyciągając do siebie małego facecika i zniżając głos. — Pomyślałem więc sobie, że to tajniak albo pismak i właśnie dawałem mu kopa w tyłek. Ale jeżeli wyrywa się z tym stawianiem, to decyzje pozostawiam państwu.</p>
    <p>— No i jak to jest, przyjacielu? Tajniak czy pismak? </p>
    <p>Wyprostował się na ile było to możliwe.</p>
    <p>— Jestem artystą.</p>
    <p>Rzuciłem Norrey pytające spojrzenie i otrzymałem odpowiedź.</p>
    <p>— Postaw tego człowieka na ziemi. Gruby, i daj mu krzesło. O rachunku pomówimy później.</p>
    <p>Młodzieniec doprowadził do porządku swoją tunikę i poprawił okulary na nosie.</p>
    <p>— Panie Armstead, pan mnie nie zna, ja zaś nie znam obecnej tu pani, ale jestem posiadaczem tych okropnych uszu i nie mam za grosz wstydu. Pan Pappadopulos ma rację, podsłuchiwałem bezczelnie. Nazywam się Raoul Brindle i…</p>
    <p>— Słyszałam o panu — wtrąciła Norrey. — Mam kilka pańskich albumów.</p>
    <p>— Ja również — zgodziłem się. — Przedostatni był bombowy.</p>
    <p>— Charlie, nie wypada tak mówić. </p>
    <p>Raoul zamrugał gwałtownie powiekami.</p>
    <p>— Nie, on ma rację.. Ostatni był szmirowaty. Powinni zamknąć mnie w areszcie, żebym za niego odpokutował.</p>
    <p>— No cóż. Mnie się podobał. Jestem Norrey Drummond.</p>
    <p>— Pani jest Norrey Drummond?</p>
    <p>W oczach Norrey zapaliły się znajome przekorne błyski.</p>
    <p>— Tak, jej siostra.</p>
    <p>— Norrey Drummond z TDT, która opracowała choreografię „Przyśpieszenia” i tańczyła wariacje na temat „Zapytajcie tancerza” na konferencji w Vancouver, która… — Urwał, a okulary zjechały mu znowu na czubek nosa. — O mój Boże, Shara Drummond jest pani siostrą? O mój Boże, oczywiście. Drummond, Drummond, siostry, imbecylu. — Podniecony wiercił się na swym krześle, poprawiał okulary i starał wyglądać trochę bardziej poważnie.</p>
    <p>Moim zdaniem w końcu mu się to udało. Wiedziałem coś niecoś o Raoulu Brindle”u. Był cudownym dzieckiem w dziedzinie kompozycji, a potem, uczęszczając już do szkoły średniej, zdecydował, że muzyka nie jest sposobem zarabiania na życie i stał się jednym z najlepszych fachmanów od efektów specjalnych w Hollywood. Zaraz potem „Time” zamieścił pół szpalty o jego pracy nad „Dziećmi obiektywu”. Następnie wypuścił wideokasetowy album złożony wyłącznie z nadzwyczajnych efektów wizualnych z podkładem muzycznym na syntetyzerze jego własnej konstrukcji. Był to rodzaj „Żółtej łodzi podwodnej” do sześcianu i sprzedawał się jak diabli, a po nim nastąpiło jeszcze z pół tuzina genialnych, jak rzadko, albumów. To on projektował i programował legendarny, wart milionów dolarów, system iluminacyjny na inauguracyjny występ Beatlesów po ich ponownym połączeniu się, a dedykowany McCartneyowi. Jedna z jego wyłącznie akustycznych taśm towarzyszyła wszędzie memu deckowi. Postanowiłem postawić mu obiad.</p>
    <p>— Skąd więc znasz mnie tak dobrze, że udało ci się wypatrzeć nas w ciemnym kącie restauracji i dlaczego podsłuchiwałeś?</p>
    <p>— To wcale nie był przypadek. — Przyszedłem tu za panem.</p>
    <p>— A niech to licho, nie widziałem cię. No dobrze, po co za mną szedłeś?</p>
    <p>— Żeby zaoferować panu moje życie.</p>
    <p>— Co takiego?</p>
    <p>— Widziałem — „Gwiezdny taniec”.</p>
    <p>— Widziałeś? — wykrzyknąłem szczerze zdziwiony. — Jak ci się to udało? Spojrzał w sufit.</p>
    <p>— Wspaniałą mamy pogodę, nieprawdaż? No więc widziałem „Gwiezdny taniec” i postanowiłem sobie, że odszukam pana i pójdę za panem. Teraz wraca pan w kosmos, ja zaś podążę tam za panem. Nawet gdybym musiał iść na piechotę.</p>
    <p>— I co będziesz robił?</p>
    <p>— Sam pan powiedział, że będzie wam potrzebny scenograf. Ale pan tego nie przemyślał. Zamierzam stworzyć dla pana nową formę sztuki. Zamierzam, dla pana, zrobić ludziom masło orzechowe z mózgów. Zamierzam zaprojektować efekty wizualne, jakie można stworzyć tylko w stanie nieważkości i dorobić do nich muzykę, a jedno i drugie tworzyć będzie integralną całość i ze sobą i z tańcami. Będę pracował za kawę i ciastka. Nie będziecie nawet musieli wykorzystywać mojej muzyki, jeżeli nie będzie wam odpowiadała, ale ja muszę zaprojektować te inscenizacje.</p>
    <p>Norrey przerwała mu, kładąc na jego ustach delikatną, litościwą dłoń.</p>
    <p>— Jak sobie wyobrażasz inscenizacje w stanie nieważkości? — Odsunęła rękę.</p>
    <p>— To przecież stan nieważkości, nie rozumie pani? Brak ciążenia. Zaprojektuje kule złożoną z trampolin z kamerami na przegubach, a szkielet będą tworzyć rury wypełnione zabarwionym neonem. Za umożliwienie mi pracy w stanie nieważkości dam wam pierścienie z oświetlonych laserem płatków metalu, pętle świecącego gazu, zmodyfikowane ognie sztuczne, wiszące w kosmosie, gigantyczne bańki z zabarwionej cieczy, wokół których i przez które będzie można tańczyć. Jezu, jako specjalista od efektów specjalnych, całe życie czekałem na zerową grawitacje. W porównaniu z nią, Dykstraflex jest kupą przestarzałego szmelcu, czy pani tego nie rozumie? Słuchajcie, mam przy sobie mikromagnetofon kasetowy. Dam go panu, panie Armstead…</p>
    <p>— Charlie — poprawiłem go machinalnie.</p>
    <p>— … a pan zabierze go do domu i przesłucha. To zaledwie kilka ścieżek, które wysmażyłem na gorąco po ujrzeniu „Gwiezdnego tańca”. Tylko fonia, po prostu pierwsze wrażenie… Nie jest to nawet szkielet podkładu muzycznego, ale myślałem, że… to znaczy myślałem, że może pan… to całkiem do dupy, proszę, niech pan weźmie.</p>
    <p>— Jesteś przyjęty — powiedziałem.</p>
    <p>— Obiecuje pan?</p>
    <p>— Przyjęty. Hej, Gruby! Masz tu gdzieś w tej spelunie Betamaxa?</p>
    <p>Poszliśmy na zaplecze, gdzie mieszka Gruby Humphrey Pappadopulos i wsunąłem taśmę z „Gwiezdnym tańcem” w szczelinę jego prywatnego telewizora. Oglądaliśmy ją we czwórkę, podczas gdy Maria zajęła się prowadzeniem restauracji. A kiedy taśma się skończyła, minęło jeszcze pół godziny, zanim ktokolwiek z nas mógł się odezwać.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 2</p>
    </title>
    <p>No i oczywiście nie pozostawało nam nic innego, jak polecieć na „Skyfac”. </p>
    <p>Raoul uparł się, że koszta swojego przelotu pokryje z własnej kieszeni, co przyjąłem ze zdziwieniem, ale i uznaniem.</p>
    <p>— Jak mogę od pana wymagać kupowania kota w worku? — spytał rozsądnie. — Z tego, co pan wie mogę być jednym z tych ludzi, którzy wciąż cierpią na chorobę kosmiczną.</p>
    <p>— W pomieszczeniach mieszkalnych będzie panowało niewielkie ciążenie. I czy w ogóle masz pojecie ile kosztuje przelot osoby cywilnej wahadłowcem?</p>
    <p>— Stać mnie na to — odpowiedział po prostu. — Wie pan o tym. A nie będzie ze mnie żadnego pożytku, jeżeli całymi dniami będę przesiadywał w domu. Przejdę na pana pensje w dniu, kiedy przekonamy się, że nadaje się do tej roboty.</p>
    <p>— To głupie — zaoponowałem. — Mam zamiar sprowadzić na orbitę wahadłowce wypełnione studentami. W ich przypadku grawitacja będzie nie większa niż w twoim, a oni na pewno nie będą płacić za swoje bilety. Dlaczego miałbym dyskryminować ciebie tylko dlatego, że nie jesteś biedny?</p>
    <p>Potrząsnął uparcie głową.</p>
    <p>— Ponieważ tak chce. Dobroczynność jest dla tych, którzy jej potrzebują. Korzystałem z niej sporo i błogosławię ludzi, którzy mi pomagali, gdy tego potrzebowałem, ale teraz mogę już liczyć sam na siebie.</p>
    <p>— W porządku — zgodziłem się. — Ale kiedy się sprawdzisz, zwrócę ci wszystkie koszta, czy chcesz tego, czy nie.</p>
    <p>— Niech będzie — powiedział i kupiliśmy bilety na przelot.</p>
    <p>Jak się można było tego spodziewać, Raoul dostał mdłości, gdy tylko wyłączono ciąg silników głównych, ale był na tyle przezorny, że nie jadł śniadania i na zastrzyk zareagował bardzo szybko. Ten mały, chudy człowieczek miał w sobie wiele samozaparcia — do momentu dokowania przy Pierścieniu Jeden wypróbowywał motywy melodyczne na swoim Soundmasterze. Biały jak papier siedział z oczyma wlepionymi w wideoekran przekazujący obrazy zza burty, z palcami przyklejonymi do klawiszy Soundmastera, z uszami do słuchawek. Jeżeli żołądek dawał mu się jeszcze we znaki, nie można było tego po nim poznać.</p>
    <p>Norrey nie odczuwała żadnych sensacji. Ja również nie. Nasze spotkanie z kierownictwem „Skyfac” wyznaczone zostało za godzinę, zapakowaliśmy więc Raoula do wyznaczonej mu kajuty i spędziliśmy ten czas w Sali Klubowej, obserwując krążące po wielkiej wideościanie gwiazdy.</p>
    <p>— Och, Charlie, kiedy będziemy mogli wyjść na zewnątrz?</p>
    <p>— Prawdopodobnie nie dzisiaj, kochanie.</p>
    <p>— Dlaczego nie?</p>
    <p>— Za dużo mamy zajęć. Musimy nawymyślać Tokugawie, porozmawiać z Harrym Steinem, porozmawiać z Tomem McGillicudy, a kiedy przebrniemy już przez to wszystko, weźmiesz swoje pierwsze lekcje z przebywania w otwartej przestrzeni — tu, wewnątrz stacji.</p>
    <p>— Charlie, nauczyłeś mnie już wszystkiego.</p>
    <p>— Jasne. Jestem starym wilkiem kosmicznym z całymi sześcioma miesiącami praktyki. Ty naiwniaczko, nawet nie dotknęłaś skafandra próżniowego.</p>
    <p>— Och, asekuranctwo! Zapamiętałam każde słowo z tego, co mi mówiłeś. Nie boje się.</p>
    <p>— Norrey, posłuchaj mnie. To nie jest kwestia zarzucenia na siebie peleryny i stanięcia pod wodospadem Niagara. Jakieś sześć cali stąd, za tą ścianą, znajduje się najbardziej wrogie środowisko, w jakim może znaleźć się człowiek. Technika, która umożliwia ci przebywanie w nim nie ma nawet tylu lat, co ty. Dopóki nie przekonam się, że się boisz, nie dopuszczę cię do śluzy powietrznej na odległość mniejszą niż dziesięć metrów.</p>
    <p>Unikała moich oczu.</p>
    <p>— Charlie, do cholery. Nie jestem dzieckiem ani idiotką.</p>
    <p>— No to przestań się zachowywać, jakbyś była i jednym i drugim. — Zaperzyła się gwałtownie i spojrzała na mnie. — A może jest inne jeszcze określenie dla kogoś, kto sądzi, że może przyswoić sobie nowy zestaw odruchów tylko o nim słuchając?</p>
    <p>Mogło się to przerodzić w kłótnie na pełną skalę, ale kelner wybrał akurat ten moment na przybycie z kawą. Personel Sali Klubowej lubi popisywać się swą zręcznością przed turystami; to wpływa na wysokość napiwku. Nasz kelner postanowił zbliżyć się do naszego stolika w ten sam sposób, w jaki George Reeves zwykł był przesadzać wysokie budynki, a nadmienić należy, że siedzieliśmy dobre piętnaście metrów od kuchni.</p>
    <p>— Kawa jest świeża — powiedziałem do wybałuszającej oczy Norrey. — Kelner właśnie wylądował. </p>
    <p>To jeden z najstarszych gagów na „Skyfac” i zawsze odnosi skutek. Norrey krzyknęła nieomal wylała sobie gorącą kawę na rękę — Tylko małe ciążenie dało jej czas na odzyskanie równowagi.</p>
    <p>— Charlie?</p>
    <p>— Tak?</p>
    <p>— Ile lekcji będę musiała wziąć, zanim będę gotowa? </p>
    <p>Uśmiechnąłem się i ująłem ją za rękę.</p>
    <p>— Nie tak dużo, jak myślałem.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Spotkanie z Tokugawą, nowym prezesem zarządu, było kiepską komedią. Przyjął nas osobiście w dawnym gabinecie Carringtona i zrobił na nas wrażenie wiejskiego proboszcza na papieskim tronie. W straszliwej walce o to stanowisko, która nastąpiła po śmierci Carringtona, on był jedynym wystarczająco nijakim kandydatem, żeby zadowolić wszystkich. Ku memu zachwytowi był z nim Tom McGillicudy. Nie miał już gipsu na kostce. Zapuszczał brodę.</p>
    <p>— Czołem Tom. Jak stopa?</p>
    <p>Jego uśmiech był ciepły i znajomy.</p>
    <p>— Cześć, Charlie. Cieszę się, że cię znowu widzę. Stopa już zdrowa — przy małym ciążeniu kości szybciej się zrastają.</p>
    <p>Przedstawiłem Norrey jemu i Tokugawie.</p>
    <p>Najpotężniejszy człowiek w kosmosie był niski, siwy i łatwy do rozszyfrowania. Z szacunku do tradycji nosił japońskie kimono, ale mogłem pójść o zakład, że jego angielski był lepszy od jego japońskiego. Przerwałem mu w połowie mowę na temat „Gwiezdnego tańca” i Shary, którą musiało mu chyba pisać ze czterech murzynów.</p>
    <p>— Odpowiedź brzmi „nie”.</p>
    <p>Wyglądał tak, jakby nigdy jeszcze nie słyszał tego słowa.</p>
    <p>— Ja…</p>
    <p>— Słuchaj, Toke. Czytam, stary, gazety. Ty i Skyfac Inc. i Luniindustries Inc. chcecie zostać naszymi patronami. Zapraszasz nas, żebyśmy niezwłocznie podpisali urnowe, i zaczęli tańczyć, oferując w zamian ubezpieczenie od całego tego cholernego ryzyka. I wszystko to nie ma oczywiście nic wspólnego z faktem, że w tym tygodniu wniesiony został pod obrady projekt ustawy antytrustowej wymierzonej przeciwko wam, prawda?</p>
    <p>— Panie Armstead, wyrażam jedynie swoją wdzięczność, że pan i Shara Drummond wybraliście „Skyfac”, żeby stworzyć swą wielką sztukę oraz moją gorącą nadzieje, że pan i jej siostra będziecie nadal skłonni do skorzystania z…</p>
    <p>— Wiesz cholernie dobrze, w jaki sposób Shara dostała się na „Skyfac” i siedzisz w fotelu człowieka, który ją zabił. Zabił, zmuszając do spędzenia tylu wolnych od prób godzin w małym ciążeniu lub w stanie nieważkości. Powinieneś być na tyle bystry, żeby się orientować, iż w dniu, w którym Norrey, ja albo którykolwiek członek naszego zespołu zatańczy choćby krok na terenie „Skyfac”, przyjdzie do ciebie czarny facet z rogami, ogonem i widłami i przyzna, że piekło właśnie zamarzło. O ile o mnie chodzi, to święta Bożego Narodzenia przypadają w tym roku na dzień, w którym Carrington wyszedł na spacer i zapomniał wrócić i niech mnie licho, jeżeli znowu zamieszkam pod tym dachem albo zacznę zarabiać pieniądze dla jego spadkobierców. Czy się rozumiemy? — Norrey ścisnęła mocno moją dłoń i kiedy na nią spojrzałem, uśmiechnęła się do mnie.</p>
    <p>Tokugawa westchnął i poddał się.</p>
    <p>— McGillicudy, dajcie im kontrakt.</p>
    <p>Tom wydobył sztywny, złożony pergamin i wręczył go nam z twarzą pokerzysty. Przebiegłem dokument wzrokiem i brwi powędrowały mi w górę.</p>
    <p>— Tom — powiedziałem ironicznie — czy to oryginał? </p>
    <p>Nie spojrzał nawet na swojego szefa.</p>
    <p>— Tak.</p>
    <p>— Nawet procentu podatku? O rany — spojrzałem na Tokugawe. — Darmowe wyżywienie. To na pewno dzięki mej ujmującej aparycji. — Przedarłem kontrakt na pół.</p>
    <p>— Panie Armstead — zaczął gorąco i byłem rad, że tym razem przerwała mu Norrey. Mnie zaczynało już to wchodzić w krew.</p>
    <p>— Panie Tokugawa, wydaje mi się, że będziemy mogli dojść do porozumienia, jeżeli przestanie nas pan zapewniać, iż jest patronem sztuk pięknych. Damy się namówić na przyjęcie od was pewnej pomocy konsultacyjnej i technicznej, jak również zgodzimy się, abyście zaopatrywali nas, po obowiązujących cenach, w materiały, powietrze i wodę. Zwrócimy nawet cześć wypożyczonego od pana personelu technicznego, gdy przestanie nam już być potrzebny. Oprócz ciebie, Tom — jeżeli wyrazisz zgodę — chcemy, żebyś został naszym pełnoetatowym kierownikiem administracyjnym.</p>
    <p>Nie wahał się ani sekundy, a jego uśmiech był piękny.</p>
    <p>— Przyjmuje te propozycje, panno Drummond.</p>
    <p>— Mów mi Norrey. Co więcej — zwróciła się znowu do Tokugawy — nie omieszkamy przy każdej okazji mówić każdemu kogo spotkamy, jaki pan był dla nas miły. Ale zamierzamy prowadzić swoje własne studio, a akurat może nam odpowiadać zlokalizowanie go po drugiej stronie Ziemi — będziemy wtedy niezależni. Nie będziemy fabryczną trupą „Skyfac” — będziemy niezależni. Możemy traktować „Skyfac” jak starego, bogatego wujka, który mieszka przy tej samej ulicy. Ale nie sądzimy, abyśmy potrzebowali pana dłużej niż pan będzie potrzebował nas, a więc nie będzie żadnego kontraktu. Czy się rozumiemy?</p>
    <p>Niemal zacząłem bić jej brawo. Jestem całkowicie pewien, że nigdy jeszcze nie skaperowano mu pod jego własnym nosem osobistego sekretarza. Jego dziadek mógłby w takiej sytuacji popełnić sepuku; on, w swoim podrabianym kimonie, musiał tylko kipieć z wściekłości. Ale Norrey rozegrała sprawę wspaniale — a on nas potrzebował.</p>
    <p>Być może nie rozumiecie, jak cholernie nas potrzebował. „Skyfac” był od lat pierwszym nowego rodzaju trustem wielonarodowym i z chwilą powstania, zaczął natychmiast kłuć w oczy. Przed tygodniem w USA, ZSRR, Chinach, Francji i Kanadzie powzięte zostały akcje antytrustowe. Kraje te złożyły protesty w ONZ. Uczyniony został pierwszy krok w czymś, co miało się okazać prawniczą bitwą stulecia. Jedynym, najcenniejszym atutem „Skyfac” był jego monopol na kosmos — Tokugawa był na tyle przestraszony zaistniałą sytuacją, aby starać się o każdą dobrą prasę, jaką mógł uzyskać.</p>
    <p>A przed dwoma tygodniami na rynku ukazała się taśma z „Gwiezdnym tańcem”. Pierwsza fala wstrząsowa okrążała jeszcze świat; my byliśmy najlepszą reklamą, jaką Tokugawa mógł sobie wymarzyć.</p>
    <p>— Czy będziecie współpracowali z naszymi ludźmi od reklamy? — To było jedyne pytanie, jakie zadał.</p>
    <p>— Tak długo, jak nie będzie pan próbował twierdzić, że jestem załamany śmiercią Carringtona — powiedziałem. Naprawdę muszę mu to przyznać — prawie się uśmiechnął.</p>
    <p>— A co by pan powiedział na „zasmucony”? — zasugerował ostrożnie. </p>
    <p>Zgodziliśmy się na zaszokowanego.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Zostawiliśmy Toma w naszej kabinie z czterema neseserami pełnymi papierów do posortowania i udaliśmy się na spotkanie ze Steinem.</p>
    <p>Znaleźliśmy go tam, gdzie się spodziewałem — w odosobnionym kącie magazynu metali, za biurkiem zawalonym stosami prospektów, czasopism i gazet, które w normalnej grawitacji stanowiłyby nieprawdopodobny ciężar. On i lampa biurowa garbili się nad niewiarygodnie starą maszyną do pisania. Jeden masywny wałek podawał do niej czysty papier, drugi odbierał maszynopis. Z uznaniem zauważyłem, że stos zapisanych kartek był już dwa albo trzy centymetry grubszy niż wtedy, gdy widziałem go ostatnio.</p>
    <p>— Czołem, Harry. Kończymy pierwszy rozdział? </p>
    <p>Podniósł na mnie wzrok i zamrugał powiekami.</p>
    <p>— Cześć, Charlie. Miło cię widzieć — na jego możliwości było to serdeczne powitanie. — Musisz być jej siostrą.</p>
    <p>Norrey skinęła poważnie głową.</p>
    <p>— Cześć, Harry. Miło mi cię poznać. Słyszałam, że te świece w „Wyzwoleniu” to twój pomysł. </p>
    <p>Harry wzruszył ramionami.</p>
    <p>— Była dobra.</p>
    <p>— Tak — przytaknęła Norrey. Nieświadomie, instynktownie, tak jak wcześniej Shara, przejęła od niego oszczędność w posługiwaniu się słowami.</p>
    <p>— A ja — powiedziałem — wypije za to stwierdzenie.</p>
    <p>Harry zmierzył wzrokiem termos przytroczony do mego pasa i uniósł pytająco brew.</p>
    <p>— To nie wóda — zapewniłem go odpinając termos. — Jestem na odwyku. Brazylijska kawa Blue Mountain, prosto z Japonii. Niebo w gębie. Przywiozłem dla ciebie.</p>
    <p>Harry naprawdę się uśmiechnął. Wydobył trzy kubki z pobliskiego ekspresu do kawy (który sam, osobiście, przystosował do małego ciążenia) i trzymał je, gdy ja nalewałem. W niskiej grawitacji aromat szybko się rozchodzi; był wspaniały.</p>
    <p>— Za Sharę Drummond — powiedział Harry i wypiliśmy razem.</p>
    <p>Harry był pięćdziesięcioletnim, trzymającym formę, byłym obrońcą piłki nożnej. Był tak masywny i umięśniony, że można go było znać dłuższy czas i nie podejrzewać nawet o inteligencje, czy może nawet geniusz, jeżeli nie miało się okazji obserwować go przy pracy. Rozmawiał głównie rękami. Nienawidził pisania, ale metodycznie poświęcał dwie godziny dziennie na Książkę. Kiedyś spytałem go dlaczego to robi. Ufał mi na tyle, że odpowiedział: „Ktoś przecież musi napisać książkę o budownictwie kosmicznym”. Na pewno nikt nie mógł znać się na tym lepiej. Harry dosłownie położył pierwszy spaw na „Skyfac” i od tamtego czasu praktycznie szefował całej budowie.</p>
    <p>— Jeśli szukasz roboty, Harry, to mam coś dla ciebie. </p>
    <p>Potrząsnął głową.</p>
    <p>— Dobrze mi tu.</p>
    <p>— To praca w kosmosie.</p>
    <p>Znowu, cholera, prawie się uśmiechnął.</p>
    <p>— Źle mi tu.</p>
    <p>— W porządku, opowiem ci. Według mnie będzie to rok prac projektowych, trzy albo cztery lata ciężkiego montażu, a potem coś w rodzaju konserwacji, by utrzymać wszystko na chodzie.</p>
    <p>— Co? — spytał lakonicznie.</p>
    <p>— Potrzebne mi orbitujące studio taneczne.</p>
    <p>Uniósł dłoń wielkości baseballowej rękawicy, przerywając mi. Z kieszeni na piersiach wyjął minirejestrator, przełączył mikrofon na prace w pomieszczeniu zamkniętym i ustawił go na biurku miedzy nami.</p>
    <p>— Do czego? </p>
    <p>Pięć i pół godziny później cała nasza trójka była zachrypnięta, a po następnej godzinie Harry wręczył nam zestaw szkiców. Przejrzałem je wraz z Norrey, zatwierdziliśmy kosztorys, a Harry powiedział nam, że rok. Uścisnęliśmy sobie dłonie. </p>
    <p>W dziesięć miesięcy później wstępowałem już na pokład.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Następne trzy tygodnie, podczas których wprowadzałem Raoula i Norrey w życie bez góry i dołu, spędziliśmy na „Skyfac” i wokół niego, w otwartym kosmosie. Z początku kosmos przejmował ich grozą. Norrey, podobnie jak wcześniej jej siostra, była głęboko przejęta osobistym kontaktem z nieskończonością, rozbita duchowo przeraźliwą perspektywą, jaką Wielka Otchłań wprowadza do ludzkiej skali wartości. Raoul był niewiele mniej przejęty. Przeszli przez to — byli zdolni do rozszerzenia swego osobistego, wewnętrznego wszechświata, by objąć zmysłami wszechświat zewnętrzny i wyszli z tej próby (podobnie jak Shara) z nowym i nieprzemijającym wewnętrznym spokojem.</p>
    <p>Ta duchowa konfrontacja była jednak dopiero pierwszym krokiem. Główne zwycięstwo było o wiele subtelniejsze. To coś więcej niż samo tylko samopoczucie stanowiło powód wykruszania się siedmiu z każdej dziesiątki pracujących na zewnątrz techników podczas ich pierwszej zmiany; przyczyniało się też do tego psychologiczne (czy aby na pewno psychologiczne?) zmęczenie.</p>
    <p>Do samego braku ciążenia przywykli oboje niemal od razu. Norrey przystosowywała się o wiele szybciej od Raoula — jako tancerka więcej wiedziała o swych odruchach i była bardziej skłonna do zapominania się, bardziej przyzwyczajona do stykania się z niemożliwymi do przewidzenia sytuacjami, z których zawsze wychodziła z niezmiennie dobrym humorem. Ale kiedy nadszedł czas powrotu na Ziemie oboje wykazywali już dużą wprawę w „skakaniu”, czyli poruszaniu się po zamkniętym pomieszczeniu w warunkach małego ciążenia. (Ja sam byłem mile zaskoczony tym, jak szybko powracają mi dawno nie wykorzystywane umiejętności taneczne).</p>
    <p>Prawdziwym cudem było i to, że równie szybko przystosowali się do przedłużonego przebywania poza stacją, w otwartym kosmosie. Byłem wtedy takim ignorantem, że nie potrafiłem docenić niewiarygodnego zbiegu okoliczności, dzięki któremu i Norrey i Raoul byli do tego zdolni. Dopiero następnego roku zdałem sobie sprawę na jak cienkim włosku wisiał wtedy sukces całego mojego przedsięwzięcia — całego mojego życia. Gdy w końcu dotarło to do mnie, miałem dreszcze przez wiele dni. </p>
    <p>Takie właśnie szczęście sprzyjało mi przez cały następny rok.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Ten pierwszy rok upłynął na rozkręcaniu interesu. Nieskończone miliony stresów i pomniejszych szczegółów — czy próbowaliście kiedyś zamówić obuwie taneczne na ręce? Bardzo mało potrzebnych nam artykułów można było zamówić z katalogu Johnny”ego Browna albo wyszperać z asortymentu sprzętu kosmicznego. Przez ręce moje i Norrey przepłynęły nieprawdopodobne ilości umownych dolarów i gdyby nie Tom McGillicudy całe przedsięwzięcie nie byłoby po prostu możliwe do zrealizowania. To on zajął się rejestracją zarówno Szkoły Tańca Nowoczesnego imienia Shary Drummond, jak i występującego zespołu „Stardancers, Inc.”, a następnie został dyrektorem administracyjnym szkoły, oraz agentem zespołu. Był człowiekiem bardzo inteligentnym, nieskazitelnie uczciwym i rozpoczynał prace w służbie Carringtona z oczyma — i uszami — szeroko otwartymi. Posługiwaliśmy się nim jak różdżką czarodziejską i osiągaliśmy cudowne rezultaty. Ilu uczciwych ludzi zna się na finansach i je — rozumie?</p>
    <p>Drugim nieocenionym czarodziejem był oczywiście Harry. A nadmienić należy, że pięć z tych dziesięciu miesięcy spędził na obowiązkowym urlopie na powierzchni planety, gdzie przystosowywał swój organizm znowu do ziemskich warunków i kierował pracami na orbicie przez nadzwyczaj długodystansowy telefon. W odróżnieniu od większości personelu „Skyfac”, wymienianego co czternaście miesięcy, budowniczowie naszego Studia spędzali tak dużo czasu w stanie całkowitej nieważkości, że jedna zmiana nie mogła trwać dla nich dłużej niż sześć miesięcy. Taką samą normę czasową założyłem dla nas — „Gwiezdnych Tancerzy”, a doktor Panzella wyraził na nią zgodę. Ale przez pierwszy i ostatnie cztery miesiące prace przebiegały pod bezpośrednim nadzorem Harry”ego. Zakończył je nie wykorzystując do końca przeznaczonego na budowę budżetu — podwójnie zadziwiające zważywszy na nowatorstwo wielu zastosowanych przez niego rozwiązań konstrukcyjnych. Niemal przekroczył swoją normę przebywania w stanie nieważkości; to nie jego wina, że musieliśmy mu ją nałożyć.</p>
    <p>Udało nam się tak skutecznie ograbić „Skyfac” tylko dlatego, że był on tym, czym był: gigantem, bezdusznym wielonarodowym trustem, traktującym ludzi jak wymienne elementy. Prawdopodobnie Carrington lepiej znał swoich podwładnych — ale wspólnicy, których zebrał i przekonał do zrealizowania swego marzenia wiedzieli o kosmosie jeszcze mniej niż ja jako wideooperator w Toronto. Jestem pewien, że większość z nich uważała „Skyfac” za bardzo daleko położoną zagraniczną inwestycje.</p>
    <p>Potrzebowałem wtedy całej pomocy, jaką mogłem uzyskać. Potrzebowałem całego roku — i więcej! — na przeprowadzenie gruntownych badań i przestrojenie nieużywanego od ćwierć wieku instrumentu — mojego ciała tancerza. Udało mi się, z pomocą Norrey, ale nie przyszło to łatwo.</p>
    <p>Oglądając się teraz wstecz uświadamiam sobie, że wszystkie z powyższych szczęśliwych zbiegów okoliczności były nieodzowne, by Szkoła Tańca Nowoczesnego imienia Shary Drummond stała Się faktem dokonanym. Po tylu zazębiających się cudach powinienem się chyba spodziewać serii złych kart. Ale kiedy w końcu nadeszła, nie wyglądało to aż tak źle, bowiem kiedy wreszcie otworzyliśmy nasz sklepik, tancerze zaczęli walić do nas drzwiami i oknami. Wyobrażałem sobie, że do pobudzenia apetytu na kosztowny towar potrzebna jest dobra reklama, bo chociaż pokrywaliśmy większość wydatków studentów, to i tak utrzymywaliśmy je na wystarczająco wysokim poziomie, żeby od razu wyeliminować przypadkowych łowców wrażeń.</p>
    <p>Łączny wpływ trzech taśm Shary na świadomość taneczną świata był gruntowny i rewolucyjny. Pojawiły się, gdy taniec nowoczesny trwał już niemal od dziesięciu lat w stagnacji; Był to okres, w którym każdy zdawał się tworzyć wariacje na temat czegoś, co już dawno zostało zrobione, w którym tuziny choreografów łamały sobie głowy, usiłując dokonać kolejnego nowofalowego przełomu i produkowały w większości taneczny bełkot. Te trzy taśmy Shary, wypuszczone w idealnych odstępach czasu podyktowanych przez jej intuicje, zdołały zapanować nad wyobraźnią wielkiej liczby tancerzy i miłośników tańca na całym świecie — jak również milionów ludzi, którzy nigdy przedtem nie interesowali się baletem.</p>
    <p>Tancerze zaczynali rozumieć, że brak ciążenia oznacza taniec wolny, wolny od ograniczeń życia spędzanego w okowach grawitacji. Norrey i ja nie zadbaliśmy w swojej naiwności o utrzymanie naszych planów w dostatecznej tajemnicy. Dzień po podpisaniu umowy dzierżawnej naszego studia na powierzchni Ziemi w Toronto kandydaci zaczęli przybywać pod nasze drzwi dosłownie całymi tabunami i odmawiali rozejścia się — stało się tak na długo przed tym, zanim byliśmy gotowi na ich przybycie. Nie opracowaliśmy nawet jeszcze metody rekrutacji tancerzy, którzy mieli pracować w zerowej grawitacji. Ostatecznie okazało się to bardzo proste — tancerze, którzy przebrnęli przez eliminacje, polegające na sprawdzeniu ich umiejętności w dziedzinie tańca konwencjonalnego, byli wsadzani do samolotu, wywożeni pod niebo, wyrzucani stamtąd i filmowani w drodze na dół. To nie to samo, co stan nieważkości — ale wystarczająco zbliżone, aby odsiać nie nadającą się większość.</p>
    <p>Mieszkali w szkole, karmiliśmy ich na zmiany, aż w pewnym momencie wpadłem w paniką i nieomal chciałem zadzwonić na górę do Harry”ego i przesunąć termin naszego przybycia tak, by zdążył potroić liczbę kabin mieszkalnych w Studio. Ale Norrey przekonała mnie, żebym przy selekcji był bezwzględny i z całych setek zabrał na orbitę tylko najbardziej obiecującą dziesiątkę.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Wszystko rozbija się najczęściej o niemożność przystosowania się, niemożność uwolnienia świadomości od zależności od góry i dołu (tego właśnie nie może zasymulować skok z opóźnionym otwarciem spadochronu: skoczek wie, gdzie jest jego dół). Nie pomaga wmawianie sobie, że na północ od głowy znajduje się „góra”, a na południe od stóp „dół” — z tego punktu widzenia cały wszechświat znajduje się w bezustannym ruchu. Większość mózgów po prostu odrzuca takie spostrzeżenie. Taki tancerz będzie się stale „gubił”, będzie gubił swój wyimaginowany horyzont i w końcu popadnie w stan całkowitej dezorientacji. Wynikające stąd efekty uboczne obejmują skrajne przerażenie, oszołomienie, mdłości, nieregularne tętno i skoki ciśnienia — dziadka wszystkich bólów głowy, a także bezwolne wypróżnienia.</p>
    <p>Nawet podczas pracy we wnętrzu stacji, w Akwarium Złotej Rybki, czyli składanej kuli z trampolinami, zaprojektowanej przez Raoula, tacy tancerze nie mogą nauczyć się przezwyciężania dręczącego ich rozkojarzenia zmysłów. Mając za sobą całe zawodowe życie spędzone na pokonywaniu grawitacji, każdym wykonywanym ruchem stwierdzają, że czują się zagubieni bez ich starej antagonistki, albo przynajmniej bez liniowego, prostokątowego zestawu dekoracji. Przekonaliśmy się, iż niektórzy z nich jednak potrafią się zaaklimatyzować w stanie nieważkości wewnątrz sześcianu lub prostopadłościanu, dopóki pozwala im się traktować jedną ścianę jako „sufit”, a przeciwległą jako „podłogę”.</p>
    <p>A w jednym czy w dwóch przypadkach do nowego środowiska przystosować się potrafiła wyobraźnia, natomiast nie potrafiły tego ciała, ich instrumenty. Nie zdołały się u nich wykrystalizować nowe odruchy.</p>
    <p>Oni po prostu nie byli stworzeni do życia w kosmosie. W większości opuszczali nas jako przyjaciele — ale opuścili nas wszyscy.</p>
    <p>Wszyscy oprócz jednej osoby.</p>
    <p>Linda Parsons była dziesiątą studentką. Nie wykruszyła się i jej odkrycie było tak szczęśliwym zbiegiem okoliczności, że pozwoliło przerwać złą passę.</p>
    <p>Była niższa od Norrey, prawie tak samo małomówna jak Harry (ale z innych powodów), dużo spokojniejsza od Raoula i bardziej serdeczna i szczera niż byłbym ja, gdybym miał przeżyć sto lat. W okropnym tłoku tego pierwszego semestru w stanie nieważkości, wśród napadów złości i posępnych załamań, ona jedna była osobą powszechnie lubianą — szczerze wątpię, czy potrafilibyśmy przebrnąć przez to wszystko, gdyby nie ona.</p>
    <p>Niektóre kobiety potrafią przeobrazić pokój w emocjonalny wir, po prostu wchodząc do niego i ta zdolność nazywana jest „prowokacyjnym stylem bycia”. O ile wiem, nasz jeżyk nie dysponuje słowem pozwalającym na określenie przeciwieństwa prowokacyjności, ale Linda była właśnie taka. Miała talent do sprawiania, że ludzie czuli się dobrze w swoim towarzystwie, miała dryg do łagodzenia z pozoru nie dających się pogodzić antagonizmów, sposób na rozjaśnianie pomieszczenia, w którym się znalazła.</p>
    <p>Wychowała się w komunie na Farmie w Nowej Szkocji i to prawdopodobnie przyczyniło się do jej empatii, odpowiedzialności i intuicyjnego zrozumienia dynamiki energii grupy. Sądzę jednak, że jej główna cecha, dominująca nad innymi była wrodzona — ona autentycznie kochała ludzi. Czegoś takiego nie można się było nauczyć. To po prostu było aż nazbyt wyraźnie zakodowane w jej genach.</p>
    <p>Nie chce przez to powiedzieć, że była drugą Polyanną, mdląco pogodną i słodką jak ulepek. Wymagała, aby w jej obecności utrzymywany był wysoki poziom szczerości i nie pozwoliłaby nikomu na luksus skrywanej urazy, którą nazywała „zagięciem na kogoś parolu”. Jeśli przyłapała kogoś z takim psychicznym bagażem brudów, wyciągała to zaraz na światło dzienne i zmuszała go do oczyszczenia się.</p>
    <p>Takie cechy są typowe dla dziecka wychowanego w komunie i zwykle sprawiają, że jest ono serdecznie nieznoszone w tak zwanym kulturalnym towarzystwie — bazującym, jak to zwykle bywa, na nieodpowiedzialności, fałszu i egoizmie. Jednak coś w Lindzie sprawiało, że jej wychodziły one na korzyść. Mogła ci powiedzieć w oczy, że jesteś frajer, nie budząc w tobie gniewu, potrafiła zarzucić ci publicznie, że kłamiesz, nie nazywając cię kłamcą. Najwyraźniej wiedziała jak nienawidzić grzechu i wybaczyć grzesznikowi; a ja to w niej podziwiałem, ponieważ jest to zaleta, której sam nigdy nie posiadałem. </p>
    <p>Tak przynajmniej oceniała ją Norrey i ja. Tom miał o niej inną opinie.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>— Spójrz, Charlie, tam jest Tom.</p>
    <p>— Faktycznie. Tom! Hej, Tom!</p>
    <p>— O rany — powiedziała Norrey — coś jest nie tak. </p>
    <p>Tom kipiał z wściekłości.</p>
    <p>— Do diabła, kto mu zalazł za skórę? Hej, gdzie są Linda i Raoul. Może to jakaś rozróba?</p>
    <p>— Nie, oni przeszli przed nami. Musieli już złapać taksówkę i odjechać do hotelu… </p>
    <p>Tom, ciskając wzrokiem błyskawice, był już przy nas.</p>
    <p>— A więc to jest ten wasz brylant bez skazy? Jezu! Pieprzone dobre serduszko, skręcę jej ten chudy kark. A żeby ją…</p>
    <p>— Hej! O kogo ci chodzi?</p>
    <p>— O Chryste, później… już tu idą. Teraz uważajcie — powiedział szybko Tom przez zaciśnięte zęby, uśmiechając się przy tym, jakby przed chwilą załatwiono mu apartament w raju — dajcie tym krwiopijcom, co macie najlepszego, to znaczy jak najmilszy wyraz twarzy, a. może zdołam jakoś was wyciągnąć z tej śmierdzącej sytuacji — i ruszył szybkim krokiem w kierunku tłumu uśmiechając się i otwierając serdecznie ramiona. Gdy odchodził dosłyszałem jak nie poruszając ustami mamrocze pod nosem coś, co zaczynało się od „Panna Parsons” i co zawierało wystarczająco dużo głosek syczących, żeby przestraszyć łowcę węży.</p>
    <p>Wymieniliśmy z Norrey spojrzenia</p>
    <p>— Prawo Pohla — powiedziała i pokiwała głową. (Raoul powiedział nam kiedyś, że prawo Pohla głosi, iż nie istnieje nic na tyle dobrego, by ktoś, gdzieś tego nienawidził i vice versa). I w tym momencie otoczył nas tłum.</p>
    <p>— … tutaj proszę pana kiedy ukaże się wasza następna taśma tutaj proszę opowiedzieć naszym widzom co to znaczy naprawdę wierzyć że ta nowa forma sztuki jest ważnym paszportem czy zapatrujecie się na to w ten sposób panno Drummona czy to prawda że nie była pani zdolna do uśmiechu do kamerzysty za „Gwiezdny taniec” czy nie zamierza pani na to spojrzeć w ten sposób proszę kontynuować czy czytelnicy będą po prostu nie ale czy nie myśli pani panno Drummond że jest pani tak dobra jak siostra w dochodach w ich własnym kraju są bez honoru żeby witać was na Ziemi tutaj proszę — mówił tłum wśród trzasków, pstryków, furkotu i wycia maszynerii oraz wśród oślepiających rozbłysków czegoś, co wyglądało na widzianą z bliska eksplozje w jądrze galaktyki. A ja uśmiechałem się, kiwałem głową, mówiłem grzecznie dowcipne rzeczy i odpowiadałem z humorem na najobraźliwsze pytania i zanim znaleźliśmy się w taksówce kipiałem ze złości jak czajnik. Raoul i Linda rzeczywiście pojechali już przodem. Tom znalazł nasze bagaże i odjechaliśmy z wielką szybkością.</p>
    <p>— Rany boskie, Tom — powiedziałem, gdy taksówka ruszyła — na przyszłość zwołaj konferencje prasową na następny dzień, dobrze?</p>
    <p>— A niech to szlag trafi — wybuchnął — mogę zrezygnować kiedy tylko sobie zażyczysz.</p>
    <p>Siła jego głosu przestraszyła nawet taksówkarza. Norrey chwyciła Toma za rękę i zmusiła do spojrzenia na siebie.</p>
    <p>— Słuchaj — powiedziała łagodnie — jesteśmy twoimi przyjaciółmi i nie chcemy, żebyś na nas krzyczał. Okay?</p>
    <p>Wziął jeszcze jeden głęboki oddech, wstrzymał na chwile powietrze, wypuścił je w jednym potężnym westchnieniu i skinął głową.</p>
    <p>— Okay.</p>
    <p>— No więc dowiedz się, że orientuje się, iż reporterzy mogą być trudni we współpracy. Rozumiem to, Tom. Ale teraz jestem zmęczona i głodna, nogi bolą mnie jak diabli, a moje ciało jest przekonane, że waży trzysta trzydzieści kilogramów. Może więc następnym razem trochę im zełgamy?</p>
    <p>Nie odpowiedział od razu, a kiedy się odezwał, jego głos był już spokojny.</p>
    <p>— Norrey, ja naprawdę nie jestem idiotą. Konferencje prasową na jutro zwołałem i zaapelowałem do wszystkich, zęby okazali trochę serca i dali wam dzisiaj spokój. Ci tam skubańcy byli tymi, którzy mnie zignorowali, sukin…</p>
    <p>— Chwileczkę — przerwałem mu. — To po co, u diabła, daliśmy im to przedstawienie?</p>
    <p>— Czy uważasz, że tego chciałem? — warknął Tom. — Co ja mam powiedzieć jutro tym, którzy zastosowali się do mej prośby? Ale nie miałem wyboru, Charlie. Ta zwariowana dziwka nie pozostawiła mi żadnego wyboru. Musiałem coś dać tym draniom, bo puściliby to, co już mieli.</p>
    <p>— Tom, o czym ty, u licha, mówisz?</p>
    <p>— O Lindzie Parsons, o tym waszym cudownym odkryciu.</p>
    <p>— Wy dwoje, hmmm, nie przypadliście sobie do gustu — zasugerowałem. </p>
    <p>Tom parsknął.</p>
    <p>— Najpierw nazywa mnie ściubidupą. To praktycznie pierwsze słowo jakie usłyszałem z jej ust. Potem mówi, że jestem ignorantem i że nie traktuje jej należycie. Ją traktować należycie! Z kolei beszta mnie za to, że sprowadziłem reporterów i… Charlie, przyznam, że powinienem wywalić tych gryzipiórków na zbity pysk, ale nie muszę wysłuchiwać wymysłów jakiegoś żółtodzioba. No więc zaczynam wyjaśniać jej sprawę reporterów, a wtedy ona mówi, że jestem asekurant. Chryste na niebiosach, jeżeli istnieje coś czego nienawidzę, to jest zachowanie kogoś, kto wyładowuje na mnie swoją agresje, a potem uśmiecha się, patrzy mi prosto w oczy, usiłuje pogładzić mnie po pieprzonym karku i mówi mi, że jestem asekurant!</p>
    <p>Oceniłem, że wyładował się już dostatecznie i traciłem powoli rachubę tych cierni wrażonych w jego ambicje.</p>
    <p>— A więc ja i Norrey odstawiliśmy przed dziennikarzami wielkich przyjemniaków, bo sfilmowali was dwoje handryczących się publicznie?</p>
    <p>— Nie!</p>
    <p>W końcu wyciągnęliśmy z niego całą historie. To była znowu ta stara magia Lindy w zastosowaniu praktycznym i nie potrafiłbym przytoczyć bardziej typowego przykładu. Przez setki tłoczących się w terminalu portu kosmicznego ludzi, w jakiś sposób utorowała sobie drogę nieznajoma, siedemnastoletnia dziewczyna i padając Lindzie w ramiona wyszlochała, że przyćpała, a teraz traci nad sobą kontrole i błaga Linde, żeby ta coś na to poradziła. Zdarzyło się to w momencie, w którym tłum reporterów rozpoznał w Lindzie Gwiezdną Tancerkę i ruszył w jej kierunku. Nie sądzę, nawet wziąwszy pod uwagę to, że ważyła sześć razy więcej niż normalnie, że została podziurawiona jak sito przez kontrole medyczną, znieważona przez urząd imigracyjny i doprowadziła Toma do białej gorączki, bo straciła swoją zwykłą powściągliwość; sądzę, że świadomie z niej zrezygnowała. W każdym bądź razie wyrąbała w tej bandzie wampirów najwyraźniej wielką dziurę, wyciągnęła przez nią te biedną dziewczynę i złapała jej taksówkę. Gdy do niej wsiadały, jakiś pajac wsadził dziewczynie w twarz kamerę i Linda go znokautowała.</p>
    <p>— Do diabia, Tom, sam bym to zrobił — powiedziałem dowiedziawszy się wszystkiego.</p>
    <p>— Rany boskie, Charlie! — zaczął. — Potem z nadludzkim wysiłkiem zapanował nad swym głosem. — Zastanów się. Posłuchaj. My się tu nie bawimy w klasy. Przez moje ręce przepływają megadolce, Charlie, megadolce! Nie jesteś już nędzarzem, nie przysługują ci przywileje nędzarza. Czy ty…</p>
    <p>— Tom — odezwa się zaszokowana Norrey.</p>
    <p>— … masz w ogóle pojecie jak zmienna stała się opinia publiczna w ciągu ostatnich dwudziestu lat? Może muszę ci uświadomić, jak bardzo interesuje ją ta orbitująca kupa złomu, którą właśnie opuściliście? A może zamierzasz mnie przekonać, że taśmy w twojej walizce są równie dobre jak „Gwiezdny taniec” i masz tam coś tak wystrzałowego, że możesz sobie bić reporterów i ujdzie ci to na sucho?</p>
    <p>Trafił w sedno. Wszystkie plany choreograficzne, jakie zamierzaliśmy realizować na orbicie opierały się na założeniu, że będziemy dysponowali grupą złożoną z ośmiu do dwunastu tancerzy. Sądziliśmy, że jesteśmy pesymistami. Musieliśmy wyrzucić wszystko do kosza i zaczynać od początku. Taśmy, które w wyniku tego nakręciliśmy zawierały w większości występy solowe, a na tym etapie był to nasz najsłabszy punkt. I chociaż spodziewałem się, że sporo mogę nadrobić montażem, to…</p>
    <p>— Wszystko w porządku, Tom. Te gnojki dostaną coś, co ich wydawcom będzie odpowiadało bardziej od pięciostopowej pannicy robiącej goryla z goryla — oni również liczą się z opinią publiczną.</p>
    <p>— A co ja jutro powiem Westbrookowi? A Moriemu i Barbarze Frum, a UPI, a AP, a …</p>
    <p>— Tom — przerwała mu łagodnie Norrey — wszystko będzie w porządku.</p>
    <p>— W porządku? Jak to w porządku? Wytłumacz mi, jak wszystko może być w porządku? </p>
    <p>Ja wiedziałem do czego Norrey zmierza.</p>
    <p>— O, do diabła, jasne. Oczywiście nawet o tym nie pomyślałem, słoneczko. Przez te zgraje szakali wyleciało mi to po prostu z głowy. To im dobrze zrobi — zacząłem chichotać. — To im dobrze zrobi.</p>
    <p>— Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, kochanie.</p>
    <p>— Co? Och nie… nie, nie mam nic przeciwko — uśmiechnąłem się. — Zanosiło się na to od dosyć dawna. Zróbmy z rym porządek.</p>
    <p>— Może ktoś mnie, z łaski swojej, poinformuje, o co tu, u diabła…</p>
    <p>— Tom — powiedziałem wylewnie — o nic się nie martw. Powiem twoim pozostawionym na lodzie przyjaciołom to samo, co powiedziałem w wieku lat trzynastu memu ojcu, gdy ten przydybał mnie w piwnicy z córką listonosza.</p>
    <p>— To znaczy co? — przerwał mi z zalążkiem mimowolnego uśmiechu, jeszcze niezupełnie wiedząc czemu chce się uśmiechnąć.</p>
    <p>Objąłem Norrey ramieniem.</p>
    <p>— Wszystko będzie okay, tatusiu. Jutro się pobierzemy.</p>
    <p>Przez kilka sekund gapił się na nas tępo, uśmiech zbladł, a potem powrócił w pełnej krasie.</p>
    <p>— To przerażające, to… wiecie, wydaje mi się, że to chwyci, wydaje mi się, że się uda — miał na tyle przyzwoitości, że się zarumienił. — To znaczy, do diabła z reporterami. Ja tylko… ja chciałem powiedzieć… Moje gratulacje!</p>
    <p>— Zawsze — powiedziała ponuro Norrey — możesz na nas liczyć w takich sprawach.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Tak jak o to prosiłem, recepcja zatelefonowała do mnie, gdy tylko Linda wpisała się do rejestru gości hotelowych. Odchrząknąłem, zawiesiłem słuchawkę w powietrzu, zwlokłem się z łóżka i wlazłem w hotelowy kosz na śmieci, wpadłem na nocny stolik, niszcząc go wraz ze stojącą na nim lampką i skończyłem rozciągnięty jak długi na podłodze z policzkiem głęboko wtulonym w puszysty dywan, a nosem o parę centymetrów od jarzącego się cyferblatu zegara, który twierdził, że jest 4:42 rano.</p>
    <p>Nieprawdopodobne, Norrey wciąż spała. Wstałem, ubrałem się po ciemku i wyszedłem, uprzątniecie rumowiska pozostawiając na rano. Na szczęście najbardziej ucierpiała zdrowa noga — mogłem chodzić, aczkolwiek z rodzajem podwójnego utykania.</p>
    <p>— Linda? To ja; Charlie. </p>
    <p>Otworzyła od razu.</p>
    <p>— Charlie, przepraszam…</p>
    <p>— Przestań. Dobrze postąpiłaś. Co z tą dziewczyną? — Wszedłem do środka. </p>
    <p>Zamknęła za mną drzwi i skrzywiła się.</p>
    <p>— Nic takiego. Jest teraz wśród swoich. Myślę, że wydobrzeje.</p>
    <p>— To dobrze. Do dziś pamiętam jak wpadł na mnie jakiś ćpun. </p>
    <p>Skinęła głową.</p>
    <p>— Wiesz, że jej przejdzie za osiem godzin, ale co z tego, to się powtórzy.</p>
    <p>— Tak. Słuchaj, co do Toma… </p>
    <p>Znowu się skrzywiła.</p>
    <p>— O rany, Charlie, co za bzik.</p>
    <p>— Wy dwoje, hmm tego… pokłóciliście się?</p>
    <p>— Próbowałam mu tylko powiedzieć, że jest za sztywny, a on zaczął się zachowywać tak, jakby nie rozumiał o czym mówię. No to mu powiedziałam, że nie jest takim głupcem, jakiego udaje i poprosiłam, żeby mnie traktował jak przyjaciółkę, a nie jak jakąś obcą — z tego, co mi o nim opowiadałeś, wydawało mi się, że postępuje dobrze. Odpowiada mi na to „Okay”, więc proszę go jak przyjaciela, żeby postarał się przytrzymać tych reporterów z dala od nas na dzień czy coś koło tego, a on do mnie z buzią. Zachowywał się tak asekurancko, Charlie.</p>
    <p>— Posłuchaj, Lindo — zacząłem — to ten pieprznik tak…</p>
    <p>— Charlie, naprawdę starałam się go uspokoić, starałam się mu okazać, że nie mam do niego pretensji. Ja… gładziłam go po karku i ramionach, żeby go rozluźnić, a on mnie odepchnął. Dosłownie odepchnął mnie, Charlie. Ty i Norrey mówiliście, że to taki miły facet, a tu co?</p>
    <p>— Przykro mi Lindo, że ci się nie spodobał. Tom to miły gość. To tylko…</p>
    <p>— Sądzę, że chciał po prostu, żebym zostawiła Sandrę, żebym pozwoliła zabrać ją Służbie Porządkowej i…</p>
    <p>Zrezygnowałem.</p>
    <p>— Zobaczymy się ra…. po południu, Lindo. Prześpij się trochę. O drugiej, w Sali ileś tam, odbędzie się konferencja prasowa.</p>
    <p>— Jasne. Przepraszam, musi być już późno, co?</p>
    <p>Gdy wchodziłem do pokoju, Norrey wciąż jeszcze spała jak zabita, ale gdy wsunąłem się pod kołdrę i przytuliłem do jej pleców parsknęła jak koń i wymamrotała:</p>
    <p>— Wszystko w porządku?</p>
    <p>— W porządku — wyszeptałem — ale wydaje mi się, że przez jakiś czas będziemy musieli trzymać tych dwoje w separacji.</p>
    <p>Odwróciła się do mnie, otworzyła jedno oko i odszukała mnie nim.</p>
    <p>— Kochanie — wymamrotała uśmiechając się jedną stroną twarzy — jeszcze będą z ciebie ludzie.</p>
    <p>A potem odwróciła się plecami i znowu pogrążyła we śnie, pozostawiając mnie zadowolonego z siebie, głupio zarozumiałego i zastanawiającego się, o czym ona, u diabła, mówiła.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 3</p>
    </title>
    <p>Te taśmy z pierwszego semestru sprzedawały się jednak jak ciepłe bułeczki, a krytycy byli w większości bardziej niż przychylni. W tym czasie wznowiliśmy też „Masa to tylko słowo” ze ścieżką dźwiękową Raoula i zakończyliśmy nasz pierwszy rok budżetowy na dobrym plusie.</p>
    <p>Przez następny rok nasze Studio nabierało kształtu.</p>
    <p>Ulokowaliśmy się na bardzo wydłużonej orbicie. Przechodząc przez perigeum, Studio zbliżało się do Ziemi na odległość 32000 kilometrów, a w apogeum oddalaliśmy się od niej na około 80 000 kilometrów. Wybierając taką orbitę unikaliśmy zasłaniania połowy nieba na każdej taśmie przez Ziemie; w apogeum Ziemia widziana z pokładu Studia była mniej więcej wielkości pięści i większość czasu spędzaliśmy daleko od niej.</p>
    <p>Jak wyglądał sam kompleks Studia.</p>
    <p>Największą pojedynczą strukturą było oczywiście Akwarium — ogromna kula do pracy we wnętrzu bez skafandrów próżniowych. Po prawidłowym oświetleniu była ona niemal zupełnie przezroczysta, ale jeżeli nie chcieliśmy mieć w tle całego wszechświata, mogliśmy ją obłożyć płytami z nieprzezroczystej folii. W różnych miejscach znajdowało się w niej sześć małych i bardzo dobrych gniazd kamerowych i istniała możliwość zainstalowania plastykowych płyt, które przeobrażały ją we wpisany w kule sześcian. Jednak korzystaliśmy z nich zaledwie kilka razy i prawdopodobnie więcej tego nie uczynimy.</p>
    <p>Następny pod względem wielkości był Lamus Ciotki Grawitacji, długi, „stacjonarny” słup, usiany podporami i rolkami do naciągania lin, ale zawsze pokryty przywiązaną doń dla bezpieczeństwa rupieciarnią. Części dekoracji, moduły kamerowe i części zamienne, akcesoria oświetleniowe, konsole sterownicze i systemy pomocnicze, kanistry i bańki, pudła, tobołki, pętle, zwoje i poupychane bezładnie pakunki ze wszystkim, co według kogoś z nas mogło się przydać do tańca w stanie nieważkości i filmowania go, wszystko to było przyczepione do Lamusa Ciotki Grawitacji niczym międzyplanetarne pijawki.</p>
    <p>Musieliśmy urządzić to w taki właśnie sposób, bo częste wchodzenie do pomieszczeń mieszkalnych i wychodzenie z nich wcale nie jest wygodne.</p>
    <p>Wyobraźcie sobie teraz młot kowalski. Dużyr stary młot z wielką, baryłkowatą głową. Wyobraźcie sobie dużo mniejszą głowę przytwierdzoną na drugim końcu trzonka. To mój dom. Kiedy przebywam w kosmosie, tam właśnie mieszkam ze swą żoną — w trzech pokojach z kuchnią i łazienką. Spróbujcie zrównoważyć ten kowalski młot w poziomie na jednym palcu. Będziecie musieli podłożyć ten palec tuż przy drugim końcu, w pobliżu dużo masywniejszej głowy młota. Jest to punkt, wokół którego krąży mój dom i jego przeciwwaga. Czynią to po idealnie koncentrycznych kołach, aby zapewnić mi w domu efekt wypadkowy w postaci ciążenia równego jednej szóstej ciążenia ziemskiego. W przeciwwadze mieści się instalacja podtrzymania życia, magazyn żywności, stacja energetyczna, telemetryczna aparatura medyczna, pokładowy komputer, centralka telefoniczna oraz parę cholernie dużych żyroskopów.</p>
    <p>Ponieważ tylko Tokugawa może pozwalać sobie, kiedy przyjdzie mu na to ochota, na wydatkowanie energii potrzebnej do poruszenia i zatrzymania wirujących w kosmosie mas, istnieją tylko dwa sposoby wychodzenia z domu. Oś obrotu wymierzona jest w Lamus Ciotki Grawitacji i w Ratusz, (o którym za chwile) trzeba tylko wyjść przez „dolną” śluzę powietrzną i puścić się w odpowiednim momencie. Jeśli nie jesteś starym wygą kosmicznym albo jeśli twoim celem jest miejsce leżące gdzieś na stycznej do osi obrotu, wychodzisz śluzą „górną”, wspinasz się po wyposażonym w uchwyty trzonku młota do punktu całkowite) nieważkości, odbijasz, a potem, korzystając z silniczków rakietowych swojego skafandra, kierujesz się tam, gdzie chcesz dotrzeć. Do domu wchodzi się zawsze „drzwiami frontowymi”, czyli śluzą „górną”.</p>
    <p>Cierpieliśmy te wszystkie niewygody oczywiście dlatego, by zapewnić sobie jedną szóstą g w pomieszczeniach mieszkalnych. Gdybyście dostatecznie długo przebywali w kosmosie, stwierdzilibyście, że stan nieważkości jest o wiele wygodniejszy. Wtedy każda grawitacja wydaje się być arbitralnym ograniczeniem ruchu — czulibyście się w niej jak pisarz, od którego żądają tylko szczęśliwych zakończeń, albo muzyk, ograniczony do jednego rytmu.”</p>
    <p>Jednak spędzaliśmy w domu tyle czasu, ile zdołaliśmy. Każde ciążenie spowalnia oczywiście dążenie waszego ciała do nieodwracalnego przystosowania się do zerowej grawitacji, a jedna szósta g stanowi rozsądny kompromis. Ponieważ jest to norma lokalna zarówno dla powierzchni Księżyca, jak i pokładu „Skyfac” parametry fizjologiczne są powszechnie znane. Im więcej czasu spędzaliśmy w domu, tym dłużej mogliśmy pozostawać w kosmosie — a nasz harmonogram zajęć był bardzo napięty. Żadne z nas nie chciało pozostać w kosmosie na zawsze. Tak nam się wtedy wydawało.</p>
    <p>Jeżeli jednak, mimo wszystko, wyniki badań wykazywały, że organizm jednego z nas przystosowuje się zbyt gwałtownie, można to było w pewnym stopniu skompensować. Delikwent wychodził drzwiami kuchennymi, (śluzą „dolną”), wspinał się na zwisający z dźwigu drążek do ćwiczeń i przypinał do niego paskami. Przypominało to trochę, jedną z zabawek dla niemowlaków lub zmodyfikowaną wersje ławki bosmańskiej. Zwalniało się hamulec i drążek zaczynał „opadać” wzdłuż trzonka młota, bardzo prosto, gdyż nie było tam tarcia atmosferycznego, które odchyliłoby w bok kierunek jego ruchu. Pasażer „drążka” oddalał się coraz bardziej od mniejszej głowy młota, wydłużając w ten sposób długość trzonka, a tym samym zwiększając działającą nań siłę grawitacyjną. Gdy znalazł się już dostatecznie „nisko”, powiedzmy pod działaniem 1/2 (około 400 metrów liny), włączał hamulec i ćwiczył na tak zaprojektowanym drążku, by umożliwiał prace nad całym ciałem. Jeżeli sobie życzył, mógł również użyć wbudowanych w drążek pedałów do podciągnięcia się w górę liny. Przewidziano także tak zwany „hamulec postojowy”, dzięki któremu ćwiczący, jeżeli brakło mu już sił i tracił rytm, mógł zjechać lotem ślizgowym w dół do samego końca nie skręcając sobie przy tym karku.</p>
    <p>Wielką pokusę stanowił Ratusz — kula nieco mniejsza od Akwarium Złotej Rybki. Był to w zasadzie nasz wspólny liying room, miejsce, w którym mogliśmy spotykać się, przebywać razem i gawędzić, grać w karty, uczyć się piosenek, spierać się o choreografię, kłócić się o choreografię (to dwie różne rzeczy), grać w piłkę ręczną albo po prostu rozkoszować się luksusem nieważkości bez skafandrów próżniowych lub czegoś ważnego do zrobienia.</p>
    <p>Różne były więc pokusy do stałego przebywania w Ratuszu — a czekało na nas tak wiele standardowych, codziennych zadań, że trzeba było ostro je hamować. Dwa razy dziennie do komputera medycznego doktora Panzelli na pokładzie „Skyfac” przesyłane były wyniki wyczerpujących testów fizjologicznych każdego z nas — wodę, powietrze i żywność mogłem sprowadzać skądinąd, gdyby ni z tego, ni z owego „Skyfac” przestał nas hołubić, ale mózg Panzelli był mi potrzebny. Panzella był dla medycyny kosmicznej tym, kim dla budownictwa kosmicznego był Harry Stein. Trzymał nas w ryzach, beształ przez radio, gdy uchylaliśmy się od pracy nad sobą i polecał sesje ćwiczeń na drążku jak surowy kapłan, który zadaje pokutę.</p>
    <p>Początkowo dla optymalnej populacji, liczącej piętnaście osób zamierzaliśmy zbudować pięć kowalskich młotów. Tego pierwszego roku popędzaliśmy nawet Harry’ego. Kiedy pierwsza grupa studentów wysiadła z wahadłowca, było cudem, że do zasiedlenia nadają się aż trzy jednostki. Musieliśmy, z podziękowaniami i premią za dobrą robotę, odprawić ludzi Harry’ego wcześniej. Potrzebowaliśmy kwater, które zajmowali. Dziesięciu studentów, Norrey, Raoul, Harry i ja — razem czternaście osób. Trzy jednostki — razem dziewięć pokoi. Było wiele romansów… a Norrey i ja wyszliśmy z tego jako małżeństwo — ceremonia zaślubin była tylko formalnością.</p>
    <p>Do chwili rozpoczęcia drugiego sezonu zakończyliśmy budowę jeszcze jednego trzypokojowego domu, a przywieźliśmy ze sobą tylko siedmioro studentów. Każdy miał więc drzwi, które mógł za sobą zamknąć. Wszyscy oni, cała siódemka, odpadli. Piąty młot nigdy nie został zbudowany.</p>
    <p>To była ta seria złych kart, o której wcześniej wspominałem, ciągnąca się i przez nasz drugi sezon.</p>
    <p>Pomyślcie tylko — byłem jeszcze młody i zaczynałem właśnie stawać się kimś w tańcu nowoczesnym, gdy pocisk włamywacza roztrzaskał mi staw biodrowy. To było dawno, ale pamiętam siebie jako cholernie dobrego. Nigdy nie będę już tak dobry, nawet mogąc znów korzystać z mej chorej nogi. Kilka osób, które odrzuciliśmy było lepszymi tancerzami, niż kiedykolwiek byłem ja — w ziemskich warunkach. Wierzyłem, że naprawdę dobry tancerz ma wrodzone predyspozycje do nauki myślenia sferycznego.</p>
    <p>Mierne wyniki pierwszego sezonu uzmysłowiły mi mój błąd i dla sezonu drugiego zastosowaliśmy inne kryteria. Staraliśmy się szukać umysłów niekonwencjonalnych, umysłów nie skutych z góry wyrobionymi sądami i logiką. Raoul określił ich „typami autorów SF”. Rezultaty były okropne. Po pierwsze okazało się, że ci ludzie, którzy intelektualnie mogą zakwestionować nawet swoje istnienie, fizycznie nie potrafią wyzbyć się podstawowych nawyków. Chcieliśmy stworzyć choreograficzną komunę, a wyszła nam komuna klasyczna, w której nikt nie chciał zmywać garów. Jeden z chłopaków miał zadatki na wspaniałego artystę solowego — gdy wyjeżdżał, zarekomendowałem go ludziom z Betamaxu — ale my nie mogliśmy z nim pracować.</p>
    <p>A dwoje z tych cholernych idiotów straciło życie przez bezmyślność.</p>
    <p>Wszyscy oni byli dobrze przeszkoleni w zasadach zachowywania się w stanie nieważkości, bez końca szpikowani podstawowymi regułami utrzymania się przy życiu w kosmosie. Dopóki nie wykazali swojej kompetencji, stosowaliśmy system podwójnej asekuracji dla każdego studenta wychodzącego w otwarty kosmos i podjęliśmy wszystkie środki ostrożności, jakie tylko przychodziły mi do głowy. Ale Indze Sjoberg nie chciało się spędzać całej godziny na sprawdzaniu i konserwacji swego skafandra próżniowego. Udało jej się przeoczyć wszystkich sześć klasycznych objawów rodzącego się uszkodzenia systemów chłodzących i ugotowała się podczas wschodu słońca. Nikt też nie mógł nakłonić Aleksieja Nikolskiego do obcięcia ogromnej grzywy rudych włosów. Pomimo wszystkich rad obstawał przy wiązaniu ich z tyłu głowy w rodzaj końskiego ogona podwójnej grubości. „Zawsze tak robił”. Trwałość tej fryzury zależała od jednej wstążeczki. I jak można się było spodziewać, wstążeczka zerwała się w środku zajęć, a on zupełnie naturalnie wciągał powietrze w płuca. Znajdowaliśmy się parę minut drogi od hermetyzowanego pomieszczenia; zapewnie i tak utonął we własnych włosach, ale gdy holowaliśmy go z Harrym do ratusza rozpiął skafander, żeby po swojemu uporać się z problemem. </p>
    <p>W obydwu przypadkach zmuszeni byliśmy do przechowywania ciał przez makabrycznie długi czas w Lamusie, podczas gdy krewni zastanawiali się, czy przesłać im zwłoki do najbliższego portu kosmicznego, czy brnąć w komplikacje związane z urządzeniem pogrzebu w kosmosie. To zepsuło cały sezon.</p>
    <p>Jako ostatni wyjechali Yeng i DuBois. Odprowadziłem ich do śluzy osobiście. Wracałem do Ratusza w nastroju najgłębszej depresji, jakiej zaznałem od… od chwili śmierci Shary. Zbiegiem okoliczności bolała mnie noga; chciałem na kogoś warknąć; cały semestr ciężkiej pracy i żadnych efektów. Ale kiedy wszedłem przez śluzę powietrzną, zobaczyłem Norrey, Harry’ego i Linde obserwujących Raoula odprawiającego czary.</p>
    <p>Nie był świadom ich obecności ani niczego, co się wokół działo i Norrey, nie spoglądając na mnie, uniosła rękę w ostrzegawczym geście. Utrzymałem mój temperament na wodzy i oparłem się o ścianę przy wyjściu ze śluzy.</p>
    <p>Raoul odprawiał czary zwykłymi przedmiotami codziennego użytku. Jego najbardziej ezoterycznym narzędziem był przyrząd, który nazywał swoją „hiperdermiczną igłą”. Wyglądała ona jak lekarska strzykawka dotknięta słoniowacizną; szczególnie wielkie były komora i tłok, ale sama igła była normalnej wielkości. W jego rękach urządzenie to przeistaczało się w magiczną różdżkę.</p>
    <p>Do chudej talii Raoula była przytroczona reszta przyrządów: pięć pojemniczków do picia, każdy z inaczej zabarwioną cieczą. Od razu rozpoznałem źródło podświadomego niepokoju i odprężyłem się: brakowało mi wibracji systemu klimatyzacyjnego, brakowało mi ruchu powietrza. Bliźniacze, promieniowe wysięgniki utrzymywały Raoula na środku kuli. Tkwił tam w lekkim, charakterystycznym dla stanu nieważkości przysiadzie. Widocznie było mu potrzebne nieruchome powietrze, chociaż wiadomo było, że ograniczy mu to czas pracy. Wkrótce wydychany przezeń CO<sub>2</sub> utworzy wokół jego głowy kulistą otoczkę; gdy będzie się powoli obracał na swoich wysięgnikach, otoczka stanie się toroidalną komorą zawierającą CO<sub>2 </sub>do tego czasu musi skończyć, albo przesunąć się w inne miejsce.</p>
    <p>Przebił swoją strzykawką jeden z pojemniczków, wyciągnął z niego odmierzoną ilość cieczy. Była koloru soku jabłkowego z domieszką wody. Z namaszczeniem opróżnił strzykawkę. Jego cienkie, kościste palce pracowały z wielką ostrożnością. Na końcu igły utworzyła się złota piłka i wisiała tam, idealnie kulista. Cofnął delikatnie strzykawkę i piłka zaiskrzyła się doskonale symetrycznymi, bardzo powoli zanikającymi falami. </p>
    <p>Napełnił strzykawkę powietrzem, wbił ją w serce piłki i wcisnął Bok. Bańka wypełniła się odmierzoną ilością powietrza, rozszerzyła w niemal przeźroczysty, złoty pęcherz, po którym, w leniwych zawirowaniach, goniły się opalizujące wzory. Miała teraz około metra średnicy. Raoul znowu cofnął strzykawkę.</p>
    <p>Napełniając ją z kolejnych pojemników, zawierających ciecz koloru soku winogronowego, pomidorowego i zieloną galaretę, zapełnił wnętrze złotego pęcherza kulistymi kroplami purpury, czerwieni i zieleni, napompowując je następnie w pęcherze. Błyszczały, skrzyły się i potrącały, wykazując przy tym tendencje do pochłaniania jeden drugiego. Teraz złoty pęcherz pełen był choinkowych bombek rozmaitej wielkości, od winogrona do grejpfruta, migoczących i zapożyczających od siebie barwy. Gradienty napięć powierzchniowych kazały im wirować i miotać się jedna wokół drugiej jak dokazujące kociaki. Niektóre pęcherze były z czystej wody i te mieniły śie wszystkimi barwami tęczy, których oczy nie były w stanie wyodrębnić czy nadążyć za nimi.</p>
    <p>Raoul dryfował teraz w poszukiwaniu świeżego powietrza, holując za sobą makropęcherz, który, nie pękając, przylgnął do jego dłoni. Wiedziałem, że gdyby uderzył go teraz silniej, całe to skupisko by trzasnęło i utworzyło pojedynczy, wielki bąbel, po którego powierzchni ściekałyby, jak łzy, smugi kolorów. Myślałem, że do tego właśnie zmierza.</p>
    <p>Do piersi Raoula był przytroczony główny pulpit sterowania oświetleniem. Włączył sześć silnych reflektorów punktowych, skupiając je na pęcherzu — klejnocie. Pozostałe światła pociemniały i zgasły. Ścianki stworzonego przez Raoula klejnotu odbijały światło we wszystkich kierunkach i całe wnętrze zaczęło się mienić barwami. Niedbałym na pozór machnięciem ręki Raoul wprawił roziskrzony glob w ruch wirowy i pomieszczenie utonęło w feerii tęczowych ogni.</p>
    <p>Dryfując przed swoim dziełem, Raoul przełączył Musicmastera na głośniki zewnętrzne, przymocował go sobie do uda i zaczął grać.</p>
    <p>Najpierw ciepłe, długo unoszące się w powietrzu tony. Glob drży pod ich wpływem, reagując na wibracje, wyrażając muzykę wizualnie. Potem drżenie cieczy przechodzi do wyższych rejestrów, pobudzane podtrzymywanymi przez pętle pamięci akordami pseudogitary. Glob zdaje się marszczyć pulsować energią. Wyłania się prosta linia melodyczna, cichnie, powraca, cichnie znowu. Glob połyskuje w idealnym kontrapunkcie. W trakcie rozwijania linii melodycznej brzmienie zmienia się od orkiestry dętej do skrzypiec, potem do organów, potem do instrumentów elektronicznych i znowu od początku, a glob odzwierciedla każdą zmianę z niewysłowioną subtelnością. Pojawia się linia basu. Rogi. Odbijam się nogą od ściany zarówno po to, by uciec od własnych wyziewów, jak i po to, by spojrzeć na klejnot z innej perspektywy. Inni czynią to samo, dryfując ostrożnie i starając się zespolić ze sztuką Raoula. Zaczynamy tańczyć spontanicznie, porwani przez muzykę jak ten iskrzący się klejnot, przez feerję barw, jaką rzuca on na ściany sferycznego pomieszczenia. Do uda Raoula jest teraz przytroczona cała orkiestra, która czyni nas nieważkimi lalkami.</p>
    <p>To tylko improwizacja, nie pasująca do koncertowych standardów. Proste ćwiczenia grupy, rozkoszującej się zwyczajnym psychicznym komfortem stanu nieważkości i te świadomość ze sobą dzielącej.</p>
    <p>Raoul pociąga delikatnie za linkę i podpływa do niego wielka pętla drutu. Reguluje ją na średnice nieco większą od średnicy pęcherza — klejnotu, chwyta pęcherz w pętle i gwałtownie ją zaciska. Ci, którzy widzieli to zjawisko maskowane przez grawitacje nie mają pojęcia jak potężną siłą jest napięcie powierzchniowe. Pęcherz — kjejnot staje się soczewką wklęsłą o średnicy około trzech metrów, w której kipią idealne w kształcie wielobarwne soczewki wypukłe. Raoul orientuje ją na Harry’ego, dodaje z boków trzy lasery małej mocy i wprawia soczewkę w ruch wirowy. A my tańczymy.</p>
    <p>W tej chwili obok śluzy powietrznej zapala się światełko sygnalizujące, że ktoś wchodzi. Powinno mnie to zdziwić — nie mieliśmy wielu sąsiadów — ale zafascynowany tańcem i geniuszem Raoula, a po trosze i swoim, który ujawnił się w chwili, gdy go przyjmowałem, nie zwróciłem na to żadnej uwagi. Zamek przekręcił się i otworzył, żeby wpuścić do środka Toma McGillicudy’ego — a to powinno zdziwić mnie cholernie. Nie wiedziałem, że nosi się z zamiarem złożenia nam wizyty, a skoro nie było go na regularnym wahadłowcu, do którego wsadziłem niedawno Yenga i DuBoisa, to żeby się tu dostać musiał wynająć bardzo kosztowny czarter specjalny. A to sugerowało nieszczęście.</p>
    <p>Ale ja znajdowałem się w błogim nastroju, zagubiony w tańcu, może nawet trochę zahipnotyzowany iskrzeniem Raoulowego kalejdoskopu. Może nawet nie przywitałem Toma skinieniem głowy i pamiętam, że nie zdziwiło mnie ani trochę to, co wtedy uczynił.</p>
    <p>Dołączył do nas.</p>
    <p>Bez chwili wahania odbił się od progu śluzy i popłynął w powietrze. Wykorzystał wysięgnik Raoula do zajęcia takiego miejsca w sferze, że nasz trójkątny układ stał się teraz kwadratem. I zaczął tańczyć z nami, podchwytując nasze ewolucje i rytm muzyki.</p>
    <p>Spisywał się wspaniale. Byłem poruszony do głębi, ale zachowywałem twarz pokerzysty i tańczyłem dalej, starając się, aby Tom nie przyłapał mnie na tym, że go obserwuje. Po drugiej stronie kuli Norrey czyniła podobnie — a w górze Linda zdawała się autentycznie nie zdawać sobie sprawy z tego, co się dzieje.</p>
    <p>Poruszony? Byłem wstrząśnięty. Ten właśnie czynnik, za sprawą którego odpadło szesnastu z siedemnastu studentów, który powodował wykruszenie się ludzi z brygady budujących „Skyfac” w czasach, gdy prowadzone były pierwsze eksperymenty z życiem w stanie nieważkości, zdawał się nie dotyczyć Toma.</p>
    <p>Teraz dopiero uświadamiałem sobie jaki szczęśliwy zbieg okoliczności stanowił fakt, że Norrey i Raoul okazali się być oboje materiałem na Gwiezdnych Tancerzy. I jak niewielu może nimi kiedykolwiek być.</p>
    <p>Ale Tom był z pewnością jednym z nich. Jednym z nas. Jego technika była diabelnie prymitywna, rękoma posługiwał się jak szuflami, plecy trzymał zupełnie źle, ale te mankamenty można było wyeliminować treningiem. Najważniejsze, że miał w sobie to rzadko spotykane, nieokreślone coś, czego potrzeba do zachowania równowagi w środowisku, które nie pozwala na jej zachowanie. W kosmosie czuł się jak w domu.</p>
    <p>Zaimprowizowana jam session dobiegała z wolna końca. Muzyka zjechała frywolnie na ostatnie akordy „Tako rzecze Zaratustra” i Raoul przedłużając ostatni ton, dźgnął ręką w swoją soczewkę, która rozprysła się na miliony tęczowych kropel, odpływających we wszystkie strony z tajemniczą gracją rozszerzającego się wszechświata.</p>
    <p>— Posprzątaj to — powiedziałem automatycznie. Czar prysł i Harry pośpieszył do wyłączników oczyszczaczy powietrza, aby je uruchomić, zanim Ratusz nie stanie się lepki od soku owocowego i galarety. Wszyscy odetchnęli, a czarodziej Raoul był znowu tym niepozornym, małym człowieczkiem z kosmiczną strzykawką i hula — hoop. I z uśmiechem od ucha do ucha. Po pełnych uznania westchnieniach nastąpiła pełna uznania cisza; ciepły blask gasł przez jakiś czas. „A niech mnie diabli”, pomyślałem. „Nie pamiętam niczego podobnego jak żyje”. Potem znowu pozbierałem myśli.</p>
    <p>— Narada — powiedziałem krótko i podpłynąłem do Raoula. Tam dołączyli do nas Harry, Norrey, Linda i Tom. Chwyciwszy się za ręce i za stopy, jak komu było wygodniej, utworzyliśmy pośrodku kuli ludzki płatek śniegu. Nasze twarze były skierowane w różne strony, ale to nam nie przeszkadzało. Przeszliśmy od razu do interesów.</p>
    <p>— No dobrze, Tom — pierwsza odezwała się Norrey — co się stało?</p>
    <p>— Czy „Skyfac” się wycofuje? — spytał Raoul.</p>
    <p>— Dlaczego nie uprzedziłeś nas telefonicznie? — zapytałem. </p>
    <p>Milczeli tylko Linda i Harry.</p>
    <p>— Spokojnie — odparł Tom. — Nic się nie stało. Zupełnie nic. Interes idzie jak zegarek.</p>
    <p>— Dlaczego więc przylatujesz czarterowym wahadłowcem? A może schowałeś się w tym regularnym, który właśnie odleciał?</p>
    <p>— Nie, przyleciałem czarterem, macie rację… Ale to była taksówka. Przebywałem w stanie nieważkości prawie tyle co wy. Byłem na „Skyfac”.</p>
    <p>— Na… — Z trudnością zbierałem myśli. — I miałeś kłopoty z łączeniem rozmów telefonicznych i przekazywaniem poczty, a więc nie mogłeś nas o tym poinformować.</p>
    <p>— Zgadza się. Ostatnie trzy miesiące spędziłem pracując w filii naszego biura na „Skyfac”.</p>
    <p>— Aha — powiedziałem. — A dlaczego?</p>
    <p>Szukając słów spojrzał na Linde, a tak się złożyło, że trzymał ją za lewy łokieć.</p>
    <p>— Pamiętasz pierwszy tydzień naszej znajomości, Lindo? — skinęła głową. — Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej był tak zdenerwowany. Miałem cię za największą oślice na świecie. Tej nocy, gdy ochrzaniałem cię w ”Le Maintenant”, ten ostatni raz, kiedy spieraliśmy się o religie — pamiętasz? Tej nocy wyszedłem stamtąd i poleciałem helikopterem prosto do Nowej Szkocji, do tej cholernej komuny, w której się wychowałaś. Wylądowałem o trzeciej nad ranem w środku ogrodu, budząc połowę z nich. Przez ponad godzinę wściekałem się i obrzucałem tych ludzi wyzwiskami, żądając od nich, by mi wyjaśnili, dlaczego wychowali cię na taką wykolejoną idiotkę. Kiedy się wreszcie zmęczyłem, oni mrugali oczyma, drapali się, ziewali, a potem taki duży drab z niesamowitą brodą powiedział: „No, jeśli tak drzecie ze sobą koty, to według mnie powinieneś uderzyć do niej w konkury”, i dał mi śpiwór.</p>
    <p>Linda wyrwała się z naszego kręgu i płatek śniegu się rozpadł. Wszyscy chwytaliśmy za to, co kto miał pod ręką albo dryfowaliśmy. Tom wykonał wprawny zwrot i popłynął za Linda, adresując swój monolog już bezpośrednio do niej.</p>
    <p>— Zostałem z nimi przez jakiś tydzień — ciągnął spokojnie — a potem wróciłem do Nowego Jorku i zapisałem się na kurs tańca. Uczyłem się tańca, będąc jeszcze dzieckiem, w ramach treningu karate; trochę mi z tego zostało i ciężko harowałem. Ale nie byłem pewien czy ma to cokolwiek wspólnego z tańcem w zerowej grawitacji — a więc nie mówiąc o rynrnikomu z was przekradłem się na „Skyfac” i ćwiczyłem tam przez cały ten czas jak diabli. W kuli fabrycznej, którą wynająłem za własne pieniądze.</p>
    <p>— A kto prowadził nasz kram? — spytałem łagodnie.</p>
    <p>— Najlepsi spece, jakich można kupić za pieniądze — odparł zwięźle. — Nasze interesy nie ucierpiały przez to ani trochę. Ale ucierpiałem ja. Jeszcze przez jakiś rok nie zamierzałem mówić o tym nikomu z was. Ale byłem w biurze Panzelli, gdy nadeszły powiadomienia o zakończeniu kontroli medycznej Yenga i DuBois. Wiedziałem, że brak wam obsady. Jestem samoukiem i poruszam się jak patyk w przeręblu i wiem, że na Ziemi minęłoby jeszcze z pięć lat, zanim zostałbym czwartorzędnym tancerzem, ale wydaje mi się, że potrafię robić to, co wy tutaj. — Przekręcił się w powietrzu, żeby patrzeć na mnie i na Norrey.</p>
    <p>— Chciałbym się uczyć pod waszym kierunkiem. Zapłacę za naukę. Ludzie, ja chciałbym z wami pracować i to nie tylko nad papierkami. Chciałbym stać się częścią waszego zespołu. Wydaje mi się, że mogę zostać Gwiezdnym Tancerzem. — Odwrócił się z powrotem do Lindy. — I chciałbym uderzyć do ciebie w konkury, tak jak każą twoje zwyczaje.</p>
    <p>To właśnie wtedy stała się dla mnie oczywista bezmierność mojej głupoty. Nie potrafiłem dobyć z siebie głosu. Powiedziała to Norrey.</p>
    <p>— Zgoda. — Uczyniła to w imieniu całej grupy w tym samym momencie, w którym Linda powiedziała to od siebie. I płatek śniegu odtworzył się, dużo mniejszy pod względem średnicy.</p>
    <p>Nasz zespół był uformowany,</p>
    <p>I tak, z grupą odpowiedniej wielkości, z rosnącym pojęciem co do rzeczywistej istoty tańca w zerowej grawitacji, rozpoczęliśmy nasz drugi i ostatni sezon zdjęciowy.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 4</p>
    </title>
    <p>Spadałem przez rozgwieżdżony kosmos, sterując warkoczem fluoryzującego gazu, jak lądująca kometa, koncentrując się na utrzymaniu prostego kręgosłupa oraz złączonych kolan i kostek stóp. To pomagało mi zapomnieć o nerwach.</p>
    <p>— Pięć — zaintonował monotonnym głosem Raoul — cztery, trzy, dwa, jeden, teraz! — i wokół mnie rozbłysnął pierścień jasnopomarańczowego płomienia. Przeszyłem go jak igła.</p>
    <p>— Pięknie — szepnęła mi do ucha Norrey ze swego odległego o kilometr punktu obserwacyjnego. Naraz uniosłem wyprostowane ramiona nad głową i zębami mocno zagryzłem kontakt. Gdy przelatywałem przez płomienisty pomarańczowy pierścień, mój „warkocz” stał się ciemnopurpurowy i znacząc mój siad, rozszerzał się leniwie i symetrycznie. W tej purpurowej bruździe roziskrzały się i gasły w nieregularnych odstępach czasu maleńkie nove. Magia Raoula. Tuż przed całkowitym opróżnieniem przymocowanych do mych łydek zbiorników z barwnikiem, odpaliłem silniczek odrzutowy i licząc sekundy, dałem mu się wynieść „w górę” po coraz to większej krzywiźnie.</p>
    <p>— Zapal, Harry — rzuciłem krótko. — Nie widzę cię.</p>
    <p>Nad moim wyimaginowanym horyzontem zabłysły czerwone światełka. Odetchnąwszy z ulgą, wyłączyłem ciąg silniczka. Nie kierowałem się dokładnie na kamerę, ale konieczna korekta kursu była nieznaczna i nie zniekształcała w zauważalny sposób kreślonej przeze mnie krzywej. Gdy dostrzegłem swoją gwiazdę odniesienia, wykonałem salto i naliczywszy dziesięć obrotów, zbliżyłem się do kamery na tyle, by ją ujrzeć i pójść świecą w górę. W jednej chwili wyszedłem z ruchu wirowego, zorientowałem się co do swego położenia i wyhamowałem ostro wszystkimi silniczkami, poddając swe ciało przeciążeniu ponad 3 g. Wyłączyłem je w idealnym momencie; zatrzymałem się w odległości zaledwie pięćdziesięciu metrów od kamery. Wyłączyłem natychmiast całe zasilanie, wkładając w to wszystkie siły, jakie mi pozostały i przeszedłem od naturalnego skurczu charakterystycznego dla dużych przeciążeń do pełnego odprężenia. Wytrzymałem tak odliczając do pięciu i szepnąłem: — Wyłącz!</p>
    <p>Czerwone światełko nad kamerą zgasło, a Norrey, Raoul, Tom i Linda wydali ciche okrzyki pochwały.</p>
    <p>— Okay, Harry, obejrzyjmy sobie playback.</p>
    <p>— Już się robi, szefie.</p>
    <p>Nastąpiła przerwa, podczas której Harry przewijał taśmę, a potem zaświeciły się krawędzie wielkiego, kwadratowego wycinka przestrzeni. Obramowane nim gwiazdy zmieniły swoje położenie i zaczęły się poruszać. W kadrze pojawił się mój obraz i wykonał manewr, który przed chwilą zakończyłem. Byłem zadowolony. We właściwym momencie wpadłem w martwy środek pierścienia pomarańczowego „płomienia” i wyzwoliłem smugę purpurowego dymu. Krzywa ucieczki była nieco postrzępiona, ale mogła ujść. Gwałtowne powiększenie się mego, zbliżającego się do kamery obrazu było tak zaskakujące, że naprawdę się wzdrygnąłem. Dla obserwatora hamowanie było tak samo zapierające dech w piersiach, jak i dla mnie. Ucieczka była świetna, a końcowa, triumfalna poza naprawdę kapitalna.</p>
    <p>— To jest ujęcie — powiedziałem z zadowoleniem. — Gdzie tu jest najbliższy bar?</p>
    <p>— Zaraz za rogiem — odparł Raoul. — Ja stawiam.</p>
    <p>— Jak to miło spotkać patrona sztuki.</p>
    <p>Spoza „dolnej” kamery wyłonił się masywny, roboczy skafander próżniowy Harry’ego, obwieszony girlandami narzędzi.</p>
    <p>— Hej — odezwał się Harry — jeszcze nie teraz. Trzeba zrobić ostatnie ujęcie drugiej sceny.</p>
    <p>— Och, do diabła — zaprotestowałem. — Powietrze mi się kończy, w brzuchu mi burczy i cały pływam w tym wynaturzonym kaloszu.</p>
    <p>— Kończy się nasz czas — powiedział krótko Harry.</p>
    <p>— Paliwo moich silników jest na wykończeniu — próbowałem jeszcze.</p>
    <p>— W Scenie Drugiej używasz ich niewiele — przypomniała mi Norrey. — Ośle Drabinki, pamiętasz? Brutalna, siłowa robota. — Zamilkła na chwile. — No i naprawdę czas nam się kończy, Charlie.</p>
    <p>— Mają rację, Charlie — wtrącił Raoul. — Za wcześnie to powiedziałem. Ruszaj, noc jest młoda. </p>
    <p>Rozejrzałem się wokół po niezmierzonej kuli rozgwieżdżonej pustki. Ziemia jak piłka plażowa po lewej, a obok niej słońce wielkości piłeczki baseballowej.</p>
    <p>— Okay — uległem — chyba masz rację. Harry, rozwalcie z Raoulem te dekoracje i ustawcie na jej miejsce następną, w porządku? Reszta rozgrzewa się na swoich miejscach. Spoćcie się.</p>
    <p>Raoul i Harry, sprawni i wyszkoleni jak para starych glin, popędzili Wozem Rodzinnym w próżnie. Usiadłem na niczym i popadłem w zadumę, klnąc w duchu te cholerną normę czasową. Zbliżał się termin ponownego powrotu na Ziemie, a to oznaczało, że już najwyższy czas na przeprowadzenie prób tego fragmentu i przystąpienie do zdjęć, czy mi to odpowiadało, czy nie. Żaden artysta nie lubi być poganiany przez czas, nie lubią tego nawet ci, którzy bez tego bodźca nie potrafią pracować.</p>
    <p>Do czasu zmontowania Oślich Drabinek byłem już niemal znowu w nastroju do tańca. Drabinki stanowiły rodzaj trójwymiarowej, gimnastycznej dżungli. Był to ogromny dwudziestościan o krawędziach z przeźroczystych rur wypełnionych fluoryzującym zielenią i czerwienią neonem. Obejmowały one obszar mniej więcej 14 000 metrów sześciennych, w którym, niczym nieruchome pyłki kurzu, wisiała niezliczona liczba maleńkich ciekłych kropel, połyskujących w promieniach laserów. Sok jabłkowy.</p>
    <p>Miałem właśnie wydać wszystkim polecenie zajęcia swoich miejsc, gdy Norrey opuściła swoją pozycje i pomknęła w moją stronę. Przyczyna tego mogła być, oczywiście, tylko jedna, wyłączyłem więc swoje radio i czekałem. Wyhamowała zgrabnie, zatrzymując się tuż przy mnie i przytknęła swój hełm do mojego.</p>
    <p>— Charlie, nie chciałabym, żebyś to robił na siłę. Możemy wrócić za jedenaście godzin i…</p>
    <p>— Nie, już wszystko dobrze, kochanie — zapewniłem ją. — Masz rację: „Czas nam się kończy”. Mam tylko nadzieje, że choreografia jest w porządku.</p>
    <p>— To dopiero pierwsze podejście. Symulacje wypadły świetnie.</p>
    <p>— Nie o to mi chodziło. Wiem, do diabła, że jest prawidłowa. Potrafię już zupełnie dobrze myśleć w kategoriach sferycznych. Nie wiem tylko, czy jest coś warta.</p>
    <p>— O co ci chodzi?</p>
    <p>— Jest to ten typ choreografii, którego nienawidziłaby Shara. Sztywna, precyzyjnie wyliczona czasowo, jak alejki w parku.</p>
    <p>Zaczepiła się zgiętą w kolanie nogą o moją talie, żeby powstrzymać lekki dryf i zamyśliła się.</p>
    <p>— Nienawidziłaby jej u siebie — powiedziała po chwili — ale z przyjemnością oglądałaby ją w naszym wykonaniu. To dobry kawałek, Charlie — a wiesz, że krytycy kochają wszystko, co abstrakcyjne.</p>
    <p>— Tak, masz rację, znowu ją masz — powiedziałem. — Dziękuje, kochanie — dodałem ściskając jej ramie przez materiał skafandra próżniowego i znowu włączyłem swoje radio. — W porządku chłopaki i dziewczyny. Kręcimy. Harry, czy te kamery wreszcie gotowe?</p>
    <p>— Kręcimy — oznajmił.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Nie można udawać wesołości na tyle dobrze, żeby oszukać żonę taką jak Norrey, jeśli nie ma w tym czegoś autentycznego. Ciskanie swym ciałem na wszystkie strony miedzy czerwonymi i zielonymi Drabinkami, współdziałanie z energią trzech pozostałych tancerzy, których zdarzyło mi się pokochać, koncentrowanie się na zachowaniu wyliczonej do ułamka sekundy synchronizacji czasowej i idealnym ułożeniu ciała było naprawdę wyczerpujące. Ale artysta jest zdolny do samokrytycyzmu nawet w środku najbardziej pochłaniającego uwagę występu. I chociaż w wirującym środku tańca potrzebna mi była cała moja uwaga, to jednak pozostawało jeszcze we mnie miejsce na szepczący cichutki głosik, że to nie jest wszystko, na co mnie stać.</p>
    <p>Starałem się pocieszyć refleksją, że dokładnie w ten sam sposób czuje każdy artysta, w odniesieniu do wszystkiego, co wykonuje — i nie pomogło mi to ani trochę bardziej, niż pomaga któremukolwiek z nas. I popełniłem jeden mały błąd w ułożeniu ciała i w zbytnim pośpiechu starałem się go naprawić silniczkami rakietowymi, włączając nie ten, co trzeba i z impetem wpadając tyłem na Toma. Jego plecy grzmotnęły mnie z taką samą siłą. Nasze zbiorniki powietrza zgrzytnęły o siebie, a mój pękł. Dostałem kopa miedzy łopatki, Drabinki uniosły się gwałtownie w górę i wyrżnęły mnie przez uda. Resztką świadomości dostrzegłem jeszcze, że znajduje się ponad dwadzieścia metrów od dekoracji i zmierzam, koziołkując, ku nieskończoności.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Przełomowe było uderzenie o Drabinki częścią ciała nie stanowiącą środka ciężkości. Wprawiło mnie to w akrobatyczne koziołkowanie, które odprowadziło powietrze do hełmu i butów skafandra, a krew do głowy i stóp, dzięki czemu szybciej oprzytomniałem. Ale i tak upłynęły cenne sekundy zanim zorientowałem się w sytuacji, wybrałem sobie punkt odniesienia i zacząłem wirować w sposób kontrolowany. Z perspektywy, którą — mi to dało, wciąż oszołomiony wydedukowałem intuicyjnie, które silniczki wyhamują ruch wirowy i użyłem ich.</p>
    <p>Przestałem koziołkować i teraz już łatwo zlokalizowałem Drabinki… jako jasną, kubistyczną choinkę, malejącą szybko w oczach. Znajdowała się miedzy mną a błękitną piłką plażową, na której się urodziłem. Przynajmniej los nie będzie na tyle staroświecki, by nagrodzie mnie śmiercią w stylu Shary. Ale odejście a la Bruce Carrington również nie bardzo mnie pociągało.</p>
    <p>Uda bolały mnie jak diabli, szczególnie prawe, ale plecy nie zaczęły jeszcze dawać o sobie znać — jeszcze nie uświadamiałem sobie, że powinny. W moich słuchawkach rozbrzmiewały jakieś głosy, głosy ponaglające, ale nadal byłem zbyt oszołomiony, by wyłowić jakiś sens z tego, co mówiły. Przyjdzie jeszcze czas na przestrojenie uszu; teraz przez mój mózg przelatywały szeregi liczb, a uzyskiwane odpowiedzi były coraz gorsze. W zbiorniku powietrza panuje o wiele większe ciśnienie niż w silniczku odrzutowym. Z drugiej strony, posiadałem dziesięć silniczków, za pomocą których mogłem wytracić prędkość nadaną mi przez rozproszony wybuch. Z trzeciej strony, rozpocząłem występ z silniczkami prawie bez paliwa.</p>
    <p>Chociaż doszedłem do wniosku, że jestem już martwy, robiłem co mogłem, by się uratować; ustawiłem silniczki rakietowe w rząd daleko od środka mej masy i odpaliłem. Lewa stopa — przedni i tylny. Prawa stopa — to samo. Silniczek na brzuchu. Plecy zaczęły jęczeć, potem krzyczeć, potem wyć w męczarniach; nie był to zlokalizowany, przeszywający ból, ale ból ogólny. Nie potrafiłem wywnioskować czy to objaw zły, czy dobry. Silniczek na plecach — zaciskałem zęby, żeby nie skowyczeć. Lewa ręka — przedni i tylny…</p>
    <p>…„Oszczędzić trochę”. Zarezerwowałem parę z prawej ręki na małe manewry korekcyjne i rozejrzałem się by stwierdzić, co zdziałałem.</p>
    <p>Ośle Drabinki wciąż malały, chociaż już mniej gwałtownie.</p>
    <p>Byłem teraz niemal w pełni świadomy i czułem, że mój mózg przystąpił do odrabiania zaległości. Głosy w słuchawkach zaczęły wreszcie nabierać sensu. Pierwszy, który zidentyfikowałem, należał oczywiście do Norrey — ale ona nic nie mówiła, tylko płakała i klęła.</p>
    <p>— Hej, słoneczko — odezwałem się tak spokojnie, jak tylko potrafiłem i natychmiast przestała. Inni też. Potem…</p>
    <p>— Trzymaj się, kochany, lecę!</p>
    <p>— To prawda, szefie — zgodził się Harry. — Śledzę pana na radarze od chwili, kiedy pan wystartował, a komputer wylicza kurs dla automatycznego pilota.</p>
    <p>— Dogoni cię — krzyknął Raoul. — Ta maszyna mówi „tak”. Komputer naprowadzi na ciebie Wóz z pełnymi zbiornikami paliwa i z Norrey za sterami, a później przywiezie was z powrotem.</p>
    <p>No jasne. Tuż przy Oślich Drabinkach widziałem Wóz Rodzinny, skierowany dziobem na mnie. Nie malał tak szybko jak Drabinki — ale jednak malał. Miałem poważne wątpliwości, czy dogoni mnie ta bańka powietrza.</p>
    <p>— Szefie — odezwał się z naciskiem w głosie Harry — czy pański skafander jest w porządku?</p>
    <p>— Tak, oczywiście. Siła wybuchu skierowana była na zewnątrz. Nie uszkodziła nawet drugiego zbiornika. — Na samą myśl o tym zabolały mnie plecy, no i tak, cholera, dysk Wozu wyraźnie malał. Nie tak znowu bardzo, ale na pewno nie rósł i w tym decydującym momencie przypomniałem sobie, że gwarancja oprogramowania komputera upłynęła trzy dni temu.</p>
    <p>— No cóż, klamka zapadła — powiedziałem wesoło. — Przypomnijcie mi, żebym zaskarżył tego skur… Hej! Co z Tomem!</p>
    <p>— Panujemy nad sytuacją — powiedział krótko Harry. — Jest nieprzytomny, ale żywy i cały. Nic dziwnego, że Linda milczała. Modliła się.</p>
    <p>— Jest tam jakiś lekarz? — spytałem retorycznie.</p>
    <p>— Rozmawiałem ze. „Skyfac”. Panzella jest już w drodze. Ściągamy teraz Toma na pokład.</p>
    <p>— Idźcie, wszyscy troje. Tu nie macie nic do roboty. Raoul, uważaj na Linde.</p>
    <p>— Zrobi się.</p>
    <p>Zapadła cisza, jeżeli nie liczyć niesłyszalnego do tej pory, nieustającego podkładu oddechów i szelestu odzieży. Norrey znowu zaczęła płakać, ale szybko się opanowała. Dysk, który był nią i Wozem rósł teraz. Nie odrywając od niego wzroku, dokonałem pomiaru kciukiem. Tak, rósł.</p>
    <p>— Nawiasem mówiąc, Norrey, doganiasz mnie — powiedziałem starając się zachować beztroski ton.</p>
    <p>— No właśnie — zgodziła się i kiedy szybkość wzrostu Wozu doszła do zauważalnego gołym okiem pęcznienia, zgasła korona płomienia napędu.</p>
    <p>— Co jest…?</p>
    <p>Wczujcie się w sytuacje. Wyleciałem z Oślich Drabinek z cholerną szybkością. Zanim Norrey dopada siodełka i odpala silniki, upływa może nawet i pełne trzydzieści sekund. W idealnym przypadku komputer tak ustala jej ciąg, żeby osiągnęła szybkość większą od mojej, podtrzymuje go jakiś czas, a potem wyłącza i zaczyna wyhamowywanie, żeby mogła zawrócić w kierunku Drabinek w momencie, gdy przetną się nasze trajektorie. Trochę to zbyt zagmatwane, żeby przeprowadzić obliczenia w pamięci, ale żaden problem dla komputera balistycznego chociaż w połowie tak dobrego, jak nasz.</p>
    <p>Czynnikiem decydującym było paliwo.</p>
    <p>Biorąc pod uwagę projektowane całkowite zużycie paliwa, Norrey musiała wyłączyć ciąg precyzyjnie w połowie drogi. Wykorzystała połowę zawartości swych zbiorników; komputer wyliczył, że przy szybkościach, z jakimi poruszaliśmy się teraz ja i ona, dojdzie w końcu do spotkania i wyłączył ciąg. Przeprowadziłem w pamięci prymitywne obliczenia arytmetyczne, oparte na przypuszczeniach i obarczone olbrzymim marginesem błędu, po czym zbladłem i zadrżałem w swej plastykowej torbie. Drugim decydującym czynnikiem było powietrze.</p>
    <p>— Harry — przerwałem raptem panującą cisze — przelicz mi wszystko jeszcze raz, ale wprowadź następujące dane dotyczące zapasu powietrza…</p>
    <p>— O Jezu — odezwał się zaskoczony, ale powtórzył podane przeze mnie liczby. — Poczekaj chwilkę.</p>
    <p>— Charlie — powiedziała z przestrachem w głosie Norrey. — O mój Boże, Charlie!</p>
    <p>— Spokojnie, dziecinko, spokojnie. Może wszystko jest w porządku. </p>
    <p>Wreszcie rozległ się głos Harry’ego.</p>
    <p>— Niedobrze, szefie. Zanim ona tam dotrze, skończy się panu powietrze. Kiedy stamtąd zawróci, jej zbiorniki też już będą na wyczerpaniu.</p>
    <p>— No to zawracaj teraz, kochanie, ruszaj z powrotem — powiedziałem najłagodniej, jak mogłem.</p>
    <p>— Nie, do diabła! — krzyknęła.</p>
    <p>— Po co ryzykować głową, kochanie? Ja już jestem pogrzebany… pogrzebany w kosmosie. Zawróć teraz…</p>
    <p>— Nie.</p>
    <p>Spróbowałem uciec się do brutalności.</p>
    <p>— Tak cholernie chcesz mieć mojego trupa? </p>
    <p>— Tak.</p>
    <p>— A po co? Żeby dyndał przy Lamusie?</p>
    <p>— Nie. Żeby z nim odlecieć.</p>
    <p>— Co?</p>
    <p>— Harry, wylicz mi kurs, po którym dotrę do niego zanim skończy się mu powietrze. Nie bierz pod uwagi drogi powrotnej. Podaj mi minimalny czas spotkania.</p>
    <p>— Nie! — ryknąłem.</p>
    <p>— Norrey — odezwał się poważnie Harry — nie mamy tutaj niczego, czym moglibyśmy was doścignąć. To nie statek kosmiczny. Jeżeli chociaż na chwile włączysz jeszcze ciąg, to nie starczy ci paliwa na wystartowanie w drogą powrotną, nie starczy nawet na wyhamowanie ruchu w tamtą stronę. Masz więcej powietrza niż on, ale oba wasze połączone zapasy nie wystarczą dla jednego z was do czasu nadejścia pomocy, nawet jeśli zdołalibyśmy śledzić was tak długo na radarze. — To była najdłuższa mowa, jaką kiedykolwiek słyszałem z ust Harry’ego.</p>
    <p>— Niech mnie diabli, jeżeli chcą zostać wdową — wybuchnąła i ręcznie włączyła silnik. Teraz była tak samo martwa, jak ja.</p>
    <p>— Jasna cholera! — wrzasnęliśmy jednocześnie z Harrym, a potem już sam krzyknąłem:</p>
    <p>— Pomóż jej, Harry.</p>
    <p>— Tak jest! — odkrzyknął, a w nieskończony czas później dodał smutno: — Okay, Norrey, leć. Nowy kurs masz wprowadzony do autopilota.</p>
    <p>— No i dobrze — powiedziała ciągle zła, ale już łagodniejąca. — Przez dwadzieścia piąć lat pragnąłem zostać twoją żoną, Armstead. Niech mnie diabli porwą, jeżeli mam teraz zostać wdową po tobie.</p>
    <p>— Harry — powiedziałem, wiedząc z góry, że to beznadziejne, ale nie dopuszczając do siebie tej myśli — przelicz wszystko jeszcze raz zakładając, że porzucimy wóz, gdy skończy się paliwo i odpalimy wszystkie silniczki rakietowe skafandra Norrey na raz. Nie są tak wyczerpane, jak moje.</p>
    <p>— Nic z tego, szefie — odpowiedział niemal od razu Harry. — Jest was dwoje.</p>
    <p>— A czy — spytałem z desperacją — możemy wykorzystać powietrze do oddychania na odrzut? </p>
    <p>Musiał być tak samo zdesperowany, już rozważył te możliwość,</p>
    <p>— Jasne, możecie. Ale to pochłonęłoby całe wasze powietrze. Jesteście martwi, szefie. Skinąłem głową. Głupi nawyk, pomyślałem, najwyższy czas się go pozbyć.</p>
    <p>— Tak też myślałem. Dzięki, Harry. Powodzenia z Tomem.</p>
    <p>Norrey nie odzywała się słowem. Obecnie komputer znowu włączył ciąg i Wóz Rodzinny osiągnął już taką szybkość, z którą, zużywając resztki paliwa, wkrótce mnie dogoni. Poświata wokół Wozu (wyraźnie teraz rosnącego) zgasła, a Norrey dalej się nie odzywała. Milczeliśmy wszyscy. Albo nie było nic, albo aż za dużo do powiedzenia, nic pośredniego. Po jakimś czasie Harry zameldował, że dotarli do domu. Podał Norrey dane manewru zawracania, przełączył znowu jej komputer na sterowanie ręczne, a potem jemu i innym skończyło się powietrze.</p>
    <p>Oddechy dwojga ludzi są niemal niesłyszalne.</p>
    <p>Zbliżała się już od dawna, dostatecznie długo, żeby ból w plecach zelżał do niemal niezauważalnego ćmienia. Gdy była już tak blisko, że ją widziałem, musiałem zmobilizować całą siłę woli, żeby nie wykorzystać resztek paliwa i nie wyjść jej naprzeciw. Nie chodziło o to, że mam je na co oszczędzać. Ale spotkanie w otwartym kosmosie jest jak zrównywanie się na autostradzie szybkiego ruchu — lepiej, żeby jedno z wąs utrzymywało stalą prędkość, dwie zmienne to za wiele. Norrey wykonała manewr popisowo i zatrzymała się na samej granicy zasięgu liny ratunkowej.</p>
    <p>Ta precyzja była daremna. Ale nikt nie rezygnuje z wysiłków na rzecz utrzymania się przy życiu tylko dlatego, że komputer twierdzi, że to niemożliwe.</p>
    <p>W tym samym ułamku sekundy, w którym szybkość spadła do zera, wystrzeliła linę ratunkową. Ciężarek na jej końcu uderzył mnie lekko w pierś; piękny rzut; nie ma co, nawet biorąc pod uwagę magnes wspomagający. Pochwyciłem linę skwapliwie i kosztowało mnie kilka sekund skoncentrowanego wysiłku, żeby ją puścić i przypiąć sobie do pasa. Nie zdawałem sobie dotąd sprawy jak jestem osamotniony i przestraszony.</p>
    <p>Gdy tylko upewniłem się, że jestem bezpieczny, Norrey włączyła wyciągarkę i Wóz przyciągnął mnie do siebie.</p>
    <p>— Kto twierdził, że nigdy nie może złapać taksówki, kiedy akurat jej potrzebuje? — powiedziałem, ale zęby mi dzwoniły i to zepsuło cały efekt.</p>
    <p>Uśmiechnęła się jednak i pomogła mi wgramolić się na siodełko.</p>
    <p>— Dokąd, szefie?</p>
    <p>I nagle zdałem sobie sprawę, że nie potrafię wymyślić żadnej dowcipnej odpowiedzi. Gdyby kadłub wozu nie był wzmocniony, skruszyłbym go kolanami.</p>
    <p>— Gdzie bądź — powiedziałem po prostu, a ona odwróciła się w swoim siodełku i odpaliła silniki. </p>
    <p>Pilotowanie takiego traktora, jak nasz Wóz Rodzinny wymaga naprawdę czułej ręki, szczególnie przy znacznym obciążeniu. To nie lada sztuka utrzymać pęcherzyk równowagi na przecięciu nitek żyrokompasu. Sposób sterowania jest wyjątkowo bzdurny — trzeba mieć coś w rodzaju wyczucia, gdyż inaczej wpada się w wibracje i diabli biorą żyro.</p>
    <p>Tancerz jest oczywiście lepszy w balansowaniu siedzeniem od każdego, z wyjątkiem może najbardziej doświadczonych pilotów Sił Kosmicznych, a Norrey była w tym najlepsza z całej naszej szóstki. Teraz jednak przechodziła samą siebie.</p>
    <p>Była lepsza od komputera. Co nie jest znowu takie dziwne — w baku jest zawsze więcej benzyny niż to wskazuje licznik — ale i tak dystans był zbyt duży, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Wciąż byliśmy martwi. Ale po pewnym czasie odległy, zielono — czerwony sferoid, którym były Drabinki, przestał malec; potwierdziły to przyrządy, Po dłuższej chwili sam stwierdziłem, że nawet trochę urósł. I w tym właśnie momencie ustały wibracje miedzy mymi udami.</p>
    <p>Przez cały okres przyspieszania gotowałem się ż chęci porozmawiania, ale trzymałem gębę na Wódkę, żeby nie rozpraszać uwagi Norrey. Teraz pozostawało nam tylko biernie czekać. Od teraz aż do chwili śmierci nie mieliśmy nic więcej do roboty, jak tylko rozmawiać, a ja znowu nie mogłem znaleźć słów. To Norrey pierwsza przerwała milczenie. Brzmienie jej głosu było precyzyjnie prawidłowe.</p>
    <p>— Uff, nie uwierzysz mi… ale nie mamy już paliwa.</p>
    <p>— Słuchaj — powiedziałem — czy sposobu, w jaki sterujesz swoim siedzeniem nie nazywają czasem kręceniem tyłkiem?</p>
    <p>— Och, Charlie, nie chce umierać.</p>
    <p>— No to nie umieraj. </p>
    <p>Zapadło milczenie.</p>
    <p>— Przepraszam — powiedziała w końcu, wciąż odwracając ode mnie twarz. — Dokonałam wyboru. Te ostatnie minuty z tobą są tego warte. Wymknęło mi się po prostu — prychnęła sama do siebie. — Marnowanie powietrza.</p>
    <p>— Nie przychodzi mi do głowy nic, na co mógłbym poświecić swoje powietrze poza rozmową z tobą. Znaczy się taką, którą można prowadzić w skafandrach próżniowych. Ja też nie chce umierać — ale jeśli będę musiał odejść, to cieszę się, że mam do towarzystwa ciebie. Czy to nie egoizm?</p>
    <p>— Bzdury. Ja też się cieszę, że tu jesteś, Charlie.</p>
    <p>— Do diabła, przecież to ja wyreżyserowałem to spotkanie. Gdyby mnie tu nie było, nie byłoby tu nikogo — urwałem i patrzyłem spode łba. — To mnie chyba najbardziej denerwuje. Zastanawiałem się czasami co stanie się w końcu przyczyną mojej śmierci. No i jasne, miałem rację: moja własna głupota. Wylecieć w kosmos. Tak się zagapić. A niech to cholera, Norrey.</p>
    <p>— Charlie, to był wypadek.</p>
    <p>— Wyleciałem w kosmos. Nie uważałem. Myślałem o tej cholernej normie czasowej i przekroczyłem ją. </p>
    <p>— Charlie, to oszukiwanie samego siebie. Przynajmniej połowa tej winy, jaką się obarczasz, spoczywa na skubańcu, który sprawdzał w fabryce twój zbiornik powietrza. Nie wspominając już o tym cholernym idiocie, który zapomniał zatankować dziś rano Wóz. To był obowiązek rotacyjny.</p>
    <p>— Kto był tym idiotą? — spytałem bez zastanowienia.</p>
    <p>— Ten sam idiota, który wystartował Wozem nie zabierając dodatkowego powietrza. Ja.</p>
    <p>Zapadło niezręczne milczenie. A to z kolei spowodowało, że zacząłem przetrząsać mój mózg w poszukiwaniu czegoś mądrego albo pożytecznego, co mógłbym teraz powiedzieć. Albo zrobić. Zastanówmy się: mnie została jeszcze 1/8 zawartości zbiornika powietrza. Norrey około 1/4: nie zużyła tyle co ja podczas ćwiczeń. Wyciągnąłem ręką, odpiąłem pełen zbiornik Norrey i przełożyłem go w milczeniu nad jej ramieniem. Odebrała go ode mnie też się nie odzywając i wydobyła ze schowka zestaw pierwszej pomocy. Wyjęła z niego trójnik, upewniła się, czy oba wtyki są uszczelnione i nasunęła go na butle z powietrzem. Odłączyła od zestawu węże przedłużające i nasunęła je na wtyki trójnika. Tak przygotowaną butle przytroczyła do burty Wozu na później — syfon powietrzny z dwoma słomkami. Potem odwróciła się niezdarnie w swoim siodełku i usiadła twarzą do mnie.</p>
    <p>Jeśli ktoś kiedykolwiek będzie wam wmawiał, że obejmowanie się w skafandrach próżniowych jest stratą czasu, nie wierzcie mu. Obejmowanie się nigdy nie jest stratą czasu. Bolały mnie od tego plecy, ale nie zwracałem na nie uwagi.</p>
    <p>Słuchawki zatrzeszczały. To Raoul wywoływał nas z mieszkania Toma i Lindy:</p>
    <p>— Norrey? Charlie? Z Tomem wszystko w porządku. Lekarz jest w drodze, Charlie, ale nie dotrze tu na tyle szybko, żeby coś wam to — dało. Skontaktowałem się z Kwaterą Główną Sił Kosmicznych. Nie ma w tym rejonie żadnego rozkładowego ruchu, nie ma w pobliżu żadnego statku. Nic, Charlie, zupełnie nic. Co mamy, u diabła, robić? — Harry musiał być bardzo zajęty przy Tomie, bo inaczej złapałby już za mikrofon.</p>
    <p>— Powiem ci, co masz robić, stary — powiedziałem spokojnie, robiąc odstępy miedzy poszczególnymi słowami, żeby dać mu ochłonąć! — Wciśnij przycisk „Zapis”. Okay? Teraz włącz głośniki, żeby Harry i Linda mogli być świadkami. Gotowe? Okay. Ja, Charlie Armstead, będąc w pełni władz umysłowych i fizycznych…”</p>
    <p>— Charlie!</p>
    <p>— Nie psuj taśmy, stary. Nie mam czasu na zbyt dużo powtórek i mam tu coś lepszego do roboty. ,Ja Charlie Armstead…”</p>
    <p>To nie trwało długo. Pozostawiłem wszystko Zespołowi — i uczyniłem Grubego Humphreya pełnym wspólnikiem. „Le Maintenant”, zdławioną przez biurokrację, zamknięto przed miesiącem. Potem przyszła kolej na Norrey, a ona powtórzyła wszystko, niemal słowo w słowo.</p>
    <p>No i cóż nam wtedy pozostawało? Pożegnaliśmy się z Raoulem, Lindą i Harrym czyniąc to możliwie jak najzwięźlej, po czym wyłączyliśmy nasze radia. Siedzenie na siodełku tyłem do przodu było dla Norrey niewygodne; odwróciła się znowu plecami do mnie, a ja objąłem ją od tyłu jak pasażer motocykla. Nasze hełmy zetknęły się. To, co wtedy sobie mówiliśmy to nie wasz pieprzony interes.</p>
    <p>Upłynęła jedna godzina, najpełniejsza godzina w moim życiu.</p>
    <p>— Zabił nas ten pośpiech spowodowany upływającą normą czasową — powiedziałem w końcu — głupi, cholerny pośpiech. Dlaczego? A więc nasz metabolizm nie pozwala nam żyć w kosmosie. Coś w tym musi być. Czego my się tak boimy? Co Ziemia ma takiego w sobie, że tak kurczowo się jej trzymamy?</p>
    <p>— Ludzi — odparła Norrey poważnie. — Miejsca. Tutaj, w górze, nie ma za dużo ani jednego, ani drugiego.</p>
    <p>— Siedem miliardów rojące się w jednym zwietrzałym mrowisku.</p>
    <p>— Charlie, spójrz tam — wskazała na Ziemie. — Widzisz te oazę, zawieszoną w kosmosie? Czy stąd wygląda na zatłoczoną?</p>
    <p>Trafiła w sedno. Nasza rodzinna planeta, widziana z kosmosu sprawia nieodparte wrażenie jednego, ogromnego, opuszczonego odludzia. Widzi się przeważnie pustynie i tylko od czasu do czasu migoczące punkciki światła lub miniaturowa mozaika dają świadectwo działalności człowieka. Człowiek może skazić jak diabli atmosferę — . widziana na krawędzi, podczas zachodu słońca, nie wygląda na grubszą od skórki jabłka — ale jak dotąd nie poczynił jeszcze widocznych śladów na obliczu swej planety.</p>
    <p>— Nie. Ale jest i ty o tym wiesz. Cały czas boli mnie tam noga. Nie ma tam ani chwili prawdziwej ciszy. Śmierdzi. Jest plugawa i opanowana przez bakterie, zasypywana nieszczęściami, pogrążona w zaraźliwym szaleństwie i tkwiąca po pas w rozpaczy. Nie wiem jak, u diabła, mogłem kiedykolwiek chcieć tam wracać.</p>
    <p>— Charlie! — dopiero teraz, gdy po to, bym ją usłyszał musiała podnieść głos do krzyku, uświadomiłem sobie, jak głośno musiałem mówić. Urwałem, zły sam na siebie.</p>
    <p>— Przepraszam, kochanie — powiedziałem. — Chyba niewiele dbam o Ziemie, od kiedy zamknięto „Le Maintenant”. — Zaczynałem tak, żeby wypadło to na dowcip, ale nie wyszło zabawnie.</p>
    <p>— Charlie — powiedziała dziwnym głosem.</p>
    <p>— Tak?</p>
    <p>— Dlaczego Ośle Drabinki zapalają się i gasną?</p>
    <p>Natychmiast sprawdziłem butle z powietrzem, potem trójnik, dołączone doń węże oraz złącza. Nie, dostawała powietrze. Wtedy dopiero obejrzałem się i u diabła, rzeczywiście. Ośle Drabinki zapalały się i gasły w dali jak mrugające lampki choinkowe. Jeszcze raz skrupulatnie sprawdziłem instalacje, powietrzną, żeby się upewnić, czy oboje nie mamy halucynacji i wróciłem do naszego czułego uścisku.</p>
    <p>— Zabawne — powiedziałem. — Nie przychodzi mi do głowy żadne uszkodzenie układowe, które wywołałoby taki efekt.</p>
    <p>— Coś musiało uderzyć w ekran baterii słonecznej i wprawić go w ruch wirowy.</p>
    <p>— Chyba tak, ale co?</p>
    <p>— Do diabła z tym, Charlie. A może to Raoul próbuje nam coś zasygnalizować?</p>
    <p>— Jeżeli nawet, to do diabła i z nim. Nie mam nic więcej do dodania i niech mnie diabli, jeśli mam ochotę czegoś wysłuchiwać. Nie podnośmy tej cholernej słuchawki. Na czym to skończyliśmy?</p>
    <p>— Na wniosku, że Ziemia przyciąga.</p>
    <p>— No pewnie, że przyciąga — i to mocno. Dlaczego ktokolwiek na niej żyje, Norrey? A, do diabła i z rym.</p>
    <p>— Tak. To nie jest takie znowu złe miejsce. Tam się poznaliśmy.</p>
    <p>— To prawda. — Przytuliłem ją trochę, mocniej. — Wydaje mi się, że jesteśmy szczęściarzami. Oboje znaleźliśmy swoją drugą połowę.. I to zanim umarliśmy. Ilu jeszcze jest takich szczęściarzy?</p>
    <p>— Chyba Tom i Linda. Poza nimi nie przychodzi mi do głowy nikt ze znajomych.</p>
    <p>— Mnie też. Gdy byłem dzieckiem, zdarzało się więcej szczęśliwych małżeństw. — Drabinki zaczęły mrugać dwa razy szybciej. Czyżby drugi nieprawdopodobny meteor? A może obluzował się kawałek płyty, wprawiając resztę w szybsze wirowanie? To rozpraszanie uwagi było denerwujące; dopóki nie dostrzegałem tego migotania, lepiej mi się rozmawiało.</p>
    <p>— Chyba nigdy nie zdawałem sobie sprawy, jakie nieprawdopodobne mieliśmy szczęście. Dzielenie go z tobą to dobry interes.</p>
    <p>— Och, Charlie — krzyknęła poruszając się w mych ramionach. Pomimo niewygody, obróciła się znowu na swoim siodełku, żeby mnie objąć. Mój skafander próżniowy wbijał mi się w kark, słuchawka z jednej strony uwierała mnie w ucho, a jej silne ramiona wzniecały piekło w moich obolałych plecach, ale nie wydałem jęku skargi. Dopóki jej uścisk nie stał się nagle jeszcze silniejszy.</p>
    <p>— Charlie!</p>
    <p>— Mhm…</p>
    <p>Złagodziła nieco uścisk, ale nic puszczała mnie.</p>
    <p>— Co to, u diabła? </p>
    <p>Złapałem oddech.</p>
    <p>— Co? — obejrzałem się. — Co tu, u diabła? — Oboje spadliśmy z naszych siodełek i dryfowaliśmy na końcach węży powietrznych, niezdolni z wrażenia do jakiegokolwiek działania.</p>
    <p>Wisiał dosłownie nad naszymi głowami, w odległości niespełna stu metrów, tak nieprawdopodobnie ogromny i skrócony przez perspektywę, że upłynęło kilka sekund, zanim rozpoznaliśmy, że to statek.</p>
    <p>„Champion” głosiły wypukłe, czerwone litery biegnące przez dziób. A pod spodem: „Siły Kosmiczne ONZ”.</p>
    <p>Obejrzałem się na Norrey, potem jeszcze raz sprawdziłem przewody powietrzne.</p>
    <p>— Żadnego rozkładowego ruchu — powiedziałem głucho i włączyłem swoje radio.</p>
    <p>Głos był bardzo silny, ale zakłócenia o tyle silniejsze, że domyśliłem się, iż ten ktoś nie mówi do mikrofonu, a zwraca się do kogoś w tym samym pomieszczeniu. Zapamiętałem każdą sylabę.</p>
    <p>— …knieci, pieprzeni idoci są za tępi na to, żeby włączyć swoje radia, sir. Ktoś musi ich trącić w ramie.</p>
    <p>Znajomy głos zaniósł się śmiechem, a radiowiec po chwili mu zawtórował. Norrey i ja słuchaliśmy tego śmiechu, nie mogąc dobyć z siebie głosu.</p>
    <p>— O rany — odezwałem się w końcu — gdzie się człowiek ma zaszyć, żeby znaleźć się sam na sam z własną żoną?</p>
    <p>Nagle cisza, a potem mikrofon został pochwycony i znajomy głos ryknął.</p>
    <p>— Ty sukinsynu!</p>
    <p>— Ale skoro już się pan fatygował do nas taki kawał drogi, majorze Cox — powiedziała wspaniałomyślnie Norrey — to wpadniemy do pana na piwo.</p>
    <p>— Wy tępe sukinsyny — nadleciał z dala głos Harry’ego. — Wy tępe sukinsyny. Ośle Drabinki przestały mrugać. Wiadomość dotarła do nas.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 5</p>
    </title>
    <p>Wypiłem dwa łyki i na nich poprzestałem. Oficerowie i załoga bez skrępowania gapili się na mnie i na Norrey. Za pierwszym łykiem przyjąłem zupełnie naturalnie, że byli zafascynowani widokiem durni, którzy w stanie zagrożenia wyłączają swoje radia. No cóż, faktu, że byłem nieboszczykiem nie uważałem za stan zagrożenia. Ale za drugim łykiem dostrzegłem pewną subtelną różnice, w tych spojrzeniach. Poza jednym lub dwoma wyjątkami wszyscy członkowie załogi płci żeńskiej gapili się na mnie, a płci męskiej na Norrey. Przypomniało mi się wtedy, co nosimy pod naszymi skafandrami próżniowymi; zresztą nie było o czym zapominać. Byliśmy „przyzwoicie”, ale dość skąpo zasłonięci urządzeniami sanitarnymi, a powszechny widok na wideoekranach na Ziemi nie jest taki znów powszechny w sali odpraw statku wojennego.</p>
    <p>Bili był, oczywiście, zbyt wielkim gentlemanem, by to zauważać. A może zdawał sobie sprawę, że i tak nie miał żadnego sposobu, by zaradzić zaistniałej sytuacji.</p>
    <p>— A więc meldunki o waszym zgonie były mocno przesadzone, co?</p>
    <p>— Wprost przeciwnie — powiedziałem, wycierając policzek rękawicą. — Pominięto w nich jedynie fakt naszego wskrzeszenia. Dzięki, Bili.</p>
    <p>Uśmiechnął się i bardzo szybko powiedział dziwną rzecz:</p>
    <p>— Nie zadawajcie oczywistych pytań. — Mówiąc to dał nam dyskretny znak oczyma. Na Ziemi i pod przyśpieszeniem poruszyłyby się one w bok. W stanie nieważkości rządzą inne prawa — jego źrenice zatoczyły bliźniacze kółka o średnicy jakiegoś centymetra i znowu spoczęły na nas. Wymowa znaku była jasna. Odpowiedzi na następne oczywiste pytania będą informacjami poufnymi. Czekać.</p>
    <p>— Jesteśmy do twojej dyspozycji — powiedziałem.</p>
    <p>Wzdrygnął się. Potem, w ułamku sekundy, zorientował się, że nie chodzi mi o to, o co jak sądził mi chodził na jego usta powrócił uśmiech.</p>
    <p>— Będzie wam potrzebny prysznic i jakiś posiłek. Chodźcie za mną do mojej kajuty.</p>
    <p>— Za prysznic — powiedziała Norrey — pójdę za panem do piekła. </p>
    <p>Ruszyliśmy.</p>
    <p>Miałem teraz drugą okazje, żeby jak turysta obejrzeć wnętrze autentycznego okrętu wojennego i znowu byłem zbyt zaabsorbowany, żeby zwracać uwagę na otoczenie. Czy Bili naprawdę sądził, że jego załoga uwierzy w przypadkowość naszego spotkania? Gdy tylko zorientowałem się, że w zasięgu głosu nie ma nikogo, spróbowałem coś z niego wydusić — ale na statkach wojennych Sił Kosmicznych ciśnienie powietrza jest tak małe, że dźwięki wolno się rozchodzą.</p>
    <p>Dotarliśmy wreszcie do jego kajuty i wpłynęliśmy do środka. Oparł się plecami o ścianę i zawisł w powietrzu zwrócony do nas twarzą, w całkowicie swobodnym „przysiadzie kosmonauty”, po czym cisnął nam dwa dziwne przedmioty. Obejrzałem mój: wyglądał jak zegarek naręczny z przymocowaną do niego miniaturową suszarką do włosów. Potem rzucił nam dwa papierosy. Złapałem je. Warunki życia na pojazdach wojskowych różnią się od warunków panujących na luksusowych w zasadzie, obiektach kosmicznych, takich jak nasze Studio, czy „Skyfac” — system klimatyzacyjny „Championa” był prymitywny. Przedmioty, które dał nam Bili stanowiły kombinacje wentylatora z popielniczką. Wsunąłem swój na przegub i zapaliłem.</p>
    <p>— Major William Cox — powiedziałem formalnie — Norrey Armstead. Vice versa.</p>
    <p>— Jestem zaszczycony, pani Armstead — odparł Bili. — Widziałem wszystkie taśmy, jakie wypuściliście na rynek i… no dobrze; to może zostać źle zrozumiane, ale jest pani jej siostrą.</p>
    <p>Norrey uśmiechnęła się.</p>
    <p>— Dziękuje, majorze…</p>
    <p>— Bili.</p>
    <p>— …Bili. To duży komplement. Charlie dużo mi o tobie opowiadał.</p>
    <p>— Mnie o pani również. Pewnej pijackiej nocy, gdy znowu spotkaliśmy się na Ziemi… Teraz musicie mi oboje wybaczyć. — Po raz pierwszy zauważyłem, że działa w pośpiechu. — Bardzo chciałbym pogawędzić, ale nie mogę. Zdejmijcie szybko swoje skafandry.</p>
    <p>— Jeszcze bardziej niż prysznica pragnę twoich wyjaśnień, Bili — powiedziałem. — Co, u diabła, cię tutaj sprowadza i to w takiej chwili? Nie wierze, w cuda, w każdym razie nie w takie. I po co te tajemnice?</p>
    <p>— Właśnie — wtrąciła Norrey. — I dlaczego wasza kontrola naziemna nie wiedziała, że znajdujecie się w tym rejonie?</p>
    <p>Cox uniósł obie ręce do góry.</p>
    <p>— Hola, hola. Udzielenie odpowiedzi na wszystkie wasze pytania zajmie co najmniej dwadzieścia minut. Za… — zerknął na zegarek — …niespełna trzy minuty przyśpieszamy do 2 g. Dlatego kazałem wam wyskoczyć z tych skafandrów — moje łóżko pomieści was razem ze zbiornikami powietrza, ale będzie wam wtedy cholernie niewygodnie.</p>
    <p>— Co? Bili, o czym ty mówisz? Po co tak przyśpieszamy? Nasze Studio jest o parę kilometrów stąd.</p>
    <p>— Wasi przyjaciele zostaną zabrani przez ten sam wahadłowiec, który wiezie doktora Panzellę — powiedział Cox. — Dołączą do was na „Skyfac” za parę. godzin. Ale wy dwoje nie możecie czekać.</p>
    <p>— Na co?! — wrzasnąłem.</p>
    <p>Bili wdał się ze mną w pojedynek na spojrzenia i przegrał.</p>
    <p>— Cholera… — powiedział i urwał. — Mam rozkaz nic wam nie mówić. — Spojrzał znowu na chronometr. — No i naprawdę muszę, wracać. Słuchajcie, jeżeli mi zaufacie i nie będziecie przeszkadzać, mogę streścić wam te dwadzieścia minut w dwóch zdaniach, zgoda?</p>
    <p>— Ja… zgoda.</p>
    <p>— W bliskim sąsiedztwie Saturna znowu pojawili się obcy. Po prostu siedzą tam. Przemyślcie to sobie.</p>
    <p>Zaraz potem wyszedł, ale zanim jeszcze zamknął za sobą drzwi, byłem już w połowie ściągania skafandra, a Norrey sięgała po pasy zwisające po prawej stronie kapitańskiej koi. </p>
    <p>I oboje zaczynaliśmy odczuwać strach. Znowu.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>„Przemyślcie to sobie” — powiedział Bili.</p>
    <p>Obcy przybyli już raz, bezczelnie załomotali do naszych drzwi i przywitani zostali wystrzałem z dubeltówki zwanej Shara. Szybko uczyli się dobrych manier; tym razem zatrzymali się przed furtką w płocie, krzyknęli „hej tam, w domu” i rozważnie czekali. Najwyraźniej chcieli pertraktować.</p>
    <p>Zatem dobrze: jeśli bylibyście na miejscu Sekretarza Generalnego ONZ, kogo wysłalibyście jako parlamentariusza? Siły Kosmiczne? Wybitnych polityków? Uznanych naukowców? Stowarzyszenie handlarzy używanymi helikopterami? Najprawdopodobniej wysłalibyście z tą misją swych najbardziej doświadczonych i elastycznych dyplomatów, i to tylu, ilu mogłoby się zabrać.</p>
    <p>Ale czy pominęlibyście jedynych w opanowanym przez ludzi kosmosie artystów, którzy zademonstrowali praktyczną znajomość żargonu obcych?</p>
    <p>Stawałem przed komisją poborową — w moim wieku.</p>
    <p>Ale to było dopiero pierwsze ogniwo w tym logicznym łańcuchu. Przyczyną, dla której planowana nie tak dawno wyprawa na Saturna narobiła w prasie tyle szumu — przypomniałem sobie to teraz — było to, że dla załogi był to rodzaj misji samobójczej. A my mieliśmy zająć jej miejsce.</p>
    <p>„Przemyślcie to sobie”. Jakikolwiek cel miała nasza wyprawa na Saturna, pewne było, że potrwa ona długo. Mętnie kojarzyłem, że była mowa o jakichś sześciu latach. A każda podróż na odległości tego rzędu musiała za sobą pociągać konieczność spędzania niemal całego czasu w stanie nieważkości.</p>
    <p>Jeżeli nie wymigamy się jakoś od tego poboru, nigdy więcej nie postawimy stopy na powierzchni Ziemi. Będziemy banitami, uwięzionymi na zawsze w kosmosie. Taka będzie nasza zapłata za służenie w charakterze ust w wymianie poglądów miedzy zgrają dyplomatów a stworzeniami, które zabiły Sharę.</p>
    <p>Zakładając, że w ogóle przeżyjemy całą te wyprawę.</p>
    <p>Kiedy indziej te implikacje byłyby zbyt wstrząsające dla mojego mózgu, by ten zdołał je pojąć. O ile nie załatwię sobie skreślenia mnie z listy uczestników tej ekspedycji u kogoś, kto oczekuje nas na „Skyfac” (dlaczego akurat tam?), to Norrey i ja odbyliśmy już nasz ostatni spacer, widzieliśmy naszą ostatnią plaże, byliśmy ha naszym ostatnim koncercie. Dla świata byliśmy już martwi. A jednak przyjmowałem to zwyczajnie, na chłodno.</p>
    <p>Wyrzekłem się tego wszystkiego nie dalej niż godzinę temu.</p>
    <p>I pogodziłem się wtedy z utratą wielu więcej ważniejszych rzeczy, a teraz wyglądało na to, że będę mógł je zachować. Oddychanie. Jedzenie. Spanie. Myślenie. Kochanie. Cierpienie. Drapanie. Trawienie… Tak, ta lista nie miała końca — a wszystko to miałem z powrotem na co najmniej sześć lat! Nie potrafiłem wyobrazić sobie podróży na Saturna, nie mówiąc już o tym, co nas czeka u jej kresu — ale wiedziałem, że w kosmosie nie ma chamów, rabusiów, szalonych dusicieli ani pijanych kierowców, nie ma pożarów budynków mieszkalnych ani kryzysu paliwowego, ani zamieszek na tle rasowym.</p>
    <p>A co na ten temat myśli Norrey?</p>
    <p>Dojście do tych wniosków zajęło mi dwie minuty; gdy przekręciłem głowę, żeby zobaczyć twarz Norrey, zabrzęczał alarm ostrzegający przed rychłym włączeniem silników. Ona też odwróciła się twarzą do mnie; nasze nosy dzieliła odległość jednego centymetra i widziałem, że również to przemyślała. Nie potrafiłem jednak określić jej reakcji.</p>
    <p>— Chyba nie bardzo chce mi się lecieć — odezwałem się.</p>
    <p>— A mnie się chce — powiedziała żarliwie. </p>
    <p>Zamrugałem powiekami.</p>
    <p>— Phillip Nolan był „człowiekiem bez kraju” — powiedziałem — i nie przejmował się tym. My będziemy „parą bez planety”.</p>
    <p>— Ja nie tym się przejmuje, Charlie — rozległo się drugie ostrzeżenie.</p>
    <p>— Tam, w Wozie, wydawało mi się, że się przejmujesz kiedy szkalowałem Ziemie.</p>
    <p>— Nic nie rozumiesz. Te gnojki zabiły moją siostrę. Chce się nauczyć ich jeżyka, żeby móc im wygarnąć.</p>
    <p>To nie wygląda na zły pomysł. Ale myślenie o tym było złym pomysłem. 2 g zaskoczyło nas z odwróconymi na bok głowami wciskając nam policzki w koje i wykręcając szyje:</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Trwały jeszcze pomniejsze przyspieszenia manewrowe, a po nich rozległ się sygnał „przyśpieszenie zakończone”. Odpięliśmy się, pożyczyliśmy sobie oboje szlafroki z szafki Billa i zaczęliśmy masować sobie nawzajem szyje. Po pewnym czasie wrócił Bili. Popatrzył na sińce, jakie wyhodowaliśmy sobie po przeciwnych stronach twarzy i parsknął śmiechem.</p>
    <p>— Papużki nierozłączki, co? W porządku, wynurzenie. Narada. — Wyciągnął z szafki mundury polowe oraz szczotkę do włosów i grzebień.</p>
    <p>— Z kim? — spytałem ubierając się pośpiesznie.</p>
    <p>— Z Sekretarzem Generalnym ONZ — odparł zwyczajnie.</p>
    <p>— Jezu Chryste.</p>
    <p>— Gdyby tak był osiągalny — zgodził się Bili.</p>
    <p>— Co z Tomem? — spytała Norrey. — Dobrze się czuje?</p>
    <p>— Rozmawiałem z Panzellą — odparł Bili. — McGillicudy czuje się dobrze. Będzie przez jakiś czas wyglądał jak jogurt truskawkowy, ale żadnych poważniejszych obrażeń…</p>
    <p>— Dzięki Bogu.</p>
    <p>— …Panzella wiezie go tu z pozostałymi. Przewidywany czas przybycia — zerknął na chronometr — za pięć godzin.</p>
    <p>— Mamy lecieć wszyscy?! — wykrzyknąłem. — Jak wielki jest ten cholerny statek?</p>
    <p>— Znam tylko swoje rozkazy — powiedział Bili, odwracając się, by odejść. — Mam dopilnować, aby wasza szóstka została dostarczona na „Skyfac”. Jak najszybciej. Oraz, a mam nadzieje, że o tym nie zapomnicie, trzymać gębę na kłódkę. — „Dlaczego właśnie »Skyfac«?” — pomyślałem znowu.</p>
    <p>— A przypuśćmy, że oni się nie zgodzą? — spytała Norrey. Bili odwrócił się ku nam szczerze zaskoczony.</p>
    <p>— Co?</p>
    <p>— Przecież oni nie mają takiej osobistej motywacji, jak Charlie i ja.</p>
    <p>— Znają swój obowiązek.</p>
    <p>— Ale są cywilami. </p>
    <p>Był nadal zmieszany.</p>
    <p>— A czy nie są ludźmi? </p>
    <p>Zrezygnowała.</p>
    <p>— Prowadź nas do tego Sekretarza Generalnego.</p>
    <p>Żadne z nas nie zdawało sobie jeszcze wtedy sprawy, jak trafne pytanie zadał Bili.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Tokugawa bawił w Tokio. No i bardzo dobrze; nie było dla niego miejsca w jego własnym gabinecie. Siedmioro cywili, sześciu oficerów armii. Trzej z tych ostatnich byli — z Sił Kosmicznych, pozostali trzej z sił zbrojnych trzech państw; cała trzynastka wysokiej rangi. Byłoby to oczywiste, nawet gdyby występowali nago. Wszyscy zachowywali spokój i rezerwę, żadne z nich nie wypowiedziało zbędnego słowa. Ale w pomieszczeniu wyczuwało się tyle powagi, że wystarczyłoby go do otrzeźwienia pijanego drwala.</p>
    <p>Ale była to powaga niespokojna, powaga nerwowa, stojąca w obliczu autentycznego kryzysu, aż nadto świadoma, że oto tworzymy historie. Ci, którzy nie wyglądali agresywnie wyglądali skrajnie ponuro.</p>
    <p>I wtedy spostrzegłem, że wszyscy wojskowi i jeden z cywilów czynili heroiczne wysiłki, aby w sposób nie rzucający się w oczy obserwować jednocześnie wszystkich obecnych, a więc wziąłem się pod boki i roześmiałem w głos.</p>
    <p>Mężczyzna zasiadający w fotelu Carringtona — przepraszam, Tokugawy — sprawiał wrażenie szczerze zaskoczonego. Nie urażonego, nawet nie zdenerwowanego — po prostu zaskoczonego.</p>
    <p>— Z czego się pan śmieje, sir? — spytał łagodnie, lekko kalecząc akcent. </p>
    <p>Potrząsnąłem głową, uśmiechając się wciąż mimo woli.</p>
    <p>— Nie wiem, czy potrafię to panu wyjaśnić, panie Sekretarzu Generalny. — Coś w grymasie jego ust kazało mi jednak spróbować. — Z mojego punktu widzenia wszedłem właśnie do filmu Hitchcocka.</p>
    <p>Pomyślał przez chwile, starając sobie wyobrazić, jak może czuć się szary człowiek wpadający nagle w towarzystwo rozdrażnionych lwów i sam się uśmiechnął.</p>
    <p>— A zatem powinniśmy przynajmniej zadbać o świeżość dialogu — powiedział. Lwia cześć jego zmęczenia wynikała chyba ze złego samopoczucia, wywołanego przebywaniem w stanie nieważkości. Ale zauważało to tylko jego ciało. — Przejdźmy do tematu. Jestem pod wrażeniem waszych nagrań, panie… — Zerknął w dół, ale nie znalazł tam karteczki, której szukał. Trzymał ją amerykański cywil, a temu przez ramie zaglądał rosyjski generał. Zanim zdążyłem mu podpowiedzieć, przymknął oczy, natężył pamięć i ciągnął: — …Armstead. Znajduje się w posiadaniu trzech kopii „Gwiezdnego tańca” i pierwsze dwie są już zupełnie zużyte. Oglądałem ostatnio pańskie własne nagrania i rozmawiałem z kilkoma pańskimi byłymi studentami. Mam do wykonania pewne zadanie i uważam, że pan i pańska grupa jesteście ludźmi do tego stworzonymi.</p>
    <p>Nie chciałem wpędzać Billa w kłopoty, przybrałem więc tępy wyraz twarzy i czekałem.</p>
    <p>— Zaobserwowano ponownie obce istoty, które pan i Shara Drummond spotkaliście. Zdają się krążyć po orbicie parkingowej wokół Saturna. Pozostają tam już od około trzech tygodni, nie zdradzając zamiaru podejścia bliżej ani oddalenia się od nas. Wysłano sygnały radiowe, ale one nie udzieliły żadnej odpowiedzi. Czy powie mi pan, z łaski swojej, gdy wreszcie dojdę do informacji, które będą dla pana nowością?</p>
    <p>Wiedziałem, że mnie rozszyfrowano, ale się nie poddawałem.</p>
    <p>— Nowością dla mnie? Jezu, to wszystko jest… </p>
    <p>Znowu się uśmiechnął.</p>
    <p>— Panie Armstead. W ONZ kursuje taicie powiedzonko. Brzmi ono: „W kosmosie nic się nie ukryje”.</p>
    <p>To prawda, że miedzy ludźmi, którzy wybrali życie w kosmosie istnieje jedyna w swoim rodzaju wieź, o wiele silniejsza od tej, jaka łączy mieszkańców Ziemi, bez względu na to kim są. Pomimo swojego ogromu, kosmos zawsze miał pocztę pantoflową rozwiniętą lepiej od niejednego małego miasteczka. Ale nie spodziewałem się, że Sekretarz Generalny o tym wie.</p>
    <p>Gdy wciąż jeszcze byłem w trakcie weryfikowania mojej opinii na temat Sekretarza, w sukurs przyszła mi Norrey.</p>
    <p>— Wiemy, że mamy lecieć do Saturna, panie Sekretarzu Generalny. Nie wiemy w jaki sposób tam się dostaniemy i czego się od nas oczekuje, gdy już tam będziemy.</p>
    <p>— Ani też, o ile już o tym mowa — dodałem — dlaczego ta konferencja odbywa się na pokładzie „Skyfac”.</p>
    <p>— Ale rozumiemy, jak się zapewne pan domyśla, osobiste implikacje wynikające z tak długie; podróży kosmicznej i wiemy, że lecieć musimy.</p>
    <p>— Tego się właśnie po was spodziewałem — rzekł z szacunkiem. — Czy macie do mnie jakieś pytania?</p>
    <p>— Chwileczkę — wtrąciłem. — Rozumiem, że chodzi panu o całą naszą grupę. Czy nie wystarczy Norrey i ja? Jesteśmy najlepszymi tancerzami. — Po co zwielokrotniać pański fundusz płac?</p>
    <p>— Kwota przeznaczona na wynagrodzenia nie odgrywa tu większej roli — odparł Sekretarz. — Wasi przyjaciele będą mieli pełną swobodę wyboru… nie będę jednak ukrywał, że chciałbym mieć was wszystkich.</p>
    <p>— Dlaczego?</p>
    <p>— Leci czworo dyplomatów. Potrzebuje czterech tłumaczy. Doświadczenie i dowiedziona fachowość pana Steina są nieocenione — jak wynika z jego akt jest on jedyny w swoim rodzaju. Pan Brindle może nam pomóc w nauczeniu obcych odpowiadania na sygnały wizualne, opracowane przez komputery, które „widziały” „Gwiezdny taniec” — podobnymi sprawami zajmuje się przecież w waszym zespole. Byłby to rodzaj rozszerzonego słownika, który dałby nam pretekst do wypróbowania reakcji obcych na wiązkę laserową.</p>
    <p>Jego odpowiedź zrodziła we mnie kilka poważnych obiekcji, ale postanowiłem zachować ich wyjaśnienie na później.</p>
    <p>— Proszę kontynuować — powiedziałem.</p>
    <p>— Co do reszty waszych pytań, jesteśmy gośćmi Skyfac Incorporated z uwagi na szereg dziwnych zbiegów okoliczności, które przekonują mnie niemal do mistycyzmu. Aby misja na Saturna doszła w ogóle do skutku potrzebny jest pewien przerzut balistyczny. Przerzut ten, nazywany Przerzutem Friesena, najlepiej zapoczątkować z orbity rezonansowej 2 :1. Po takiej orbicie porusza się „Skyfac”. Tak się składa, że „Skyfac” jest dogodną bazą wyposażeniową, nie mającą sobie równych w kosmosie. I zupełnie przypadkowo „Siegfried” — sonda saturiańska, której budowa dobiegła już końca — krąży po precesyjnej orbicie eliptycznej, która sprowadzi go w bliskie sąsiedztwo „Skyfac” w najodpowiedniejszym momencie. Nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Takim samym zbiegiem okoliczności jest to, że okno startowe dla lotu na Saturna otworzyło się równocześnie z pojawieniem się tam obcych. Nie wierze w szczęśliwe zbiegi okoliczności takiego rzędu. Osobiście podejrzewam, że jest to rodzaj testu inteligencji i możliwości, ale poza tym, co wam powiedziałem, nie mam na to żadnych dowodów. Moje spekulacje są tak samo bez pokrycia jak domysły kogokolwiek — musimy zebrać więcej informacji.</p>
    <p>— Jak długo to okno startowe będzie otwarte? — spytałem.</p>
    <p>— Około dwudziestu godzin.</p>
    <p>— Ile potrwa podróż tam i z powrotem?</p>
    <p>— Licząc od momentu startu — trzy lata. Około roku w tamtą stronę i dwa lata z powrotem.</p>
    <p>Z początku byłem mile zaskoczony: trzy lata zamknięcia w puszce pełnej dyplomatów zamiast dwunastu. Ale po chwili zacząłem się domyślać wchodzących w grę przyśpieszeń — w nieprzetestowanym statku budowanym przez rząd na zasadzie przetargu ofert. A poza tym, było to wciąż więcej czasu niż potrzeba, byśmy wszyscy przystosowali się nieodwracalnie od stanu nieważkości. Ciągle chyba trzymali w zanadrzu coś specjalnego i nadzwyczajnego.</p>
    <p>Uśmiechnąłem się znowu.</p>
    <p>— A pan leci?</p>
    <p>Człowiek mniejszego kalibru odparłby „Przykro mi, ale nie mogę” albo coś w tym rodzaju — i może byłby w tym zupełnie szczery. Sekretarze Generalni nie latają na Saturna, nawet jeśli tego chcą. Ale on powiedział tylko „nie”, a mnie zrobiło się wstyd, że w ogóle zadałem to pytanie.</p>
    <p>— Co do kompensacji — ciągnął spokojnie — to nie istnieje, oczywiście, adekwatna do wyrzeczeń, na jakie się skazujecie. Niemniej jednak, gdybyście po powrocie wyrażali chęć kontynuowania waszych występów, wszystkie wynikające z tego koszta operacyjne pokrywane będą dożywotnio przez ONZ. Gdybyście zaniechali dalszej działalności artystycznej, zostanie wam zagwarantowany nieograniczony dożywotni transport bezpłatny do i z dowolnego miejsca podlegającego jurysdykcji ONZ oraz luksusowe warunki przebywania w takim miejscu.</p>
    <p>Płacono nam dożywotnim biletem lotniczym do każdego miejsca w opanowanym przez ludzkość kosmosie. Jeśli ocalejemy,, żeby go odebrać.</p>
    <p>— Rozważanie formy i wysokości zapłaty za tego rodzaju poświecenia nie ma żadnego sensu; każda propozycja będzie groteskowa i warta śmiechu. Ale wyraziliście zgodę; wasz gatunek jest wam zobowiązany. Czy to was satysfakcjonuje?</p>
    <p>Zamyśliłem się nad jego słowami i spojrzałem na Norrey.</p>
    <p>— Akceptujemy ten czek in blanco — powiedziała. — Ale nie przyrzekamy, że go zrealizujemy. Skinął głową.</p>
    <p>— To chyba jedyna sensowna odpowiedź. W porządku, teraz…</p>
    <p>— Sir — powiedziałem z naciskiem. — Chciałbym od razu coś wyjaśnić.</p>
    <p>— Tak? — Jego cierpliwość była dla mnie zaszczytem.</p>
    <p>— Norrey i ja chcemy lecieć z powodów osobistych. Nie mogę występować w imieniu innych, ale musi pan wiedzieć, — że nie jestem zbytnio przekonany, czy ktokolwiek z nas potrafi wywiązać się z tego zadania. Zrobimy, co w naszej mocy — ale nie spodziewam się sukcesu.</p>
    <p>Spoczęły na mnie oczy chińskiego generała.</p>
    <p>— Dlaczego? — warknął.</p>
    <p>Nie spuszczałem wzroku z Sekretarza.</p>
    <p>— Zakłada pan, że skoro jesteśmy Gwiezdnymi Tancerzami, to automatycznie potrafimy służyć panu za tłumaczy. Nie mogę tego gwarantować. Odważę się powiedzieć, że lepiej niż ktokolwiek z tu obecnych znam taśmy z „Gwiezdnym tańcem” — nawet te objęte cenzurą. To ja je kręciłem. To ja tak długo manipulowałem szybkościami i kadrowaniem podczas montażu, aż poznałem z nazwy każdą klatkę i niech mnie diabli, jeżeli rozumiem ich jeżyk. No tak, miałem pewne przebłyski, przeczucia, ale… Shara ich rozumiała — z grubsza, intuicyjnie, wkładając w to wiele wysiłku, ale rozumiała. Nie jestem nawet w połowie takim choreografem, jakim była ona, ani też w połowie takim tancerzem. Nie dorównuje jej żadne z nas. Nie dorównuje jej nikt, kogo znam. Sama mi powiedziała, że kontakt, jaki z nimi nawiązała odbywał się bardziej za pośrednictwem telepatii niż choreografii. Nie mam pojęcia, czy którekolwiek z nas potrafi poprzez taniec nawiązać z nimi taki właśnie telepatyczny kontakt. Nie byłem tam; siedziałem w tym przerośniętym toroidzie, cztery grodzie stąd i tylko ten show filmowałem. — Zaczynałem się podniecać. Nagromadzone we mnie emocje znajdowały teraz swoje ujście. — Przepraszam, generale — zwróciłem się do Chińczyka — ale nie jest to coś, co można załatwić rozkazem. </p>
    <p>Sekretarz nie okazywał niepokoju.</p>
    <p>— Czy korzystał pan z pomocy komputerów?</p>
    <p>— Nie — przyznałem. — Przymierzałem się do tego, ale dopiero wtedy, gdy znajdę chwilę czasu.</p>
    <p>— Nie sądzi pan chyba, że to zaniedbaliśmy. Podobnie jak pan, nie dysponujemy słowniczkiem obco — ludzkim, ale wiemy już sporo. Potrafi pan choreografować przy wykorzystaniu komputera?</p>
    <p>— Jasne.</p>
    <p>— Zawartość pamięci naszego komputera pokładowego powinna panu zapewnić w drodze do Saturna materiał do rocznych studiów nad jeżykiem obcych. Dostarczy ona panu „słownika” oo najmniej wystarczającego do rozpoczęcia pracy nad poszerzaniem go oraz obszernych, można by rzec hipotetycznych sugestii co do metodyki postępowania. Badania te przyniosły już pewne wyniki. Pan i pańska grupa jesteście być może jedynymi żyjącymi ludźmi, zdolnymi do oceny tych danych i wykorzystania ich w praktyce. Widziałem taśmy z waszych występów i sądzę, że jeśli ktoś w ogóle potrafi tego dokonać, to tylko wy. Wszyscy jesteście ludźmi unikatowymi — przynajmniej w dziedzinie, którą się zajmujecie. Myślicie jak ludzie — ale nie tak samo jak ludzie.</p>
    <p>To była najniezwyklejsza opinia, jaką kiedykolwiek usłyszałem; oszołomiła mnie bardziej niż wszystko, co tego dnia zostało powiedziane.</p>
    <p>— Mówię oczywiście o was wszystkich — ciągnął dalej. — Być może poniesiecie porażkę. W takim przypadku dla grupy dyplomatów, z których tylko jedna osoba ma minimalne doświadczenie z zakresu warunków życia w stanie nieważkości jesteście najlepszymi nauczycielami i przewodnikami, jakich można sobie wyobrazić. Cokolwiek się wydarzy, będą oni potrzebowali do pomocy ludzi, którzy w kosmosie czują się jak w domu.</p>
    <p>Wyjął papierosa, a amerykański cywil włączył dyskretnie klimatyzacje. Przypalił sobie sam zapałką.</p>
    <p>— Jestem przekonany, że wszyscy dacie z siebie wszystko. Wszyscy ci z waszego zespołu, którzy zgodzą się lecieć. Mam nadzieje, że będą to wszyscy. Ale nie możemy czekać na przybycie pańskich przyjaciół, panie Armstead; wszyscy znajdujemy się po ogromną presją. Jeśli ma pan zostać przedstawiony misji dyplomatycznej, musi to nastąpić teraz.</p>
    <p>Ująłem Norrey ta rękę; ona uścisnęła moją.</p>
    <p>I pomyśleć, że mogłem sobie wieść życie anonimowego wideooperatora — alkoholika w New Brunswick.</p>
    <p>— Idziemy, sir — powiedziałem zdecydowanie.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>— Wpuszczasz mnie w maliny — wykrzyknął Raoul.</p>
    <p>— Jak Boga kocham — zapewniłem go.</p>
    <p>— To brzmi jak żart Miltona Berle — upierał się.</p>
    <p>— Jesteś za młody, żeby pamiętać Miltona Berle — powiedziała Norrey. Leżała na jednej z koi, zapadając co chwila w drzemkę.</p>
    <p>— A czy nie mam biblioteki taśm?</p>
    <p>— Zgadzam się z tobą — powiedziałem — ale fakty są faktami. Nasz korpus dyplomatyczny składa się z Hiszpana, Rosjanki, Chińczyka i Amerykanina.</p>
    <p>— O Boże — jęknął Tom z sąsiedniej koi, w której półleżał od czasu swego przybycia. Rzeczywiście wyglądał jak jogurt truskawkowy, lekko rozbełtany, i skarżył się na sporadyczny ból oka i ucha. — To ma nawet sens.</p>
    <p>— Jasne — zgodziłem się. — To musi być zespół wielonarodowy; całe to gadanie o jednoczeniu się ludzkości w obliczu zagrożenia ze strony obcych to wierutne brednie.</p>
    <p>— Z przysłowiowym Człowiekiem Bez Skazy na czele — dopowiedziała Linda.</p>
    <p>— Idealny byłby sam Sekretarz Generalny ONZ — wtrącił Raoul.</p>
    <p>— Jasne — zgodziłem się — ale on ma do załatwienia jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy gdzie indziej.</p>
    <p>— Ezequiel DeLaTorre też może być — mruknął w zamyśleniu Tom. Skinąłem głową.</p>
    <p>— Nawet ja o nim słyszałem — powiedziałem. — Okay, zdołałem wam powiedzieć wszystko, co wiemy. Komentarze? Pytania?</p>
    <p>— Chciałbym dowiedzieć się czegoś bliższego w sprawie tej jednorocznej podróży — odezwał się Tom. — O ile się orientuję, jest to niemożliwe.</p>
    <p>— Ja też tak uważam — zgodziłem się z nim. — Długo przebywaliśmy w kosmosie. Nie wiem, czy rozumieją, jak niewielkie długotrwałe przyśpieszenia możemy teraz znieść. Co wy na to, Harry? Raoul? Czy to możliwe?</p>
    <p>— Nie wydaje mi się — odparł Harry.</p>
    <p>— Dlaczego nie? Możesz to wyjaśnić?</p>
    <p>Do przywilejów gości „Skyfac” należy również dostęp do pokładowego komputera. Harry podpłynął do terminala i na ekranie pojawił się wzór:</p>
    <p>— To najprostszy wzór na wyrażenie czasu przelotu z planety na planetę — powiedział Stein.</p>
    <p>— Jezu.</p>
    <p>— I jest za prosty, żeby wyjaśnić to, o co pytasz.</p>
    <p>— Hmmm… wspominali o jakimś przerzucie…</p>
    <p>— Mam — wykrzyknął Raoul. — Przerzut Friesena. Miałem to na końcu jeżyka. Jasne, to by było to.</p>
    <p>— Co? — spytali wszyscy jednocześnie.</p>
    <p>— Gdy byłem dzieciakiem, czytywałem wszystkie artykuły dotyczące kolonizacji kosmosu, jakie wpadły mi w ręce — entuzjazmował się Raoul. — Lawrence Friesen wygłosił w Princeton referat… jasne, pamiętam, było to w roku osiemdziesiątym, czy trochę wcześniej. Poczekajcie. — Pokicał jak królik do terminala i zaczął coś na nim przeliczać.</p>
    <p>Harry liczył na swoim kalkulatorze osobistym wbudowanym w sprzączkę od pasa.</p>
    <p>— A jak zamierzasz uzyskać prędkość 28 kilometrów na sekundę? — spytał sceptycznie.</p>
    <p>— Może impulsem nuklearnym? — zasugerował Tom.</p>
    <p>— Wcale nie — powiedział Raoul. — Wykorzytując przeniesienie Friesena nie trzeba się uciekać do tego rodzaju środków. Popatrzcie — przełączył terminal na grafikę i zaczął szkicować swój pomysł. — Trzeba zacząć od takiej orbity:</p>
    <p>— Orbita rezonansowa 2:1? — spytałem.</p>
    <p>— Właśnie — potwierdził.</p>
    <p>— Taka, po jakiej krąży „Skyfac”? — spytałem.</p>
    <p>— Tak, jasne, to by… hej! Hej, tak… jesteśmy akurat tam, gdzie powinniśmy być. O rany, co za niezwykły zbieg okoliczności.</p>
    <p>Harry zaczynał już węszyć pismo nosem. Tom chyba też. .</p>
    <p>— No i co? — podpowiadałem.</p>
    <p>Raoul skasował grafikę i zrobił jeszcze kilka obliczeń.</p>
    <p>— No dobrze, załóżmy, że chcemy, aby prędkość, z jaką porusza się nasz statek zmniejszyła się o niecały kilometr na sekundę. To daje nam… no tak, wyhamowujemy przez prawie dwie minuty z przyśpieszeniem l g. Hmmm. Albo, powiedzmy, przez siedemnaście minut z 0,1 g. No nic. W wyniku tego zaczynamy spadać na Ziemie. O to nam właśnie chodzi, bo chcemy się katapultować okrążając ją. W ściśle określonym momencie zwiększamy więc prędkość o dodatkowe 5,44 kilometra na sekundę.</p>
    <p>Około dziewięciu minut przy ciążeniu l g, ale nie można stosować l g, bo ze względu na nas przyśpieszanie musi trwać krótko. Powiedzmy, jakieś 4,6 minuty przy 2 g albo 2,3 minuty przy 4 g.</p>
    <p>— No fajnie — wtrąciłem wesoło. — Tylko dwie minuty przy czterokrotnym przeciążeniu. Twarze wędrują nam na tył głowy i jesteśmy jedynymi stworzeniami w układzie z potylicami z przodu. Wal dalej. </p>
    <p>— Dostajemy więc takie coś — ciągnął Raoul wciskając znowu klawisz włączający grafikę.</p>
    <p>— A potem roczna podróż w stanie nieważkości, podczas której opracowujemy choreografię, wymiotujemy, słuchamy, jak próchnieją nam kości, mordujemy dyplomatów, zjadamy ich i wkuwamy rozmówki obcych. Po roku jesteśmy już na Saturnie. Fajnie, to kolejny szczęśliwy zbieg okoliczności — okno startowe dla jednorocznej podróży na Saturna otwiera się…</p>
    <p>— No tak — przerwał mu Harry, zerkając znad swego kalkulatora — w ten sposób dolecisz przez rok do Saturna — z prędkością względną 12 kilometrów na sekundę. To więcej niż prędkość ucieczki dla Ziemi. Jak chcesz ją wytracić?</p>
    <p>— Dajemy się schwytać przez pole grawitacyjne Tytana — odparł triumfalnie Raoul.</p>
    <p>— Och — stęknął Harry. — Och. Wytracamy osiem albo i dziewięć kilometrów na sekundę.</p>
    <p>— O to chodzi — ciągnął Raoul waląc w klawisze. — Spokojnie. 0,1 g przez 2,5 godziny. Albo, żebyśmy wszyscy lepiej to znieśli, 0,01 g przez trochę więcej niż dobę. Eeee… przez 25,5 godziny.</p>
    <p>Nie chce się chwalić, ale naprawdę nadążałem za większością głównych tez tego wykładu — monitor komputera to cudowna pomoc dla ignoranta.</p>
    <p>— No i dobrze — powiedziałem nagle, zwracając na siebie uwagę wszystkich. — No i dobrze. To jest możliwe. Omawialiśmy te sprawę już na dwie godziny przed przybyciem tu waszego wahadłowca. Powiedziałem wam, czego od nas chcą i dlaczego nalegają, żebyśmy lecieli wszyscy. Chciałbym dać wam czas do namysłu do jutra wieczór. Ale wóz niedługo rusza. To ten cały interes z oknem startowym, o którym wspominałeś, Raoul. — Harry łypnął podejrzliwie okiem, Tom również był poruszony nieprawdopodobieństwem takiego trafu. — A więc — ciągnąłem udając, że tego nie zauważam — muszę mieć wasze ostateczne decyzje najdalej za godzinę. Wiem, że to śmieszne, ale nie mamy wyboru — westchnąłem. — Radzę wam dobrze wykorzystać te godzinę.</p>
    <p>— Charlie, do cholery — wykrzyknął autentycznie zdenerwowany Tom — czy to rodzina, czy nie?</p>
    <p>— Ja…</p>
    <p>— Co to za wygłupy — zgodził się z nim Raoul. — Człowiek nie powinien obrażać swych przyjaciół. Linda i Harry również sprawiali wrażenie urażonych.</p>
    <p>— Słuchajcie, idioci — powiedziałem, wytaczając swój najcięższy kaliber — to jest na zawsze. Już nigdy nie pojeździcie na nartach, nie popływacie, nigdy nie pospacerujecie — nawet po Księżycu. Nigdy już się nawet nie wysracie bez pomocy technicznej.</p>
    <p>— A gdzie na Ziemi można się teraz wysrać bez pomocy technicznej? — spytała Linda.</p>
    <p>— Przestań — warknąłem — nie wyjeżdżaj mi tu z satyrą, zastanów się. Czy muszę się uciekać do argumentów osobistych? Harry, Raoul — jak wam się wydaje, z iloma kobietami umówicie się na randkę w kosmosie? Ile z nich porzuci cały świat, żeby z wami pozostać? Teraz poważnie. Linda, Tom — czy znacie jakikolwiek dowód, który przynajmniej sugerowałby, że połóg w stanie nieważkości jest możliwy? Czy chcecie pewnego dnia ryzykować dwa życia? A może planujecie poddanie się sterylizacji? A teraz przestańcie wszyscy czworo mówić jak bohaterowie komiksu i wysłuchajcie mnie, do diabła! — Ze zdumieniem stwierdziłem, że naprawdę, wpadam w szał. — Nie możemy mieć żadnej pewności, że potrafimy się porozumieć z tymi cholernymi ćmami! Tak długie igranie z losem zmniejsza prawdopodobieństwo powodzenia. Dwa życia, to wystarczające ryzyko. Ludzie, nie jesteście nam do niczego potrzebni — wykrzyknąłem i ugryzłem się w jeżyk.</p>
    <p>— Nie — podjąłem po chwili — to kłamstwo. Nie będę się przy tym upierał. Ale, jeśli to zadanie jest w ogóle wykonalne, możemy sobie poradzić bez was. Norrey i ja mamy osobiste powody, żeby lecieć — ale po co wy macie porzucać swoją planetę?</p>
    <p>Zapadło lepkie milczenie. Zrobiłem, co mogłem, Norrey nie miała nic do dodania. Obserwowałem cztery obojętne, nie wyrażające żadnych emocji twarze i czekałem. </p>
    <p>W końcu Linda poruszyła się.</p>
    <p>— Rozwiążemy problem rodzenia w stanie nieważkości — powiedziała. A w sekundę później dodała: — Kiedy będziemy musieli.</p>
    <p>Tom zapomniał o swych dolegliwościach. Posłał Lindzie przeciągłe spojrzenie, uśmiechając się obrzmiałymi, usianymi siateczką popękanych żyłek wargami i powiedział:</p>
    <p>— Wychowałem się w Nowym Jorku. Przez całe życie mieszkałem w mieście. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy ile napięcia jest w miejskim życiu, dopóki nie pomieszkałem przez tydzień w domu waszej rodziny. I nie uświadamiałem sobie nawet, jak bardzo nienawidzę tego napięcia, dopóki nie zdałem sobie sprawy jak bardzo się boje, gdy musiałem wracać na Ziemie. — Dotknął jej policzka podeszłymi krwią paznokciami. — Jasne, kiedyś będziemy mieli dziecko — i nie będziemy musieli uczyć go życia w dżungli.</p>
    <p>Linda uśmiechnęła się i ujęła jego purpurowe palce.</p>
    <p>— Nie będziemy musieli uczyć go chodzenia.</p>
    <p>— W stanie nieważkości — odezwał się nieobecnym głosem Raoul — jestem wyższy. — Pomyślałem, że chodzi mu o te kilka centymetrów, o które wyciągają się w stanie nieważkości każde plecy, ale on dodał — W stanie nieważkości nikt nie jest niski.</p>
    <p>O rany, on miał rację — w kosmosie nie ma sensu mówienie o kimś, że „sięga nam do pasa”, nie ma więc też sensu mówienie o wzroście. </p>
    <p>Ale głos Raoula był niepewny. On nie podjął jeszcze decyzji. </p>
    <p>Harry pociągnął z puszki łyk piwa, czknął i wbił wzrok w sufit.</p>
    <p>— Po mojemu. Dość długo. Cary ten gips z przystosowaniem. Mógłbym pracować cały rok, a nie pół. Myślało się już o tym — zerknął na Raoula. — Nie wydaje mi się, że będzie mi szczególnie brakowało kobiet.</p>
    <p>Raoul wytrzymał jego wzrok.</p>
    <p>— Mnie też nie — powiedział i tym razem w jego głosie brzmiała decyzja. </p>
    <p>Coś zaświtało w zwojach szarych komórek i szczeka mi opadła.</p>
    <p>— O rany!</p>
    <p>— To tylko klapki na oczach, Charlie — powiedziała współczująco Linda.</p>
    <p>Miała rację. To nie miało nic wspólnego z moją mądrością życiową ani z doświadczeniem, ani ze spostrzegawczością. To była po prostu moja wada wrodzona: klapki na oczach. Nigdy nie nauczę się dostrzegać kwitnącej pod moim nosem miłości.</p>
    <p>— Norrey — powiedziałem oskarżycielskim tonem — wiesz, że jestem idiotą, dlaczego mi nie powiedziałaś? Norrey?</p>
    <p>Spała pochrapując.</p>
    <p>A pozostała czwórka śmiała się ze mnie jak diabli po sekundzie też byłem zmuszony się roześmiać. Każdy człowiek, który nie uważa siebie za głupca, jest cholernym głupcem; każdy człowiek, który stara się, to ukryć jest podwójnym cholernym głupcem, bo jest sam. Śmiejąc się razem pomniejszaliśmy moją głupotę do cechy wspólnie dzielonej i nawet Norrey poruszyła się na swej koi i uśmiechnęła przez sen.</p>
    <p>— W porządku — powiedziałem, gdy tylko udało mi się zaczerpnąć tchu. — Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nie będę walczył z wiatrakami. Kocham was wszystkich i będę ogromnie rad z waszego towarzystwa. Tom, wyciągnij się i prześpij trochę; Raoul, zgaś światło. Idziemy się pakować. Potem wrócimy tu po Norrey i Toma. Zapakujemy twoje komiksy i tunikę na zmianę, Tom. Nadal ważysz około siedemdziesięciu dwóch kilogramów, tak? — Pochyliłem się nad Norrey i pocałowałem ją w czoło. — No, pchajmy ten wózek.</p>
   </section>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>CZĘŚĆ III</p>
    <p>Gwiezdny posiew</p>
   </title>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 1</p>
    </title>
    <p>Dopiero w tydzień później znaleźliśmy następną sposobność do rozmowy na osobności — i pierwsze półtorej godziny spędziliśmy we względnej ciszy. Tydzień zamknięcia w stalowej puszce z wieloma nieznajomymi okazał się jeszcze mniej zabawny, niż porównywalny okres spędzony z taką samą liczbą studentów. Większość tych nieznajomych była naszymi pracodawcami, pozostałą dwójkę stanowili nasi opiekunowie z ramienia Sił Kosmicznych. Żadna z tych osób nie była naszym podwładnym ani też nie miała temperamentu przystosowanego do przebywania pod jednym dachem z artystami. Rozważając jednak wszystkie okoliczności, lepiej znosiliśmy ciasnotę: i napięcie niż w pierwszych dniach naszego Studio — co mnie dziwiło.</p>
    <p>Jednak przy pierwszej dogodnej okazji wybraliśmy się wszyscy na wspólną przechadzkę w otwartym kosmosie. I odkryliśmy, że mamy ważniejsze rzeczy do załatwienia niż wymiana uwag.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Odległość pomniejszała potężnego „Siegfrieda”, ale nie chciała go zmienić w makietę z „Kosmicznego patrolu”; oglądany nawet ze sporej perspektywy zachowywał swą masywną dostojność. Poczułem niezwykły u mnie przypływ dumy z przynależności do rasy, która go zbudowała i wyrzuciła w niebo. Poprawiło mi to nastrój jak zastrzyk tlenu. Wlokłem za sobą trzykilometrową linę, łączącą mnie z tym wielkim statkiem. Z upodobaniem obserwowałem ogromne, wężowe zafalowania, które powodowałem i pozwalałem im wprawiać się w powolne kołysanie.</p>
    <p>Wokół mnie obracał się kosmos.</p>
    <p>Pojawili się Tom i Linda. Potem w polu widzenia ukazał się zwrócony do mnie bokiem Raoul. On i Harry rzucali do siebie przez dwa kilometry pustki świecące kółko. Norrey skakała przez swoją linkę ratunkową jak na skakance. Wstrzymałem swoje kołysanie, żeby ją podziwiać. A może — myślałem leniwie — przerobić to kiedyś na taniec?</p>
    <p>Z umysłem dziwnie oderwanym obserwowałem Norrey. Obiektywnie mówiąc moja żona nie była nawet w przybliżeniu tak oszałamiająco piękna, jak jej nieżyjąca siostra. I przez dziesiątki lat naszej znajomości nigdy nie pałałem w stosunku do Norrey tego rodzaju beznadziejną, wyniszczającą namiętnością, jaką czułem do Shary w każdej minucie tych kilku lat, przez które ją znałem. Dzięki Bogu. Pamiętałam te namiętność, to bezmyślne uwielbienie, które widzi ślad na podłodze w pokoju i mówi: „Tam ona postawiła swoją stopę”, które widzi sfatygowaną kamerę i mówi: „Tym ją filmowałem”. Bezsenne noce, rzeki whisky i straszne przebudzenia. Moja namiętność do Shary umarła, wygasła na zawsze niemal równocześnie z jej śmiercią.</p>
    <p>Shara była wobec mnie bardzo miła.</p>
    <p>Miłość, która łączyła mnie teraz z Norrey była o wiele spokojniejsza, o wiele mniej wymagająca od systemu nerwowego. No cóż, przez lata udawało mi się jej nie dostrzegać. Ale to był .przecież bogatszy rodzaj miłości.</p>
    <p>— Czy dotarło do któregoś z was — spytałem leniwie — że żyjąc w kosmosie dojrzeliśmy do poziomu wczesnego dzieciństwa?</p>
    <p>Norrej; zachichotała i przestała skakać.</p>
    <p>— Co masz na myśli, kochanie?</p>
    <p>— To oczywiste — roześmiał się Raoul. — Popatrz na nas. Jak dzieciaki na największym ze stworzonych przez Bosa placu zabaw.</p>
    <p> Głos Lindy był zachrypnięty i cichy:</p>
    <p>— Charlie ma rację. Dojrzeliśmy na tyle, żeby znów stać się dziećmi.</p>
    <p>W tym momencie zaczął buczeć mój sygnał alarmowy. Wcisnąłem guzik poprzez skafander i sygnał umilkł.</p>
    <p>— Przykro mi, dzieciaki. Połowa naszego powietrza. Przystępujemy do ćwiczeń grupowych. Dołączamy do Lindy i ćwiczymy Pulsujący Płatek Śniegu.</p>
    <p>— O rany, znowu do roboty?</p>
    <p>— Phi, mamy cały rok na trening.</p>
    <p>— Niech pan zaczeka, szefie, aż złapie tego skubańca.</p>
    <p>— Dajmy temu wreszcie spokój.</p>
    <p>To były zupełnie naturalne odpowiedzi na wygłoszone przeze mnie zdanie. Zbliżyliśmy się do siebie, manipulując przy naszych radiach.</p>
    <p>— Zaczynamy — powiedziałem, podpływając do Lindy. — Dobrze. Ty Harry przejdź na drugą stronę i chwyć Toma… O tak. Czekaj, uważaj! O Chryste! — wrzasnąłem.</p>
    <p>— Nie! — krzyknął Harry.</p>
    <p>— O mój Boże — wymamrotał Raoul. — O mój Boże, skafander mu się rozdarł, skafander mu się rozdarł. Niech ktoś coś zrobi, o mój Boże…</p>
    <p>— May Day! — ryknąłem. — Gwiezdni Tancerze do Siegfrieda, May Day do cholery. Ma: my rozdarty skafander, chyba sobie z rym nie poradzimy. Odbiór. Odezwiecie się wreszcie?</p>
    <p>Cisza, nie licząc strasznego charczenia Harry’ego.</p>
    <p>— Siegfried, na miłość boską, odezwij się. Umiera tu jeden z twoich bezcennych tłumaczy! </p>
    <p>Cisza.</p>
    <p>Raoul klął i wściekał się, Linda go uspokajała, Norrey modliła się cicho. </p>
    <p>Cisza.</p>
    <p>— Tłumiki chyba działają, Harry — powiedziałem w końcu z aprobatą. — Jesteśmy sami. A swoją drogą, to twoje rzężenie było okropne.</p>
    <p>— A czy miałem okazje, żeby je przećwiczyć?</p>
    <p>— Puściłeś już te taśmę z zadyszką?</p>
    <p>— Tak — powiedział Harry. — Ciężki oddech i bicie tętna. Żadnych powtórzeń. Trwa półtorej godziny.</p>
    <p>— Okay — powiedziałem — porozmawiajmy jak w rodzinie. Każde z nas spędziło trochę czasu z przydzielonym sobie partnerem. Jakie wrażenia?</p>
    <p>Znowu chwila ciszy.</p>
    <p>— No dobrze, czy ktoś ma jakieś przeczucia? Słyszał jakieś plotki? Tom? Miałeś do czynienia z politykami, a w każdym razie orientujesz się w reputacji większości z nich. Na początek powiedz nam co wiesz, a potem postaramy się to porównać z osobistymi wrażeniami.</p>
    <p>— No dobrze. A wiec… co tu można powiedzieć o DeLaTorre? Jeśli on nie jest człowiekiem honoru i dobrego serca, to nikt nim nie jest. Będę szczery: nie jestem tak pewien prawości szefa ONZ Werthei — mera, jak prawości DeLaTorre. Z tym, oczywiście, że to właśnie Wertheimer wybrał DeLjaTorre na przewodniczącego tej delegacji, za co ma u mnie plus. Czy ktoś myśli inaczej? Charlie, on jest twój, co masz do powiedzenia?</p>
    <p>— Zupełnie to samo. Bez obawy odwróciłbym się do niego plecami w śluzie powietrznej. Mów dalej.</p>
    <p>— Ludmiła Dmirow ma podobną reputacje. Silny charakter — urwał na chwile — ale co do jej; prawości, to nie byłbym jej taki całkiem pewien. To może być tylko upór. A wrażliwa to ona nie jest.</p>
    <p>Ludmiłą Dmirow opiekowała się Norrery. Teraz ona się odezwała:</p>
    <p>— Nie wiem, czy się z tobą zgodzę, Tom. Owszem, gra w szachy jak maszyna i na pewne umie być nieprzenikniona… i być może nie bardzo wie kiedy i jak pozbywać się tej skorupy. Ale pokazywała mi wszystkie fotografie dziecka swojego syna i mówiła mi, że „Gwiezdny taniec” wzruszył ją do leź. „Szloch z głębi piersi” — tak to określiła. Sądzę, że potrafi być wrażliwa.</p>
    <p>— Okay — powiedział Tom — ufam twojemu zdaniu. Poza tym to ona była jedną z tych osób, które wytrwale dążyły do sformowania Sił Kosmicznych ONZ. Bez niej mogłoby już nawet nie być ONZ, a kosmos mógłby się stać drugą Alzacją — Lotaryngią. Chciałbym wierzyć, że ma serce na właściwym miejscu. — Znowu urwał. — Hmmm, z całym należnym jej szacunkiem nie sądzę, żebym spokojnie od wrócił się do niej plecami w śluzie powietrznej. Ale to nie jest mój ostateczny sąd. Teraz Li — ciągnął dalej. — Należał również do głównych inicjatorów utworzenia Sił Kosmicznych, ale założę, się, że z jego strony było — to posuniecie szachisty. Sądzę, że spojrzał chłodno i badawczo w przyszłość i zdecydował, że jeśli świat w sporze o kosmos wysadzi się w powietrze, to ten incydent poważnie zaszkodzi jego karierze politycznej. Ma opinie, ostrego handlarza koni i zimnego sukinsyna. Powiadają, że droga do piekła wysłana jest skórami jego nieprzyjaciół. Ma udział w Skyfac, Inc. Nie odwróciłbym się do niego plecami w telewizyjnym programie na żywo. Mam nadzieje, że ty Lindo, też byś tego nie zrobiła.</p>
    <p>— Tak, dobrze nakreśliłeś jego sylwetkę — zgodziła się. — Ale muszę trochę dodać do twego opisu. Jest uprzejmy aż do przesady. Jest filozofem o niewiarygodnej zdolności postrzegania i przenikliwości. I jest twardy jak skała. Głód, brak snu, niebezpieczeństwo — nic z tych rzeczy nie wpłynie w zauważalny sposób na raz obraną przez niego linie postępowania ani na jego poglądy. Jednak zauważyłam, że jego umysł jest dość otwarty na zmiany. Sądzę, że mógłby być mężem stanu z prawdziwego zdarzenia. — Urwała, wzięła głęboki oddech i dokończyła: — Ale też nie wydaje mi się żebym mu ufała. Jak dotychczas.</p>
    <p>— Tak — powiedział Tom. — Kwestią otwartą pozostaje czy jest on mężem stanu dla całej ludzkości? Okay, a więc pozostał nam mój podopieczny. Bez względu na to, co jeszcze możecie powiedzieć o pozostałych, to oni prawdopodobnie są tylko pracującymi w polityce. Sheldon Silverman jest politykiem. Piastował już niemal wszystkie stanowiska wybieralne z wyjątkiem prezydenta i wiceprezydenta. Jeśli byłby na tyle głupi, żeby tego chcieć, to tym ostatnim mógł już być wiele razy. Prezydentury nie zdobył tylko przez pewne niewiarygodnie subtelne błędy. Sądzę, że miejsce w tej wyprawie kupił sobie lub załatwił za łapówkę, traktując ją jako swoją ostatnią szansę na zasłużenie sobie na stronice, w podręcznikach historii. Sądzę, że dlatego, iż posiada amerykańskie obywatelstwo widzi siebie na czele delegacji. Gardzę nim. Jeśli o mnie chodzi, to Wertheimer traci za niego ten plus, który zarobił sobie wybierając DeLaTorre. — Zamilkł nagle.</p>
    <p>— Sądzę, że na twoją opinie o nim ma wpływ jego przeszłość — powiedziała Linda.</p>
    <p>— Masz rację — przyznał.</p>
    <p>— No cóż — jest stary. Niektórzy starzy ludzie zmieniają się czasem zupełnie radykalnie. Nieważkość mocno nad nim pracuje; poczekamy, zobaczymy. Powinniśmy go kiedyś wyprowadzić w otwarty kosmos.</p>
    <p>— Harry, Raoul — powiedziałem. — Wy zajmowaliście się Siłami Kosmicznymi. — Oczywiście głos zabrał Raoul:</p>
    <p>— Coxa wszyscy znamy albo przynajmniej słyszeliśmy o nim. Pozwoliłbym mu potrzymać ostatnią butle powietrza, sam mając przeciek. Jego zastępczyni jest typem dawnego oficera naukowego NASA.</p>
    <p>— Herod — baba — wtrącił Harry. Raoul zachichotał.</p>
    <p>— Wiesz, że masz rację? Susan Pha Song będąc dzieckiem straciła podczas wojny wietnamskiej oboje rodziców i wychowywała ją ciotka. Nie pała wielkim sentymentem do Ameryki. Fizyczka. Żołnierz w każdym calu, spuściłaby bombę atomową na Wietnam i zarzuciła płatkami róży Waszyngton — jeśli dostałaby taki rozkaz. Nie lubi ani muzyki, ani tańca. Oraz mnie i Harry’ego.</p>
    <p>— Będzie się ściśle stosowała do rozkazów — zapewnił Harry</p>
    <p>— Tak. Na pewno. Jest świeżo upieczonym pułkownikiem i w przypadku śmierci Komandora Coxa dowództwo przechodzi na nią, potem przypuszczalnie na Dmirow. Ma licencje pilota. Jest kosmicznym dziwolągiem.</p>
    <p>— Jeżeli o mnie chodzi — powiedziałem — to wysiadam gdy do tego dojdzie.</p>
    <p>— Chen Ten Li ma pistolet — odezwała się nagle Linda.</p>
    <p>— Co? — wykrzyknęło pięć głosów naraz.</p>
    <p>— Jaki? — spytał Harry.</p>
    <p>— Och, nie wiem. Mały, ręczny pistolet. Taki bardziej kwadratowy. Nie ma długiej lufy.</p>
    <p>— W jakich okolicznościach go zauważyłaś? — spytałem.</p>
    <p>— Efekt „jasia w pudełku”. Za późno się zorientował.</p>
    <p>Efekt „jasia w pudełku” jest jedną z klasycznych niespodzianek stanu nieważkości, możliwą do przewidzenia, ale zaskakującą i ma z nią do czynienia prawie każdy nowicjusz. Każda otwierana szafka, pojemnik czy szuflada wypluwa na otwierającego swą zawartość — o ile nie pomyślało się o umocowaniu tej zawartości na miejscu. Praktyczne możliwości robienia kawałów są niemal niewyczerpywalne. Ale to mi śmierdziało.</p>
    <p>— Co o tym sądzisz, Tom? </p>
    <p>— Hę?</p>
    <p>— Jeśli Chen Ten Li był jednym z głównych orędowników inteligentnego wykorzystania przestrzeni kosmicznej, to czy mógł nie wiedzieć o „jasiu w pudełku”?</p>
    <p>— Hmmm. Może i mógł — powiedział w zamyśleniu Tom. — Li jest jednym z tych paradoksów — coś jak odmawiający latania Isaac Asimov. Pomimo całego zrozumienia dla problemów kosmosu, dopiero teraz oddalił się od swej planety na odległość większą, niż jest to możliwe na pokładzie pasażerskiego odrzutowca. W duszy jest szczurem lądowym.</p>
    <p>— A jednak — zaoponowałem — „jaś w pudełku” jest standardową, turystyczną anegdotą. Żeby się o tym dowiedzieć wystarczy porozmawiać z jednym z powracających z kosmosu wycieczkowiczów.</p>
    <p>— Nie wiem jak wy — wtrącił Raoul — ale ja dysponowałem dużą wiedzą teoretyczną o stanie nieważkości, a jednak po znalezieniu się tutaj popełniłem wiele błędów. Poza tym, jaki cel mógłby mieć Li w pokazywaniu Lindzie, że ma pistolet? </p>
    <p>— To mnie właśnie zastanawia — przyznałem. — Na poczekaniu mogę wymienić dwa, albo i trzy powody — i wszystkie sugerują albo wielką niezręczność, albo wielką przebiegłość. Nie wiem, co bym wolał. No nic… czy ktoś jeszcze widział coś podejrzanego?</p>
    <p>— Ja nic nie widziałam — powiedziała z namysłem Norrey — ale nie zdziwiłabym się, gdyby również Ludmiła miała jakąś broń.</p>
    <p>— Kto jeszcze?</p>
    <p>Nikt nie odpowiedział, ale widzieliśmy, że każdy z dyplomatów zabrał ze sobą pokaźne ilości niekontrolowanych bagaży. </p>
    <p>— Okay. A więc sytuacja wygląda następująco: utknęliśmy w tunelu metra z szefami trzech rywalizujących ze sobą gangów, dwojgiem glin i jednym miłym staruszkiem. Jest to jeden z tych nielicznych momentów, kiedy jestem rad, że oczy świata są zwrócone na nas.</p>
    <p>— O wiele więcej niż tylko oczy świata — poprawiła mnie przytomnie Linda.</p>
    <p>— Będzie dobrze — powiedział Raoul. — Pamiętajcie, głównym zadaniem naszych dyplomatów jest niedopuszczenie do zbrojnego konfliktu. Jeśli dojdzie do konfrontacji będą solidarni. Większość z nich jest może szowinistami — ale przypuszczam, że wszyscy są szowinistami ludzkości.</p>
    <p>— I o to mi właśnie chodzi — powiedziała Linda. — Ich i nasze interesy wcale nie muszą być zbieżne.</p>
    <p>— Co chciałaś przez to powiedzieć, kochanie? Czy my nie jesteśmy ludźmi? — spytał Tom.</p>
    <p>— A jesteśmy?</p>
    <p>— A jakże by inaczej! — obruszył się Tom. — Ludzie pozostają ludźmi niezależnie od tego czy pływają, czy unoszą się w próżni.</p>
    <p>— Jesteś tego pewien? — spytała cicho Linda. — Różnimy się od naszych współbraci, różnimy się w podstawowych względach. Nie chodzi mi tylko o to, że możemy nigdy nie powrócić i nie spotkać się z nimi. Mam na myśli różnice duchowe, psychologiczne. Im dłużej pozostajemy w kosmosie, tym bardziej zmienia się nasz sposób myślenia — nasze mózgi przystosowują się tak samo, jak nasze ciała.</p>
    <p>Powtórzyłem im, co powiedział mi przed tygodniem Wertheimer — że choreografujemy jak ludzie, ale nie tak samo jak ludzie.</p>
    <p>— Przecież to klasyczna definicja „obcego” Johna Campbella — wtrącił z podnieceniem w głosie Raoul.</p>
    <p>— Nasze dusze również się przystosowują — ciągnęła Linda. — Każdy z nas spędza każdy dzień swej pracy spoglądając w obnażone oblicze Boga. Jest to widok, który szczury lądowe mogą tylko symulować monumentalnymi katedrami i strzelistymi meczetami. Mamy większą perspektywę na rzeczywistość niż święty ze szczytu najwyższej góry na Ziemi. W kosmosie nie ma ateistów — a przy naszych bogach owłosieni miotacze piorunów i brodaci paranoicy z Ziemi wyglądają po prostu śmiesznie. Do diabła, Olimpu nie można było dostrzec już ze Studia, a co dopiero stąd.</p>
    <p>— To prawda — przyznał Tom. — Na Skyfacu człowiek dobry w otwartym kosmosie był wart tyle miedzi, ile ważył, nawet jeśli marny był z niego pracownik. Nigdy tego nie rozumiałem.</p>
    <p>— Ponieważ sam nim jesteś — powiedziała Linda.</p>
    <p>— Kim? — spytał zirytowany.</p>
    <p>— Człowiekiem Kosmosu — powiedziałem, robiąc przerwę, miedzy tymi słowami, aby podkreślić, że zaczynają się wielką literą. — Tym, który nastanie po Homo habilis i Homo sapiens. Jesteś człowiekiem przemierzającym kosmos. Nie wydaje mi się, by Rzymianie znali na to określenie, a więc najlepszą nazwą łacińską, jaką można ci nadać, będzie chyba Homo novus. Człowiek Nowy. Nowa istota.</p>
    <p>Tom prychnął z rozdrażnieniem. </p>
    <p>— Bardziej pasowałoby już Homo excastra.</p>
    <p>— Nie, Tom — powiedziałem z naciskiem — mylisz się. Nie jesteśmy wyrzutkami. Możemy być dosłownie „poza obozem”, „poza fortecą”, ale określenie „banita” zupełnie do nas nie pasuje. A może żałujesz wyboru, jakiego dokonałeś?</p>
    <p>Upłynęła dłuższa chwila, zanim odpowiedział,</p>
    <p>— Nie. Nie, kosmos jest środowiskiem, w którym chce żyć. Nie czuje się wypędzony — uważam cały Układ Słoneczny za terytorium człowieka. Ale odnoszę wrażenie, jakbym utracił obywatelstwo największego na nim narodu.</p>
    <p>— Tom — powiedziałem poważnie — zapewniam cię, że jest to coś diametralnie przeciwnego utracie czegokolwiek.</p>
    <p>— No tak, przyznaje, świat wygląda dziś na zupełnie przegniły. Niewiele stracę.</p>
    <p>— Nie zrozumiałeś mnie.</p>
    <p>— To wytłumacz mi, co miałeś na myśli.</p>
    <p>— Przed startem rozmawiałem o tym trochę z doktorem Panzellą. Jaka jest według ciebie normalna długość życia Człowieka Kosmosu?</p>
    <p>Dwa razy zaczynał coś mówić, ale w końcu zrezygnował.</p>
    <p>— Racja. Nie ma sensu zgadywać — to zupełnie nowa gra — powiedziałem. — My jesteśmy pierwsi. Pytałem o to Panzelle, a on mi powiedział, żebyśmy wracali jeśli umrze dwoje lub troje z nas. Wszyscy możemy umrzeć w przeciągu miesiąca na skutek zaburzeń w przemianie materii lub jeśli odciski przeniosą się nam na mózgi czy coś w tym rodzaju. Ale Panzellą sądzi, że stan nieważkości wydłuży nasze życie przynajmniej o czterdzieści łat. Spytałem go, skąd może być tego taki pewien, a on zaproponował mi zakład.</p>
    <p>Wszyscy zaczęli mówić naraz, co nie wychodzi dobrze przez radio. Ostatnim, który zamilkł był Tom.</p>
    <p>— … może spotkał się już z czymś takim? — skończył zakłopotany.</p>
    <p>— Właśnie — powiedziałem. — Nie będziemy tego pewni, aż będzie za późno. Ale ta hipoteza ma swoje uzasadnienie. Serce jest mniej obciążone, złogi w żyłach zdają się tworzyć wolniej…</p>
    <p>— A więc to nie kłopoty z sercem nas wykończą — zamyślił się Tom — zakładając, oczywiście, że drastyczne zmniejszenie wysiłku wyjdzie sercu na dobre. Ale to przecież tylko jeden z wielu organów.</p>
    <p>— Zastanów się, Tom. Kosmos jest środowiskiem sterylnym. I przy rozsądnym korzystaniu z niego zawsze takim będzie. Twój system immunologiczny staje się tak samo zbyteczny jak piąte koło u wozu — a nie zdajesz sobie nawet sprawy ile energii pochłania zwalczanie przez twój organizm tysięcy wędrujących infekcji. Ta energia może być wykorzystywana na konserwacje i naprawy. A może nie dostrzegasz, że poziom twojej energii spada, gdy znajdziesz się na Ziemi?</p>
    <p>— No tak — powiedział — ale to tylko…</p>
    <p>— … grawitacja, chciałeś powiedzieć? Czy nie rozumiesz o co mi chodzi? Teraz jesteśmy zdrowsi psychicznie i fizycznie niż kiedykolwiek na Ziemi. Czy w kosmosie miałeś kiedyś katar? Kiedy ostatnio przeżywałeś głęboką depresje, przygnębienie? Jak to jest, że wszyscy niemal nie miewamy złych dni, chandry i takich tam sensacji? Do diabła, słowo depresja wiąże się ściśle z grawitacją. A samo słowo grawitacja okazuje się być synonimem ponuractwa. Jeśli można wymienić dwa czynniki, które przyspieszają twoją śmierć, to są to depresja i brak poczucia humoru.</p>
    <p>Przypomniałem sobie swoje życie w l g z uszkodzoną nogą. Depresja i zanikające poczucie humoru. Wydało mi się to tak odległe w czasie. Czy naprawdę byłem kiedyś tak zrozpaczony?</p>
    <p>— W każdym razie — ciągnąłem — Panzella twierdzi, że ludzie spędzający dużo czasu w stanie nieważkości — nawet ludzie przebywający długo na Księżycu, w jednej szóstej normalnego ciążenia, ci górnicy nie mogący powrócić na Ziemie — wykazują mniejszą skłonność do zapadania na choroby serca i płuc. I twierdzi on również, że występuje u nich mniejsza, niż to wynika z normy statystycznej podatność na wszelkiego rodzaju nowotwory.</p>
    <p>— Nawet przy podwyższonych poziomach promieniowania? — spytał sceptycznie Tom. — Podczas każdego wybuchu na Słońcu widzimy wszyscy przez jakiś czas zielone cętki, bo nasze gałki oczne atakuje dodatkowe promieniowanie i to bez względu na to czy znajdujemy się akurat w pomieszczeniu zamkniętym, czy w otwartej przestrzeni.</p>
    <p>— Tak — zgodziłem się z nim. — Wyjście spod koca atmosfery było największym ryzykiem dla zdrowia, jakie ponieśliśmy wyruszając w kosmos — ale wygląda na to, że się opłaciło. Wydawało się, że przebywanie w otwartym kosmosie będzie grozić nabawieniem się choroby nowotworowej, ale na razie nic na to nie wskazuje. Nie pytajcie mnie dlaczego. A mniejsze kłopoty z płucami wynikają z oczywistych przyczyn — oddychamy prawdziwym powietrzem. Do diabła, gdybyś dysponował wszystkimi pieniędzmi, jakie wydrukowano dotąd na Ziemi, nie mógłbyś kupić za nie zdrowszego, bardziej odpowiadającego ci środowiska.</p>
    <p>— To prawie tak, jakby życie w kosmosie było nam przeznaczone — powiedziała ze zdziwieniem Linda.</p>
    <p>— W porządku — krzyknął ze złością Tom. — W porządku, poddaje się. Zakrzyczeliście mnie. Wszyscy dociągniemy do stu dwudziestu lat. Zakładając, że obcy nie zdecydują, że jesteśmy smaczni. Ale nadal twierdze, że z tym „nowym gatunkiem”, to nonsens, błąd w rozumowaniu, niania wielkości. Po pierwsze nie ma żadnej gwarancji, że będziemy się prawidłowo rozmnażali — albo jak podkreślił Charlie, że w ogóle będziemy się rozmnażali. Ale co ważniejsze: Homo novus jest .gatunkiem bez naturalnego środowiska ! Nie jesteśmy samowystarczalni, przyjaciele! Jesteśmy całkowicie uzależnieni od Homo sapiens tak długo aż nauczymy siejami wytwarzać dla siebie powietrze, wodę, pożywienie, metale, tworzywa sztuczne, narzędzia, kamery,.. O ile kiedykolwiek to nastąpi.</p>
    <p>— Co się tak wściekasz? — spytał Harry.</p>
    <p>— Wcale się nie wściekam! — wrzasnął Tom.</p>
    <p>Rozproszyliśmy się wtedy wszyscy, ale Tom był na tyle przyzwoity, żeby po chwili do nas dołączyć.</p>
    <p>— No dobrze — powiedział — jestem zły. Naprawdę nie wiem dlaczego. Lindo, masz na to jakąś radę?</p>
    <p>— No cóż — powiedziała w zamyśleniu — pojęcia „złość” i „strach” stają się niemal synonimami. </p>
    <p>Tom zesztywniał.</p>
    <p>— Jeśli to w czymś pomoże — odezwał się napiętym głosem Raoul — to przyznam szczerze, że nasze zbliżające się zapoznanie z tymi superćmami przynajmniej mnie napawa takim przerażeniem, że dostaje, zatwardzenia. A nie zetknąłem się z nimi osobiście jak ty i Charlie. Sądzę, że to może nas kosztować coś więcej niż tylko Ziemie.</p>
    <p>Było to tak dziwne oświadczenie, że na chwile wszyscy zaniemówiliśmy.</p>
    <p>— Wiemy, o co ci chodzi — powiedziała powoli Norrey. — Naszym zadaniem jest nawiązanie kontaktu telepatycznego z czymś, co wygląda na umysł grupowy. Prawie… prawie się boje, że może mi się to udać.</p>
    <p>— Boisz się, że możesz się w tym zatracić, kochanie? — spytałem. — Zapomnij o tym — nie opuściłbym cię na długo. Nie po to czekałem dwadzieścia lat, żeby teraz zostać wdowcem. — Uścisnęła moją dłoń.</p>
    <p>— No właśnie — powiedziała Linda. — Najgorsze jest to, że stoimy w obliczu śmierci, niezależnie od tego, jaką przyjmie ona postać. Ale przecież zawsze mieliśmy wyrok śmierci, wszyscy z nas, za to, że byliśmy ludźmi. To jest cena biletu na to przedstawienie. Norrey i ty, Charlie, zajrzeliście tydzień temu śmierci w oczy. Pewne jak diabli, że — któregoś dnia znowu w nie zajrzycie. Może się okazać, że stanie się to za rok, na Saturnie; no więc co?</p>
    <p>— W tym cały kłopot — powiedział Tom potrząsając głową — że strach nie przechodzi tylko dlatego, że jest nielogiczny.</p>
    <p>— Nie — zgodziła się z nim Linda — ale istnieją metody radzenia sobie z nim — a tłumienie go aż wypłynie pod postacią złości wcale nie jest jedną z nich. A skoro już o tym mówimy, nauczę cię sposobów zachowania samodyscypliny, które mogą ci sporo pomóc.</p>
    <p>— Mnie też — szepnął prawie niedosłyszalnie Raoul. </p>
    <p>Harry wyciągnął rękę i ujął jego dłoń.</p>
    <p>— Razem się nauczymy — powiedział.</p>
    <p>— Wszyscy się nauczymy — odezwałem się. — Może jesteśmy inni niż ludzie, ale nie tak bardzo. Ale przedtem chciałbym wam oznajmić, że jesteście najodważniejszymi ludźmi, jakich znam. Wszyscy. Jeśli ktokolwiek… oho! Znowu alarm. Potańczmy teraz trochę naprawdę, żebyśmy wrócili spoceni. Spotkamy się znowu za parę dni. Harry, wyłącz te taśmę z ciężkim oddechem i na mój znak przywracamy siłę naszego sygnału. Trzy, dwa, jeden — już.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Rozmowę tą przytaczam w całości po części dlatego, że jest to jedno z kilku wydarzeń w tej kronice, z którego mam kompletne nagranie. Ale częściowo też dlatego, że zawiera ona większość istotnych informacji dotyczących tej jednorocznej podróży na Saturna, które trzeba znać, aby zrozumieć wypadki, jakie rozegrały się później. Opisy wnętrza „Siegfrieda” czy też rozkładu codziennych zajęć, czy życia miesiąc po miesiącu, czy tarć międzyludzkich, wszystkiego tego, co wypełniło jeden rok z najpracowitszych i najbardziej nudnych lat mego życia — takie opisy nie mają najmniejszego sensu.</p>
    <p>Co jest często spotykane, a może i nieuniknione w tego rodzaju ekspedycjach — załoga, dyplomaci i tancerze tworzyli po godzinach pracy trzy, stosunkowo hermetyczne kliki i utrzymywali miedzy nimi chwiejny pokój. Każda grupa miała swoje własne obowiązki i rozrywki — dyplomaci, na przykład, spędzali dużo czasu wolnego (oraz znaczny procent czasu pracy) na sporach kulturalnych. Cierpliwość DeLaTorre szybko zyskała sobie uznanie w oczach wszystkich znajdujących się na pokładzie osób. Przeczytajcie jakąkolwiek przyzwoitą książkę o życiu w łodzi podwodnej, potem dorzućcie stan nieważkości i będziecie mieli obraz tego roku. Tylko muzyka Raoula pomagała nam utrzymać się przy zdrowych zmysłach; stał się on drugim na liście najbardziej szanowanych pasażerów.</p>
    <p>W dyskusjach w których brała udział cała nasza szóstka nigdy już nie wypłynął temat „nowego gatunku”, chociaż ja i Norrey kilkakrotnie o niego zahaczyliśmy w naszych rozmowach oraz w rozmowach z Lindą. No i oczywiście nigdy nie wspominaliśmy o tym głośno na pokładzie „Siegfrieda” — statki kosmiczne można podejrzewać o dokładne „zapluskwienie”. Napomknienie o „inności” naszej szóstki zaniepokoiłoby nawet DeLaTorre — a był on chyba jedynym, który traktował nas jako kogoś więcej niż najemników, „zwykłych tłumaczy” (określenie Silvermana). Dmirow i Li, jak sądzę, też nas za takich nie uważali, ale cóż mogli poradzić; jako doświadczeni dyplomaci nie byli przyzwyczajeni do akceptowania tłumaczy jako równych im pozycją. Dla Silvermana taniec był tym, co pokazują w variete i nie widział żadnego problemu w przełożeniu na figury taneczne Manifestu Przeznaczenia.</p>
    <p>Jedno mogę powiedzieć o rym roku. Człowiek, jakim byłem, gdy po raz pierwszy znalazłem się w kosmosie, nie mógłby go przetrwać. Przepaliłby sobie mózg i zapił się na śmierć.</p>
    <p>Zamiast tego często wychodziłem na spacery. I dużo kochałem się z Norrey. Z włączoną muzyką, która dawała nam poczucie intymności.</p>
    <p>Innym, godnym wzmianki wydarzeniem było oznajmienie nam przez Linde na dwa miesiące przed dotarciem do Saturna, że jest w ciąży. Doszedł nam obowiązek rozwiązania problemu połogu w stanie nieważkości bez udziału położnika.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 2</p>
    </title>
    <p>Nie udało się namówić żadnego z dyplomatów na jakiekolwiek wyjście z nami w kosmos. Dwoje odmówiło z możliwego do przewidzenia powodu Wyjście w otwarty kosmos jest o wiele niebezpieczniejsze od pozostawania w zaciszu wnętrza statku (co byłem zmuszony sobie uświadomić w dniu, kiedy wyjechałem z taką propozycją), a obowiązek zakazywał im podejmowania wszelkiego niepotrzebnego ryzyka w drodze na największą i najważniejszą w dziejach konferencje. My, tancerze, uważani byliśmy za mniej wartościowych, ale i na nas wywierano nacisk, abyśmy unikali przebywania poza statkiem wszyscy naraz. Wytoczyłem moją ciężką artylerie utrzymując, że taniec grupowy musi być planowany, choreografowany i ćwiczony w zespole — że Gwiezdni Tancerze są zespołem twórczym. Poza tym, im więcej kumpli dookoła, tym bezpieczniej.</p>
    <p>Czwartemu dyplomacie, Silvermanowi, zakazano odgórnie wycieczek w kosmos. A więc od razu poprosił nas o zabranie ze sobą na spacer na zasadzie „co mi tam będą kazali”. Ten zakaż uwłaczał jego męskości. Rozmyślił się, gdy wyjaśniano mu procedurę uszczelniania skafandra próżniowego i nigdy już nie podniósł tego tematu.</p>
    <p>Ale na kilka tygodni przed rozpoczęciem hamowania do mojej kajuty przyszła Linda i oznajmiła:</p>
    <p>— Chen Ten Li chce wyjść z nami na spacer. Drgnąłem i naśladując Silvermana powiedziałem:</p>
    <p>— Czy stałoby się coś, gdybyś najpierw kazała mi usiąść, a dopiero potem powiedziała mi, że masz dla mnie złe wiadomości?</p>
    <p>— Tak mi powiedział.</p>
    <p>Jak zareagowałby w tej sytuacji DeLaTorre? Albo Bili? Albo inni? Albo stary Wertheimer, który oczyma dał mi do zrozumienia, że wierzy, iż można mi ufać, że wie, iż nie popełnię głupstwa? I co nie mniej ważne, dlaczego ten Chen chce teraz zasłużyć sobie na skrzydła? Nie dla scenerii — miał pierwszej klasy wideo najlepsze jakiego dostarczyć mogła Terra. I przecież nie z takich durnych powodów jak Silverman.</p>
    <p>— O co mu chodzi, Lindo? Chce zobaczyć próbę na żywo? Chce ”polecieć z nami na mediacje? No o co mu chodzi?</p>
    <p>— Sam go zapytaj.</p>
    <p>Nigdy wcześniej nie widziałem kajuty Chena. Grał z komputerem w przestrzenne szachy. Ledwie nadążyłem za śledzeniem rozgrywki, ale było dla mnie jasne, że przegrywał sromotnie — co mnie zaskoczyło.</p>
    <p>— Doktorze Chen, słyszałem, że chce pan wyjść z nami na zewnątrz.</p>
    <p>Miał na sobie gustowną, obfitą piżamę, którą ze znawstwem zebrał i upiął odpowiednio do stanu nieważkości (Dmirow i DeLaTorre zmuszeni byli prosić o pomoc Raoula, a odzież Silvermana wyglądała tak, jakby ten, cofając się, nadział na maszynę do szycia). Pochylił swą wygoloną głowę i powiedział ponuro:</p>
    <p>— Tak szybko, jak to tylko możliwe. — Brzmienie jego głosu przypominało trochę starą trąbkę.</p>
    <p>— To stawia mnie w trudnym położeniu, sir — powiedziałem tak samo ponuro. — Nakazano panu nie narażać swojej osoby na niebezpieczeństwo. Wiedzą o tym DeLaTorre i wszyscy inni. Jeśli zabrałbym pana w otwarty kosmos, a tam przydarzyłaby się panu awaria skafandra albo chociaż atak nudności, to Chiny zadałyby mi kilka ostrych pytań. A po niej dominium Kanady i ONZ, nie wspominając już pańskiej starej matki.</p>
    <p>Uśmiechnął się uprzejmie masą zmarszczek.</p>
    <p>— Czy taki wypadek jest prawdopodobny?</p>
    <p>— Zna pan prawo Murphy’ego, doktorze Chen? I wypływające z niego wnioski? </p>
    <p>Jego uśmiech się rozszerzył.</p>
    <p>— Chce zaryzykować. Macie doświadczenie we wprowadzaniu nowicjuszy w kosmos.</p>
    <p>— Straciłem dwoje studentów na siedemnastu!</p>
    <p>— A ilu ich pan stracił w pierwszych trzech godzinach, panie Armstead? Czy dla bezpieczeństwa nie mógłbym pozostawać w skafandrze próżniowym w Kostce?</p>
    <p>Kostka nie była odlewana; była spawana punktowo. Był to w zasadzie sześcian z przeźroczystego plastyku, obramowany metalowymi kątownikami, wyposażony w pewne środki podtrzymania życia, pierwszej pomocy oraz we własny napęd, umożliwiający mu poruszanie się w otwartej przestrzeni. Załoga i wszyscy dyplomaci z wyjątkiem Chena nazywali ją Modułem Podtrzymania Pola. Oburzało to Harry’ego, który ją zaprojektował i zbudował. Budowana była z myślą o wykorzystaniu jej w przypadku, gdy skafander któregoś z Gwiezdnych Tancerzy straci szczelność w trakcie występu, gdy któryś z nich będzie chciał usiąść na chwile i odpocząć lub też do jakiegokolwiek innego celu, przy którego realizacji przydamy będzie hermetyczny sześcian o kącie widzenia 360 stopni. Kostka była obecnie przymocowana do kadłuba wielkiego wahadłowca nazywanego przez nas Limuzyną, zmontowana i gotowa w każdej chwili do użytku, ale można ją było w prosty sposób odłączać. A skafander próżniowy Chena był regulaminową zbroją będącą na wyposażeniu Sił Kosmicznych — tak dobrą, o ile nawet nie lepszą, jak nasze, robione na zamówienie skafandry produkcji japońskiej. Na pewno wytrzymalszą; z lepszą instalacją podawania powietrza…</p>
    <p>— Doktorze, muszę, wiedzieć dlaczego.</p>
    <p>Jego uśmiech zaczął powo-o-oli zanikać, a kiedy nie zbladłem i nie cofnąłem się ani o krok, pozwolił łaskawie pozostać mu na ustach. Było to w ćwierć drogi od zmarszczenia brwi.</p>
    <p>— Uznaje pańskie prawo do zadawania pytań. Nie jestem tylko pewien, czy tym razem zdołam pana usatysfakcjonować. — Zamyślił się, a ja czekałem. — Nie jestem przyzwyczajony do korzystania z pomocy tłumacza. Mam zdolności lingwistyczne. Ale istnieje przynajmniej jeden taki jeżyk, którego nigdy się nie nauczę. Dowiedziałem się kiedyś, że nikt, kto nie urodził się Nawajem nie potrafi nauczyć się myśleć jeżykiem tego plemienia. W rezultacie dołożyłem wszelkich starań, żeby tego dopiąć i poniosłem porażkę. Rozumiem, piąte przez dziesiąte, jeżyk Nawajów, a nie jestem w stanie nauczyć się w nim myśleć — opiera się on na zupełnie innych założeniach opisu rzeczywistości, których mój umysł nie potrafi objąć.</p>
    <p>Studiowałem wasz taniec, ten „język”, którym wkrótce będziecie za nas mówili. Dużo dyskutowałem o nim z panną Parsons, przeanalizowałem wszystkie informacje na ten temat przechowywane w pamięci komputera pokładowego. Nie potrafię nauczyć się myśleć w rym jeżyku.</p>
    <p>Chce jeszcze raz spróbować. Wychodzę z założenia, że może mi pomóc osobista konfrontacja z nagim kosmosem — urwał i znowu się uśmiechnął. — W moich zmaganiach z nawajskim pomogło mi trochę żucie pączków peyotlu — zalecił mi to mój nauczyciel. Muszę pokosztować założeń leżących u podstaw waszego pojmowania rzeczywistości. Mam nadzieje, że są smaczniejsze.</p>
    <p>Był to, jak dotąd, najdłuższy monolog, jaki słyszałem z ust enigmatycznego Chena. Spojrzałem nań z nowym szacunkiem i podziwem. Oraz z rosnącym zadowoleniem: stał przede mną przyjaciel, którego niemal odtrąciłem. „Mój Boże, a przypuśćmy, że stary Chen to Homo novus?”</p>
    <p>— Doktorze” Chen — powiedziałem uspokoiwszy w końcu swój oddech — chodźmy do komendanta Coxa.</p>
    <p>Chen wysłuchał w całkowitym skupieniu, zadając nieczęste, ale wnikliwe pytania, osiemnastu godzin instruktażu, chociaż większość tych informacji nie była dlań nowością. Założę się, że już wcześniej potrafił z zamkniętymi oczyma rozmontować dowolny podsystem swojego skafandra. Pod koniec kursu założyłbym się, że z zamkniętymi oczyma potrafiłby je złożyć. Miałem, już do czynienia z wieloma wybitnymi umysłami, a jednak on wywarł na mnie wrażenie.</p>
    <p>Ale wciąż nie byłem stuprocentowo pewien, czy można mu ufać.</p>
    <p>Kierując się zasadą „im nas mniej, tym mniejsze prawdopodobieństwo wypadku”, ograniczyliśmy liczebność naszej wycieczki do trzech osób — w kosmosie wypadki rzadko zdarzają się pojedynczo. Ja, oczywiście, objąłem funkcje druha drużynowego; zaliczyłem więcej godzin w otwartej przestrzeni niż ktokolwiek na pokładzie, z wyjątkiem Harry’ego. A Linda przez ostatni rok udzielała Chenowi lekcji jeżyków obcych; poszła z nami, żeby zachować ciągłość programu nauczania i żeby dla niego zatańczyć. Wydaje mi się, że również dlatego, że darzyła go przyjaźnią. Ja miałem odgrywać role Kwoki Matki.</p>
    <p>Pierwsza godzina upłynęła bez zakłóceń. Wszyscy troje pozostawaliśmy w Kostce. Ja stałem za sterami. Oddaliliśmy się na kilka kilometrów od „Siegfrieda”, holując za sobą linę bezpieczeństwa i zatrzymaliśmy się, jak zawsze, w samym środku wszechświata. Chen zachowywał raczej pełne czci milczenie niż separował się od nas. Byłem przekonany, że jest zdolny do objęcia umysłem takiego ogromu piękna… zachowywał się tak, jakby od dawna wiedział, że wszechświat jest taki wielki. Jednak mimo to przez dłuższy czas się nie odzywał.</p>
    <p>Zresztą Linda i ja też milczeliśmy. Nawet z tej odległości Saturn wyglądał niewiarygodnie pięknie. Ta planeta musi być bezwarunkowo największą atrakcją turystyczną Układu Słonecznego i nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak głęboko poruszającego.</p>
    <p>Podziwialiśmy już ten widok — w ostatnich dniach wszyscy na statku tkwili przyklejeni do wideo — ekranów. Otrząsnęliśmy się z czaru i Linda przekazała Chenowi kilka ostatnich uwag o zasadach naszego tańca, a potem uszczelniła swój hełm i wyszła przez śluzę, powietrzną, aby zademonstrować mu kilka solowych ewolucji. Jak wcześniej ustalono, mieliśmy zachowywać przez ten czas milczenie, a Bili miał utrzymywać cisze, w eterze na naszym kanale. Przez pierwsze trzy kwadranse tańca Lindy Chen obserwował ją z wielką fascynacją. Potem westchnął, spojrzał dziwnie na mnie i odbiwszy się od podłogi przepłynął przez Kostkę do konsoli sterowniczej.</p>
    <p>Otworzyłem usta do krzyku, ale on sięgnął tylko do wyłącznika radia. Wyłączył je. Potem jednym wprawnym ruchem zdjął hełm, odłączając tym samym radio skafandra próżniowego. Ja swój zdjąłem już wcześniej, dla oszczędności powietrza. Gdy zobaczyłem, że Chen wyłącza radio, pochwyciłem go, ale on położył palec na ustach i powiedział:</p>
    <p>— Chciałbym porozmawiać z panem w cztery oczy — niskie ciśnienie powietrza w Kostce sprawiło, że jego głos był piskliwy i cichy.</p>
    <p>Zastanowiłem się. Przyjmując najdzikszą fantazje paranoidalną — miałem ubezpieczenie w postaci Lindy — miała swobodę ruchu i mogła obserwować wszystko, co dzieje się w przezroczystym sześcianie.</p>
    <p>— Rozumiem — powiedziałem.</p>
    <p>— Wyczuwam pański niepokój; rozumiem go i nie potępiam. Zamierzam teraz włożyć rękę do prawej kieszeni i wyjąć stamtąd pewien przedmiot. Jest nieszkodliwy. — Uczynił, jak powiedział, wyjmując jeden z tych przypominających ekstrawagancki guzik mikrofonów. — Chciałbym, żebyśmy sobie wszystko z miejsca wyjaśnili — dodał. Czy samo tylko niskie ciśnienie nadawało jego głosowi taką ostrość?</p>
    <p>Szukałem stosownej odpowiedzi. Za jego plecami, z gracją wirowała w kosmosie Linda, majestatyczna w swym ciężarnym stanie, nieświadoma co się tu dzieje.</p>
    <p>— Rozumiem — powtórzyłem.</p>
    <p>Wsunął paznokieć w szczelinę odtwarzania. Nagrany głos Lindy powiedział coś, czego nie dosłyszałem. Potrząsnąłem głową. Przewinął taśmę do tego samego miejsca i unosząc rękę rzucił mi delikatnie magnetofon.</p>
    <p>— I o to mi właśnie chodzi — powtórzył głos Lindy. — Interesy ich i nasze wcale nie muszą być zbieżne.</p>
    <p>Nagranie rozmowy, którą przed chwilą relacjonowałem.</p>
    <p>Mój mózg przełączył się natychmiast na prace, z szybkością komputera, stał się superwydajną maszyną myślącą, przeprowadził, jeden po drugim, tysiąc programów analitycznych w czasie rzędu mikro — sekund i doprowadził do samozniszczenia. „Szpieg w tej blaszance. Dopiero w połowie stoku, a hamulce już wysiadły. Przysiągłbym, że zamknąłem te śluzę, powietrzną”. Mikromagnetofon trafił mnie w policzek; pochwyciłem go odruchowo, gdy, odbiwszy się, odlatywał i wyłączyłem w momencie, gdy Tom pytał Linde.: „Czyż my nie jesteśmy ludźmi?”</p>
    <p>Pytanie to odbijało się przez chwile echem po Kostce.</p>
    <p>— Tylko imbecyl miałby trudności z założeniem takiej pluskwy w niepilnowanym skafandrze — powiedział bezbarwnym głosem Chen.</p>
    <p>— No tak — wychrypiałem i odchrząknąłem. — Tak, to było głupie. Kto jeszcze…? — urwałem i palnąłem się w czoło. — Nie. Nie chce zadawać głupich pytań. No wiec, jak pan sądzi, doktorze Chen Ten Li? Czy jesteśmy Nowymi Ludźmi? Czy też tylko utalentowanymi akrobatami? Niech mnie diabli, jeśli sam to wiem.</p>
    <p>Skoczył miękko i poruszając się jak lecąca w zwolnionym tempie strzała znalazł się z powrotem koło mnie. Tak skaczą koty.</p>
    <p>— Może Homo caelestis — powiedział spokojnie, lądując miękko. — A może Homo ala anima.</p>
    <p>— Kim, na Allacha? Ach… „uskrzydlonymi duszami”. Ha, Okay. To mi się podoba. Proszę mi wybaczyć, doktorze, ale przypochlebię się panu. Założę się o ciastko, że pan sam jest „uskrzydloną duszą”. Przynajmniej potencjalnie.</p>
    <p>Jego reakcja zaskoczyła mnie. Spodziewałem się ujrzeć minę. pokerzysty. Zamiast tego na jego twarzy odmalował się nagły smutek, zupełna rezygnacja i beznadziejna tęsknota, wszystko to podkreślone światłem Saturna. Nigdy przedtem ani potem nie widziałem na jego twarzy tak wyrazistej emocji; być może nie oglądał tego nikt poza jego starą matką i zmarłą żoną. Wstrząsnęło to mną do głębi i wstrząsnęłoby nim, gdyby zdawał sobie choć po części sprawę z wyrazu swej twarzy.</p>
    <p>— Nie, panie Armstead — powiedział ze smutkiem, wpatrując się ponad moim ramieniem w Saturna. Po raz pierwszy i ostatni pośliznął się na akcencie i absurdalnie przypomniał mi Grubego Humphreya. — Nie, nie jestem jednym z was. I ani czas, ani moja wola tego nie zmienią. Wiem to. Już się z tym pogodziłem. Dopiero teraz jego twarz zaczęła się odprężać i przybierać swój zwykły, kamienny wyraz, cały czas bez udziału jego świadomości. Zdumiewała mnie dyscyplina jego podświadomości. Przerwałem mu.</p>
    <p>— Nie wiem, czy ma pan rację.. Wydaje mi się, że każdy człowiek potrafiący grać w przestrzenne szachy jest pierwszym kandydatem na Homo Jakmutam.</p>
    <p>— To dlatego, że jest pan ignorantem w grze w szachy przestrzenne — odparł — i w znajomości swej własnej natury. W przestrzenne szachy grywają ludzie na Ziemi. Zostały one wymyślone w ciążeniu ziemskim, dla gracza zajmującego postawę pionową. Ich klasyczne wzorce są liniowe. Próbowałem w nie grać w stanie nieważkości, zestawem, który nie ma ustalonego względem mnie położenia. Nie potrafiłem. Nie chwaląc się, mogę wygrać w szachy płaskie z programem Martina — Danielsa (klasa światowa), ale w szachy przestrzenne w stanie nieważkości mógłby mnie z łatwością pokonać pan Brindle, jeśli byłbym na tyle nieroztropny, by z nim zagrać. Potrafię dość dobrze koordynować swe ruchy na pokładzie „Siegfrieda” lub w tym, najbardziej liniowym z pojazdów, w którym się właśnie znajdujemy. Ale nigdy nie nauczę się życia przez jakikolwiek czas bez tego, co nazywacie „lokalnym pionem”.</p>
    <p>— To nie przychodzi od razu — zacząłem.</p>
    <p>— Pięć miesięcy temu — przerwał mi Li — zepsuła się nocna — lampka w mojej kajucie. Obudziłem się natychmiast. Znalezienie wyłącznika światła zajęło, mi dwadzieścia minut. Przez cały ten czas płakałem ze strachu i bezsilności i straciłem panowanie nad mymi zwieraczami. Czułem się upokorzony, poświeciłem więc kilka tygodni na obmyślanie testów i ćwiczeń. Żeby żyć, muszę mieć pion lokalny. Jestem normalnym człowiekiem.</p>
    <p>Milczałem dłuższą chwile.. Linda zauważyła już naszą konwersacje; zasygnalizowałem jej, żeby tańczyła dalej i skinęła głową. Po przemyśleniu wszystkiego, co przed chwilą usłyszałem, odezwałem się:</p>
    <p>— Czy sądzi pan, że nasze interesy będą kolidowały z waszymi? </p>
    <p>Uśmiechnął się. Znowu był dyplomatą w każdym calu.</p>
    <p>— Czy zna pan prawo Murphy’ego, panie Armstead? — zachichotał. </p>
    <p>Odwzajemniłem jego uśmiech.</p>
    <p>— Tak, ale czy to prawdopodobne?</p>
    <p>— Nie sądzę — odparł poważnie. — Ale podejrzewam, że tak uważa Dmirow. Może i Ezequiel, może komendant Cox. Silverman na pewno.</p>
    <p>— A my musimy się spodziewać, że każdy z nich mógł również założyć nam podsłuch w skafandrach.</p>
    <p>— Niech mi pan powie: czy zgodzi się pan ze mną, że jeżeli z tej konferencji z obcymi wynikną jakiekolwiek informacje o wielkim znaczeniu strategicznym Silverman dokona próby wejścia w ich wyłączne posiadanie?</p>
    <p>Pogawędka z Chenem miała w sobie coś z żonglowania piłami łańcuchowymi. Westchnąłem. Byliśmy ze sobą szczerzy.</p>
    <p>— Tak. Jeśli będzie miał jakiekolwiek szansę, zrobi to na pewno. Ale to wymagałoby podjęcia pewnych kroków.</p>
    <p>— Jedna osoba dysponująca taśmami z odpowiednim oprogramowaniem jest w stanie doprowadzić „Siegfrieda” na taką odległość od Ziemi, żeby się uratować — powiedział i zauważyłem, że nie wyraził się „jeden mężczyzna”.</p>
    <p>— Dlaczego pan mi to mówi?</p>
    <p>— Obecnie jestem w trakcie unieszkodliwiania wszystkich możliwych pluskiew założonych w tym pojeździe. Podejrzewam, że Silverman będzie tego próbował. Czuje. to. Jeśli spróbuje, zabije go od razu. Pan i pańscy ludzie szybko reagujecie w stanie nieważkości. Chce, byście rozumieli moje motywy.</p>
    <p>— A są nimi?</p>
    <p>— Uratowanie cywilizacji na Ziemi. Zagwarantowanie dalszego istnienia naszej rasy. </p>
    <p>Zdecydowałem się na próbę poczęstowania go czymś gorącym.</p>
    <p>— Czy zastrzeli go pan tym automatycznym pistoletem? </p>
    <p>Skrzywił się z niesmakiem.</p>
    <p>— W dwa tygodnie po starcie wyrzuciłem go przez śluzę powietrzną — odparł. — Bezsensowna broń w stanie nieważkości, jak to powinienem był przewidzieć. Nie, prawdopodobnie skręcę, mu kark.</p>
    <p>„Nie dawaj temu facetowi silnych serwów: jego kontra jest mordercza”.</p>
    <p>— Po czyjej stronie stanie pan, panie Armstead, jeśli dojdzie do takiej sytuacji?</p>
    <p>— Co takiego?</p>
    <p>— Silverman jest półkrwi Kaukazyjczykiem, półkrwi Amerykaninem. Macie wspólną matryce kulturową. Czy jest to więź silniejsza od pańskiej więzi z Homo caelestis?</p>
    <p>— Co takiego? — spytałem ponownie.</p>
    <p>— Wasz nowy gatunek nie przetrwa długo, jeśli błękitna Ziemia rozleci się na kawałki — powiedział chrapliwie Chen — a do tego doprowadziłby właśnie ten szaleniec, Silverman. Nie wiem jak pracuje pański umysł, panie Armstead. Co pan zamierza?</p>
    <p>— Uznaje pańskie prawo do zadania tego pytania — powiedziałem powoli. — Zrobię, co będę wtedy uważał za słuszne. Nie mogę udzielić innej odpowiedzi.</p>
    <p>Poszukał wzrokiem moich oczu i pokiwał głową.</p>
    <p>— Chciałbym teraz wyjść na zewnątrz.</p>
    <p>— Jezu Chryste — wybuchnąłem, a on mi przerwał:</p>
    <p>— Tak, wiem — przed chwilą powiedziałem, że nie potrafię, funkcjonować w stanie nieważkości, a teraz chce spróbować — wykonał gest swoim hełmem. — Panie Armstead, przeczuwam, że niedługo umrę. Muszę przedtem zawisnąć raz sam w wieczności, nie poddawany żadnym przyśpieszeniom, bez ramek z kątów prostych, w otwartym kosmosie. Marzyłem o kosmosie przez większą cześć swego życia i zawsze bałem się weń wyjść. Teraz muszę. Muszę stanąć twarzą w twarz z moim Bogiem, tak blisko jak można to wyrazić w waszych jeżykach.</p>
    <p>Chciałem powiedzieć „tak”. </p>
    <p>— Czy wie pan jak bardzo może to przyśpieszyć utratę zmysłów? — nalegałem jednak. — Czy chciałby pan stracić w skafandrze kosmicznym swoje ego? Albo co najmniej swój lunch?</p>
    <p>— Traciłem już swoje ego. Pewnego dnia stracę je na zawsze. Nudności nie miewam — zaczął zakładać swój hełm.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Po pięciu minutach włączył z powrotem radio i trzęsącym się głosem powiedział:</p>
    <p>— Teraz wracam. — Potem odezwał się dopiero wtedy, gdy zdejmowaliśmy skafandry w przedziale promowym „Siegfrieda”. Powiedział wtedy bardzo cicho. — To ja jestem Homo excastra. I inni. — I to były ostatnie słowa, jakie od niego usłyszałem, aż do pierwszego dnia drugiego kontaktu.</p>
    <p>Odparłem wtedy:</p>
    <p>— Zawsze będzie pan mile widziany w moim domu, doktorze — ale nic mi nie odpowiedział.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Manewr hamowania ściągnął na nas hordę pomniejszych katastrof. Jeśli znajdujesz się w małym pomieszczeniu (i nie opuszczasz go ani na chwile) to pod koniec roku twoje rzeczy będą wykazywały tendencje do rozpraszania się po wszystkich kątach. Tendencje te potęguje stan nieważkości. Przymocowanie wszystkiego przed rozpoczęciem przyśpieszania byłoby niemożliwe, nawet jeśli miałoby to być tylko dwadzieścia pięć godzin przyspieszenia 0,01 g. Niestety, nawet najbardziej prosta, wykonana techniką laserową rura wykazuje pewne odchylenia od prostoliniowości, a nasz kurs stanowił jedną z najdłuższych rur położonych kiedykolwiek przez Człowieka (ponad miliard kilometrów). Studnia grawitacyjna Tytana na jej końcu była niezmiernie małym celem, w który musieliśmy trafić z wielką precyzją. Przed wyprodukowaniem na „Skyfac” krystalicznych minimikroukładów scalonych ten trick w ogóle nie byłby możliwy, a i tak, dysponując skonstruowaną przy ich wykorzystaniu aparaturą, już po drodze dokonywaliśmy małych poprawek kursu. Księżyc Saturna wychodził nam jednak bardzo szybko na spotkanie, zmuszeni byliśmy więc dokonać jeszcze dwóch przyśpieszeń po l g, które, chociaż miłosiernie krótkie, wzbudziły we mnie silną wątpliwość czy przeżyjemy chociaż dwuletnią podróż powrotną. W ich wyniku cała rupieciarnia uległa rozproszeniu po całym statku: Lamus Ciotki Grawitacji w przestrzeni zamkniętej. Najpoważniejsze w skutkach okazało się pękniecie rury doprowadzającej wodę do natrysków na śródokręciu. Na szczęście z awarią uporał się system klimatyzacyjny.</p>
    <p>Na zbliżające się trzęsienie Ziemi niewiele pomaga nawet dużo wcześniejsze o nim ostrzeżenie.</p>
    <p>Z drugiej strony, sprzątanie nie przedstawiało prawie żadnego problemu — i znowu dzięki nieważkości. Trzeba było tylko poczekać, a wcześniej czy później praktycznie wszystkie te śmieci same zebrały się, jak zawsze, na siateczkach kanałów klimatyzacyjnych.</p>
    <p>Tak więc wszyscy znaleźli niemal od razu czas na zajęcie miejsc przed ekranem wideomonitora i obserwacje Tytana.</p>
    <p>A oto fragment obszernego opisu tego ciała niebieskiego, który wszyscy starannie przestudiowaliśmy:</p>
    <p>Tytan jest szóstym i wyraźnie największym księżycem Saturna. Spodziewałem się ujrzeć glob mniej więcej rozmiarów naszego Księżyca — ale ten cholernik ma średnice wynoszącą niemal 5800 kilometrów, czyli równą w przybliżeniu średnicy Merkurego lub czterem dziesiątym średnicy Ziemi! Przy tych ogromnych rozmiarach jego masa wynosi zaledwie około 0,002 masy Ziemi. Nachylenie jego orbity jest pomijalne, mniejsze od jednego stopnia — co oznacza, że orbita ta przebiega niemal precyzyjnie nad równikiem Saturna (tak samo jak Pierścień) w średniej odległości od powierzchni przekraczającej nieco dziesięć średnic samej planety. Jest zawsze zwrócony tą samą stroną do swej planety głównej, tak samo jak nasz Księżyc do Ziemi, a okrążenie Saturna zajmuje mu tylko około szesnastu dni — pomimo wielkości jest to szybki księżyc. (Ale doba na samym Saturnie trwa tylko dziesięć godzin i kwadrans.)</p>
    <p>Już od pierwszych chwil, gdy można go było dostrzec gołym okiem sprawiał wrażenie czerwonawego. Teraz wyglądał jak Mars w ogniu spowity girlandami gradowych chmur barwy krwi. Poprzez nie widać było jarzące się lekko chłodniejszą czerwienią, podobne do księżycowych góry i doliny.</p>
    <p>Ten nadprzyrodzenie czerwony kolor był jedną z głównych przyczyn, dla których Cox i Song przeszli na awaryjne sterowanie ręczne, gdy tylko weszliśmy na orbitę. Światek naukowy trafił szlag, gdy jego kosztowna sonda saturiańska została zarekwirowana przez wojsko na misje dyplomatyczną, a drugi atak apopleksji nastąpił wtedy, gdy okazało się, że naukowym dopełnieniem wyprawy będzie jeden fizyk Sił Kosmicznych i jeden inżynier. Tak więc Bili i Song spędzili te dwadzieścia cztery godziny, przez które pozostawaliśmy na orbicie Tytana harując jak rybacy podczas odpływu, dokonując absolutnego minimum pomiarów i rejestracji, jakie mogło udobruchać pierwotnych projektantów „Siegfrieda”, Pracowali pod kierunkiem Suzan Pha Song, według nagranych na taśmie instrukcji i zjadliwych wskazówek rozjątrzonych naukowców z Ziemi (napływających ze zwłoką czasową wynoszącą godzinę i piętnaście minut, co nie wpływało korzystnie na czyjkolwiek nastrój) i odwalił kawał dobrej, wyczerpującej roboty. Trochę — trudno wyobrazić sobie umysł, który uważa pogawędkę z plazmoidami spoza Układu Słonecznego za mniej podniecającą od badania szóstego księżyca Saturna, ale jest takich parę — jest rzeczą zadziwiającą, że nie są one zupełnie szalone.</p>
    <p>To przez ten czerwony kolor. Barwa Tytana powinna być zbliżona do niebiesko — zielonej. Jednak nawet obserwowany z Ziemi jest wyraźnie czerwony. Dlaczego? No cóż, tym, co tak podniecało uczonych był fakt, że charakterystyki atmosfery (w przeważającej części metanowej) i temperatury powierzchni Tytana stawiały go gdzieś w okolicach ostatniego miejsca w Układzie Słonecznym, wśród tych, w których teoria wstrzemięźliwości dopuszczałaby powstanie „życia jakim je znamy”. Eksperymenty w komorze symulującej warunki panujące na Tytanie dały reakcje chemiczne nazwane przez Millera „pierwotnym błyskiem” i niewypowiedziana, ale przez naukowców ukochana z całego serca teoria głosiła, że być może czerwona pokrywa chmur jest jakiegoś rodzaju materią organiczną — a nawet nie wykluczała, że to pewien rodzaj zanieczyszczeń, jakie może wytworzyć istota oddychająca metanem. Nie zrozumiałem nawet popularyzatorskiego omówienia rozgrywających się wokół mnie wypadków, wygłoszonego przez Raoula i byłem nimi tylko trochę zainteresowany. Wywnioskowałem jednak, że .pod koniec tych dwudziestu czterech godzin pesymista powiedziałby „nie”, a optymista „może”. Raoul wspominał coś o wielu zagadkowych danych, o informacjach, które wydają się być ze sobą sprzeczne — co mnie specjalnie nie zdziwiło, zważywszy na pośpiech, z jakim „Siegfried” został doprowadzony do gotowości bojowej.</p>
    <p>Ja ze swej strony dzieliłem uwagę miedzy Tytana i Saturna, którym naukowcy zainteresują się dopiero po konferencji, gdy będą mogli mu się, przyjrzeć z mniejszej odległości. Teraz był od nas oddalony o 1,2 miliona kilometrów.</p>
    <p>Jest to piekielnie duża planeta — największa w Układzie, o ile nie uważać za planetę Jowisza. Jej średnica przekracza nieco 116 000 kilometrów — to z grubsza dziewięć średnic Ziemi, a masa jest większa od ziemskiej dziewięćdziesiąt pięć razy. W tym świetle stała przyśpieszenia na powierzchni, wynosząca 1,15 normalnej stałej ziemskiej, wydaje się być absurdalnie mała — należy jednak pamiętać, że Saturn ma gęstość równą 0,69 gęstości porównywalnej kuli wody (podczas gdy gęstość Ziemi przekraczała pięciokrotnie gęstość wody). Nawet tak mała stała przyspieszenia wystarczała aż nadto, by zabić Homo caelestis albo Homo excastra, gdybyśmy byli na tyle nierozważni, by wylądować na powierzchni Saturna. A szybkość ucieczki dla tej planety jest ponad trzykrotnie większa niż dla Ziemi.</p>
    <p>Właściwie Saturn nie ma wyraźnie określonej powierzchni w naszym tego słowa rozumieniu. No tak, tam w dole są prawdopodobnie jakieś skały, ale zanim zdołasz opuścić się tak nisko, utkniesz, pływając w metanie, bo nim głównie jest Saturn (i jego „atmosfera”).</p>
    <p>Potężny Pierścień okazuje się być księżycem, któremu nie wyszło, niezliczonymi trylionami orbitujących, pokrytych zamarzniętą wodą kamieni najprzeróżniejszych rozmiarów, od ziarenka piasku poczynając, a na ogromnych głazach kończąc.</p>
    <p>Razem przedstawiają sobą nieopisanie piękny widok. Sam Saturn ma marzycielską, brunatno — żółtą barwę i poprzecinany jest szerokimi pasmami ciemnego, prawie czekoladowego brązu i jak na planetę, jest bardzo jasny. Pierścień, składający się z brył zanieczyszczonego lodu, mieni się niemal wszystkimi kolorami tęczy, skrzącymi się i przesuwającymi w miarę, jak orbity jego składników zmieniają względem siebie położenie. Ogólne wrażenie, jakie się odnosi, to ogromny agat albo tygrysie oko, otoczone rozproszonymi resztkami olbrzymiej tęczy. Wewnątrz tej orbitującej masy pojawiają się i znikają w losowy sposób mniejsze, prawdziwe tęcze, przypominające światła oglądane przez zawilgotniałe okulary.</p>
    <p>Był to widok, który nigdy mnie nie nużył, którego nigdy nie zapomnę i tylko dla niego warto było odbyć te podróż z Ziemi i wyrzec się swego dziedzictwa. Raoul spędzał praktycznie każdą minutę swego, czasu wolnego oparty o grodź przeciwległą do jego wideoekranu, z Musicmasterem na kolanach, słuchawkami na uszach i z palcami przebiegającymi po klawiaturze. Nie pozwalał nam włączać głośników — ale Harry’emu dał parę dodatkowych słuchawek. Słyszałem potem symfonie, jaką zmontował z tej roboczej taśmy i sprzedałbym za nią Ziemie.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Oczywiście jedyny i niepodzielny ośrodek zainteresowania Billa Coxa stanowili obcy. Chociaż znajdowali się zbyt daleko, by ich widzieć, ich wysokoenergetyczne promieniowanie niemal przeciążało przyrządy pomiarowe. Tkwili około miliona (plus minut kilkaset tysięcy) kilometrów od nas. Okazało się, że obcy z wyraźną cierpliwością czekają na pertraktacje w najrozsądniejszym miejscu. Zwiększało to prawdopodobieństwo tego, iż ich odbycie jest ich zamiarem.</p>
    <p>A więc naszym następnym posunięciem było wyjście im na spotkanie.</p>
    <p>Podczas gdy Bili i pułkownik Song harowali w pocie czoła my, tancerze, też nie zasypywaliśmy gruszek w popiele. Nie spędzaliśmy całego czasu na obijaniu się.</p>
    <p>Limuzyna już podczas podróży została zatankowana, wyposażona, przetestowana do ostatniego obwodu na pokładzie i w warunkach eksploatacyjnych. więc oczywiście pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy, było ponowne sprawdzenie zapasów paliwa, wyposażenia i przetestowanie jej do ostatniego układu.</p>
    <p>Gdybyśmy pokpili sprawę, następna ekspedycja dotarłaby tu najwcześniej za dwa albo i trzy lata, a do tego czasu obcy mogliby się zniecierpliwić i odejść do domu.</p>
    <p>Poza tym, chciałem z nimi porozmawiać osobiście.</p>
    <p>I to legło u podstaw ostatniej rzeczy, jaką zrobiliśmy przed odpaleniem silników i wyruszeniem na miejsce spotkania. Było to ostatnich kilka godzin trwającej już rok kłótni z dyplomatami na temat choreografii.</p>
    <p>W końcu dałem za wygraną, powiedziałem im, żeby sami sobie tańczyli i wróciłem do swojej kajuty. Nie straciłem cierpliwości, tylko chęć do sporów. DeLaTorre odczekał stosowny czas, a potem zadzwonił do mych drzwi.</p>
    <p>— Wejść.</p>
    <p>Ciepłe, brązowe oczy DeLaTorre zdradzały niewypowiedziane znużenie, powieki miał pomarszczone jak rodzynki.</p>
    <p>— Charles, musimy wypracować kompromis.</p>
    <p>— Tylko mi nie wmawiaj, Ezequielu, że jesteś tak samo ślepy, jak reszta.</p>
    <p>— Oni czują tylko, że lepiej by było, gdyby pierwsze posuniecie wyrażało więcej szacunku niż arogancji, było bardziej uroczyste niż emocjonalne. Przyjdzie czas na przedstawienie naszych pretensji, gdy ustanowimy łączność z tymi istotami, gdy nawiążemy z nimi kontakt na poziomie obopólnego szacunku. Być może w trzecim albo czwartym posunięciu.</p>
    <p>— Do cholery, to mi nie wygląda na prawidłowe posuniecie.</p>
    <p>— Wybacz mi, Charles, ale… na pewno przyznasz, że twoja opinia jest podyktowana emocjami.</p>
    <p>— Ezequielu — westchnąłem — spójrz mi w oczy. Nie kochałem już Shary Drummond, gdy zginęła. Przyjrzałem się mej duszy i tańcowi, który się z niej zrodził i nie pałam żądzą zemsty, pragnieniem rewanżu.</p>
    <p>— Nie, twój taniec nie jest mściwy — przyznał.</p>
    <p>— Ale czuje do nich żal — nie jako osierocony kochanek, ale jako osierocona istota ludzka. Chce, żeby ci obcy dowiedzieli się, ile kosztowali mą rasę zmuszając Sare Drummond do zostania Homo caelestis zanim powstały miejsce i warunki, w których taka istota mogłaby żyć, a tym samym powodując jej śmierć — urwałem uświadomiwszy sobie, że popełniłem gafę, ale DeLaTorre nawet nie mrugnął okiem.</p>
    <p>— Czy ona nie była już Homo caelestis albo ala anima, zanim oni przybyli, Charles? — spytał tak naturalnie, jakby znał już te nazwy. — Czy i tak nie umarłaby przy próbie powrotu na Ziemie?</p>
    <p>Rozpoznałem i zaakceptowałem nagły wzrost poziomu szczerości wyzwolony tym pytaniem.</p>
    <p>— Być może, Ezequielu. Jej ciało znajdowało się na granicy trwałego przystosowania. Spędziłem wiele bezsennych nocy rozmyślając o tym, omawiając to z moją żoną. Tak sobie myślę: gdyby Shara zdawała sobie sprawę z korzyści finansowych, jakie przyniesie „Gwiezdny taniec”, mogła przetrzymać krótki okres wyczekiwania na „Skyfac”, mogła przeżyć, żeby zostać bardziej wartościową liderką naszego Studio. Tak sobie myślę: gdyby wszystko przemyślała, mogła odstąpić od decyzji spalenia swych skrzydeł tak wysoko nad swoją utraconą planetą. Myślę sobie: gdyby wiedziała, mogłaby żyć. </p>
    <p>Pociągnąłem z puszki łyk zwietrzałej kawy i skrzywiłem się.</p>
    <p>— Ale cały duch walki został z niej wyssany, włożony w „Gwiezdny taniec” i ciśnięty ostatkiem sił w te czerwone ćmy. Całe jej życie, aż do poznania Carringtona było powolnym wysysaniem z niej chęci do życia, a ona poświeciła dla tych stworzeń wszystko, co jej pozostało, bo tylko w ten sposób można je było przepędzić z powrotem w przestrzeń międzygwiezdną, wystraszyć tak bardzo, aby przy następnej próbie podejścia do nas zatrzymali się w odległości milionów kilometrów. Potem z chęci życia nie zostało jej już nic — w każdym razie nie tyle, aby pragnęła je przedłużać. Chce uświadomić rym stworzeniom wartość jednostki, którą skruszył ich nierozważny krok, ogrom straty jaką ponieśli ludzie. Jeśli w ich emocjonalnym repertuarze znajdują się żal i skrucha, chce je ujrzeć. A najbardziej, jak sądzę, chce im wybaczyć, a więc najpierw muszę przekazać im swoją skargę. Wierze, że ich reakcja na nią powie nam szybciej niż cokolwiek innego, czy możemy w ogóle nauczyć się komunikowania i pokojowego współżycia z nimi.</p>
    <p>Oni respektują taniec, Ezeguielu, a kosztowali nas największą artystką naszych czasów. Rasa, która chce rozpocząć pertraktacje od jakiekogokolwiek innego oświadczenia jest rasą, której raczej nie chce reprezentować. Norrey i reszta naszego zespołu przyznają mi rację.</p>
    <p>Milczał dłuższą chwile. Ostatnią rzeczą, z jaką pogodzi się dyplomata jest niemożność osiągnięcia kompromisu. Ale w końcu powiedział:</p>
    <p>— Nadążam za tokiem twego rozumowania, Charles. I przyznaje, że doprowadza mnie to do tych samych wniosków. — Westchnął. — Masz rację. — Skłonie pozostałych do zaakceptowania twojej koncepcji. — Odepchnął się od ściany i podpłynąwszy do mnie położył swe pomarszczone, guzłowate dłonie na mych ramionach. — Dziękuje, że mi to objaśniłeś. Chodź, przygotujemy się do drogi i przedłożenia naszej skargi.</p>
    <p>Przez ponad dwadzieścia minut naradzał się z pozostałą trójką w zamkniętej kabinie i wyszedł stamtąd z miną wielce zatroskaną. Mimo wszystko był najlepszym człowiekiem, jakiego mógł wybrać Wertheimer na przewodniczącego delegacji. Pół godziny później byliśmy już w drodze.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 3</p>
    </title>
    <p>Skierowanie „Siegfrieda” z orbity Tytana do punktu spotkania bez wprowadzania przyśpieszenia, które by nas zabiło, zajęło większą cześć dnia. Tytan jest potężnym księżycem i trudniej się od niego oderwać niż od naszego Księżyca. Na szczęście nie musieliśmy się od niego odrywać zupełnie. Wydłużaliśmy po prostu promień naszej orbity. Wszystkie manewry były wykonywane przynajmniej częściowo na wyczucie, ponieważ każda zmiana położenia w układzie Saturna jest problemem wymagającym Uwzględnienia wpływu dziesięciu ciał niebieskich (nie wspominając już o Pierścieniu), ale w tego rodzaju astronawigowaniu Bili był równorzędnym partnerem komputera. Tak jak się po nim spodziewałem, odwalił robotę światowej klasy nie tracąc paliwa i co ważniejsze, ani jednego pasażera. Najgorsze, co przyszło nam znieść, to piętnaście sekund pod przyśpieszeniem 0,6 g — istna męczarnia.</p>
    <p>Każda odpowiednio zorientowana ściana może służyć za koje przyśpieszeniową — ponieważ na statku kosmicznym wszystko jest elegancko wyścielone. Nie wiem jak inni, ale Norrey i ja oraz każdy potrafiący przewidywać poddajemy się przyśpieszeniu nago. Jeśli trzeba leżeć plackiem na plecach pod przyśpieszeniem, to lepiej nie mieć miedzy sobą a płaszczyzną, na której się leży żadnych fałd garderoby.</p>
    <p>Kiedy odpłynęliśmy swobodnie od ściany i zabrzmiał klakson oznajmiający: „przyśpieszenie zakończone”, przywdzialiśmy te same skafandry próżniowe, które mieliśmy na sobie rok temu, na naszej Ostatniej Przejażdżce. Z pięciu modeli robionych na miarę skafandrów, których używaliśmy, w tych byliśmy najbliżsi całkowitej nagości. Przypominały one okrojone kostiumy topless z zaopatrzonym w kryzę, hełmem. Przezroczyste partie przylegały ściśle do ciała i były ledwo zauważalne: kąpielówki nie służyły tabu, lecz celom sanitarnym, a sekcja kryza — hełm ukrywała nieestetyczne elementy oprzyrządowania. Silniczki odrzutowe miały kształt ozdobnych obręczy nasuwanych na przeguby dłoni i kostki nóg. Elementy sterowania nimi były ukryte w rękawicach. Grupa jednomyślnie zdecydowała, że tych właśnie skafandrów użyjemy do naszego występu. Być może przez pojawienie się nago w kosmosie próbowaliśmy podświadomie dowieść naszego człowieczeństwa i zdementować pogłoski, że nie jesteśmy już ludźmi, na zasadzie dowodu nie wprost. Widzicie? Pępek. Widzicie? Sutki. Widzicie? Wielki paluch u nogi.</p>
    <p>— Cały kłopot z tymi skafandrami polega na tym, kochanie — powiedziałem uszczelniając swój — że widok ciebie w twoim zawsze zagraża wypchnięciem rurki cewnikowej mojego.</p>
    <p>Uśmiechnęła się i poprawiła sobie lewą pierś, chociaż nie było to wcale konieczne.</p>
    <p>— Spokojnie, chłopcze. Skoncentruj się na robocie — powiedziała i podpłynęła do telefonu. Włączyła go i spytała:</p>
    <p>— Linda? Co z dzieckiem?</p>
    <p>Na ekranie pojawili się Linda i Tom, pomagający sobie nawzajem w przywdziewaniu skafandrów.</p>
    <p>— Świetnie — zawołała wesoło Linda. — Ani drgnie. </p>
    <p>Tom uśmiechnął się do kamery i powiedział:</p>
    <p>— O co tu się martwić? Nadal pasuje do swojego skafandra.</p>
    <p>Jego spokój zrobił na mnie wrażenie i bardzo mnie ucieszył. Otwarty kosmos, jak już wspominałem, jest środowiskiem uspokajającym — i co najważniejsze, Tom pozwolił, by Linda nauczyła go wielu ważnych rzeczy. Nie tylko tańca, oddychania i ćwiczeń medytacyjnych — tego uczyliśmy się wszyscy. Nie chodzi nawet o te rozbudowane instrukcje duchowe, których mu nie skąpiła, chociaż i one, oczywiście, pomogły.</p>
    <p>Najbardziej podziałała tu jej miłość i jej oddanie, które w końcu rozplatały wszystkie supły w skołatanej duszy Toma. Jej miłość była tak wyraźnie autentyczna i szczera, że był zmuszony wziąć ją za dobrą monetą, zmuszony do pokochania trochę bardziej samego siebie — co jest niezbędne każdemu, kto chce się odprężyć.</p>
    <p>Wymieniliśmy z Norrey porozumiewawcze uśmiechy i spojrzenia, po czym ona powiedziała:</p>
    <p>— To fajnie, wiecie? Zobaczymy się w Garażu — i zgasiła ekran. Przepłynęła przez kabinę i znalazła się naprzeciw mnie.</p>
    <p>— Tom i Linda będą dla nas dobrymi partnerami — powiedziała i zamilkła.</p>
    <p>Unosiliśmy się tak przez kilka sekund, zagubieni jedno w oczach drugiego, a potem odbiliśmy się jednocześnie od ścian i spotkaliśmy w czołowym zderzeniu na środku pomieszczenia. Nasz uścisk był czterokończynowy i ognisty, był spazmatyczną próbą przebicia się przez granice ciała, kości i plastyku i dotknięcia się sercami.</p>
    <p>— Nie boje. się — powiedziała mi do ucha. — Powinnam się bać, a nie boje się. Wcale. Ale bałabym się, gdybym szła tam bez ciebie.</p>
    <p>Usiłowałem odpowiedzieć i nie byłem w stanie. Przytuliłem ją tylko mocniej. A potem udaliśmy się na spotkanie z innymi.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Życie na „Siegfriedzie” przypominało raczej podróż pod pokładem luksusowego transatlantyka. Prom kosmiczny był bardziej podobny do autobusu albo samolotu. Rzędy foteli upchanych tak ciasno, że z ledwością można się miedzy nimi przecisnąć, wielka śluza powietrzna na rufie, mniejsza w ścianie przedniej, okna po obu stronach, z tyłu silniki. Ale patrząc z zewnątrz okazywało się, że ten autobus czy” samolot pcha przed sobą ogromny bąbel: dziób promu stanowiła przezroczysta kula o średnicy dwudziestu metrów, będąca kopułą obserwacyjną, z której grupa dyplomatów miała patrzeć na nasz występ. Wyposażenie techniczne kuli ograniczono do minimum, by nie przesłaniało widoku. Sam komputer znajdował się na „Siegfriedzie”, a zainstalowany na promie terminal był bardzo mary; nieco większymi wymiarami charakteryzowało się pięć monitorów ekranowych, a autonomiczne układy sterowania Limuzyny były nadzorowane przez wydzielony moduł tego samego komputera. W tym kinie nie było drugich miejsc.</p>
    <p>Napływały, oczywiście, strzępy ostatnich pouczeń z Ziemi, ale nawet dyplomaci nie zwracali na nie najmniejszej uwagi. Podczas lotu nie było prawie wcale rozmów. Każdy wybiegał myślami do rychłego spotkania, a nasz Główny Plan, o ile mogliśmy w ogóle utrzymywać, że go mamy, został już dawno nakreślony.</p>
    <p>Poświeciliśmy cały rok na studiowanie komputerowych analiz obu stron „Gwiezdnego tańca” i wynieśliśmy z nich wystarczająco dużo informacji, by z góry opracować choreografię występu. Około godziny tańca, rodzaj „Pozdrowienia Mandaryna”. Pod koniec tej godziny albo będziemy mieli nawiązany kontakt telepatyczny, albo nie. Jeśli tak, przełączymy ten telefon na dyplomatów. Poprzez usta DeLaTorry prześlą oni swe oświadczenie, a my przetłumaczymy obcym ich słowa najlepiej, jak umiemy. Jeśli, z jakiejkolwiek przyczyny, nie będzie można dojść do porozumienia, też to odtańczymy. W przypadku nienawiązania kontaktu mieliśmy obserwować reakcje obcych na występ i dokonać próby jej przetłumaczenia z pomocą komputera. Wtedy dyplomaci opracują swoją odpowiedź, komputer przekaże nam jej notacje choreograficzną i spróbujemy w ten sposób. Jeśli z upływem dziewięciu godzin nie dojdziemy do żadnych rezultatów — nazywaliśmy to dniem — wracamy Limuzyną na „Siegfrieda” i próbujemy znowu nazajutrz. Jeśli osiągniemy dobre lub chociaż obiecujące wyniki, to mamy wystarczająco dużo powietrza w zbiornikach, by pozostawać w kosmosie choćby i przez tydzień — a żywności, wody i środków higieny było pod dostatkiem w przymocowanej do Limuzyny Kostce.</p>
    <p>Jednak wszyscy się, spodziewaliśmy, że głównie będziemy grać z kapelusza. Nasza ignorancja była tak całkowita, że nic nie mogło jej przełamać i wszyscy to wiedzieliśmy.</p>
    <p>W przedziale pasażerskim był tylko jeden ekran wideo i przez całą krótką podróż wypełniała go twarz Billa Coxa. Informował nas na bieżąco o zachowaniu się obcych, a było ono statyczne. W końcu manewr hamowania dobiegł końca, a my zatonęliśmy na chwile w fotelach, podczas gdy Limuzyna odwracała się o sto osiemdziesiąt stopni, by zwrócić kopułę obserwacyjną w stronę obcych. Wreszcie tu byliśmy, na skrzyżowaniu dróg. Dyplomaci odpięli pasy i przeszli do przodu, do śluzy powietrznej kopuły. Gwiezdni Tancerze skierowali się na rufę, do większej śluzy powietrznej. Tej, nad którą płonął napis WYJŚCIE. </p>
    <p>Rozumiejąc się bez słów zawiśliśmy tam na chwile w powietrzu i spoglądaliśmy po sobie. Nikt się nie poruszaj. Ostatni rok” scementował naszą rodzinę; zaczynała wytwarzać się miedzy nami jakaś telepatyczna wieź. Nie potrzebowaliśmy słów. Byliśmy gotowi.</p>
    <p>I uśmiechnąwszy się tylko idiotycznie od ucha do ucha połączyliśmy nasze dłonie i utworzyliśmy wokół wejścia do śluzy Płatek Śniegu.</p>
    <p>Potem Harry i Raoul odłączyli od nas, pocałowali jeden drugiego, założyli hełmy i znikli w śluzie, aby zmontować nasze dekoracje. W śluzie było miejsce dla czworga; wcisnęli się tam za nimi Tom i Linda. Przygotują Kostkę i zaczekają na nas.</p>
    <p>Drzwi zasunęły się za nimi, a my z Norrey pocałowaliśmy się po raz ostatni.</p>
    <p>— Nic nie mów — powiedziałem, a ona lekko skinęła głową.</p>
    <p>— Panie Armstead? — doleciał mnie głos zza pleców, </p>
    <p>— Tak, doktorze Chen?</p>
    <p>Wychylał się do połowy z przeciwległej śluzy powietrznej. Był sam. Nie zdradzając żadnych uczuć ani mimiką twarzy, ani barwą głosu powiedział:</p>
    <p>— Rozwalenia uszczelki. Uśmiechnąłem się.</p>
    <p>— Dziękuje, sir.</p>
    <p>I weszliśmy do śluzy.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Poza deja vu istnieje jeszcze inny rodzaj uczucia, że przeżywało się już kiedyś obecną sytuacje. Jest to czymś silniejszym niż wspomnienie. Pojawia się jak spadające z oczu łuski.</p>
    <p>Tego typu przypomnienie naszło mnie teraz, gdy znowu ujrzałem obcych.</p>
    <p>Czerwone ćmy. Jak jarzące się węgielki bez węgla w środku, wirujące w czymś mniej namacalnym od kopuły obserwacyjnej Limuzyny, w czymś potężniejszym od „Siegfrieda”. Wirując bez ustanku, bez ustanku zmieniając kreślone wzory, przyciągały oko jak taniec kobry.</p>
    <p>I w tym właśnie momencie wydało mi się, że całe moje życie było chwilami, które spędziłem w obecności tych istot — że odstępy czasu miedzy tymi chwilami, nawet nie mające końca godziny studiowania taśm z tańcem obcych i wysiłków zrozumienia go są nierealnymi, blaknącymi już w mej pamięci cieniami. Zawsze znałem obcych. Zawsze będę ich znał, a oni mnie. Cofnęliśmy się razem w czasie o miliard lat. Przypominało to powrót do domu, do mamy i taty, którzy są niezmienni i wieczni. „Hej!” — chciałem krzyknąć do nich. „Przestałem już uważać się za kalekę”. Tak jak dzieciak mógłby dumnie oznajmić rodzicom, że zdał trudny test z chemii…</p>
    <p>Potrząsnąłem dziko głową i pozbyłem się tego uczucia. Pomogło odwrócenie wzroku. Wszystko w otaczającej mnie inscenizacji mówiło, że od naszego ostatniego spotkania zaszło coś więcej niż tylko bezładne sny. Tuż za obcymi żółcią i brązem świecił potężny, otoczony pierścieniem roziskrzonego ognia Saturn. Słońce za moimi plecami dostarczało tu tylko jeden procent światła, jakim oświetla Ziemie — ale ta różnica była niedostrzegalna: oko Ziemianina z natury odfiltrowuje 99% docierającego doń światła (uświadomiłem sobie nagle ten zbieg okoliczności — miejsce, które obcy wybrali na spotkanie znajdowało się w precyzyjnie takiej odległości od Słońca, aby człowiek mógł tam zarówno dotrzeć, jak i widzieć prawidłowo), j</p>
    <p>Znajdowaliśmy się „nad” Pierścieniem. To nie da się opisać.</p>
    <p>„Na prawo” ode mnie unosił się Tytan — mniejszy od Księżyca oglądanego z Ziemi, ale wyraźnie widoczny. Z naszej perspektywy znajdował się w trzeciej kwadrze. Tam, gdzie jego terminator był zwrócony do Saturna, posępna, czerwona barwa rozjaśniała się w odcień krwawopomarańczowy. Ten wielki księżyc spoglądał na nasze poczynania jak zamglone, złowróżbne oko.</p>
    <p>A wokół mnie dryfowali w próżni moi towarzysze, zapatrzeni, zahipnotyzowani.</p>
    <p>Tylko Tom zdradzał trzeźwość umysłu. Podobnie jak ja odnawiał tylko starą znajomość — odświeżenie dawnych wspomnień zabiera mniej czasu niż zyskanie nowych.</p>
    <p>Tym razem Wszyscy znaliśmy ich lepiej — nawet ci, którzy widzieli ich po raz pierwszy. Podczas ostatniej konfrontacji Shara zdawała się ich w pewnym stopniu rozumieć — bo mnie; bez względu na to, jak intensywnie! ich obserwowałem, zrozumienie ich tańca wciąż umykało. Teraz mój umysł był wolny od przerażenia) moje oczy nie były zaślepione rozpaczą, moje serce spokojne. Czułem tak, jak czuła Shara, widziałem, co widziała ona i potwierdzałem jej intuicyjny osąd:</p>
    <p>„Bije od nich przeświadczenie o swej wyższości. Ich taniec jest wyzwaniem, prowokacją… biologowie przyglądający się błazeństwom nieznanych, nowych istot… Potrzebna im Ziemia… po orbitach. Jak pieczołowicie wychoreografowanych, jak orbity elektronów… potrafią uniknąć wszystkiego albo wytrzymać wszystko, czym może ich zaatakować Ziemia. Ja to wiem”.</p>
    <p>Z zadumy wyrwał mnie głos Coxa.</p>
    <p>— „Siegfried” do Gwiezdnych Tancerzy. Tak, to ci sami.</p>
    <empty-line/>
    <p>Przygotowywaliśmy się na ewentualność, że może to być inna grupa obcych — dajmy na to policjanci tropiący tamtych, albo może druga tura uczestników wycieczki do Układu Słonecznego. Byliśmy przygotowani nawet na mało prawdopodobne ewentualności. Bili powiedział nam, że przewertowali z dyplomatami i komputerem kilka plików scenariuszy, przechowywanych w bankach pamięci i wybrali do realizacji Plan A. Ale my, Gwiezdni Tancerze, oceniliśmy to już na oko.</p>
    <p>— Roger, „Siegfried” — potwierdziłem odbiór. — Mam kiepską pamięć do nazwisk, ale twarzy nigdy nie zapominam.</p>
    <p>— Zaczynajcie swój program.</p>
    <p>— W porządku, wszyscy na miejsca. Harry, Raoul, rozstawcie dekoracje i sprawdźcie je. Tom i Linda, wy wyprowadźcie Kostkę na jakieś dwadzieścia kilometrów od nas, okay? Norrey, pomóż mi przy ustawianiu kamer, spotykamy się za dwadzieścia minut przy Kostce. Naprzód.</p>
    <p>Zestaw dekoracji był minimalny. Składał się głównie z markerów siatki. Przekonanie się, że wszelkie próby wykorzystania efektów błyskowych w bliskim sąsiedztwie Pierścienia będą pozbawione sensu nie zabrało Raoulowi wiele czasu. Jego bateria laserów śledzących była małej mocy i mogła służyć tylko do oświetlania barwnym światłem nas, tancerzy oraz do stwierdzenia jak obcy zareagują na obecność laserów, co było jej faktycznym przeznaczeniem. Uważałem to za cholernie głupi pomysł — przypomniał mi się papież Leon dłubiący w zębach sztyletem podczas targów z Attylą — i cała nasza grupa, łącznie z Raoulem, była co do tego zgodna. Wszyscy byliśmy za zastosowaniem konwencjonalnego oświetlenia.</p>
    <p>Ale przekonanie dyplomatów tego kalibru wymagało poczynienia pewnych ustępstw.</p>
    <p>Markery siatki były kolorowymi organami, sterowanymi z klawiatury Musicmastera Raoula za pośrednictwem układu skonstruowanego przez Harry’ego. Gdyby obcy zareagowali zauważalnie na barwne sygnały, Flaoul spróbuje wykorzystać swój instrument do stworzenia wizualnej muzyki, wspomoże nasze wysiłki, komponując podkład barwnego spektrum do naszego tańca. Tak samo jak zakres akustyczny Musicmastera przekraczał po obu końcach pasmo słyszalności, tak zakres spektralny barwnych organów wychodził poza pasmo widzialne. Gdyby jeżyk obcych obejmował te subtelności, mogliśmy dzięki nim wzbogacić naszą konwersacje.</p>
    <p>Wyjściowy sygnał akustyczny Musicmastera będzie przekazywany do naszych odbiorników i utrzymywany na poziomie grubo poniżej konwersacyjnego. Naszym zamiarem było wzmocnienie możliwego, obopólnego rezonansu telepatycznego i w ten sposób zapatrywaliśmy się na muzykę) Raoula.</p>
    <p>Norrey i ja rozstawiliśmy pięć kamer w otwarty, zwrócony podstawą ku obcym stożek. Żadne z nas nie przejawiało ochoty zajęcia obcych „od tyłu” i zainstalowania tam szóstej kamery, dzięki czemu uzyskalibyśmy sześciokamerową kule, jaką stosowaliśmy zwykle w domu celem objęcia pełnych trzystu sześćdziesięciu stopni. To miał być nasz jedyny taniec filmowany ze wszystkich stron z wyjątkiem tej, w którą był wymierzony, rejestrowany tylko „od tyłu”.</p>
    <p>Prawdę mówiąc nikt na tym nic nie tracił. To nie było wielkie artystyczne przeżycie. Nigdy nie zostanie zaprezentowane szerszej widowni. Z przyczyn zupełnie oczywistych: ten taniec nie był przeznaczony dla istot ludzkich.</p>
    <p>Ale sądzę, że Sharze podobałby się.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>W końcu dekoracje zostały rozstawione. Scena była przygotowana, a my uformowaliśmy wokół Kostki Płatek Śniegu.</p>
    <p>— Uważaj na oddech, Charlie — przypomniała mi Norrey.</p>
    <p>— Masz rację, kochana. — Moje płuca odbierały rozkazy z przysadki mózgowej. Skupiłem się na nadaniu memu oddechowi miarowości i wkrótce wszyscy oddychaliśmy unisono — wdech, wstrzymanie, wydech, wstrzymanie — starając się wydłużyć odstępy pomiędzy kolejnymi fazami dój pięciu sekund. Moje podniecenie zaczęło topnieć jak wakacyjne pieniądze, moja zdolność postrzegania rozszerzyła się sferycznie i poczułem moją rodzinę, tak, jakby z dłoni do dłoni przepłynął jakiś ładunek elektryczny, dostrajając nas do siebie. Staliśmy się jak igły kompasów, zwrócone w kierunku bieguna, zgrane z wyimaginowanym punktem, tkwiącym gdzieś pośrodku naszego kręgu. To była budująca analogia — jakkolwiek rozproszylibyście magnesy w stanie nieważkości, to w końcu spotykają się one znowu przy biegunie. Byliśmy rodziną; byliśmy jednym.</p>
    <p>— Panie Armstead — burknął Silverman — jestem przekonany, że sprawi panu przyjemność świadomość, iż w tej chwili świat rzeczywiście na was liczy. Czy możemy zaczynać?</p>
    <p>Uśmiechnąłem się tylko. Wszyscy się uśmiechnęliśmy. Bili zaczął coś mówić, ale mu przerwałem:</p>
    <p>— Oczywiście, panie ambasadorze. Natychmiast. — Rozproszyliśmy Płatek Śniegu, a ja, włączywszy silniczki, podpłynąłem do górnej konsoli sterowniczej Kostki.</p>
    <p>— Program załadowany i… uruchomiony, światła włączone, kamery nagrzane, cztery, trzy, dwa, kurtyna!</p>
    <p>Niczym jedna istota wkroczyliśmy na naszą scenę.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Stopami do przodu, z rękoma uniesionymi wysoko nad głową nurkowaliśmy na rój ciem.</p>
    <p>Markery sceny Raoula pulsowały delikatnie barwną analogią nadzwyczajnego kawałka, który nazwał ,,Bluesem Shary”. Otwierające go akordy utrzymane są w głęboko basowej tonacji; przekładane są na jeżyk barw jako wszystkie odcienie błękitu. Wokół nas jakiś nieprawdopodobny przepych barw — Saturn, Pierścień, obcy, Tytan, lasery, światełka kamer, Kostka, Limuzyna niczym jasnoczerwony flesz oraz dwa inne księżyce, których nie znam z nazwy — wszystko zdaje się tylko podkreślać nie dającą się znieść czerń pustego, zamkniętego wokół nas kosmosu, bezmiar morza czarnego atramentu, przez które płyniemy — tak planety, jak i ludzie. Iście kosmiczna perspektywa, której to dostarczało, była wspaniała, uspokajająca. „Czym jest człowiek czy ćma, byś Ty troszczył się o nich?”</p>
    <p>To nie była ucieczka od rzeczywistości. Wprost przeciwnie: nigdy nie czułem się tak świadomy otaczającego mnie świata. Po raz pierwszy od lat świadom byłem przylegania skafandra próżniowego do mej skóry, świadom oddechów w mych słuchawkach, świadom uścisku czujników telemetrycznych i cewnika, świadom woni wydzielanej przez me ciało i zapachu powietrza, którym oddychałem i cichego szelestu mych włosów ocierających się o wewnętrzną stronę hełmu. Postrzegałem całkowicie, funkcjonując z pełną wydajnością, świadomy wszystkiego i trochę tym przestraszony. Czułem się bez reszty szczęśliwy.</p>
    <p>Muzyka wzmogła się raptownie. Rozpięta daleko siatka pulsowała kolorem.</p>
    <p>Włączyliśmy pełny ciąg. Cała nasza czwórka lecąc w ciasnej formacji, zdawała się pikować z wielkiej wysokości na rój obcych. Rośli w naszych oczach z zapierającą dech w piersiach gwałtownością, ale gdy wydałem komendę „stój” znajdowaliśmy się jeszcze w odległości trzech kilometrów od nich. Usztywniliśmy nasze ciała, zorientowaliśmy je w przestrzeni i na rozkaz wyzwoliliśmy jednocześnie moc z silniczków przymocowanych do naszych pięt. Zatoczyliśmy pełne koła, przy czym każde z nas okrążało inny punkt kompasowy kuli obcych. Wzięliśmy ją w nawiasy naszymi ciałami. Po wykonaniu trzech pełnych okrążeń rozproszyliśmy się unisono i spotkaliśmy w tym samym punkcie przestrzeni, z którego wyruszyliśmy, zwalniając przy zbliżaniu się do niego. Zatrzymaliśmy się, hamując ostro. Wirowaliśmy w kosmosie przyglądając się obcym. Rozproszyliśmy się znowu, zajęliśmy pozycje w narożnikach kwadratu o boku pięćdziesięciu metrów i czekaliśmy.</p>
    <p>„Znowu tu jestem, ćmy” — myślałem. „Nienawidzę was od dawna. O mało już się nie wykończyłem z tej nienawiści”.</p>
    <p>Lasery oświetlały nas na czerwono, niebiesko, żółto i zielono, a Raoul poniechał skomponowanej przez siebie muzyki na rzecz nowej improwizacji; jego pajęcze palce snuły linie melodyczne nie do pomyślenia jeszcze godzinę temu, szyjąc niebo barwa, a nasze uszy dźwiękiem. Przypominało to nalewanie bólu do naczynia o nieodpowiedniej pojemności.</p>
    <p>Z taką oprawą muzyczną i z kosmosem w tle zatańczyliśmy. Mechaniczna struktura tego tańca, jego „kroki” i wzajemne ich powiązanie na zawsze już pozostanie dla, was tajemnicą i nie będę nawet próbował jej opisywać. Zaczynało się powoli i z wahaniem, tak jak Shara rozpoczęliśmy od definiowania pojęć. Tak samo jak ona zwracaliśmy na choreografię mniej niż polowe naszej uwagi.</p>
    <p>Przynajmniej trzecia cześć naszych umysłów była zaprzątnięta przekładaniem komputerowych tematów na terminy artystyczne, ale równie duża ich cześć wytężała się, wypatrując jakiejkolwiek reakcji ze strony obcych, nastawiała oczyma, uszami, skórą, mózgiem na odbiór jakiegokolwiek odzewu, uczulała się na jakąkolwiek dającą się zrozumieć zmianę. I taką samą częścią naszych umysłów wyczuwaliśmy jedno drugie, staraliśmy się połączyć nasze świadomości przez metry dzielącej nas czarnej próżni, by widzieć tak, jak widzieli obcy, wieloma oczyma na raz.</p>
    <p>I coś zaczęło się dziać…</p>
    <p>Zaczęło się wolno, subtelnie, w zlewających się ze sobą etapach. Mając za sobą rok studiów stwierdziłem po prostu, że rozumiem i bez zdziwienia lub fascynacji zaakceptowałem to pojmowanie. W pierwszej chwili myślałem, że obcy zwolnili — ale potem zauważyłem, znowu bez fascynacji, iż spowolnieniu w równym stopniu uległy mój puls i oddechy wszystkich. Czas dla mnie przyśpieszył. Wyciągałem maksimum informacji z każdej sekundy życia, ogarniałem całość swego istnienia. Eksperymentując, przyśpieszyłem jeszcze trochę moje poczucie czasu i dostrzegłem, że szaleństwo obcych zwalnia do szybkości, którą już każdy mógł objąć swym umysłem. Byłem świadom, że mogę całkiem zatrzymać bieg czasu, ale nie chciałem jeszcze tego czynić. Studiowałem ich zachowanie z nieskończonym brakiem pośpiechu i coraz lepiej ich rozumiałem. Stało się teraz dla mnie jasne, że istnieje jakaś wyraźnie określona, chociaż niewidzialna energia, która utrzymuje ich na tych współzależnych, ciasnych orbitach, coś jak elektromagnetyzm utrzymujący na wyznaczonych torach elektrony. Ale energia ta wrzała wściekle za ich zgodą, a oni ślizgali się po jej falach niczym kawałki drewna, które za sprawą jakiejś magii nigdy się nie zderzają. Tworzyli przed sobą nie kończący się walec. Powoli, bardzo powoli zacząłem zdawać sobie sprawę, że ich energia jest bardziej niż analogiczna do energii łączącej mnie z mą rodziną. To, po czym surfowali, było ich świadomością wzajemnego istnienia i istnienia Wszechświata wokół nich.</p>
    <p>Moja własna świadomość mej rodziny przeskoczyła na wyższy poziom. Słyszałem oddychającą Norrey, widziałem jej oczyma, czułem jak rwie mnie zwichnięta kostka Tomą, czułem, jak w mym łonie porusza się dziecko Lindy, obserwowałem nas wszystkich oczyma Harry’ego i kląłem pod jego nosem wraz z nim, pędziłem w dół ramienia Raoula aż do koniuszków jego palców i z powrotem do swych uszu. Byłem sześciomózgim Płatkiem Śniegu, istniejącym jednocześnie w przestrzeni i w czasie, i ”w myśli, i w muzyce, i w tańcu, i w barwie, i w czymś, czego jeszcze nie potrafiłem nazwać, i to wszystko zmierzało ku pełnej harmonii.</p>
    <p>Ani przez moment nie ogarniało mnie uczucie odrzucania czy utraty mojego ja, mojej osobowości. Była przez cały czas w moim ciele i mózgu, tam, gdzie ją pozostawiłem, nie mogła być gdzie indziej, istniała jak przedtem. To było tak, jak gdyby jej CZĘŚĆ istniała zawsze w oderwaniu od ciała i mózgu, jak gdyby mój mózg zawsze znał ten poziom, ale był niezdolny do rejestrowania płynących zeń informacji. Czyżby cała nasza szóstka była zawsze tak blisko siebie, nieświadoma tego jak sześcioro samotnych ślepców w tym samym wycinku kosmosu? W sposób, w który, zawsze nie zdając sobie z tego sprawy, pragnąłem to uczynić, dotknąłem ich dusz i pokochałem je.</p>
    <p>Zrozumieliśmy, że ten poziom postrzegania pokazują nam obcy, że wprowadzają nas cierpliwie, stopień po stopniu, po niewidzialnych schodach psychiki, prowadzących do tej nowej płaszczyzny. Jeśli miedzy nami a nimi przepływałaby jakakolwiek, możliwa do wykrycia przez człowieka energia, Bili Cox nagrzewałby już swoje działo laserowe i wrzeszczał, żebyśmy wracali, ale on nadal utrzymywał tylko łączność z dyplomatami, pozwalając nam tańczyć bez rozpraszania uwagi.</p>
    <p>Ale komunikacja miedzy nami ą obcymi odbywała się również na wykrywalnych przez przyrządy fizyczne poziomach. Początkowo obcy powtarzali tylko, jak echo, fragmenty naszego tańca, by zamanifestować emocjonalną lub fizyczną konotacje. Kiedy zauważyliśmy, że to robią wiedzieliśmy już, iż w pełni pojmują każdy niuans, jaki staraliśmy się wyrazić. Z czasem zaczęli reagować w sposób bardziej złożony, zaczęli modyfikować subtelnie figury tańca, którymi nam odpowiadali, tworząc wariacje na temat, potem kontrargumenty, następujące po sobie sugestie. Za każdym razem, kiedy tak czynili, zaczynaliśmy lepiej ich rozumieć, chwytać podstawy ich „jeżyka”, a co za tym idzie, ich natury. Zgadzali się z naszym pojmowaniem sferyczności, grzecznie nie zgodzili się z naszym pojmowaniem moralności, zareagowali ożywioną aprobatą na wzmianki o bólu i radości. Gdy poznaliśmy już wystarczająco dużo „słów” do zbudowania „zdania”, uczyniliśmy to:</p>
    <p>— Przebyliśmy ten miliard kilometrów, żeby was zawstydzić, a teraz sami jesteśmy zawstydzeniu. Odpowiedź nadeszła od razu — współczująca i wesoła.</p>
    <p>— BZDURY — zdawali się mówić. — SKĄD MOGLIŚCIE WIEDZIEĆ?</p>
    <p>— Oczywiste było, że jesteście mądrzejsi od nas.</p>
    <p>— NIE, MY TYLKO WIĘCEJ WIEDZIELIŚMY. PRAWDĘ MÓWIĄC, BYLIŚMY KARYGODNIE NIETAKTOWNI I ZBYT NIECIERPLIWI.</p>
    <p>— Zbyt niecierpliwi? — powtórzyliśmy czujnie.</p>
    <p>— ZNAJDOWALIŚMY SIĘ W WIELKIEJ POTRZEBIE — wszystkich piećdziesiecioro pięcioro obcych zanurkowało nagle z różnymi prędkościami w kierunku środka swej kuli, cudem tylko unikając tam choćby jednego zderzenia. Wymowa tego była jasna jak słońce:</p>
    <p>— TYLKO PRZYPADEK ZAPOBIEGŁ CAŁKOWITEJ ZAGŁADZIE. Natura tej całkowitej zagłady umknęła nam, „powiedzieliśmy” wiec:</p>
    <p>— Nasza zmarła siostra przekazała nam wiadomość, że musieliście złożyć swą ikrę na świecie takim jak nasz. Czy dalej do tego dążycie: przyjść i żyć z ludźmi?</p>
    <p>Ich odpowiedź była ekwiwalentem kosmicznego śmiechu. Sprowadził się ostatecznie do jednego „zdania”, którego trudno było nie zrozumieć:</p>
    <p>— WPROST PRZECIWNIE.</p>
    <p>Nasz taniec załamał się na chwile, potem znowu odtworzył.</p>
    <p>— Nie rozumiemy.</p>
    <p>Obcy zawahali się. Emanowało z nich coś na kształt zatroskania, coś na kształt współczucia.</p>
    <p>— MOŻEMY… MUSIMY WYJAŚNIĆ. ALE ZROZUMIENIE BĘDZIE BARDZO DLA WAS PRZYKRE. PRZYGOTUJCIE SIĘ NA TO.</p>
    <p>Cząstka nas będąca Lindą zalała nas potopem matczynego ciepła, otoczką spokoju; zawsze modliła się najlepiej z nas. Raoul grał teraz tylko wytłumione A, które było przekładane na ciepły, złoty kolor. Żądza czynu Toma, wieczna siła Harry’ego, cicha zgodność Norrey, moje własne, niezawodne poczucie humoru, nieskończona opiekuńczość Lindy i wytrwały upór Raoula zlały się, ze sobą, by utworzyć wspólnie rodzaj spokoju, którego nigdy nie zaznałem, pogodnego opanowania opartego na wrażeniu pełni. Uleciał gdzieś cały strach, wszystka wątpliwość. Tak miało być.</p>
    <p>— Tak miało być — zatańczyliśmy. — Niech tak będzie.</p>
    <p>Echo nadeszło natychmiast, zabarwione posmakiem zadowolenia, ojcowskiej niemal aprobaty.</p>
    <p>— TERAZ!</p>
    <p>Ich następne przesłanie było krótkim tańcem, tańcem stosunkowo prostym. Zrozumieliśmy, od razu, chociaż był dla nas całkowicie nowy. W jednej, bezczasowej chwili uchwyciliśmy wszystkie jego najpełniejsze implikacje. Taniec ten sprężył każdą nanosekundę ponad dwóch miliardów lat w pojedyncze pojecie, w pojedynczy, telepatyczny gestalt.</p>
    <p>A pojecie to było w rzeczywistości tylko nazwą obcych.</p>
    <p>Trwoga roztrzaskała Płatek Śniegu w sześć dyskretnych skorup. Byłem sam w mej czaszce w pustym kosmosie, z cienką warstewką plastyku pomiędzy mną a śmiercią, nagi i straszliwie przerażony. Czepiałem się dziko nie istniejącej deski ratunku. Przede mną, o wiele za blisko, roili się jak pszczoły obcy. Gdy tak patrzyłem, zaczęli się gromadzić w środku swej kuli formując najpierw otworek nie większy od nakłucia szpilki, potem otwór wielkości pieciocentówki, a w końcu wielką dziurę w ścianie Piekła, pojedynczy, jarzący się, czerwony węgielek rozsadzany oszalałą energią. Jego jasność przyćmiewała nawet Słońce; mój hełm zaczął się automatycznie polaryzować.</p>
    <p>Ledwie widoczny balon otaczający to stopione jądro zaczął wydzielać czerwony dym, który snując się pełnymi gracji spiralami utworzył coś na kształt pierścienia. Wiedziałem od razu co to jest i do czego to jest, odrzuciłem w tył głowę i krzyknąłem, włączając w panicznym odruchu ucieczki wszystkie swoje silniczki.</p>
    <p>Piąć krzyków odpowiedziało echem mojemu.</p>
    <p>Zemdlałem.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 4</p>
    </title>
    <p>Leżałem na plecach z podciągniętymi kolanami i byłem o wiele za ciężki — ważyłem prawie dwadzieścia kilo. Żebra usiłowały mi rozsadzić klatkę piersiową. Miałem zły sen…</p>
    <p>Sponad mnie dobiegały glosy przypominające brzmieniem nagrzewający się wzmacniacz lampowy, z początku urywane i zniekształcone, w końcu nabierające pewnej wyrazistości. Były blisko, ale zdawały się dochodzić z daleka, jak to zwykle bywa w zmniejszonym ciśnieniu powietrza — ta pseudograwitacja też je męczyła.</p>
    <p>— Towarzyszu, pytam po raz ostatni. Dlaczego wasi koledzy znajdują się w stanie Datatonii? Dlaczego wy funkcjonujecie? Co się tam zdarzyło?!</p>
    <p>— Daj mu spokój, Ludmiło. On cię nie słyszy.</p>
    <p>— Musi mi odpowiedzieć!</p>
    <p>— Zastrzelisz go? Jeśli nawet tak, to za co? Ten człowiek jest bohaterem. Jeśli nie przestaniesz go nękać, sporządzę notatkę, na ten temat i dołączę ją do naszego wspólnego raportu oraz do mego własnego. Daj mu spokój! — Głos Chen Ten Li był całkowicie opanowany i obojętny aż do tego ostatniego, rzuconego z wściekłością rozkazu. Zaskoczyło mnie to i otworzyłem oczy, z czym ociągałem się od chwili, gdy zaczęły docierać do mnie te głosy.</p>
    <p>Znajdowaliśmy się w Limuzynie. Wszyscy dziesięcioro — cztery skafandry Sił Kosmicznych i sześć jaskrawo barwionych skafandrów Gwiezdnych Tancerzy — kworum kręgli przypasanych dwójkami w pionowym kanale. Norrey i ja zajmowaliśmy miejsca w ostatnim, czyli dolnym rzędzie. Najwyraźniej wracaliśmy na pełnym ciągu na „Siegfrieda”, z przyspieszeniem co najmniej 1/4 g. Odwróciłem od razu głowę i spojrzałem na siedzącą obok mnie Norrey. Zdawała się spać spokojnie. Gwiazdy, które ujrzałem przez okno za nią powiedziały mi, że wykonaliśmy już zwrot i wyhamowujemy.</p>
    <p>Musiałem długo być nieprzytomny.</p>
    <p>We śnie wszystko mi się w jakiś sposób poukładało. Moja podświadomość utrzymywała mnie bez przytomności, aż stałem się gotów do stawienia czoła faktom i ani chwili dłużej. Cząstka mego umysłu wrzała z podniecenia, ale teraz panowałem nad nią i utrzymywałem ją na dystans. Większa cześć była spokojna. Miałem teraz odpowiedź na wszystkie niemal pytania i strach skurczył się do rozmiarów, które można już było znieść. Wiedziałem na pewno, że z Norrey wszystko jest dobrze, że w swoim czasie dojdą do siebie wszyscy z nas. Nie była to wiedza bezpośrednia; wieź telepatyczna uległa przerwaniu. Ale znałem swoją rodzinę. Nasze losy uległy nieodwracalnej zmianie; jakiej, jeszcze nie wiedzieliśmy — ale odkryjemy to wspólnymi siłami.</p>
    <p>Teraz, jeden za drugim, nadejdą przynajmniej dwa kryzysy i będą one naszym udziałem.</p>
    <p>Najpierw sprawy nie cierpiące zwłoki.</p>
    <p>— Harry — zawołałem — odwaliłeś kawał dobrej roboty. Odpocznij sobie teraz.</p>
    <p>Odwrócił swoją wielką, krótko przystrzyżoną głowę, i popatrzył na mnie zza swego podgłówka na wysokości dwóch rzędów. Uśmiechnął się zadowolony.</p>
    <p>— O mało nie — zgubiłem jego grającej skrzynki — powiedział przyciszonym głosem. — Wymknęła mi się, gdy pojawiło się ciążenie — i zaraz odwrócił głowę i zasnął pochrapując.</p>
    <p>Uśmiechnąłem się pobłażliwe sam do siebie. Powinienem się był tego spodziewać, powinienem wiedzieć, że to Harry, barczysty, wielkiego serca Harry okaże się najsilniejszy z nas. Że to Harry — inżynier budownictwa dowiedzie swej niezłomnej wytrzymałości. Szerokość jego ramion równała się wielkości jego serca, a wciąż nie było wiadomo ile straszliwego wysiłku kosztowały go ostatnie wypadki. Obudzi się po godzinie jak odmłodzony gigant.</p>
    <p>Dyplomaci wrzeszczeli coś do mnie od chwili, gdy odezwałem się do Hanyego. Teraz zwróciłem na nich uwagę.</p>
    <p>— Pojedynczo, proszę.</p>
    <p>Na Boga, nie zamilkło żadne z tej czwórki. Chociaż wiedzieli, że robią głupio mówiąc wszyscy naraz. Nie mogli się po prostu powstrzymać.</p>
    <p>— ZAMKNĄĆ SIĘ! — buchnął z głośnika głos Billa przekrzykując te kakofonie. Zamknęli się i odwrócili głowy, by spojrzeć na ekran wypełniony jego twarzą.</p>
    <p>— Charlie — ciągnął Bili z naciskiem w głosie, szukając mej twarzy na swoim ekranie — czy nadal jesteś człowiekiem?</p>
    <p>Wiedziałem, o co pyta. Czy obcy w jakiś telepatyczny sposób nie przejęli nade mną kontroli? Czy nadal byłem panem samego siebie, czy też mą czaszkę zamieszkiwał agresywny umysł — rój sterujący mymi przełącznikami i organami? Omawialiśmy te możliwość od początku podróży i wiedziałem, że jeśli moja odpowiedź wzbudzi w nim jakąkolwiek wątpliwość, bez wahania zniszczy nas i wykurzy z kosmosu. Najmniejsza moc siły ognia, jaką dysponował, w mgnieniu oka zamieniłaby Limuzynę w parę.</p>
    <p>Uśmiechnąłem się.</p>
    <p>— Dopiero od dwóch czy trzech lat, Bili. Przedtem byłem półkrwi sukinsynem. Potem się odpręży, teraz był zbyt zajęty.</p>
    <p>— Mam ich rozwalić?</p>
    <p>— Nie! Wstrzymaj ogień! Bili, posłuchaj mnie uważnie: jeśli strzelisz do nich, a oni kiedykolwiek się o tym dowiedzą, mogą przystąpić do ofensywy. Wiem, że masz Rozwalacz Planet — zapomnij o nim: „oni potrafią zgasić stąd Słońce”.</p>
    <p>Pobladł, a dyplomaci trwali w zaszokowanym milczeniu odwracając się z wyraźnym wysiłkiem, by wlepić we mnie rozszerzone przerażeniem oczy.</p>
    <p>— Jesteśmy prawie w domu — ciągnąłem stanowczym tonem. — Konferencja odbędzie się w sali gimnastycznej, gdy tylko wszyscy doprowadzimy się do porządku. Zwołaj ją za dwie godziny. Obecność wszystkich obowiązkowa. Odpowiemy wtedy na wszystkie wasze pytania — ale do tego czasu musicie po prostu zaczekać. Przeżyliśmy cholerny szok; potrzebujemy czasu, żeby przyjść do siebie. — Siedząca obok mnie Norrey zaczęła się poruszać, a Linda zdawała się już patrzeć przytomnie. Tom, z wielką ostrożnością, kiwał głową na boki. — Teraz muszę się zająć swoją żoną i naszą ciężarną. Ściągnijcie nas do domu i zaprowadźcie do naszych kajut. Spotkamy się z wami za dwie godziny.</p>
    <p>Billowi nie przypadło to do gustu, ale znikł z ekranu i zajął się sprowadzeniem nas do domu. Dyplomaci, nawet Dmirow i Silverman, milczeli, trochę się nas bojąc.</p>
    <p>Do czasu dokowania wszyscy czuli się już dobrze, oprócz Harry’ego i Raoula, którzy drzemali obok siebie. Odnotowaliśmy obu do ich kajuty, obmyliśmy delikatnie, przypasaliśmy do hamaka, żeby nie dodryfowali do siateczki kanału wentylacyjnego i nie utonęli w dwutlenku węgla, po czym zgasiliśmy światło. Objęli się automatycznie przez sen, oddychając tym samym rytmem. Musicmastera Raoula zostawiliśmy przy drzwiach, na wypadek, gdyby go do czegoś potrzebował, potem wypłynęliśmy na korytarz. </p>
    <p>Później wróciliśmy do swoich kajut, wzięliśmy prysznic i kochaliśmy się przez dwie godziny.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Sala gimnastyczna była jedynym pomieszczeniem na „Siegfriedzie”, mogącym pomieścić wygodnie wszystkich pasażerów statku. Ewentualnie mogliśmy stłoczyć się w messie; często robiliśmy to w porze obiadowej. Jednak teraz potrzebne mi było pomieszczenie przestronne. Sala gimnastyczna była sześcianem o boku jakichś trzydziestu metrów. Jedna ze ścian była usiana różnego rodzaju przyrządami do ćwiczeń w stanie nieważkości. Na wspornikach zainstalowanych w drugiej ścianie wisiały kręgle, koła hola — hoop i piłki. Dwie przeciwległe ściany były trampolinami. Ta sala zapewniała przestronność, dobrą widoczność i możliwość manewru.</p>
    <p>I było to jedyne pomieszczenie na statku, które zaprojektowano bez żadnego wyraźnie określonego pionu lokalnego.</p>
    <p>Dyplomaci wybrali sobie taki pion, oczywiście arbitralnie, ustawiając się pod gołą ścianą, będącą boiskiem do piłki ręcznej, przez co znajdujące się naprzeciw siebie trampoliny były dla nich „podłogą” i „sufitem”. My, Gwiezdni Tancerze, zajęliśmy miejsca pod ścianą przeciwległa, pośród przyrządów do ćwiczeń, przytrzymując się ich rękoma i stopami. Bili i pułkownik Song wybrali sobie ścianę po naszej lewej ręce.</p>
    <p>— Zaczynajmy — powiedziałem, gdy wszyscy zajęli już swe miejsca.</p>
    <p>— Po pierwsze, panie Armstead — odezwał się urażonym tonem Silverman — chciałbym złożyć protest przeciw bezwzględnemu sposobowi, w jaki dla własnej wygody zwlekał pan z zapoznaniem nas, tu obecnych, z zaistniałymi wypadkami…</p>
    <p>— Sheldonie… — zaczął znużonym głosem DeLaTorre.</p>
    <p>— Nie, sir — przerwał mu Silverman. — Stanowczo protestuje. Czy jesteśmy dziećmi, żeby przez dwie godziny trzymać nas, kręcących młynka kciukami? Czy wszyscy ludzie na Ziemi już tak nic nie znaczą, że każe im się czekać w niepewności przez trzy i pół godziny bo ci „artyści” urządzają sobie orgie?</p>
    <p>— Wygląda mi na to, że nie kręcił pan kciukami, a potencjometrami aparatów podsłuchowych — powiedział wesoło Tom. — Wiesz co, Silverman? Przez cały czas zdawałem sobie sprawę, że podsłuchujesz. Nic sobie z tego nie robiłem. Wiedziałem, jak bardzo musi cię to podniecać.</p>
    <p>Twarz Silvermana przybrała kolor jasnej czerwieni, co nie jest w stanie nieważkości sprawą zwyczajną; równie czerwone musiały być i jego stopy.</p>
    <p>— Nie — zawyrokowała Linda — mnie się wydaje, że on raczej sprawdzał co się dzieje w kajucie Raoula i Harry’ego.</p>
    <p>Silverman zbladł teraz, a jego źrenice zwęziła nienawiść. Stały się tak małe, jak środek tarczy strzelniczej.</p>
    <p>— Wystarczy, skończcie już z tym — rzucił ostro Bili. — Pan również, ambasadorze. Nie marnujmy czasu — sam pan powiedział, że czeka cała Ziemia.</p>
    <p>— Tak, Sheldonie — powiedział z naciskiem DeLaTorre — dopuść do głosu pana Armsteada. Silverman skinął głową, zaciskając usta w pobielałą kreskę.</p>
    <p>— No więc mów pan.</p>
    <p>Puściłem kierownice roweru treningowego i rozpostarłem ramiona.</p>
    <p>— Najpierw opowiedzcie mi, co się wydarzyło z waszej perspektywy. Co widzieliście i słyszeliście? </p>
    <p>Głos zabrał Chen. Jego twarz nie wyrażała nic i przypominała mi trochę maskę z wosku.</p>
    <p>— Zaczęliście wasz taniec. Muzyka stawała się coraz dziwniejsza. Wasz taniec zaczął radykalnie odbiegać od układu ułożonego przez komputer i wyraźnie uzyskiwaliście odpowiedzi za pośrednictwem innych układów tanecznych, z których komputer nie mógł nic zrozumieć. Z upływem czasu szybkość waszych ruchów zwiększyła się drastycznie, aż do tempa, w które nigdy bym nie uwierzył, gdybym nie oglądał tego na własne oczy. Odpowiednio wzrosło również tempo muzyki. Rozlegały się stłumione pochrząkiwania, okrzyki… nic artykułowanego. Obcy skupili się w pojedynczy twór pośrodku swojej otoczki, która zaczęła emitować wielkie ilości czegoś, co potraktowaliśmy jako materie organiczną. Wtedy wszyscy krzyknęliście.</p>
    <p>Bez powodzenia usiłowaliśmy wywołać was przez radio. Pan Stein nie odpowiadał na nasze sygnały, ale bardzo sprawnie pościągał waszą piątkę w jedno miejsce, powiązał liną i przyholował wszystkich naraz do promu.</p>
    <p>Wyobraziłem sobie obciążenie, jakie musiała przedstawiać sobą nasza piątka w momencie włączenia ciągu — było to przecież ponad trzysta kilo masy — i nabrałem nowego szacunku dla rąk i ramiona Harry’ego. Siła jest zwykle zbyteczna w kosmosie — ale mięśnie innego mężczyzny mogłyby ulec zerwaniu pod takim straszliwym naprężeniem.</p>
    <p>— Gdy tylko otworzyła się śluza powietrzna, wciągnął was wszystkich do środka, unieruchomił pasami w fotelach i wymówił jedno słowo: „Zrobione”. Potem pieczołowicie zabezpieczył instrument muzyczny pana Brindle’a — i zwyczajnie usiadł i zapatrzył się przed siebie. Właśnie mieliśmy poniechać prób porozumienia się z nim, gdy się ocknęliście.</p>
    <p>— Okay — powiedziałem. — Wyjaśnijmy sobie główne punkty. Po pierwsze, jak się chyba domyślacie, nawiązaliśmy kontakt z obcymi.</p>
    <p>— Czy stanowią dla nas jakieś zagrożenie? — przerwała mi Dmirow. — Czy coś wam zrobili?</p>
    <p>— Dwa razy nie.</p>
    <p>— Ale krzyczeliście jak ktoś kto jest pewien, że umiera. A Shara Drummond wyraźnie oświadczyła przed śmiercią…</p>
    <p>— Wiem. Że obcy są agresywni i aroganccy, że Ziemia potrzebna im na tarlisko — zgodziłem się z nią. — To był błąd w tłumaczeniu i gdy sięgam teraz pamięcią wstecz, nieuchronny. Shara przebywała w kosmosie tylko pięć miesięcy; sama przyznała, że rozumie mniej więcej jedno pojecie na trzy.</p>
    <p>— A jak wygląda prawidłowe tłumaczenie? — spytał Chen.</p>
    <p>— Ziemia jest ich tarliskiem — odparłem. — Tytan też. Ich tarliskami jest wiele innych miejsc poza naszym układem.</p>
    <p>— Co chce pan przez to powiedzieć? — rzucił Silverman.</p>
    <p>— Przyczyną naszego omdlenia było ostatnie przesłanie obcych. Było ono naprawdę fantastycznie proste, zważywszy ile wyjaśniało. Można je ująć jednym słowem. Oni powiedzieli nam tylko swoje wspólne imię.</p>
    <p>Dmirow rzuciła mi gniewne spojrzenie.</p>
    <p>— A brzmi ono?</p>
    <p>— Gwiezdny Siewca.</p>
    <p>Zaległa cisza. Wydaje mi się, że panowanie nad sobą pierwszy odzyskał Chen, a może Bili był niemal równie szybki jak on.</p>
    <p>— To jest właśnie ich imię — ciągnąłem — ich zajęcie, zadanie które mają do spełnienia. Oni uprawiają gwiazdy. Długość ich życia rozciąga się na miliardy lat, a spędzają je bardzo podobnie do nas, starając się reprodukować przez większość tego czasu. Zapładniają planety życiem organicznym. Dawno temu zapłodnili też ten Układ Słoneczny. Oni są stwórcami naszej rasy i jej najodleglejszym przodkiem.</p>
    <p>— Śmiechu warte — wybuchnął Silverman. — W niczym nas nie przypominają, nie są w żaden sposób do nas podobni. </p>
    <p>— A na ile jest pan podobny do ameby? — spytałem. — Albo do pantofelka, albo do rośliny, albo do ryby, alba do zwierzęcia ziemnowodnego, albo do któregokolwiek z pańskich ewolucyjnych poprzedników? — Obcy są przynajmniej o jeden albo dwa, a całkiem możliwe, że i o trzy szczeble wyżej od nas na drabinie ewolucyjnej. To cud, że w ogóle potrafiliśmy się z nimi porozumieć. Sądzę, że ich kolejny etap ewolucyjny nie będzie obejmował fizycznego istnienia ani w czasie, ani w przestrzeni.</p>
    <p>Silverman zamknął się. DeLaTorre i Song wymienili spojrzenia. Oczy Chena były bardzo rozszerzone.</p>
    <p>— Wyobraźcie sobie planetę Ziemie jako ogromne łono — ciągnąłem spokojnie — płodne i wiecznie ciężarne. Idealnie przystosowane do podtrzymywania życia organicznego, wciąż płodzące i na rozkaz jakiegoś super — DNA mieszające coraz bardziej skomplikowane formy życia w miliardy rozmaitych kombinacji, w poszukiwaniu tej jedynej wystarczająco skomplikowanej, by przeżyła poza łonem i na tyle ciekawej, by tego spróbowała.</p>
    <p>Kiedyś niewiele brakowało, abym miał brata. Urodził się martwy. Było już wtedy trzy tygodnie po terminie, pozostawał w łonie przez Bóg wie jaki błąd biologiczny. Łożysko nie nadążało już z absorbowaniem i wydalaniem jego odchodów; zaczęło umierać, gnić wokół niego, zatrute jego odchodami. Jego ośrodek podtrzymania życia przestał działać i mój brat umarł. Niemal zabił moją matkę..</p>
    <p>Wyobraźcie sobie swoją rasę jako gestalt, pojedynczy organizm z subtelną skazą w kodzie genetycznym. Komórkę, o zbyt trwałych ściankach. Chociaż ten organizm jest już wystarczająco skomplikowany, by stanowić zjednoczoną świadomość planetarną, to jednak każda komórka najczęściej nadal działa indywidualnie. Jej grube ścianki utrudniają wymianę informacji, pozwalają organizmowi na tworzenie tylko najbardziej zgrubnej aproksymacji centralnego systemu nerwowego, sieci, która przenosi tylko bóle, dolegliwości i związane z nimi koszmary.</p>
    <p>Ten organizm nie jest beznadziejnie zdeformowany. Chwieje się na krawędzi narodzin, pragnie żyć, choćby nawet przypominało to umieranie. Może mu się jeszcze udać. Znajdując się na krawędzi wymarcia, człowiek sięga do gwiazd, a teraz, w niespełna wiek po tym, jak pierwszy człowiek oderwał się od powierzchni Ziemi na skonstruowanej przez siebie maszynie latającej, zgromadziliśmy się tutaj, na orbicie Saturna, by zadecydować, czy trwanie naszej rasy należy jeszcze wydłużyć, czy też przeciąć.</p>
    <p>Nasze łono jest niemal wypełnione trującymi produktami ubocznymi naszej cywilizacji. Staje przed nami pytanie: czy pozbędziemy się naszej neurotycznej zależności od planet, czy nie — zanim ona nas zniszczy?</p>
    <p>— Co to za bzdury? — burknął Silverman. — Znowu coś w rodzaju waszego bajdurzenia o Homo caelestis? Czy to ma być ten wasz następny krok na drodze ewolucji? McGillicudy miał rację: to cholerna, ślepa uliczka ewolucji! Nawet za pięćdziesiąt lat nie będziecie samowystarczalni. Jeśli, Boże uchowaj, Ziemia i Księżyc wylecą jutro w powietrze, nie pociągniecie w kosmosie dłużej niż dwa, trzy lata. Jesteście pasożytami na organizmie niższych szczebli ewolucji, Armstead, wygnanymi pasożytami. Nie możecie żyć w waszym nowym środowisku bez komórek o ściankach ze stali i bryzgoszczelnego plastyku, bez podstawowych produktów cywilizacji, wytwarzanych tylko tam, w łonie.</p>
    <p>— Myliłem się — powiedział cicho Tom. — Nie jesteśmy ślepą uliczką ewolucji. Nie potrafiłem dostrzec całego obrazu. </p>
    <p>— A co pan przegapił?! — wrzasnął Silverman.</p>
    <p>— Musimy teraz zmienić analogie — odezwała się Linda. — Zaczyna się załamywać. — Jej kontralt był ciepły i kojący, zauważyłem, że i Silverman zaczyna się uspokajać pod wpływem jego — magii. — Pomyślcie teraz o nas nie jak o sześcioistocie, czy sześciokrotnym płodzie. Pomyślcie o Ziemi nie jak o macicy, ale jak o jajniku — a o naszej szóstce jak o jajach. Wspólnie niesiemy połowę genów dla naszej nowej istoty.</p>
    <p>Najbardziej zachwycającym i cudownym momentem całego procesu kreacji jest chwila syngamii, chwila, w której dwie formy łączą się ze sobą, by utworzyć tak nieskończenie więcej niż sama ich suma czy nawet iloczyn: mówię o chwili poczęcia. Są to rozstajne drogi z filogenezą z tyłu i ontogenezą z przodu i są to te rozstajne drogi, na skrzyżowaniu których teraz stoimy.</p>
    <p>— A co jest dla waszego jaja plemnikiem? — spytał Chen. — Przypuszczam, że rój obcych?</p>
    <p>— Och nie — odparła Norrey. — Oni są czymś więcej niż damsko — męskim nadumysłem, wytwarzającym syngamie w odpowiedzi na własne potrzeby. Zmieńmy jeszcze raz analogie; pomyślcie o nich jak o pszczołach, do których przecież tak są podobni, jak o istotach zapylających ten gigantyczny, jednolity kwiat, który nazywamy Układem Słonecznym. To jest prawdziwa hermafrodyta, zawierająca w sobie zarówno słupek, jak i pręcik. Nazwijmy Ziemie słupkiem, jeśli wolicie, a nas, Gwiezdnych Tancerzy, kombinacją jaja ze znamieniem.</p>
    <p>— A pręcik? — dopytywał się Chen. — A pyłek kwiatowy?</p>
    <p>— Pręcikiem jest Tytan — powiedziała po prostu Norrey. — Ta czerwona materia organiczna, którą wypuścił z siebie balon obcych była częścią jego pyłku.</p>
    <p>Znowu zaległo milczenie.</p>
    <p>— Czy potraficie nam wyjaśnić jego naturę? — spytał w końcu DeLaTorre. — Przyznam, że nie pojmuje.</p>
    <p>Teraz przemówił Raoul, odciągając przy tym okulary z nosa i pozwalając gumce przyciągać je z powrotem.</p>
    <p>— Ta substancja sama jest w zasadzie rodzajem superrośliny. Obcy od tysiącleci hodowali ją w górnych warstwach atmosfery Tytana, zabarwiając planetoidę na czerwono. Po jej kontakcie z ciałem ludzkim zachodzi coś w rodzaju obopólnego współoddziaływania, którego nie da się opisać. Obie strony przenika energia… energia z innej płaszczyzny. Zachodzi syngamia i rozpoczyna się idealny metabolizm.</p>
    <p>— Idealny metabolizm? — powtórzył niepewnie DeLaTorre.</p>
    <p>— Ta substancja jest idealnym dopełnieniem symbiotycznym dla organizmu ludzkiego.</p>
    <p>— Ale… ale jak…?</p>
    <p>— Nosi się ją jak drugą skórę i żyje w niej nago w kosmosie — odparł beznamiętnie Raoul. — Dostaje się do wnętrza ciała ustami i nozdrzami, rozprowadza po całym organizmie milion mikromacek, wyłania się poprzez odbytnice, by połączyć się ponownie. Pokrywa pana z zewnątrz i od wewnątrz, staje się pana częścią w całkowitej równowadze metabolicznej.</p>
    <p>Chen Ten Li sprawiał wrażenie ogłuszonego.</p>
    <p>— Idealny symbiont… — dyszał ciężko.</p>
    <p>— Aż do poziomu składników śladowych — potwierdził Raoul. — Zaplanowany w ten sposób przed miliardem lat. To nasza Druga Połowa. </p>
    <p>— Jak to się odbywa? — wyszeptał Chen.</p>
    <p>— Wpływa się po prostu w obłok tej materii i zdejmuje hełm. Uchodzące powietrze jest chemicznym sygnałem do rozpoczęcia procesu: przenikają do organizmu, rozpływają się po nim i zapładniają. Od chwili, gdy po raz pierwszy zetkną się z nieosłoniętym ciałem do momentu całkowitej absorpcji i adsorpcji, czyli do zakończenia syntezy, upływają może trzy sekundy. Już po upływie półtorej sekundy przestaje pan na zawsze być istotą ludzką. — Wzdrygnął się. — Czy rozumiecie teraz, dlaczego krzyczeliśmy?</p>
    <p>— Nie! — wrzasnął Silverman. — Nie, ja nie rozumiem! To wszystko jest bez sensu! A więc twierdzicie, że ta czerwona breja jest żywym skafandrem kosmicznym, biologicznie dopasowanym czymś tam, czemu oddajecie dwutlenek węgla, a to daje wam w zamian tlen, oddacie temu gówna, a to zmienia je wam w dżem truskawkowy? Bardzo pięknie; wyeliminowaliście właśnie wszystkie swoje kłopoty z wyjątkiem paliwa i rozrywek w wolnych chwilach. Bardzo mili faceci, ci obcy. A w jaki sposób czyni to was nie — ludźmi? Opanowali wasze mózgi, czy co?</p>
    <p>— Ta substancja nie ma żadnego „swojego” umysłu — odpowiedział mu Raoul. — Jest wybitnie skomplikowana, jak na roślinę i posiada świadomość większą niż którekolwiek z warzyw. Zachodzą w niej pewne bardzo złożone procesy, ale nie można jej nazwać istotą rozumną. Ona jak gdyby ustanawia partnerstwo z rdzeniem i rzadko wykazuje taką nawet namiastkę podświadomości, jak odruch. Po prostu spełnia swą funkcje zgodnie z programem biologicznym.</p>
    <p>— Co zatem uczyni was nieludźmi?</p>
    <p>Mój głos zabrzmiał zabawnie nawet dla mnie:</p>
    <p>— Nic nie rozumiecie — powiedziałem. — Nic nie wiecie. My nigdy nie umrzemy, Silverman. Nigdy więcej nie poczujemy głodu ani pragnienia, nigdy już nie będziemy potrzebowali miejsca na wydalanie swoich odchodów. Nigdy już nie będziemy się bali gorąca czy zimna, nigdy nie będziemy się bali próżni, Silverman. Już nigdy niczego się nie będziemy się bali. Zyskamy natychmiastową i całkowitą kontrole, nad naszymi autonomicznymi systemami nerwowymi, uzyskamy dostęp do klawiatury samych ośrodków czuciowych. Osiągniemy zespoloną, telepatyczną łączność duchową, staniemy się jednym umysłem w sześciu nieśmiertelnych ciałach, marzącym bez końca i nigdy nie zapadającym w sen. Indywidualnie i wspólnie staniemy się nie bardziej podobni do człowieka, niż człowiek do szympansa. Nie będę przed wami ukrywał, że cała szóstka zrobiła tam, na zewnątrz, użytek ze swych pieluch. Wciąż jestem trochę przestraszony.</p>
    <p>— Ale jesteście gotowi…? — spytał cicho Chen.</p>
    <p>— Jeszcze nie — odpowiedział Linda w imieniu nas wszystkich — ale niedługo będziemy. To wszystko, co wiemy.</p>
    <p>— A ta historia z telepatią? — odezwał się niepewnie Silverman. — Ta cała gadka o „jasnym umyśle”… czy to na pewno?</p>
    <p>— Och, to jest niezależne od obcych — zapewniła go Linda. — Pokazali nam tylko jak znaleźć te płaszczyznę — ale skłonności ku temu tkwią od początku w każdym człowieku, jaki kiedykolwiek żył. Każdy święty człowiek, na którego spływało objawienie, schodził z góry mówiąc: Jesteśmy jednym” — i za każdym razem ludzie brali to za metaforę. Symbiont pomaga nam trochę, ale…</p>
    <p>— W jaki sposób wam pomaga? — przerwał jej Silverman.</p>
    <p>— Głownie wpływając na naszą koncentracje uwagi. Chodzi mi o to, że większość ludzi ma przebłyski zdolności telepatycznych, ale zbyt wiele ich rozprasza. Gorzej wyglądają pod tym względem mieszkańcy planet, ale nawet w Studio odczuwaliśmy głód, pragnienie, znudzenie, zmęczenie, różne dolegliwości, złość, zmartwienia. Nazywaliśmy to „kłopotami na głowie”. Nasza zwierzęca cząstka przeszkadzała rozwojowi cząstki anielskiej. Symbiont uwalnia od wszystkich zwierzęcych potrzeb — można ich doświadczać, jeśli się zechce, ale już nigdy nie jest się poddanym ich arbitralnym rozkazom. Symbiont działa jak rodzaj wzmacniacza zakresu fal telepatycznych, ale dużo bardziej pomaga poprawiając stosunek sygnału do szumu w punkcie wyjściowym.</p>
    <p>— No, a jeśli — powiedział Silverman — dałbym się, broń Boże, zarazić tym grzybem, to stałbym się, przynajmniej w niewielkim stopniu, telepatą? I czy byłbym wtedy nieśmiertelny i nie miał potrzeby chodzie do łazienki?</p>
    <p>— Nie, sir — odparła grzecznie, ale stanowczo. — Gdyby przed wejściem w symbiotyczne partnerstwo był pan już trochę telepatą, to stałby się pan telepatą znacznie lepszym. Jeśliby w tym czasie zdarzyło się panu znaleźć w polu nadającego telepaty, pana zdolności telepatyczne wzrosłyby wykładniczo.</p>
    <p>— Ale jeśli, na przykład, biorę przeciętnego człowieka z ulicy i pakuje go w ten symbiotyczny garnitur…</p>
    <p>— … to dostaje pan przeciętnego nieśmiertelnego, który nigdy nie musi chodzić do łazienki i jest bardziej empatyczny niż dotąd — dokończyłem.</p>
    <p>— Empatia jest czymś w rodzaju młodszej siostry telepatii — powiedziała Linda.</p>
    <p>— Raczej jej stanem larwalnym — poprawiłem ją.</p>
    <p>— A więc dwóch przeciętnych facetów w symbiotycznych garniturkach niekoniecznie byłoby zdolnych do czytania swych myśli?</p>
    <p>— Nie, o ile nie pracowali długo i ciężko, by nauczyć się jak to się robi — powiedziałem — na pewno by to robili. W kosmosie człowiek czuje się samotnie.</p>
    <p>Zamilkł i nastąpiła przerwa, podczas której cała reszta segregowała swe opinie i emocje. Zabrało to trochę czasu.</p>
    <p>Sam miałem do posortowania kilka spraw. Ciągle ogarniała mnie ta sama wewnętrzna pewność, którą czułem od chwili przebudzenia w Limuzynie, uczucie, które niemal przewyższało pojecie nieuchronności, ale teraz zaczynały się gromadzić wątpliwości. „A co, jeśli umrzesz w tej największej z chwil?” — szeptał zwierzęcy głos z tyłu mej czaszki.</p>
    <p>Tak jak w momencie konfrontacji z obcymi, czułem — się całkowicie żywy.</p>
    <p>— Panie Armstead — odezwał się DeLaTorre potrząsając głową i marszcząc w zamyśleniu brwi — odnoszę wrażenie, iż mówi pan o nadciąganiu kresu wszystkich ludzkich trosk.</p>
    <p>— Och nie — powiedziałem pośpiesznie. — Przepraszam, jeśli niechcący to sugerowaliśmy. Symbiont nie może żyć w środowisku ziemskim. Zabije go wszystko, co posiada grawitacje i atmosferę. Nie, symbiont nie sprowadzi Nieba na Ziemie. Nic nie może tego sprawić. Mahomet musi przyjść do góry — a wielu nie będzie chciało.</p>
    <p>— A może — zasugerował nieśmiało Chen — ziemscy naukowcy potrafiliby zmodyfikować genetycznie dar obcych?</p>
    <p>— Nie — powiedział bezbarwnym głosem Harry. — Nie ma sposobu na przekazanie symfonii czy wschodu słońca płodowi, który upiera się, by pozostać w łonie. Ta chmura symbiontu nad Tytanem jest prawem do narodzin dla każdego człowieka — ale ludzie muszą najpierw na nią zasłużyć,, wyrażając zgodę na te narodziny.</p>
    <p>— A żeby to uczynić — dodał Raoul — muszą na zawsze odciąć się od Ziemi.</p>
    <p>— W tym, co pan powiedział istnieje zadziwiająca symetria — wymruczał w zamyśleniu Chen.</p>
    <p>— Tak, do diabła — powiedział Raoul. — Powinniśmy się spodziewać czegoś takiego. Ta cała historia z możliwością przystosowania się do stanu nieważkości, ale nieodwracalnie… słuchajcie, w momencie narodzin, w jednej chwili zdarza się wielki cud. Jeszcze minutę temu było się właściwie rybą, z rybim, dwuzaworowym systemem krążenia, pasożytującą na łonie matki. Potem w jednej chwili przeskakuje jakiś przełącznik. Trach — ciach i jest się ssakiem, jak teraz. Samowystarczalnym, z czterozaworowym sercem — czyni się wielki, nieodwracalny skok fizjologiczny w nową płaszczyznę ewolucji. Towarzyszy temu ból, trauma i potop danych ze zmysłów, których istnienia dotąd nawet się nie podejrzewało. Niemal od razu banda nieskończenie bardziej zaawansowanych istot zaczyna się uczyć komunikowania się. Zadziwiające? Nie, ta pieprzona symetria jest nieodparta! Czy teraz zaczęliście rozumieć, dlaczego krzyczeliśmy? Znajdujemy się w samym środku tego samego procesu — a krzyczą wszystkie noworodki.</p>
    <p>— Nie rozumiem — poskarżyła się. Dmirow. — Będziecie zdolni do życia nago w kosmosie — ale jak zamierzacie się w nim poruszać?</p>
    <p>— Ciśnienie świetlne? — zasugerował Chen.</p>
    <p>— Symbiont może rozwinąć się w żagiel świetlny — zgodziłem się z nim — ale istnieją jeszcze inne siły, które będziemy wykorzystywać do przemieszczania się tam, gdzie zechcemy.</p>
    <p>— Gradienty grawitacji?</p>
    <p>— Nie. Nie jest to coś, co można wykryć albo zmierzyć.</p>
    <p>— Niedorzeczność — prychnęła Dmirow.</p>
    <p>— A jak dostali się tu obcy? — spytałem łagodnie i wtedy się zaczerwieniła.</p>
    <p>— Tym, co czyni waszą opowieść tak trudną do przyjęcia — powiedział Chen — jest czynnikom nieprawdopodobieństwa. Zbyt wielką role w znalezieniu się was tutaj odegrał zwykły przypadek. </p>
    <p>— Doktorze Chen — przerwałem mu — zna pan przysłowie, które mówi, że istnieje przeznaczenie kształtujące nasze czyny, ociosujące je z grubsza bez naszej wiedzy?</p>
    <p>— Ależ każda z tysiąca różnych przyczyn mogła zmienić bieg wypadków.</p>
    <p>— Nad tym, by toczyły się one takim, a nie innym torem czuwały pięćdziesiąt cztery istoty. Nadistoty. A może sądzi pan, że obcy przypadkowo pojawili się w Układzie Słonecznym w chwili, gdy Shara Drummond zaczęła pracować na „Skyfac”? Że tak się tylko złożyło, iż skoczyli w pobliże Saturna, kiedy wróciła na „Skyfac”, żeby tańczyć? Ze po prostu przypadkiem pojawili się w pobliżu „Skyfac” w chwili, gdy Shara miała właśnie na zawsze powrócić na Ziemie? Albo że ta cała podróż na Saturna tylko przypadkowo była od razu możliwa? O rany, ciekaw jestem co oni robili za orbitą Neptuna, tam gdzie ich po raz pierwszy dostrzeżono. — Zamyśliłem się na chwile. — Będę. musiał to sprawdzić.</p>
    <p>— Pan nic nie rozumie — zaprotestował z ożywieniem Chen, ale zaraz się opanował. — Nie jest to fakt powszechnie znany, ale przed sześciu laty nasza planeta niemal uległa zniszczeniu w nuklearnej pożodze. Ocaliły nas tylko przypadek i zrządzenie losu — nie było wtedy obcych na naszym niebie.</p>
    <p>Teraz odezwał się Harry.</p>
    <p>— Czy wie pan, jak zachowuje się ciężarna króliczka, jeśli warunki nie sprzyjają wydaniu na świat potomstwa? Absorbuje miot z powrotem do łona. Po prostu odwraca proces i próbuje znowu, gdy warunki ulegną poprawie.</p>
    <p>— Nie nadążam za tokiem pańskiego rozumowania.</p>
    <p>— Czy słyszał pan o Atlantydzie?</p>
    <p>Twarz Chena przybrała barwę, morskiej pianki, a wszyscy inni wytrzeszczyli oczy albo wstrzymali oddechy.</p>
    <p>— To zdarza się cyklicznie — powiedziałem. — Poszczególne maksimk tego cyklu zbliżają się do siebie na jakieś cztery, pięć tysięcy lat — tyle czasu temu wzniesiono piramidy — i oddalają na dwadzieścia tysięcy lat.</p>
    <p>— Czasami są bardzo burzliwe — dodał Harry. — Kiedyś, miedzy Marsem a Jowiszem istniała planeta.</p>
    <p>— Boże mój — wyszeptała Dmirow. — Pas Asteroidów…</p>
    <p>— A na wypadek, gdybyśmy wszyscy wysadzili się w powietrze pod ręką jest jeszcze Wenus — zgodziłem się. — Atmosfera gotowa do rozruchu, pozostaje tylko zasiać algi i czekać. Boże, ależ oni muszą być cierpliwi.</p>
    <p>Kolejna, tym razem dłuższa cisza. </p>
    <p>Teraz uwierzyli. Wszyscy. A wiać musieli od nowa poukładać sobie w głowach dosłownie wszystko, co dotąd wiedzieli, odtworzyć całe swoje istnienie w świetle tych nowych informacji i spróbować określić kim teraz, w związku z tym zamierzeniem, mogą być. W tego rodzaju wykorzenianiu swych poglądów i opinii, utrwalonych głęboko przez czas, byli zaprawieni od lat, To, że są zdolni do zaakceptowania tych rewelacji i w ogóle do myślenia dowodziło jasno, że każde z nich miało silny i elastyczny umysł. Wertheimer dokonał dobrego wyboru; żadne z nich nie załamało się, żadne nie odrzuciło prawdy i nie wpadło, tak jak niedawno my, w katatonie. Oczywiście nie znajdowali się W otwartym kosmosie i nie rozważali na poważnie możliwości zdjęcia swych skafandrów. Ale przecież na ich barkach spoczywał wielki ciężar: reprezentowali planetę.</p>
    <p>— A więc zamierzacie to zrobić? — spytał wolno Silverman.</p>
    <p>— Tak — odpowiedziało mu chórem sześć głosów.</p>
    <p>— Od razu — dodałem.</p>
    <p>— I jesteście pewni, że wszystko, co nam powiedzieliście, jest prawdą? Że obcy nie kłamali, że nic nie ukryli? — niby przypadkowo odsunął się od innych dyplomatów. — Jesteśmy pewni — odparłem, napinając znowu mięśnie ud.</p>
    <p>— Ależ dokąd wy chcecie iść? — krzyknął DeLaTorre. — Co zamierzacie robić?</p>
    <p>— To, co robią wszystkie noworodki. Zbadamy nasz żłobek. Układ Słoneczny. </p>
    <p>Silverman odbił się nagle nogą i przemknął przez sale pod czwartą, pustą ścianę. </p>
    <p>— Bardzo mi przykro — powiedział ponuro. — Nic takiego nie zrobicie. </p>
    <p>W jego dłoni połyskiwała mała Beretta.</p>
   </section>
   <section>
    <title>
     <p>Rozdział 5</p>
    </title>
    <p>W drugiej ręce trzymał kalkulator. Przynajmniej tak to wyglądało. I nagle domyśliłem się, co to jest i przestraszyłem jeszcze bardziej niż pistoletu.</p>
    <p>— To — powiedział, utwierdzając mnie w moich przypuszczeniach — jest nadajnik bliskiego zasięgu. Jeśli ktoś zbliży się do mnie niespodziewanie użyje go do detonowania sterowanych radiem materiałów wybuchowych, które założyłem podczas podroży. Wybuchając, uszkodzą komputer pokładowy.</p>
    <p>— Sheldon — krzyknął DeLaTorre — oszalałeś? Komputer nadzoruje prace systemów podtrzymania życia.</p>
    <p>— Raczej nie zrobię z tego użytku — powiedział spokojnie Silverman. — Ale jestem absolutnie zdecydowany i chce, aby informacje, które tu usłyszeliśmy pozostały w wyłącznej dyspozycji Stanów Zjednoczonych — albo niczyjej.</p>
    <p>Popatrzyłem po twarzach dyplomatów i żołnierzy, szukając w nich oznak samobójczej odwagi i odprężyłem się nieco. Żadne z nich nie było głupcem, który rzuca się z gołymi rękoma na człowieka uzbrojonego w pistolet, na ich twarzach malowało się tylko oburzenie. Oburzenie na perfidie Silvermana i oburzenie na siebie samych za to, że tego nie przewidzieli. Najuważniej przyjrzałem się Chen Ten Li, który spodziewał się takiego obrotu sprawy i przyrzekł zabić Silvermana własnymi rękoma — teraz zachowywał całkowity spokój. W kącikach jego ust rodził się leciutki, kpiący uśmieszek. Ciekawe.</p>
    <p>— Panie Silverman — odezwała się Susan Pha Song — chyba nie przemyślał pan do końca swojego postępowania.</p>
    <p>— Pułkowniku — odparł ironicznie. — Od niemal roku nie robiłem nic innego.</p>
    <p>— Niemniej coś pan przeoczył — upierała się.</p>
    <p>— Proszę mnie oświecić. </p>
    <p>— Gdybyśmy rzucili się na pana wszyscy — powiedziała monotonnym głosem — zdążyłby pan zastrzelić dwoje, może troje z nas zanim byśmy pana obezwładnili. Jeśli tego nie zrobimy, prawdopodobnie zabije pan nas wszystkich. A może zamierza pan trzymać nas na muszce przez dwa lata?</p>
    <p>— Jeśli rzucicie się na mnie — obiecał Silverman — rozwalę komputer, a więc i tak wszyscy zginiecie.</p>
    <p>— A więc albo zginiemy, a pan ze swoją tajemnicą powróci sam na Ziemie, albo zginiemy, a pan tam nie wróci. — Oparła się dłońmi o ścianę.</p>
    <p>— Myli się pani — powiedział pośpiesznie Silverman. — Nie zamierzam zabić was wszystkich. Nie muszę tego robić. Zamknę was w tej sali. Tak się składa, że mój skafander próżniowy znajduje się w innym pomieszczeniu. Nałożę go i wydam komputerowi rozkaz wypompowania powietrza z wszystkich pomieszczeń przyległych do tej sali. Przedtem, oczywiście, zablokuje znajdujący się tu terminal. Ciśnienie powietrza i służy bezpieczeństwa nie pozwolą wam otworzyć drzwi prowadzących w próżnie: to będzie wiezienie bez wyjścia. I dopóki nie odkryje, że planujecie ucieczkę, pozostawię na chodzie zainstalowane tu systemy dostarczania żywności, powietrza i wody. Znajduje się w posiadaniu taśm z programami, niezbędnymi do sprowadzenia nas z powrotem na Ziemie. Tam zostaniecie potraktowani jak jeńcy wojenni, zgodnie z międzynarodowymi konwencjami.</p>
    <p>— A z jakiej wojny?</p>
    <p>— Z tej, która się właśnie rozpoczęła i zakończyła. Słyszeliście? Ameryka zwyciężyła.</p>
    <p>— Sheldonie, Sheldonie — nalegał DeLaTorre — co zamierzasz zyskać, uciekając się do tego szalonego fortelu?</p>
    <p>— Żartujesz? — prychnął Silvermaa — Najważniejszy składnik sum inwestowanych w badanie przestrzeni kosmicznej stanowią koszta łożone na systemy podtrzymania życia. Ten pełen grzybów księżyc jest darmowym biletem do całego Układu Słonecznego — z nieśmiertelnością na dokładkę! I Stany Zjednoczone będą go miały, to wam obiecuję — odwrócił się do Li i Dmirow i z rozbrajającą szczerością powiedział najnieprawdopodpbniejsze zdanie, jakie kiedykolwiek słyszałem: — Nie dopuszczę do eksportu waszego bezbożnego trybu życia na gwiazdy.</p>
    <p>Chen roześmiał się w głos, a ja mu zawtórowałem.</p>
    <p>— Ty też jesteś jednym z tych socjalistów, co, Arrnstead? — warknął Silverman.</p>
    <p>— I to cię najbardziej gryzie, prawda, Silverman? — uśmiechnąłem się. — Homo caelestis w symbiozie nie ma żadnych potrzeb, niczego nie chce: nie ma mu co sprzedawać. I stapia się z grupą: naturalny komunista. Ludzie, z którymi nie można robić interesów przerażają cię, nieprawdaż?</p>
    <p>— Pseudofilozoficznie brednie — warknął Silverman. — Obejmuje w posiadanie najpotworniejszą tajemnice wojskową stulecia.</p>
    <p>— O mój Boże — wycedził z odrazą Raoul. — Cześć ci Silvermanie, Johnie Waynie Kosmicznych Szlaków. Ty naprawdę wyobrażasz sobie żołnierzy w symbiotycznych mundurach, prawda? Piechota Kosmiczna.</p>
    <p>— Podoba mi się ten pomysł — przyznał Silverman. — Wydaje mi się, że nagi człowiek — symbiont uszedłby uwagi większości urządzeń wykrywających. Żadnego metalu, niskie albedo — no i jest to idealna symbioza, to nie traci on ciepła. Co za sabotażysta! Niepotrzebne mu żadne wsparcie ani zaopatrzenie… na Boga, moglibyśmy użyć piechoty do zajęcia Tytana.</p>
    <p>— Silverman — powiedziałem uprzejmie — jesteś imbecylem. Załóżmy na chwile, że udało ci się zmusić pałką amerykańską żołnierza, by ten bez protestu przyglądał się, jak to, co nazywasz grzybem, wpełza mu do nosa i spływa gardłem. Świetnie. Masz już niezwykle mobilnego piechura. Nie ma żadnych potrzeb ani pragnień, nic. Wie, że jeśli nie da się zabić, będzie nieśmiertelny. Co go powstrzyma od dezercji? Lojalność względem kraju, którego już nigdy nie ujrzy? Krewni w Hoboken, żyjący w polu grawitacyjnym, które by go zabiło?</p>
    <p>— Promienie lasera, jeśli zajdzie potrzebą — zaczął.</p>
    <p>— Pamiętasz, jak szybko tańczyliśmy tam, pod koniec? Idź, zapytaj komputera, czy potrafilibyśmy tańczyć wokół wiązki laserowej — nawet sterowanej komputerowo. Sam mówiłeś, że trudno było nadążyć za nami wzrokiem.</p>
    <p>— Twoja tajemnica wojskowa jest bezwartościowa, Silverman — odezwał się Tom.</p>
    <p>— Szczegóły praktycznego wykorzystania rozpracują umysły tęższe od mojego — upierał się Silverman. — Komandorze Cox — powiedział nagle — pan jest Amerykaninem. Czy stoi pan po mojej stronie?</p>
    <p>— Na pokładzie znajduje się jeszcze trzech Amerykanów — odparł wymijająco Cox. Tom, Harry i Raoul zesztywnieli.</p>
    <p>— Tak tak. Jeden ma ciężarną żonę Kanadyjkę, dwaj są zboczeni, a wszyscy trzej znajdują się pod wpływem tych obcych stworzeń. Jest pan po mojej stronie?</p>
    <p>Bili zdawał się myśleć intensywnie.</p>
    <p>— Tak. Ma pan rację. Diabli mnie biorą, gdy muszę to przyznać, ale taka potęga będzie bezpieczna tylko w rękach Stanów Zjednoczonych.</p>
    <p>Silverman przyglądał mu się bacznie.</p>
    <p>— Nie — zdecydował w końcu — nie, komandorze, przykro mi, ale nie wierze panu. Przysięgę na wierność składał pan przed ONZ. Gdyby powiedział pan „nie” albo odpowiedział dwuznacznie, to za parę dni mógłbym uwierzyć. Ale pan kłamie — potrząsnął z żalem głową. — W porządku, panie i panowie, zrobimy tak. Nikt nie wykona ruchu, aż na to zezwolę. Potem, na komendę, będziecie przeskakiwać pojedynczo pod te ścianę, pod którą stoją tancerze, te najdalszą od drzwi frontowych. Potem wycofam się tymi drzwiami i..:</p>
    <p>— Panie Silverman — przerwał mu grzecznie Chen — jest jeszcze coś, o czym najpierw powinni się dowiedzieć wszyscy tu obecni.</p>
    <p>— No, mów pan.</p>
    <p>— Instalacje, które założył pan w Kanałach Kablowych 364 — B i 1117 — A oraz w centralnej pamięci ferrytowej zostały zdemontowane i wyrzucone za śluzę powietrzną w jakieś dwadzieścia minut po ich założeniu. Jest pan niezdarnym głupcem, Silverman i to głupcem, którego można od razu rozszyfrować. Pański nadajnik do niczego się panu nie przyda.</p>
    <p>— Kłamiesz — warknął Silverman, ale Chen nie raczył mu odpowiedzieć. Wystarczającą odpowiedzią był jego kpiący uśmiech.</p>
    <p>I tutaj Silverman dowiódł, że naprawdę jest durniem. Gdyby był wystarczająco bystry, by zablefować, powiedzieć, że istnieją jeszcze inne instalacje, o których Chen nie wie, mógłby jeszcze coś uratować. Jestem pewien, że nawet nie przyszło mu to do głowy.</p>
    <p>Bili i pułkownik Song podjęli decyzje w tym samym momencie i skoczyli.</p>
    <p>Silverman nacisnął przycisk nadajnika, ale ani światła, ani klimatyzacja się nie wyłączyły. Płacząc z wściekłości poderwał swój idiotyczny pistolet i wypalił.</p>
    <p>W przeciwieństwie do tego, co twierdzi pan Fleming mała Beretta jest marną bronią, nadającą się do użytku na odległość nie większą niż szerokość biurka. Ale Prawo Chaosu działało na korzyść Silvermana: pocisk przeznaczony dla Billa rozerwał gładko arterie szyjną pułkownik Song, odbił się za nią rykoszetem od ściany — ściany naprzeciw Silvermana i zawróciwszy uderzył Billa w plecy, popychając go do przodu i dodając przyspieszenia.</p>
    <p>Silverman nie był zupełnym idiotą — spodziewał się silniejszego kopnięcia broni przy wystrzale w stanie nieważkości i na tę okazje, zaparł się mocniej. Ale nie spodziewał się, że wystrzelony przez niego pocisk spowoduje, iż Bili szybciej od niego dotrze — zanim zdąży ponownie wycelować. Bili wpadł nań z całym impetem. Silverman wciąż ściskał w dłoni pistolet i wszyscy rozproszyli się na boki w poszukiwaniu schronienia.</p>
    <p>Ale do tego czasu byłem już po drugiej stronie sali. Walnąłem otwartą dłonią w wyłączniki, gasząc, światła i wyłączając klimatyzacje.</p>
    <p>Teraz pozostawało tylko czekać.</p>
    <empty-line/>
    <subtitle>* * *</subtitle>
    <empty-line/>
    <p>Pierwszy zaczął krzyczeć Silverman, wkrótce zawtórowali mu Dmirow i DeLaTorre. Większość ludzi popada w lekkie szaleństwo w całkowitych ciemnościach, a stan nieważkości potęguje je niepomiernie. Bez lokalnego pionu, o czym przekonał się Chen Ten Li, gdy w jego sypialni zepsuło się światło człowiek zupełnie traci orientacje. Przerażenie jest pierwotne i bardzo trudno je opanować.</p>
    <p>Silverman niewiele nauczył się o stanie nieważkości — albo tylko nie zwrócił uwagi, że ucichł szum urządzeń klimatyzacyjnych. Był jedynym w pomieszczeniu, który wciąż przywierał do ściany, zbyt przerażony, by się poruszać. Po chwili jego krzyki ścichły, przeszły w ciężkie sapanie, potem rozległ się jeszcze jeden, ostatni krzyk i zapadła cisza. Dla pewności odczekałem jeszcze chwilę — Song na pewno już nie żyła, ale stan Billa był wielką niewiadomą — po czym podpłynąłem z powrotem do wyłączników i ponownie włączyłem światła i klimatyzacje. Silverman, przyklejony jak mucha do ściany, umierał z braku tlenu w pełnym powietrza pomieszczeniu. Głową otaczał mu niewidzialny bąbel jego własnych wyziewów. Pistolet dryfował w odległości pół metra od jego wyciągniętej ręki.</p>
    <p>Wskazałem go palcem Harry’emu i ten zabrał broń.</p>
    <p>— Zwiąż go zanim się ocknie — powiedziałem i podpłynąłem do Billa. Raoul i Linda byli już przy nim i oglądali ranę. W drugim końcu sali dryfowała bezwładnie Susan Pha Song. z jej gardła przestała już tryskać krew. Przez ponad rok mieszkałem z tą lady pod jednym dachem i wcale jej nie znałem; i chociaż przynajmniej w połowie było tak z jej winy, czułem się zawstydzony. Gdy tak patrzyłem, osiem czy dziesięć czerwonych kulek natknęło się na kratkę kanału wentylacyjnego i zostało wessanych z cichym mlaśnięciem.</p>
    <p>— Co z nim?</p>
    <p>— Nie sądzę, żeby to była groźna rana — zameldowała Linda. Pocisk drasnął kość i wyszedł z ciała. Ma najwyżej pęknięte żebro.</p>
    <p>— Mam za sobą przeszkolenie medyczne — powiedziała Dmirow. — Nigdy nie praktykowałam w stanie nieważkości, ale miałam już do czynienia z ranami postrzałowymi.</p>
    <p>Linda odholowała Billa do apteczki pierwszej pomocy, zamontowanej na ścianie z przyrządami gimnastycznymi. Bili ciągnął za sobą szereg czerwonych kropelek, dryfujących leniwym łukiem w kierunku kratki kanału wentylacyjnego. Dmirow trzęsąc się z wściekłości, zdenerwowania albo i jednego i drugiego, podążyła za Linda.</p>
    <p>Harry z Tomem pewnie skrępowali Silvermana skakanką. Okazało się to zbyteczne — człowiek w jego wieku ciężko znosi niedotlenienie — spał, dysząc ciężko. Chen unosił się nad konsolą terminala komputera i coś programował, a Norrey i DeLaTorre przygotowywali się do odholowania ciała Song do ambulatorium, gdzie jakiś ponury zapobiegliwiec umieścił zapasy płynu balsamującego.</p>
    <p>Ale kiedy dotarli do drzwi, te nie rozsunęły się przed nimi. Norrey sprawdziła wskaźnik rejestrujący ciśnienie po ich drugiej stronie, zmarszczyła brwi, uderzyła w przycisk otwierania ręcznego i znowu zmarszyła brwi, bo drzwi nadal nie ustępowały.</p>
    <p>— Bardzo mi przykro, pani Armstead — odezwał się Chen ze szczerym ubolewaniem. — Poinstruowałem komputer, żeby odciął te sale od reszty statku. Nikt stąd nie wyjdzie. — Wydobył zza terminala przenośny laser. — To broń bezodrzutowa. Mogę nią zabić was wszystkich za jezdnym pociągnięciem. Jeśli ktoś mi zagrozi, użyje jej bez wahania,</p>
    <p>— Czemu ktoś miałby ci grozić, Li? — spytałem łagodnie.</p>
    <p>— Przebyłem całą te drogę, żeby wynegocjować układ z obcymi. Jeszcze tego nie uczyniłem. — Popatrzył mi prosto w oczy. </p>
    <p>DeLaTorre wyglądał na wstrząśniętego.</p>
    <p>— Mądre de Dies, z obcymi — co oni robią, gdy my walczymy miedzy sobą?</p>
    <p>— Nie o to mi chodziło, Ezequielu — powiedział Chen. — Sądzę, że pan Armstead skłamał, gdy komandor Cox spytał go, czy nadal jest człowiekiem. Musimy jeszcze wynegocjować zasady stosunków wzajemnych miedzy tymi nowymi istotami a nami. Obie strony roszczą sobie prawa do tego samego terytorium.</p>
    <p>— Jak to? — spytał Raoul. — Nie prowadzimy żadnych wspólnych interesów. — I wy i my proponujemy ewentualną kolonizacje obszarów znanych pod nazwą przestrzeni kosmicznej znajdującej się w zasięgu człowieka.</p>
    <p>— Ależ może pan swobodnie korzystać ze wszystkiego, co się w niej znajduje, co posiada jakąś dającą się określić wartość dla człowieka — powiedział Tom. — Planety są dla nas bezużyteczne, asteroidy są dla nas bezużyteczne — wszystko, czego potrzebujemy to kawałek próżni i światła słonecznego. Nie żałuje nam pan kawałka próżni, prawda? Nasze wymagania nie są wcale takie wielkie.</p>
    <p>— Jeśli kiedykolwiek cromagnończyk i neandertalczyk żyli w pokoju w tej samej dolinie, to zostali do tego zmuszeni przez jakąś nadzwyczajną umowę społeczną — upierał się Chen. — Właśnie dlatego, że nie będziecie potrzebowali niczego z tego, czego my potrzebujemy, będziecie trudni do współżycia. Mówiąc to zdaje sobie właśnie sprawę, że współżycie z wami będzie w ogóle niemożliwe. Spoglądający z góry jak bogowie na naszą oszalałą krzątaninę, rozbawieni naszym strasznym zaabsorbowaniem — jakże już was nienawidzę! Samo wasze istnienie czyni nieporozumieniem życie niemal każdego człowieka. Tylko ci ze szczególnym darem do akrobatycznego funkcjonowania sferycznego — i środkami na dostanie się na Tytana! — mogą mieć nadzieje na sukces. Jeśli nie wy jesteście ślepą uliczką ewolucji, to jest nią większa cześć rasy ludzkiej. O nie, Gwiezdni Tancerze: nie wierze, że kiedykolwiek będziemy dzielić z wami ten sam rejon kosmosu.</p>
    <p>Mówiąc to zaczął po omacku, nie spuszczając z nas wzroku programować komputer.</p>
    <p>— Świat, który za sobą zostawiliśmy chwiał się na ostrzu noża. Przez dłuższy czas truizmem było twierdzenie, że jeśli do roku 2010 nie wysadzimy się w powietrze, świat minie punkt krytyczny i nastąpi era dobrobytu. Ale w momencie, gdy opuszczaliśmy Ziemie szansę przetrwania do tego czasu były mizerne. Myślę, że się ze mną zgodzicie.</p>
    <p>— Nasza planeta jest rozdęta trudnościami do ostatnich granic — powiedział smutno. — Nic bardziej skutecznie nie popchnie jej na krawędź zagłady do rozkładu planetarnego morale, wyzwolonego, czy przyspieszonego waszym istnieniem, od świadomości, że istnieją bogowie, dla których człowiek znaczy nie więcej niż miliardy i tryliony tych plemników i jajeczek, którym nie udało się zostać gametami dla człowieka, że ocalenie i życie wieczne są tylko dla nielicznych.</p>
    <p>Ezeguiel patrzył groźnie spod zmarszczonych brwi, tak samo Dmirow, która właśnie skończyła opatrywać Billa. Chciałem mu odpowiedzieć, ale Chen mnie uprzedził.</p>
    <p>— Proszę cię, Charles, wiem, że musisz działać, by ocalić swój gatunek. Na pewno potrafisz zrozumieć, że ja muszę, chronić swój.</p>
    <p>W tej chwili był on najniebezpieczniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałem. I najszlachetniejszym. Z podziwem i największym szacunkiem pochyliłem głowę.</p>
    <p>— Li — powiedziałem — uznaje i podziwiam twoją logikę. Ale jesteś w błędzie.</p>
    <p>— Być może — zgodził się — ale teraz jestem pewien swych racji.</p>
    <p>— A jakie są twoje zamiary? — już je znałem; chciałem je tylko usłyszeć z jego ust. Wskazał ruchem głowy terminal komputera.</p>
    <p>— Ten statek wyposażony został w najdoskonalszy komputer z dotychczas wykonanych na Ziemi. Wyprodukowano go w Pekinie. Załadowałem właśnie do niego program przygotowany specjalnie dla mnie przez jego konstruktorów. Kiedy dotknę klawisza „WYKONUJ”, zacznie on patroszyć banki pamięci komputera i zakończy ich wymazywanie w zaledwie piętnaście minut.</p>
    <p>— Nie zabijesz chyba nas wszystkich, jak chciał to uczynić Silverman? — zapytał DeLaTorre.</p>
    <p>— Nie jak Silverman! — wybuchnął Chen, czerwieniejąc ze złości. Opanował się momentalnie i niemal uśmiechnął. — Przynajmniej bardziej skutecznie. I z innych powodów. On chciał powiadomić o zaistniałych wydarzeniach tylko swój kraj. Ja nie chce, aby te informacje dotarły do kogokolwiek. Mam zamiar zablokować lasery komunikacyjne dalekiego zasięgu tego statku, wymazać jego banki pamięci i pozostawić go wrakiem. Potem zabije was wszystkich, szybko i bezboleśnie. Bomba, którą nazywacie Rozwalaczem Planet ma swój własny system naprowadzania; luk komory bombowej mogę otworzyć ręcznie. Nie włożę mego skafandra próżniowego. — Jego głos był straszliwie spokojny. — Być może za cztery, pięć lat następny statek z Ziemi zastanie tu jeszcze obcych. Ale Saturn będzie miał wtedy osiem księżyców i dwa Pierścienie.</p>
    <p>Linda potrząsnęła głową.</p>
    <p>— Jaka szkoda. Li, jaka szkoda, że jesteś konfucyjskim formalistą, zapatrzonym w Tao…</p>
    <p>— Jestem częścią zagrożonego łona — odparł stanowczo Chen — i według mojej oceny te narodziny zabiłyby teraz matkę. Postanowiłem, że to łono musi ponownie wchłonąć płód Homo caelestis. Być może u szczytu następnego cyklu rasa ludzka będzie już na tyle dojrzała, by przetrwać poród — teraz jeszcze nie jest. Muszę wziąć na siebie odpowiedzialność za to łono — bo jest ono całym światem, jaki znam jaki mogę znać.</p>
    <p>To zaczęło się w chwili, gdy znając je już, spytałem go o zamiary.</p>
    <p>To zdarzyło się już wcześniej, trwało krótko i przyszło za późno, w chwili odkrycia kart przez Silvermana. Zbladło znowu, niezauważone przez obecnych. Nie było to coś rzucającego się w oczy, co można dostrzec; naszym jedynym ratunkiem było zaciemnienie sali. Wtedy się baliśmy i zginęła jedna osoba.</p>
    <p>Ale to nie była obawa przed utratą wolności, To była obawa o nasze istnienie jako gatunku. Po raz drugi w ciągu ostatnich piętnastu minut moja rodzina stała się jednym.</p>
    <p>Czas rozciągnął się jak guma. Sześć punktów widzenia zlało się w jeden. Ponad sześć kątów widzenia: trzystusześćdziesieciostopniowa integracja wizualna nie była tu wystarczająca. Sześć punktów widzenia połączyło się, percepcje, opinie, umiejętności i intuicje sześciu istnień zderzyły się i zlały jak krople rtęci w pojedynczą świadomość. Ponieważ cząstka nas, będąca Lindą znała Li najlepiej, wykorzystaliśmy jej oczy i uszy do skontrolowania jego słów i stanu emocjonalnego w czasie rzeczywistym, podczas gdy my zastanawialiśmy się, jak sprowadzić spokój na naszego kuzyna. Gdy tylko zrobił przerwę na zaczerpniecie oddechu, wykorzystaliśmy słowa Lindy, próbując odwrócić jego uwagę, ale nie byliśmy zdziwieni, gdy nam się nie powiodło. Był zbyt zaślepiony bólem. Do czasu, gdy kontrolowany fragment jego świadomości zdradził, że jego palce się naprężają, by sięgnąć do klawisza „WYKONUJ”, całość nas miała już opracowany plan.</p>
    <p>Wszyscy sześcioro wnieśliśmy swój wkład do choreografii tego tańca i wygładzaliśmy ją w myślach, aż wypełniła radością hasze dusze. Priorytet przypisaliśmy taśmie z programem; drugi pod względem ważności był laser. To Tom, ekspert sztuki walki, wiedział dokładnie, gdzie i jak uderzyć, żeby spowodować odruchowy skurcz mięśni Chena. To Raoul, specjalista od efektów wizualnych, wiedział, gdzie rozciąga się optyczna „strefa martwa” Chena i przewidział, że w krytycznym momencie znajdzie się w niej Norrey. Norrey znała położenie dysków do ćwiczeń, ułożonych na stelażach za jej plecami, bo Harry i ja widzieliśmy je kątem oka z miejsca, gdzie się znajdowaliśmy. I to Linda podpowiedziała mi jedyne słowa, które mogły w tym momencie odciągnąć uwagę Chena i które spowodują, że skupi na mnie swój wzrok, a dzięki temu Norrey znajdzie się w jego optycznej „strefie martwej”. </p>
    <p>— A co z pańskimi wnukami, Chen Ten Li?</p>
    <p>Jego umęczone oczy spoczęły na mnie i rozszerzyły się. Norrey sięgnęła obiema rękami za siebie i zrzekła się kontroli nad nimi. Harry, który był najlepszym z nas mistrzem skorzystał z prawej ręki, by cisnąć dysk, który trafił w prawą dłoń Chena i spowodował, że odskoczyła ona w niekontrolowanym odruchu bólu znad terminala komputera. Raoul, będąc leworęcznym, skorzystał z lewej ręki Norrey, by cisnąć dysk, który rozbił laser i wytrącił go ze zgięcia lewej ręki Chena. Obydwa pociski osiągnęły cel, zanim Chen zorientował się, że zostały rzucone. Zanim uderzyły Tom posłał kopniakiem trupa Song miedzy Linde a linię strzału na wypadek chybienia, a Norrey, z tego samego powodu, porwała ze stelaża dwa następne dyski. Ja sam znajdowałem się już w połowie odległości dzielącej mnie od Chena: byłem intuicyjnie pewien, że zna sposoby popełnienia samobójstwa gołymi rękoma.</p>
    <p>Akcja dobiegła końca w niespełna jedną sekundę czasu rzeczywistego. Dla oczu DeLaTorra i Dmirow musieliśmy… mignąć, a potem pojawić się ponownie w innych miejscach, jak spłoszony narybek. Chen płakał z bólu, wściekłości i wstydu, a ja trzymałem go w podwójnym nelsonie, starając się nie zrobić mu krzywdy. Harry czekał na odbite rykoszetem dyski wyłapując je leniwymi ruchami; Raoul był już przy komputerze i kasował program Chena.</p>
    <p>Taniec był skończony. Tym razem się udało: nie spłynęła ani jedna kropla krwi. Z żalem zdaliśmy sobie teraz sprawę, że gdybyśmy bez wahania wykorzystali za pierwszym razem zjawisko zjednoczenia, Song żyłaby nadal, A Bili nie zostałby ranny. Baliśmy się wtedy, poddając impulsowi działania tylko tytułem próby i zbyt późno. Teraz znikł ostatni ślad strachu: nasze serca były pewne. Byliśmy gotowi, by troszczyć się sami o siebie.</p>
    <p>— Doktorze Chen — powiedziałem formalnie — czy daje pan słowo honoru? </p>
    <p>Zesztywniał w mym uścisku, a potem odprężył się całkowicie.</p>
    <p>— Tak — powiedział pustym głosem. Puściłem go i zdziwiłem się, jak staro wygląda. Miał przecież dopiero pięćdziesiąt sześć lat.</p>
    <p>— Sir — powiedziałem z naciskiem, starając się podnieść go na duchu wzrokiem — pańskie obawy są bezpodstawne. Pańskie poświecenie niepotrzebne. Niech mnie pan wysłucha: nie jest pan zbytecznym produktem ubocznym Homo caelestis. Nie jest pan uszkodzoną gametą. Jest pan jednym z ludzi, którzy osobiście chronią naszą planetę przed katastrofą, aż będzie ona mogła wydać na świat następny szczebel ewolucji. Czy to ograbia pańskie życie ze znaczenia? Umniejsza pańską godność? Jest pan jednym z tych mężów stanu, którzy mogą pomóc Ziemi w przejściu przez następną transformacje — czy brak panu wiary w siebie albo odwagi? Pomógł pan otworzyć drzwi w kosmos i ma pan wnuki — czyż nie chce pan, by przypadły im w udziale gwiazdy? Czy zaprze się pan ich teraz? Chce pan posłuchać, co my myślimy o tym, co się stanie? Co może się stać? Co musi się stać? Chen potrząsnął głową, bezwiednie masując sobie prawe ramie.</p>
    <p>— Posłucham.</p>
    <p>— W pierwszym rzędzie skończmy z analogiami i metaforami. Nie jest pan uszkodzoną gametą ani niczym w tym rodzaju, o ile sam nie zgodzi się pan, by nią być. Cała rasa ludzka, jeśli tylko zechce, może stać się Homo caelestis. Wielu z nich nie będzie chciało, ale wybór należy/do nich. I do pana.</p>
    <p>— Ależ przeważająca większość ludzi nie potrafi postrzegać sferycznie — krzyknął Chen. Uśmiechnąłem się.</p>
    <p>— Doktorze, kiedy jeden z mych studentów, który się nie sprawdził, wracał na Ziemie, powiedział mi na pożegnanie: ;,Nie potrafię się nauczyć widzieć jak wy, choćbym próbował i sto lat”.</p>
    <p>— Właśnie. Byłem w kosmosie i podzielam jego zdanie.</p>
    <p>— A przypuśćmy, że ma pan do dyspozycji dwieście lat?</p>
    <p>— Co takiego?</p>
    <p>— Przypuśćmy, że wchodzi pan w symbiozę, już teraz. Z początku musiałby pan mieć specjalnie przystosowane środowisko z kątami prostymi, żeby nie oszaleć. Ale byłby pan nieśmiertelny. Czy nie mając nic lepszego do roboty, nie mógłby pan pozbyć się z czasem swojej grawitacyjnej polaryzacji?</p>
    <p>— Powiem więcej — wtrąciła Linda. — Dzieci urodzone w kosmosie będą myślały sferycznie od okresu niemowlęctwa. Nie będą się musiały oduczać nabytych przez całe życie, ż gruntu fałszywych, obowiązujących czysto lokalnie informacji o rzeczywistości. Li, w stanie nieważkości nie jesteś za stary, by płodzić dzieci. Możesz się z nimi uczyć telepatycznie — i wspólnie z nimi dzielić gwiazdy.</p>
    <p>— Cały rodzaj ludzki — ciągnąłem — wszyscy, którzy chcą, mogą od razu rozpocząć przygotowania. Kolonizacja kosmosu może się rozpocząć już w tym pokoleniu.</p>
    <p>— Ale jak ma być finansowana taka migracja? — krzyknął Chen.</p>
    <p>— Li, Li — powiedziała Linda, jak ktoś tłumaczący coś dziecku — teraz rasa ludzka jest bogata. Wszystkie zasoby układu są obecnie dostępne dla każdego i za darmo. Dlaczego kolonie L — 5 nie oderwały się od Ziemi ani nie założono kopalni na asteroidach, które dostarczałyby im surowców? Silverman powiedział to dziesięć minut temu: największym składnikiem wydatków na podbój kosmosu był zawsze koszt systemów podtrzymania życia oraz usilnych starań zapobieżenia zaadaptowaniu się załóg do stanu nieważkości poprzez symulowanie grawitacji. Jeśli wszystkim, czego potrzebujesz, jest zestaw kątów prostych, to za kilka wieków będziecie mogli budować miasta z folii aluminiowej i transportować ogromne ilości symbiontu z Tytana na Ziemie.</p>
    <p>— Niech pan sobie wyobrazi brygadę montażową złożoną z samych telepatów — powiedział Harry — którzy nie muszą nigdy się posilać ani odpoczywać.</p>
    <p>— Niech pan sobie wyobrazi eksplozje sztuki i muzyki — powiedział Raoul — spadającą jak deszcz z niebios na Ziemie, przyciągającą serca, które nigdy nie tęskniły za gwiazdami.</p>
    <p>— Niech pan sobie wyobrazi Ziemie — powiedział Tom — zamieszkiwaną tylko przez tych, którzy chcą ją zamieszkiwać.</p>
    <p>— I niech pan wyobrazi sobie wasze nie narodzone jeszcze dzieci — powiedziała Norrey. — Pierwsze dzieci w dziejach, wychowane bez przykrych, międzypokoleniowych tarć, wyrastające z absolutnej zależności od rodziców. W kosmosie dzieci i rodzice będą sobie równi w każdym sensie. Może, mimo wszystko, nie muszą być naturalnymi nieprzyjaciółmi.</p>
    <p>— Ale wy nie jesteście ludźmi — krzyknął Chen Ten Li. — Dlaczego mielibyście poświęcać nam tyle czasu i energii? Czym jest człowiek, że mielibyście się o niego troszczyć?</p>
    <p>— Li — powiedziała współczująco Linda — czyż nie przyszliśmy na świat z mężczyzny i kobiety? Czyż dziecko nie pamięta łona i nie tęskni do niego przez całe swe życie? Czyż nie szanujesz swej matki, chociaż już nigdy nie możesz zostać jej cząstką? Zachowamy i będziemy pielęgnować naszą miłość do Ziemi, do naszego łona, które może pozostać żywym i owocnym i znosić wielokrotne narodziny, jak jest do tego zdolne.</p>
    <p>— To jest nasza jedyna obrona — powiedziałem cicho — przed niezmierną samotnością istnienia w pustym kosmosie. Sześć umysłów to za mało — gdy będziemy mieli ich sześć miliardów zjednoczonych w niezakłócany intelekt, wtedy może nauczymy się czegoś. Cały rodzaj ludzki jest naszym genetycznym dziedzictwem.</p>
    <p>— Nie przeczę, że kosmos jest miejscem głęboko poruszającym — powiedział Tom — ale nie zgodzę się z twierdzeniem, że czyni on nas innymi niż ludzie. Czuje się człowiekiem.</p>
    <p>— A skąd cromagnonczyk mógł wiedzieć, że jest inny od neandertalczyka? — spytał Raoul. — Dopóki nie potrafił dostrzec rozbieżności, skąd mógł to wiedzieć?</p>
    <p>— Łabędź myślał, że jest brzydkim kaczątkiem — dodała Norrey.</p>
    <p>— Ale geny miał łabędzia — upierał się Tom.</p>
    <p>— Geny cromagnończyka wywodzą się z genów neandertalczyka — powiedziałem.</p>
    <p>— Czy badałeś kiedyś swoje? Czy rozpoznałbyś naprawdę subtelne mutacje, gdybyś je nawet zobaczył?</p>
    <p>— Nie mów mi Charlie, że wierzysz w te bzdury — powiedział ze złością Tom. — Czy czujesz się nieczłowiekiem?</p>
    <p>— Czuje się inny niż człowiek. Czuje się kimś więcej niż nowym człowiekiem. Jestem nowym stworzeniem. Zanim udałem się za Sharą w Kosmos, moje życie było tylko pogmatwanym żartem ze zbyt wieloma wątkami. Dopiero teraz żyje. Kocham i mogę być kochany. Ja nie porzuciłem Ziemi. Ja wybrałem kosmos.</p>
    <p>— Gadanie — powiedział Tom. — Połowa z tego to twoja noga… i wiem czym jest ta druga połowa, bo przydarzyło mi się to samo w miejscu, gdzie wychowała się Linda. To efekt mieszczucha na wsi. Znajdujesz nowe, mniej stresujące środowisko, budzą się pewne refleksje i zaczynasz podejmować lepsze, bardziej satysfakcjonujące decyzje. Twoje życie się naprostowuje. A więc w tym miejscu musi być coś magicznego. Bzdury.</p>
    <p>— Tom — powiedziałem z naciskiem — to co innego. Byłem na wsi. Mówię ci, że nie jestem ulepszoną wersją człowieka, którym do niedawna byłem — jestem teraz kimś zupełnie innym. Jestem człowiekiem, którym mogłem już nigdy nie być na Ziemi, straciłem już całą nadzieje, że nim będę. Ja… wierze teraz w rzeczy, w które nie wierzyłem od kiedy przestałem być dzieckiem. Jasne, że miałem pewne przełomy, że związanie się z Norrey wniosło do mego życia więcej niż przypuszczałem. Ale zmienił się cały mój makijaż i nie dokonały tego szczęśliwe przypadki. Do diabła, byłem przecież pijakiem.</p>
    <p>— Każdego dnia mądrzeją jacyś pijacy — powiedział Tom.</p>
    <p>— Jasne, jeśli znajdą w sobie siłę, by przez resztę życia myśleć trzeźwo. Gdy tak się czuje, strzelam sobie jednego. Teraz już nieczęsto to się zdarza. Właśnie dzięki temu przestało mnie ciągnąć do butelki. Czy to jest tak powszechnie spotykane? Pale teraz mniej, a jeśli nawet, to podchodzę do tego mniej lekkomyślnie.</p>
    <p>— A więc kosmos sprawił, że zmądrzałeś bez żadnego udziału z twojej strony?</p>
    <p>— Z początku. Potem musiałem wziąć się w garść i pracować nad sobą jak diabli — ale zaczęło się to bez mej wiedzy i zgody.</p>
    <p>— Kiedy to się zaczęło? — spytały jednocześnie Norrey i Linda. Musiałem się zastanowić.</p>
    <p>— Kiedy zacząłem się uczyć myśleć sferycznie. Kiedy się w końcu oduczyłem myślenia kategoriami góry i dołu.</p>
    <p>— Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś — odezwała się Linda — że wszystko dobre, co cię dezorientuje. Bo jest to kształcące.</p>
    <p>— Znam tego mądrego człowieka — zadrwił Tom. — Leary. Przypadek uszkodzenia mózgu, o ile dobrze pamiętam.</p>
    <p>— Czy to go dyskwalifikuje jako mądrego przed rozwinięciem się choroby?</p>
    <p>— Słuchajcie — powiedziałem — wszyscy jesteśmy unikatami. Wszyscy przeszliśmy przez bardzo trudny proces selekcji i nie przypuszczam, żeby pierwszy cromagnonczyk czuł się w jakimkolwiek stopniu inaczej niż my. Ale istnieją dowody na to, że nasz dar nie występuje u ludzi powszechnie.</p>
    <p>— Przecież zwykli ludzie potrafią żyć w kosmosie — zaoponowała Norrey. — Załogi statków Sił Kosmicznych. Brygady montażowe.</p>
    <p>— Tylko wtedy, gdy mają sztuczny pion lokalny — powiedział Harry. — Wyprowadź ich w otwartą przestrzeń, a będziesz im musiała wytyczyć proste linie i proste kąty, bo inaczej dostaną zawrotu głowy. Większość z nich. To dlatego staliśmy się bogaci.</p>
    <p>— Poza tym — dodał pogodnie Raoul — czym jest kilka stuleci? Nam się nie śpieszy.</p>
    <p>— Li — ciągnąłem — być człowiekiem znaczy stać miedzy małpą a aniołem. Być aniołem, jak moja rodzina i ja, znaczy unosić się pomiędzy człowiekiem a bogami i mieć w sobie po równi coś z tego pierwszego i z tych ostatnich. Bez grawitacji czy lokalnego pionu nie mogą istnieć fałszywe pojęcia „góry” i „dołu”; jak moglibyśmy postępować inaczej niż etycznie? Nieśmiertelni, niczego nie potrzebujący, jak moglibyśmy być źli?</p>
    <p>— Jako gatunek — podjął Tom — będziemy się, naturalnie, kontaktować z wami za pośrednictwem ONZ. Doktorze Chen, proszę mi wierzyć, przeanalizowaliśmy to szybciej niż komputer. Nie ma sposobu obalenia naszych planów, zarekwirowania symbiontu. Nie powstrzymają nas wszyscy źli mężczyźni i kobiety z całej Ziemi, a dni zła są policzone.</p>
    <p>— Ale — skończyłem — potrzebujemy współpracy ze strony pana i panu podobnych. Czy zgadza się pan na nią, Chen Ten Li?</p>
    <p>Dryfował swobodnie w częściowym przysiadzie, całkowicie odprężony. Twarz miał zamyśloną, oczy zwrócone w głąb siebie. Po dłuższym czasie jego źrenice pojawiły się ponownie i na twarz powróciło mu życie. Poszukał mego wzroku i lekki uśmiech rozciągnął mu usta.</p>
    <p>— Bardzo mi pan przypomina — powiedział — człowieka, którego kiedyś znałem, człowieka nazwiskiem Charles Armstead.</p>
    <p>— Doktorze Chen — odparłem, czując wielką ulgę. — Li, mój przyjacielu, ja jestem tym człowiekiem. Jestem również czymś jeszcze i prawidłowo wydedukowałeś, że powstrzymuje od mówienia moich sześć osobowości z grzeczności wobec ciebie i z tego samego powodu przystosowuje swe ciała do twego pionu lokalnego. To jasno dowodzi, że wspólnota telepatyczna nie wymaga tego, co nazwałbyś utratą własnego ja.</p>
    <p>Przesuwając osobowość tak, by każde z nas wypowiedziało jedno słowo, powiedziałem/powiedzieliśmy:</p>
    <p>— Jestem</p>
    <p>— więcej</p>
    <p>— niż</p>
    <p>— człowiekiem</p>
    <p>— nie</p>
    <p>— mniej.</p>
    <p>— Bardzo dobrze — powiedział Li potrząsając głową. — Wspólnie przyniesiemy naszej znużonej planecie spokojną i radosną przyszłość.</p>
    <p>— Jestem z wami — powiedział po prostu DeLaTorre.</p>
    <p>— Ja również — dodała Dmirow.</p>
    <p>— Zabierzmy Billa i ciało pułkownik Song do ambulatorium — powiedziało sześć głosów.</p>
    <p>I w godzinę później nasza szóstka odleciała do miejsca pobytu Gwiezdnych Siewców. Tym razem nie wzięliśmy promu kosmicznego. Na podróż w jedną stronę wystarczały nam silniczki naszych skafandrów…</p>
   </section>
  </section>
  <section>
   <title>
    <p>CZĘŚĆ IV</p>
    <p>Syngamia</p>
   </title>
   <p>Saturn płonął ochrą i brązem na tle intensywnej czerni, gdzieniegdzie tylko przerywanej zimnymi iskrami miliardów słońc.</p>
   <p>Mknęliśmy przez te czerń pełnym ciągiem naszych odrzutowych silniczków tańcząc, nawet nie myśląc o niej. Zostawiliśmy za sobą ludzkie życie i żegnaliśmy je tańcem. W zasadzie każde z nas tworzyło swój własny „Gwiezdny taniec”, a wielka i pusta kosmiczna sala koncertowa rozbrzmiewała ostatnią symfonią Raoula. Każdy z tańców był indywidualny i kompletny sam w sobie. Tak się jednak składało, że każdy zazębiał się z pozostałymi i z muzyką, tworząc z nimi wspólnie rodzaj wypowiedzi drugiego, wyższego poziomu. Chociaż powstawały bez jakichkolwiek dostrzegalnych ograniczeń, narzucanych przez czas i odległość, to nadświadomosć Harry’ego dopilnowała, by wszystkie dobiegły końca jednocześnie, przed obcymi.</p>
   <p>Nie filmowaliśmy tego tańca. W odróżnieniu od „Gwiezdnego tańca” Shary nie był to występ przeznaczony dla szerszej widowni. Tańczyliśmy, by radować się tańcem, by tańczyć.</p>
   <p>Ale mimo wszystko mieliśmy widownie.. Gwiezdni Siewcy (nie byli już obcymi) skręcili się w coś analogicznego do aplauzu, kiedy zawiśliśmy przed nimi, dysząc ciężko i po raz ostami smakując pot, którego już nigdy nie wydzielą nasze ciała.</p>
   <p>Już się ich nie baliśmy.</p>
   <p>— CZY DOKONALIŚCIE WYBORU?</p>
   <p>— Tak.</p>
   <p>— TO BĘDĄ PIĘKNE NARODZINY.</p>
   <p>Raoul cisnął swojego Musicmastera w kosmos.</p>
   <p>— Nie opóźniajmy ich.</p>
   <p>— ZACZYNAJMY!</p>
   <p>W ich tańcu pojawiło się teraz podniecenie, elementarna energia, która zdawała się zawierać w sobie pierwiastek humoru, tłumionej wesołości. Zaczęli wirować w układzie tanecznym, jakiego nigdy dotąd nie widzieliśmy, ale odnosiliśmy wrażenie, ”że go znamy, w układzie, który bez wyraźnego przejścia zmieniał się od prostego do skomplikowanego. Cześć naszego umysłu należąca do Harry’ego określiła go „nazywaniem pi” i wszyscy obserwowaliśmy z zachwytem jak się rozwija. To był najbardziej hipnotyczny układ, jaki kiedykolwiek tańczono, był to sam taniec tworzenia; najbardziej podstawowe wyrażenie Tao. Nawet gwiazdy zdawały się mu przyglądać.</p>
   <p>I gdy tak patrzyliśmy osłupiali, półwidoczna sfera otaczająca Gwiezdnych Siewców zaczęła po raz drugi ronić krwawe łzy.</p>
   <p>Zlały się one w cienki karmazynowy pierścień wokół ogromnej kuli, potem skupiły w sześć orbitujących pęcherzy. </p>
   <p>Każde z nas bez wahania włączyło swoje silniczki, podpłynęło do swego pęcherza i zanurkowało do jego wnętrza. Gdy się tam znaleźliśmy, ściągnęliśmy z siebie skafandry próżniowe i cisnęliśmy nimi o ściany naszych pęcherzy, a te przepuściły je na zewnątrz, w otwarty kosmos. Raoul dorzucił swe okulary. I wtedy pęcherze skurczyły się wokół nas i w nas i poprzez nas.</p>
   <p>Dla wszystkich sześciorga mnie zaczęły się wówczas dziać rzeczy na tysiącu różnych poziomów; ale to Charlie Armstead opowiada wam to teraz. Poczułem, jak coś zimnego ześlizguje się moim gardłem i wpełza do nozdrzy, stłumiłem odruch otwarcia szeroko ust, pomyślałem przez chwile o Chen Ten Li i starożytnych chińskich legendach o jadalnym złocie, które przynosi nieśmiertelność — poczułem nagie, i już na zawsze, całkowitą świadomość, wiedze oraz przejecie kontroli nad całym mym ciałem i mózgiem. W trwającym wieczność momencie bezczasowości przebiegłem myślami bagaż wspomnień z całego mego życia, podelektowałem się nimi, przekazałem je jednym impulsem mojej rodzinie i odebrałem ich wspomnienia. Jednocześnie moje oczy zaczęły rejestrować większe spektrum częstotliwości, bym mógł wejrzeć w najdalsze głębie wszechświata i jednocześnie grałem na klawiszach mego własnego sensorium, rozkoszując się kruchym bekonem, piersią Norrey i słodką wonią odwagi, czując won dymu z ogniska, lędźwie Norrey i słodki zapach przywiązania, słysząc muzykę Raouia, głos Norrey i słodkie brzmienie ciszy. Prawie machinalnie wyleczyłem uszkodzenie mego biodra, poczułem, że powraca mi całkowita sprawność, tak jakbym nigdy jej nie stracił.</p>
   <p>Co do zdarzeń, na poziomie grupy, to nie mogę wam chyba powiedzieć nic, co miałoby dla was jakiekolwiek znaczenie. Kochaliśmy się, znowu niemal machinalnie, i wszyscy wspólnie czuliśmy tęsknotę za życiem rodzącym się w brzuchu Lindy, czuliśmy, że symbiont, który osłaniał jej ciało dokonał tego samego spostrzeżenia i zaczął przygotowywać swoją własną mitozę. Zupełnie świadomie i z rozmysłem, Norrey i ja poczęliśmy nasze dziecko. Były to tylko zdarzenia incydentalne, ale cóż mogę wam powiedzieć o zdarzeniach zasadniczych? Na jednym głównym poziomie wymienialiśmy się swoimi pamięciami i wybaczaliśmy jedno drugiemu ich wstydliwe fragmenty, a cieszyliśmy się wspólnie tymi, z których można było być dumnym. Na drugim głównym poziomie zapoczątkowaliśmy sympozjum na temat znaczenia piękna. Na jeszcze innym zaczęliśmy planowanie ostatnich szczegółów migracji człowieka w kosmos.</p>
   <p>Znaczna cześć nas była czysto roślinną świadomością, sześciopłatkowym kwiatem, pławiącym się w słońcu.</p>
   <p>Znajdowaliśmy się w odległości niespełna kilometra od Gwiezdnych Siewców, a całkiem zapomnieliśmy o ich istnieniu.</p>
   <p>Zostaliśmy przywołani do rzeczywistości, gdy Gwiezdni Siewcy znowu zapadli się w pojedynczą, płynną kule o nie dającej się znieść jasności — i bez pożegnania, czy ostatniego przesiania, zniknęli.</p>
   <p>Ale wrócą, nie później niż za kilka stuleci czasu rzeczywistego, by się przekonać czy ktoś czuje się już gotowy zostać ćmą.</p>
   <empty-line/>
   <subtitle>* * *</subtitle>
   <empty-line/>
   <p>Unosiliśmy się tam, oniemiali ze zdumienia i kiedy nasza świadomość skupiła się wreszcie na zewnętrznym wszechświecie zobaczyliśmy to, co dotąd uchodziło naszej uwagi.</p>
   <p>Od wielkiego Pierścienia Saturna nadlatywał ku nam karmazynowoskrzydły anioł. Na dwóch rozpostartych szeroko, cienkich i czerwonych żaglach świetlnych zbliżała się nieprawdopodobna postać.</p>
   <p>— Halo.Norrey, Charlie — zabrzmiał w naszych czaszkach znajomy głos. — Witajcie Tom, Harry, Linda i Raoul. Nie znam was jeszcze, ale kochacie tych, których kocham ja — witajcie.</p>
   <p>— Shara — krzyknęło bezgłośnie sześć mózgów.</p>
   <p>— Czasami ćmy zabierają autostopowicza.</p>
   <p>— Ale jak…</p>
   <p>— Właściwie bardziej można mnie porównać do dziecka w inkubatorze, ale w każdym razie przenieśli mnie żywą na Tytana. To, co spłonęło na waszych oczach, było moim skafandrem i zbiornikami powietrza. Byli zdesperowani i śpieszyli się, tak jak mówili. Ale nie posądzałeś ich chyba naprawdę, że są na tyle niezgrabni, by dać mi umrzeć, prawda ? Czekałam w Pierścieniu, aż podejmiecie decyzje.. Nie chciałam mieć na nią wpływu.</p>
   <p>„Płatek Śniegu”, który był mną, szukał gorączkowo „słów”.</p>
   <p>— Wybraliście sobie dobrych partnerów na małżonków — powiedziała. — Wszyscy sześcioro.</p>
   <p>— Wyjdź za nas — krzyknęliśmy.</p>
   <p>— Myślałam, że już nigdy nie poprosicie.</p>
   <p>I moja siostra wlała się we mnie i jesteśmy jednym.</p>
   <empty-line/>
   <subtitle>* * *</subtitle>
   <empty-line/>
   <p>To już właściwie cała historia.</p>
   <p>Ja — składnik tego „Ja” nazwiskiem Charlie Armstead — spisałem ją za jednym, trwającym pół dnia „posiedzeniem” tu, za klawiaturą terminala kostki. Ograniczała mnie tylko fizyczna szybkość reakcji sensorowych klawiszy terminala. Gdy pisze te słowa, inne części mnie dryfują przez wieczność. Kochamy się. Uwielbiamy. Śpiewamy. Tańczymy. Jesteśmy bez reszty jedno drugim, a jednak i sami sobą. Chce, żebyście wiedzieli, że Charles Armstead nie rozpuścił się ani nie rozłożył w coś obcego. Że nie umarłem w żadnym sensie. Że nigdy nie umrę. Lepiej będzie powiedzieć, że jestem Charlesem Armsteadem do siódmej potęgi. Wciąż choreografuje tańce z Norrey i Sharą, wciąż wymieniam z Raoulem słone, wielowątkowe dowcipy, wciąż delektuje się w myślach smakiem dobrej kawy, rykiem mocnego drinka, aromatem dobrej trawki. Dzielą mnie od was tylko czas — i zmiany. Kiedyś byłem zgorzkniałym, pokręconym kaleką, zatruwającym powietrze wokół siebie; teraz nie znam żadnego zła, bo nie znam strachu.</p>
   <p>Poświeciłem maleńki ułamek mej energii na skończenie tego tekstu, ponieważ Bili Cox przygotowuje się do odlotu na Ziemie (on wróci) i jeśli ten tekst ma być kiedykolwiek wysłany, to musi to być teraz.</p>
   <p>Te treści nie nadają się do przesłania laserem komunikacyjnym dyplomatów, a zresztą ci nadzwyczajni mężczyźni i kobiety nie potrafią ich wyrazić tak jak ja.</p>
   <p>Jestem Charles Armstead, a moje przesłanie dla was brzmi: Gwiazdy mogą być również wasze.</p>
  </section>
 </body>
 <binary id="cover.jpg" content-type="image/jpeg">/9j/4QF4RXhpZgAASUkqAAgAAAALAA8BAgADAAAASFAAABABAgAQAAAAkgAAABIBAwABAAAA
AQAAABoBBQABAAAAogAAABsBBQABAAAAqgAAACgBAwABAAAAAgAAADEBAgAcAAAAsgAAADIB
AgAUAAAAzgAAABMCAwABAAAAAQAAABQCBQAGAAAA4gAAAGmHBAABAAAAEgEAAAAAAABIUCBT
Y2FuSmV0IDQ2MDAAlgAAAAEAAACWAAAAAQAAAEFDRCBTeXN0ZW1zIERpZ2l0YWwgSW1hZ2lu
ZwAyMDE1OjA4OjE1IDA3OjUyOjEzAAAAAAABAAAA/wAAAAEAAACAAAAAAQAAAP8AAAABAAAA
gAAAAAEAAAD/AAAAAQAAAAcAAJAHAAQAAAAwMjIwAZEHAAQAAAABAgMAkJICAAQAAAA1OTIA
AKAHAAQAAAAwMTAwAaADAAEAAAABAAAAAqAEAAEAAABaAQAAA6AEAAEAAAD0AQAAAAAAAAAA
AAD/wAARCAH0AVoDASEAAhEBAxEB/9sAhAACAQEBAQECAQEBAgICAgMFAwMCAgMGBAQDBQcG
BwcHBgcGCAkLCQgICggGBwoNCgoLDAwNDAcJDg8ODA8LDAwMAQMDAwQDBAgEBAgSDAoMEhIS
EhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhISEhL/xAC/AAAB
BQEBAQEAAAAAAAAAAAAFAwQGBwgCCQEAEAACAQMDAwMCBAQDBgQEAQ0BAgMEBREGEiEABzET
IkEIURQyYXEJFSOBQpGhJDNSscHwFhfR4UNicvEZU5KiGCU0grI1c3SDwgEAAgMBAQEAAAAA
AAAAAAAABAUCAwYBBwARAAEDAgMFBwIFAgUDBAIDAAEAAhEDIQQxQQUSUWFxEyKBkaGx8MHR
BhQy4fFCUhUjYnKSJDPiFqKy0jTCQ3OC/9oADAMBAAIRAxEAPwCrfq+tcF67m3m/0NeXk/nF
bAFQvGZD+IcbFyPyLjJwOCxBJJ6pq+QU9qqHahhoQZ3Zfw8JbfGARuYg88k54BzjrJUy4sEr
YCJhMrfFXJUvT1FZDIsLKFgaMKWcjAwMHGMHwfJ+CenU1Vd7dcXNxpqF5wxV6Yqy7XyeTlWB
AP8Az+fmyJOZX1gnFlrqBb2q3C2SLKVbbCrbQ5885Pxzgef+XRqgtratg3W+tp6OZYzuWpb0
kOxCx92ORheOMk5/fr5xLQDNlJsRJFkhVfhaKoioq6anMhAO5mcleP8AFhTnOM5/X564ZqOq
WcxXWNkaEk7VYjB+zbAB4AwMEDP69VhxFzl85q0CmbH6fdK2+qsdueJJFgnmXIwsjqoH91+O
P8v16JSazgqy1A9wpEWZyQI2k3bh424XIHGPj7/OeuHeNz89V002GJKXpLhHcIER7jTxzRES
yRsJDn/6vaQf8/GB0tJT6YViaW5CN8Es7I7HPO4ZxkAe3BA4PjnOe7xH6R7fdVkMHdKKU9DS
1Nlju0d4qKsbtrLKJcYBzwwj2o2MtjPPJx0JNHa663ys7Oyxy+pIsMczLGmcBiwi9q543Hj3
dVHfmw9vPNdbTYe6E50baI7jfYbfp/SVRV1syh9kVNVVDmAnJKxrBlkPywGP1HHRvW+nNS6d
1JVaivXbW62eKqfbFLPS10NPGQBgoWhVcePaf25645laCYt0/dSFEzMWRSt013RtNtF0ufb/
AFFBa+ZJKyotVdFAin/GXaEKBk+Scc9Ri3aJ7j1V0ektmgdS19QqrKLfR0VbKVjPhigiLBWy
CD4PwerG4XEAhhYZOVvnwItuFe2xB9fsi1+0L3DtMNLWaj0tqG0fiyyww19vrqaMkYHBkiUZ
xnOPHn9emVLo7WVtp573NBe2t8JIV46asel2bf8A8uEMfJb5Ofg4x0PVpVGONNzLjz6r4UXk
xJ/93nYLte0Hdi+24V1q7X6vqIHjDQyRWyuMbgg4ZD6JDD9sg8c8Z6BTdqNZ22OrjvNru8X4
LaKqCto6mFacNjZ6m5PYT8BsZ4wD1b2OIpjedTPWD1UIJydPn9lzRaGvl7t014orTW1MSERt
UejL6UZY4C7tuNxPxkH25APPThu3mrLJTVD3yw3ELSv6ctPNRyotExXK+oWUYBOcA8/bPVpZ
XIB3D1vzvMcjlz4FcDKgB3Cb9fshVZpmqNItS9hmkjaXYsxj2Q78D2hjwGK59pOfGfv11pHQ
l/u1aLZZNIXS51tQpaOhttF67qv/ANCZbbz58Zxk/HXCKroYAZOQv6KJYQJf9U1vem7rb7hU
WO4aZuFFURMTPS1EMaSxEnOSjYZc/qMnnpnaLdSW1op6yCSJQzFmnkg9pA/fIOMk4zweoEuH
cOfipOpkNyXVZJZa+mjp6WNMwjaJvVpmRvJ4yf3888Z6WgulPRxS0VTHAhm8mQ0g2+RnkcY+
+fnqYa8NP7qvcLkitrpI6drjLcW9LGFbdAgOCfI8AYH/AF6+09+qKWJqZJmVJ0CkI0CKVbgc
gcn7D5yOq3GTcK0guEE5cwmzR1FPWx1MFdI5UMqo08aqM/cqP18f5/boTObw9YKX+Z1aRkFi
VlG4j7jbgD/Xq6lukyoQTc/T7L4IrzOrNHXV0aDLIWWSaRccgA8Dn9MeAenLX+40qNAklVvR
MI7wzI7Fhnk55POf2H9uiN0PMR6hV7lQ5SmD2q8U0UcaR1lTHJL7nelnHu+eQefH+p+eh1zg
rLVGRUUZ9NkYoklJIQ3jyzHnP/THHXS4l2fquljxx9U2h0/aqmjFXNAiSPuUwx0rBAQB+pxx
8/vxk9cQUcY9eOSCMw4OF9JFZcc8jPjwfv56+DnONyo979JHokpLJa6uqDxmjRycgx+k+QTw
SSuV/byPv01pbSWrXif8JKiMMwFosqMn5x5OB/y8ebQ8gwV3ImR7IhdrJYhFG7VVFE27Mib/
AE3P2ziPGM/26KUtLMaWMi+RAbRwrSgDj/6OqKjyQAfZfM7PM/PIK6PqIq5aruXqiCjqEqPR
vVYzCp3CRi0zZHuGwEbvIIyM58DqoJaCOtuBp6RS+MtudVU7BxuDuc4z8n5wecDoalDWC2n0
Q5u4+KY1q1H4j8LbLhiJyFDoD5GCB5yc/fPz0609Z6i4SPLBKkeX9MyNHkLgcnBznjP6ePv1
cXNi65A0TaSkdalXklgZMFsCFWDZJBIUH9OfkdGLDp66y1Ip4XpJP/7tGCOAPdk+QM4PH/Pm
0loYCfdTa0GxKlcOj5J9hS50hLjad1ICwIH24/YYHSEGj6tZ5ZqWek2Yy8j0I35BIB3E5AOc
fr0GaoA180SxnA+gSy6NNRa2fFNP+GA2YpN5wQMAL9vnOf8AF+3Tm26RkpdlS0FNLG4B9JKM
pIwz7gCQTz4G7xjqs1BH7qfYnj6I7B22uckKSUtRBDBg7GejDckcgEEk/bPHj79K0vautoad
aCqa2zyVDKWm/CsFQZPs3Z3AfJH689c/MAGLz4Ko0XOyPoF6ifw5vpt7d90P4ck3ZTuLb6Gp
t1+uNwSoqaaLYVkMiiOZGPPrIVUqc/AHg46sb6YvoI0l9Kn0z6s7c1n8svV51Jb6yS+XgU+Y
q4ehKiRqjDPpohHB4LFz9sOBU3mh4JmB8+c1naldzXvoE/1T6/sFZuktD2yz9w9J3i2W2ngn
ptFLRCWnjWJzEJqYhAwGQo5IXOB1Wfc7UvebtnXUGrvq67o9prt28pbvEKugobZM9VTl2K00
uyZpAzRSmJ3KjIVGbwCOq6tUtd2jqkR6+M28iqKbW1HBsneOUcffyXf1Dn6wu4VgvN8+mXvP
261PpWsQQiwU1tWrrFppFCuglLyRTMRuIDKuQcY45t+m0/HRd47zdrZFSQV0mnKOlSs9I4XZ
UVewNjBKKSDtz44GOo03hzC9lXeaekc8s+vLkpFtEU/8ueYMcW8Blwm/HJUN3E+njvH9Qmrt
G9v/AKpPqF7Z6v0bT3P+a1WmbFbfwNXcJoIZCiJmaRmjySZACvs3AlhwKc+pr+JN9QfZ7vPe
ezXZbtZoOl0Tp2RrQlmutBKTU7BsdikZSONM8LEFIKjknPQdfGtw1IOo1N4E52ziwsY5+J1R
+DwTMeexpOIa0TfOSeQjxj1Vmfw+/qJ+r3udp2+90PqL1jp62du9NUbwrLTWn8HJNLGAzMHV
gqxQx4BCrgsyoPynqV/T13/sn1W9ru7esO/NptdHoeS7PbxQXYAIlqWliGatyOZCWLktnYWA
XAUdSoYmN0VHGSN7w5x5qjEYP8vUeaBndIHidMtDxSnYH6Pm+lLsfrftxBd6W6Wu6aop7tap
izPLJS+pRCITA5HqIY2GV4O0MAN2OrK1r2msnele6vbPVAqEoNXxUdLXTURCzqpo1G4bgRvG
0YJBxj9Ojnbre639P0+WVZrA1DXYNZjxBWHv4pPcP/y20fQfQV2W7QU9j0VRQ01fJW1h9Nax
gQ6tB/xLvyZJSSzyZHtAO61fpF/h6aP1D2N0hH3FpZqaxVdupb5U0enLvPSPf66oX1JDXBAN
8MA9JIEV+AZSeW6BZ/m13iqMtOX75phV38LhWOdB3r8ZkZHznqIhP/4x3YfTGu/phm7p/wAm
gbUWkqqmahr3YJK8MkqxPAZTyV94YAn8yjHk58lajRuq9xnlskPtOdzVi5j45UqOP+f7+Oqc
Y6m2oJz6I7ZTX1MOHRMEjOMv5+iSqdL6igjjhgs8cW4htv45SACvnGMDOD+3OeuaHt5rD8Wl
bS2lp433NiCqjLsAOQAR88DJ/TqsVGtbH0KPdSqMF2+v7J9qLTuppLTNb4tKybQ+xmNam5QT
55XjB6BJpW7W+QtW0U8gkGYz+PUjGCBjjg/P6Z6oDwLTfopU6VUCN31Sddoe6S0xeostzWGQ
bQ/4qMmceMhQPnjOcDOPv0xodD3KrpVp3sFWZDnMnrIVcEkZ5UcYI8f8+iqVYTZwXHsqZbvq
E0ptB3NoJYKiKaCTLRmCbazPjj78AZHHHn79I1GgrxZ6ZZ/5LWVP4jcipDBE5Qj2jkHnI+eM
jB6L7drjBIuqHMIP6T5qO1NJefTgaKxTpCScp+HMpyCQBw3+X7dN7jZmo/RrJ7bdEbaSXkgX
JPA43SHgfYZPH9urnBrQN058/wBlAtk/pPkPuu6S3UFbT+m6VcVK4Zy88eFzjwPfycq3H7Z+
3TuitC00v4YwXOIFBlkpmw4z/wAW7I8+Rnz1Q5xFl8ARPdPl+6dSQiOOSpFRdlMYyYzHKQxy
OM5Pxjycf59CFu9zrqmathjroVJKviSYKeRnAx9x98f59SZ3rkD0XZcMwU/opbdLUrPX6gua
RiNjJA6OpRmHGQRgqT5wcgDx11Hpu4LGqprclQOCZMk//o9Rc4DNsr7tS3OVbPf+umXuTqWg
e7QytUXauXcMq0a+s/jgbvB9xyQOB1Ul+trJXS0lLSFoZMO84bLSKDkDnkHnjz/bqFGAwEcE
K79R6rqX8bYLpCprYmDPlmn27M+Pz4JyCT/7dKWyluUrSVvqhVEu5Zg/pNtI4YccDOT+379W
TqVGBmnooJYqnZU3dJA3HrxnyfnwOCcfb/r1IrXZ5K2kWkprskbscPF6wG4gADHHkH4PnjPX
XuDGAkK6m0cUWtunq2mpo6mtqw+GR8ytuY/Afgftz8+Onc1iiipPWTUENOJBtEo4Xnx58A54
bj556DqvnIFFik4Gb/PBEKXRkauscV/p0j2czeupE3zxgDGMeP8A16dNp+70Uby1wo3ERxG2
73IGBB8ef/t0M6qHGCrG0yc5+eCM23Tl6FISbdS7JIxvkEgaVQDnjx5yfjpra6IQ1zmtrfXj
3BiXdNy8cc4+B/1x1Y3vtIYD5FWNw78wD5fstPaG+sGo0F9GlV9NNr0vXw31ruK2j1JTTiOK
mUVEdSG2hdwkV48DHBBznIx1L/p5/iFdx9MXPX+qO9n4zVlz1ZaYrbR1aTxQLSGJZljVowoC
xn8QWJQbsgnBJz1F2KqMcHimbCIv55IB2w3uZUcQd4kkGDkSDe2dlben/wCKpY7PqPT9Xeu0
N4WkobCaGsEM6GX190RDxjbtMf8ASI9xVsuOOOYHrT6mvoFmnprpZP4fj1NVFWrVTtLUJSoV
yTISYy2/PnYw2k+T13/ETUMPw88JE/RU0dibRwx/ynxxsfsiM38SLtP2s0bdLV9Kf0i02j7t
edii5zJCKV2G4K7pGuZWUFsKxABYk58E7J/Fo0/T6tqrzqbsLcZLdX2mOhlt8dfGZTKHlZ/c
yBDGRKVx+bjJPOBc/HYskO7E9O9/9fppzUnfh7GV3GpUqS85m/KNOR9FAfqN+oX6UNGXHTN3
+jLtTZtOauts8F0bU1qoBTJTD023Ubw8evw2184QAEAkno3XfX59NWuqZdfd2fojtd71hNS+
hLcYpIjDN7dpbc6lwvA8hnA4DHAPUKuOqteXGgSD/pjxjdj04c0QdmbRrNZXfV3amRP+mZiw
zHO3OyJ6d/iafT7buzlv7K6t+kCeSx0tGsE9lpKyN7e+07yAsy72Bf3ZclickknnqAa4/iB9
rKns1rfs12O+kePS9l1ZTehHLSXAbY5GURyySQAbSNiKFWMgZBLdSbjqr2x2Ec4Pp3ZHn91V
S2JjGuvUlu9NhnefkH0XHZD+JPr3QX08z9mr9Yob1LbzCbTd6urEYpqeOaN/RmXO5guzahUj
AODkKMyzuJ/FCrNbaW7kWuy9tnol1hQRU9Fcaa6AS2x0hELu5wpY49ybNp+/36odicUwbhok
gWyd/wDX5Gd19/6fqNqFzTact3mDHoQPBVh3j+uW5d8Ppui7Q92tCUuodW2ipRrbrppRE8MQ
x6hkQDLSui7CchH4YjcvPpb9MVHJH9Nmg45AdyaeoByCu7/Z0Pj/ANujMG+pUdNRpBAi838w
LoLa+CfgqDKbiYkxOgtZV5/EQv110r9KWoNReirrTy0waI+5ZFeZUK+DjhvP/LrzTg+oeCkr
LNdoO20UtVa6iikT1HYCcQeruQEAFFUyI0a4cApk546hia9SlVG60keP0RWxsJUxOFcWTmRk
ToOCRpO9FKsdsqKzQ5ets80E0EUMjRrKYqiOXDMB/TVY4xGNqkn1pWPJJZlR/UdpyazxWHWn
bz1YWuUVzqay13JqSrZ4VjiRI5druB6COrOzs7NIzk7ueqzjKpMObbgZE/B8KavwFYk3jqDl
8+6eVn1RWS+PT1+rLPf6srXmrmSK6xwMw/EyTho9ieyRt6wMwIUwIUHLZVtbvqnobzbLjZK/
TVfUVIr4a6ouBlhD17JUVMzCdVQRhX9dVwoIAQYXGMcONsQRkOP7ZqA2e/Obf/68svHrPGUS
vP1Mw6lmrGru2Nvqfx8ZzP8AiRuikWCujjdJHV3yprEyGYhxDt9o9PZGtTfUFYLhfNN36r7b
01FT6cuQr5IaYxMbqplkkKThk2kokgjjOAFUv7SSGHKW0i5u5F+vz51Vf5Wo0wKmnPh588hd
MNOd+rLp/TMNn1f2wpZtlEKQVVc0cUdUn9MiPGCFj9mWb8xdpDtLMHDG/d7dH32S9G00M0cd
zrIq10opqcLU4hETQzb0kAgDBpFRCSC2MghWQn/EL7sW6/PkqHY1Q6z5HU/QJ3qb6ie0eoKv
UcWqu2FLcoLvU1dVTSvFTwz20yUskMKo2XDLH6xYjcoLLGQEKDqK3n6keyJ1Vfdb6Y7IUEdL
caCCh/kiVdHPHEYGkRDuVFXDRCm3+wkvG5IdmEilUsYXXv5+5hVnD4g2LxHjy5cj5pWD6h+3
cd5u14ptFM1VehQxpA8tLLDVwRMpnNRHtGJ5toX1EGURnCjc24Q/UtFpGs1TdLnZbdXxUFdV
TTmCUxQPTmRy20pEfTCgtgbeCAPHwLXrlzQ0kzz/AIVlOlUpzvx/EDVCUP4NP9pudSqnhWp3
LCNt3tB++cc/PQ+K1F6yQy1pUBmIklZwrnGfAwOPk/3weqgReQulsZhOaGguU1EsDwspDly8
QYEZPOGP9uPtj9+uwgjARLvdMLwNqtjro7xIAnqpi+ikXfK1yQ92tZzxXSmCyXGqldXidpGx
M2cncCW/UccDx1Xr1lbTmf8AFWemqlEeHNWrYjBORhBjaQcDIPOfHVjO9TbPAJe4EuMcV9an
p6uo2zU/rioKtiHKellf8PyQQDjPj7eOnVstkrIi/gJzDvX3gFNo25+Cc8c45/v46+uMyptB
WiPpj+lO09y4LbrvV9NfpbNVVktpobZpyKM3HVVeF3ikpdylURFIM1S6lYQRn3EY9WPpO+iP
SHbXRqS677CdtLdcpJvViorLQ/j3o4to2xzVtQHeomB3FpBtXJwowM9MMMalFu8LHjre8cgB
E6kkD+lL9o4p9Nu5SeR014ydB0zM8FeC6F0nSk+louzq4OECUUQ4GOPycft1+fQ+kBF6U2k7
Yqg+1zRRYY//AJvj9Oru3qHNx8ykPbVIu4+ZXdNonRRRmTR1oBAwC1uiH/8Az1+n0PpKP3jQ
toaQj2f7DEMH99vHUTWqTdx81MVXx+o+ZTul0HpGnjEK6VtamT3NJ+Dj8/8A5vXT6OsESFVs
FAo8jFNH5/y6721T+4+a72tT+4+ZXNJpuyKfTNpo0dSQwSFOT9/HnHSgttqppiYrbCpHG0RA
Bv8ATHXO2qf3HzK72j+J8yl4IqD8wtq+3yFRR/06VW30LOJlgiI8AIowf9OudpU/uPmVAvdO
Z8yuTQwmQlKSMDJH5Bgn/LpJbVRhmVIozkklWQcZ/t1ztH/3HzKkHO4nzXxrNRldyUsRIG0H
YP8A066itdJToY/QhDMfJjX/ANOuF7/7j5rpe6Mz5pRbdR+kWNLC488oB/065Fps706lbdF+
XHtQD/Xroq1OJ81Alx1Pmkv/AA9aalgf5bSIq/Hopz+njpRrJp4YR7NQ7scD8MnP+nXTVqf3
HzKlvuj9R80mmnrMql5bPRFs/wD5BSR/fHTsRQCIqoXx48Y6iXud+pxPiuOcXZlNKukiWDHp
idNwJSQAg8/Y8Y6+LabJIyztZ6LcRjmnTP7eOuNc5lmmPFfB5GRTep0zYZ2LtZqIg49ppo+P
77fnpIdtO27t/W7e2B3I8m2wZP8A+h1IVqoNnnzKsbWqNFnHzKRl7VdtQ4mTQFgQrzuW10+f
3zs46/Q9uu3yuSmhLIxA4zb4APv/AMHUX1qpuXHzKl+Yrf3nzK5ftz26eVpW0BYju5bNsgPP
3zs65m7c9s6lFaXt7p8HxlrZAQP/AND9Ovm1qovvFd/M1/73eZTWo7SdrK0bKrtzp6cMcmOa
108gPP6p+n+nSM3Z3s7n0W7RaUweMGzUuD84/wB3/fqYxVcCA8+ZU/zmJGVR3/I/dIydpOzM
U3rp2h0qrnj1Es1LnGMf/k/HSX/k32gkUxJ2h0psckuosdIFbj5Hp8+Ovjiq3958yonF4hxk
1HeZQ28dhezdRbpqaHs5o4MVZQHsVKVyR8gR5Iz55GevLP69Pol1h2d0Jb+7+stN6atFZV3q
e01tFopjDbLgPT9WCuipySaZmCyo8QJXKIwC7j1TiHGpSLnmY4/Q/ROdjYovrilWe4zxMjI+
Ry8J5LJ1QkAzR0UqiRDveNMFicj9/wBCAD556b1dDbKl1q6mcxiPKh/TyZSfjaBjznj9iele
84GVrXYUzN19paG23GNY5KQeqHKI6llI/bnk85z0eodG2+KihjFZU+1FHEgPx98dVvqhjoVV
TD9mId7Ij3/syx91L7FZLUPxFdcqmUSrSNh/6rHIfnOQOT446gVHp6vuFYtNUQbXJyqGJiD8
j2lf+Ijk/p4x0WP+20nOEhAMkhO6vR15hrkeWsqaeMMS0MUUmHJzkglPuP8Ar1ItIaWutwqD
R0tPO6wgMHeOQmQgcKMR/OV//Nz8dUucHQr2Uy4TC9zPp6+lDtZ2eptK3qyxTtc7BpiKwUqz
sBHSxM/rVLogHtlnlYmR8kttUeBgnfqK+o7RX0t9s5e5GqbVV1KfiEpae3W/Bkq5n3EKCeFG
FZix8AeCcDppinigxzgMvv8AU+SyNIPx9ZrW5mB891mqs/jPWScBouwFxBH/AAXiN/8AnD+o
z+46WX+MFpYUs1RJ2Hrt6gAxrd0yw8kj+j45/wBPjpIdr1GHvUx5n/6p8z8LYl39Y8imkP8A
Ga0TLWGkXsZd152F57vGuD+uIj84/t8cdPF/jHaf/E7W7F3UMnCpBdYpBIP3EX6fr1KptZzf
/wCMf8v/ABU//SOLBgvHk5Ol/jBWamRZ5vp7vQVvg3SFgQfGcR/p/oenUn8YjSMcXq/+RN1Z
CRgi4oOD/wD6/H6/p1SNsVjlTH/I/wD1VrPwhiXiRUHkVxF/F90pJUmNOwd6BlGTGtyjwu3P
IIi5OMdNpf4xOjGmMafT/f3wcBFuEfnOOD6fP/Prn+NPJ/7Y/wCX/irB+DcVf/MHkUSs38WS
z3zUVJpi1fTXqKqrLjOkENJT18cjTSM20IoEfJLHxkY+cc9aZ7d93tP9yLdcZbPHLDNZ6kUN
cYkaSCOpVAZIopwoSf0ydjNHkBgR56ZYHGnGCd2PGeugiLeaUbT2HW2XDnuB8xHDPj9CqB7q
/wATak7P6vuugdafTvfaS4W+YxMqV8cglBAKyLhCCrKQQfHPnoAn8XPRUW1k7E3vc+ciW4Ip
yfgZj5/9ugcRtSvQeWOpixj9f/imFL8K4irTFVlQFpuDDvsu5f4wWkULBeweoGI2giKvQ+44
4z6ePnjnnpn/APjCaJLgxdi787KDlHuEY2njH/ws8/tx1V/jNUCXUx/y/wDFT/8ASWKH9Y8n
fZfF/jEaSedYKn6fNRR453C4RYPyRxFyefHJ6+f/AIwej/SX0uwl/Kr7d0lwjBJ8/l9LOeM/
t1z/AB0zHZj/AJfsqx+FMUBBePJ32XTfxiNBUbBqrspfFkUZkje4RjaMc5/pnGD/ANOlKT+M
doWr2g9ir6RKdqbbhGxbz8elx/8Abqxu2K5G92Q/5f8Aiu/+kcVH6x5O+yeJ/F40BUwEwdjd
RHeSFRK6H3H/APM+/HP361No/V8Ot9IWvV9NRy00d1o4qwU8pHqQiRFcKccEjdg4+R0dgcc7
GOcHNiOc/QJXtPZFXZbWuqOBmcp06hRzv93ztv09dr6zubetP1l1igqIaZaGikVJJWlcIOWy
BjOT+3Wbbh/GK7eU9xipp+y2pIY//iM9XBjwefy8YIHUMZtE4SsKTWzInOPoVbs7YVXadE1q
bgBMXn6BcT/xoey0Huqu1V/j9TPtFbT8EfGMZyc/r18h/jM9qI7h+HPZLVDEg+/8bTZ/bbjP
9v16HG1a0SaX/u/8Uwd+EsWB+tvr9ku/8ZjtQUb1OyeqXBH+7iraUt/kSOOeudOfxje2eq79
QaPsH08a5qrjc51pKWmp5qN3nlYhURRvGSWIA+PkkDr6ltR1Q7op34b37KD/AML4ljC9z2wO
v2WmNBd2tE9zLFX3XQ15guTWqpehrYKCcOKerjUF6f1hiNmUkKWVimc88HrN2sf4vfbHQeor
lo7WfYHX9pudqmanno6o0LNFIDjBxNz8EEcEEEZGD0fiMQaDBUAkHnCVYXZtXFucxpALcwbF
BX/jg/TbTq7v2z1tGA2CWSjBbGORmbx0St38Z76cbtAKyHt3rZ1xkFYqQgj7/wC/5H/fz0LU
2m6mJNL1H2RP+AYkXlvmhlX/ABpvphGKT/wRrhysnkUlKc8fH9f/AJ/br7H/ABpvpkeA/h+3
mu5lH55Pw1Iigjgeaj567/iVpNM+YVjPw3jDclvn+yH1v8bn6W45DTDQmvRIqFvZSUx8eR/v
/wDXrHH1yfXTqD61LxbLfadOCy6SsXqNR26eUyVFTPIArzTso252AqqLwoLHLE56+fjHPbAb
Hkmuy9g18JiBXrRA5nUdFmtrNWRFYZIqbZDJgkvtbP8AmMEZ5/69Li2SmYxoItxGC8wYEKOA
w/UdVb4BzWneHOuGjzSl4W4m2IsDyiMycRK5Zf0IH5R4/bnnp7QxXFqGFjSXAZReFY4HHxz1
AgEISoy0FgHip33hs94u2qLwhsta8MlfPGjQrMWUrM/5V+Dn78Anx46iE2n7LSMhntlXuK4L
NNMro+4kAnOec4wSef166x5bSEwk7KDXOPXijS2GlMDzW2Wsp6XhGo5qyXkfGVBPzx5zg9Ft
B0FK2rKBaatqBuqYAQ1U5OPUXGOcEjx4+Ohw4F+Q8kYML3CY917vWyjj8bRwTgc5PJ6ivfr6
b+3n1I6UpdHdyBcGo6OrFZC9tqjTyxyBGX82CCNrN7SMePt1pnta8FrxIXnmGrOw1QVWZjis
8dzP4Q/auexVNT2h1rqS3XoIWiS71gq6eY+djEqrJu8bskDPIx1UXYD+G5c+4upJrF3o15Pp
Wdqb8e+mqOnMlz/DGT01kkkOY4AzAhQdzsASFAyeldXZVA1mvA3W8OY4agESSTlHRbDC/iFp
wz6j2AvboCYI43NgNeojNaAP8Jv6So6A0QTVpl24FQb2/qZx52hNv+nVLfUB/Ct1v2wopdcd
gdYT3+jpVMsllro9tyhUfmaJk9suB5XarnnAbqzFbMoVqZ7Fu64ZQTfkZ9/g+2b+JjUriljm
jcdaRIjre4466rMlNbqmpCioqhKEAX033KYwBg5z9hkf5/v1efbf6JYrm9tk1xb7rPcrnAtV
QaMsYBuVRAcYqJnkPo0cBIwry5ZsEhes9gcP27zIsNLCSZgTpYEk6NBK1+0MTS2fSBYIJykm
BGZPIcrkwBcrUmn/AOGD9MpsVLNe9B3uG5GnUzrHqCWUwvgFkDgKjAH5CjOPHVa97f4Tsa2e
W59hNTzS1IDH+U3mYlplz/8ADmGFD/beuP160WJ2Xh6tPdptDXDUTfrJPnmsbg/xXWbiIxcF
hOgIIHHP9+ap76HdGyWX6vtLWu/0ssNdb62oBopQ5aOVIZFwyk+wqRzkeRjr0xoKClo9tPR0
UdMnkQwIAgJOTwOBkkk/c5PnofYu8MM4H+4/RU/i9zfzzQzLdB9Sq87z/Rp2A796ni1j3M0l
U1VyhpkpVqqatnp90aMxUFUYBiCzYJ55/brLf1l/w9tE9ptB1XdHs9VXEUVAyCvtFwrJJysb
MEEkch54ZhlWz5yPkdE7QwlGtQc/dAcBMjO3HQ/Cvth7br069LC1TLLAcRwug/07/wAOWi7n
f0O62tv5RU00NNcptNWqaR62KGUOYvXdvZEXALBfc+OSFBHV7S/wo/pOagalprbqiOVlC/iG
vUrkDHJ2kFSfnkY6ow2y8O2jFUbx10g8gPfVEbS/E2IpYkswtmjUzedc7CMtYWePqq/ht6v7
K6dqtdaF1DJf9PUis9WgRoauhjPBdkXIkQfLoQQOcAZIzHcbBcKxnioZakpLJJtpEkYtMxYb
UA5OfdwPnH69IMbgzgq4Zm05cenUfZaXZWMp7Sw/btJBFiN42P25rQvZH6D75dryun9S6Zud
/wBQwMn8ztNLdBRW2xE4YJW1pV2efad34enRipI3MOANc1v8M/6Rbnamt1LoW60UnINXRXap
EhLeTlmIP+WOtHgsDQa09pTa4cTMnjGgHCLkXJggDN7T/EWIw9UDCvgcDe2kk8ReBECLzKzn
9Rn8OC9djLNcO6XbC93LUNooIWmqbTWgPVU6qv8AvMgBZEGMtgBgBnBGcbe7J0jN2X0orBmz
ZaIkyEsxP4ePJ67h8E3CYh5Z+kgRy+/2jWUDtvaLdp4WjXH6pIIkm8D3lVL/ABLoyn0mXiSC
cxn8fQ+6Niu0er8fr1m/6PvousOv7Bp3uF3R7eVuqKXUtXUYhkuL0lDa6OI7DLLtHqTTyyZE
cWQAEYkjoethxXx4LmgwAb5Z/vMaxGqL2bjXYDY5qU3bri4gHMfpnLiYgdUc+vD+G72+0D2/
qe9HZOlqbfDatj3CwPUPPB6JIHqxFssuwkEqSQQSeMc4horTHUV0kUl1ko44om9OZMzB5FB2
q2cYBxnd8Y8dC4+lTw9WWiGkTAyngPdanYe0am08IKlQnfBgxaefkVtX6Sv4e1orKXT1T3p7
Q12oI73bWu1VcKu4SUVDa43JFPAkaYknqn4kfJVI0ZfLdWPpz+HZo3sd9V2ku9HaClrksFPJ
VC4Wism9b8BJ+GkEM0cpG4qWbaVYkqxXBweGVLBMpMaN0BwgzedCZ04wNBGsrLY7b9WpUq0d
+WOa4dDeL6zaevJaW0/pazaastPZNLWGmt9FSBlgpKKJYIoASSQqKMDJJPA5JJ+evMT+K7bz
S/VvdK+lpolja10Bkyigl/TPuY+cYC/Px565tEg0r8Qg/wAOFz8a4ucZIN/EKQ/S9/DZpNZ3
DTGp+/farUssOp4pasR2qpWip7PTIg9OarmYGR5p2ddlPHghCXZuCoYfxAf4emnfpp03R9xO
1FyuM+nZ5/wVbQXJ1kmoHZSY2WXaN0bbCvOCrY5IPX1bAtbhu8O8BMyb8oyHAeeqaUtsvqY0
YbeBYcjrN88heOGRCrD6a/ofun1B3K1R1+uLTpm13ieSlpKmtRpam6PApaZaaAY37B+d2YRq
cDJb29a/01/Bf+lmxw5r9Y62rquMAvMtZBAu77iJYSP8yfPVWDwtKpTLq0knSSI+AzwHWVza
H4hrYKr2VEA8z9IjhnxVQfUx/Bt1LpyyVesexmrpNUpBumew3OlWKvYDlvRdDskPGdhVCfjJ
46xW1lqLLUmSqlj3yhkFPCnujKNghl4KnyMED7cdDY3DNwxBpyQcp05fbineydqDalGcnCxE
Ze1jHnKB1lGlx/p0XrNUIwUwtHtPnHn5/t0+NHHCiUH8tSmnY4WWNlwuBnnH+I/B6HLiIEpw
6m42kT0/dD7hBbqaJC8sGSThY4dhB+5wQP8APgnx0WoLzTfgYfSBKemu0qTgjHXN6c0HiKLy
Jt5KWd0LFdNQavu9NEtwrKGGskU+vUyIyMHwVG18Ih8ADjxkeeotWaZpI7tEkc/tMKsFlnkf
k+AWLckYH6fI89WMqQ0AcOSRUaTATISkNjq1rzVxW92wwD7Z5NrsBzwTzj9f06lulrS9zvtD
WVFM0SevGQlRJLtl/qKPORu/QfoOqu074umJoUw2SNF7o2sSLH6AYZ8AD7Z6ZdwO6HbntZYY
9Q9xdW0dmoJJRAtTXyFVZyCQuQCScKx8fB60taq2gw1KhgBeXUabqpDGCSVUnc/+JB9MGgtO
z3PTet49U3CNSKez2VXDTPjgNKyhEXPliT+gJ46sjtH3n7b97dGUuv8At9c6WqStjUzwKyme
lcDmKZR7lZcke74ORweQ8LtOjiahp0zaMzaeOfzyR+J2VisHQGIqtgEx9p66IdWfVN9PFP3B
p+1Vb3RtI1BVS+gtDTsZE3+BE0oGxXP/AAls5489TyNJXISOIogGX3nJ/TH7dE4fE0sSCaRm
DHzj1Q2IwlbDBvbtjeEidQsp6k+ivSl9+vemuklpifT09D/4nqqFgRDLUpL6fplRxsabY5X9
x460f2q7SUnbe0VlTV1cVffr1UmvvF5ZCprZ2PnnJWNFwkaeFVR8kk/Yeg2kXOHE+sfb3Tba
u0XYilSp/wClsnnefM7p6hd3/vb2h0dqym0DqzX1rorvcdojoJpMM+7hcnBC7vA3EZ6k5njk
QiOJlUEqwAweDjx1KliaVdz2UzJaYPz5kUmfQqUmtfUEBwkcws/d0OxFmt31mdv+/dhpjFVX
KSpt9wVSQkki0cpjkIP+IoGUnHPpr9ur92SlVyRj4x1ykzcc/mZ9B9UZja5xDaLjmGx5OIHp
ChXdH6k+y3Za+U2me4utorbXVUIqEgkhlkZkLFQx2IQAWUj+3Wb/AKvfrx7b6y0R/wCX3a2C
W8Q1VTBJXV88TQwtDHMkhhTeAxLFApJAAAIGSeFW0Nq06e/Qpg72WVhxvr6+SZ7H2Hi8VWp1
y2GZz04eK0/257gaL7kWZdb6PmppaWuUTtLDy2cYxJ8hlA2kN4x9uh9i+ovsVee5P/ldae6F
tqb9kotvhYuruASUWQDYzgAkqrE8H7dGnaOHcGOLv15a/Iy5WSduCxDi9rWk7gl3IBTi4R0l
XGKeWONlcYMbjIYeMEfIOeesSdnvpK03p76+9W0lMssFt0lT/wA1tB90iwS1Cj0DtJw3pF2K
gjGYk+3XcXSFR9I8HfSfoEw2ViewoYlv+njrIH/7Faw7UdqdLdqNBW7QOmFllgpQzPVVbl6i
umc7pJ5W8tJI7MzE/f7AdRvTv1h/Tvfe4VX2otncOFLjTSGnWSeJo6WWUEho4529rMCMY4yf
BPX2JxdHBFjalgbch14AfLTATMPiMealWm2Yufmv8o3337raC7Q9sLvqbWN2g2NSSpBQM4Ml
fK0bBYY0zlixOP0GSSAM9PeyaRxdn9JK0RXFmolCFi2AKeP56nTxNOrWNOmZge/8KDqLxhhV
ORNvAX91UH8TunNb9J93EGR/+0aHw5XB9b/vzx1Ef4WXdii1V2nq+1t0kcV+k590SyjmSllY
kY/+iTcpP2Zfv0FUq7m0WtOrfv8AZOm4btdgmoM2vn0A+q07qOy2fVen6zTd5t5qKG4wPTTw
tyHSRSrDn9CevLHtX9IdVdfrYj+nXUlFP6FnuUktzqHJPqUcJEm8HGMSJsH7yjz1djaJqmme
fv8Awifw5i/y9HEicm7w8J+4XquGo6OnWZWEaNwAgIC/YfsP+nVa61750Nl+pvSH0/2u4q8t
zoK27XLavKRpERBHnB5Zw7+c4jH36IrHcjmQPMrN4Wj27nDg0nyH3hWUssaplBgec/p1l7XH
0bQ96/roqu9Xc+IHSVnt9vNDQSyLtvFUiHgr59GNsFs/mbavI3dSdTFSJyF0RgcUMJ2jwblp
A6kj+VpeZhA4ExHHxnPPWA/4tf1Y6du3p/TNpGpSoaiq46u8XBDuEM6BtlMvBBZd+9/sdq+Q
3Q2Oq7lIt1Nvur9h4U4nGNjJt/LL1V1fw2O4nanuD9M+lbfZIaFtQ6Uo5LTWwemhrKYmQuWy
AGEUvtfIAVj55HVndz/qc+njszfqHS/c3u7Y7JdbgQIqKuqsSIG4VpFGTGmf8T7R+vz1a3F0
+xbUc62X7IfE4TEVMXUoAFzgTbWJJnxzS1V3dsd/ttImi7BcLjXXYk0FJVI1BHVwhSxqFmkU
r6IAyDgk7k9vuB687f4r3aHSeke51j72ac0zJRya2pJXraJ9n9Ctp3WOXJTIZmDqWPgsCwPu
PXcbRmgd758vqnmwab8JjBT3hLgQQL5Sc8s2kclkSvgqUkE0dVC+5QzDPHPI5xkfuOlTTXFh
Cae5RshwwdMt4/Xxu/QH4/yz43eC9BaCBJPoF3dDYqqeObfDEZExK0m7O4Ajkg/P2/cn4HRa
hk0hBQwwTWfLoiqxE2eQP36kCSl+N7RjQCfRWZHS0KUV/u94o6smsu1URU0wMYWMSfkLlSuN
zEnOfHn46h1FpSCpqaqvt0sQjpQr7pFEvk8gEYx9z/zweh5hoMJdh2lrnOItKe/g9PUtveWa
mEjZICPEFhA/sfGf18/6pWKuqf5xT0iVEaIJ4l9ucsfUX9fOPkc8dcpTvieKY7ksJIXuDFVf
hYtoEfrDOxVPk5848/8AfnrMP8WaruU3012eSSmijqRfYiUXJDYhm4H64+P0PWq2gA7Cvvde
Y7CDv8RpDRedVNWVNWyLVusu9CEjbJP7Lj/r1ZfZv6fO4+tqD/xNU3i26asNfUrb4r/fap6a
KrlJCiGIAGWocE4KxowGDkjHWOpYQYpxpmw1JuBfhrJyAuTC9cr1qeDo9pUBOgGpPADX2ELb
/Yf+GF247X3Kg1BrjVNw1DcKGVKiOGI/haOOVHDKQgzI4Dc4LAHHI+OtTRGRghng2En5O7Jz
+nWwwuEpYJnZ0vE8fp5eua8p2xtd+2K/aubAGQ+54qOSwqnemC4xxjIsEkWck5Bq0P7fHUnl
jhZlqAA7Rgj1MnAz5/5Dollktqne3egXnJ9YCTz/AFU6tkcSFTW7BhyVVRFHjj74B/y69E7c
ClIjhGYsikkOcH2jpLsr/v1+v1K1P4kEYTB/7fo1ANcQrNqXSB5Rhd3Ylcnn8FVcH9Ofn9Op
MD6iMpwB8Nn56bsuXdfoFln2azp9SsO/xJ7TWVnfG1yy7lhWzIizAncH9SXAxnOMkfpyM9Zp
e2LCjTPsDBR5YhgBjIP35/X4HjrD7TH/AFT+q9X2I4f4fSA4Kxu0vYHuLr2ko5hqSisNnvtW
Kekut/qHi/HyflZIYE98xHgkAoMcsOtX/T5/D57a9oNQUGuLtqW63u8WyT1qWWVxT0tK+CMp
CvLeT+dj5zjppsnY1IP7etdwjugZaiTqdY0tOcJDt7bgw7XYbDNu6QXacDHHgTpkFoHZFTwb
RKXIBLNg7v7dZ8g7lWTRf8Q6v0tcS0MeqdM0UETv/inQu6DnGCVDL984HTrFvFLs3E/1D1kL
K7PpGs2s0f2E+RB+i0HTtDKhxh3HJyuOfj9+st94f4YGjNV3ev1H2u1w9hqLg8kz26vp/wAT
SF3LM3Ksrqu5s492OMdTxmBo4+n2daRzGYPjmOSt2PtZ2yqpdu7zTmPqPVZP+ob6cu4vYC5f
y3uhbhUR1oMdBeYZDLTVAUEsA2MqcDJQ8gf/AJ3XpX2NYN2Y0iYshBZKLGz/APx0/v0p2Rgn
4DEVKLotERkRx+ZdU8/E2Ip4vCUK9H9Lpj0+sqnv4nNQzfSpcIoJsSC6UJyCOf6h4P7jrDv0
Xd+Y+x/1D6f1Fd61DbqycWyvnmYAmCY7c5P/AOTcI2Cc4Q+OqtpVAzGsdwg+pRexMP8AmdiV
qWp3o6wI9V60+tTSAxpguvG4ZP8A9+oxb+0eiLb3Xuneuntu2/3e2wWqoqC+U9GJ2cYXH5jl
QTnkRpxx1oxCw1Ks6k1wb/UIPSQfojOo77YNN2arvN9q/Qo6OGSoqJmOBFEilmY/sqk9eef0
g95rl9Qv8Q9+6M4khW8QVzQwSyYaCAQERR7T5xGgBwMZz9+lmPdNWjT5ynuxcODhMXiDoyPO
/wBF6GRUsSKxeRnP3/v0jPBR78pAjM2edvPj/wB+mTVnXcFn/wDiD/VHqb6ZezkTaKt8sd81
JM9BRXX80Vuwm55cnzLtI2Kc85Y8Jg+R12uFxuVRJUVFXFOWkZ3kqsu8hbJLE5J3MTkknn/P
pJtFzjX3XZAW+engt9+GMK2lhjWObj7SPupf2q7c90+4VRU1vbQTUcdqjElXfZ60W6itsZPB
mrGKpEhxkAklvhW8da/7Kfwg7Vqy2UWu+9ffQ3GO5IlWINHkyJVoy5VjVzLl8qR7hHnB89cw
ez2VH79W2sakcSdB1udOKK2ttdmzJ7NsvNp04wT9OHVa80pc7no2ik0zbNGww2KysKGCC0Tm
WspYI0URytCVwwZPcBGWYA/lY5HWPv4pVnt1h7C9qxJFL6q19cS8quJXkkiEjuc85d23nOOT
nAHHTfGg/l3Rqs9sRobjmbjpkzfOdx3peQfNYJucljilNa9PI3gtJncxJ8ggHP8Ar+w6EvXV
1TK0MVK7xMQdjKF3H/Ln9/26zzQc3L01jDuy5LXD8fTSw09ZTQIwUHBJVc/f4znovTaReamj
l2zjcoOB6WBx+/XyW48ANB5q/e4ulLBQaagoKCMU2K6qqY6eKsl3NukPLqX9wfjnwMAc8Yrt
NPaZ9QtIhRgi+nGtTNhMY8ruGRxnPJyB0JVfugQPQJVgqIqNJi8nxuh98o7RerjFRR0qtHGo
DOk8wGR8ZLZOf7ef26eWPStHYq6hjaqlL/iYv6vqsVGHHHkfc8k8fv1GnW3HgD6Jm7DtFPdP
ufuvcK2URWiO2URkgchOfP69Zd/i0UqVH06W1amYsI9QU7cMAV/ozckkZ5PGf261m0DGHeZX
mOw2720KQPFY9+jX6eKH6gu8dNpa7UlW1pt8ElxutPSSFXkhj/8Ago2QFaV2VASfDseOvSHs
j2Do9OmHufrew0q6uqadYI4ogDBpuk4MdvpFHtjSNcBmUbnfcSSMDoLZFIiiKvEn7A+He81p
PxTjRSqflmG8Djkc/QNHQnipNqTvt2k0Rqmh0NqTuDbqe9XCVaeK0xMZKjc7ALuRASgJI5bA
+epi0jrHsBDfA3f9emFKvTrlzaZndMHr9VjqmGq0WtfUaQHXE6jigCB37txf0huNiJyvn/8A
e1zx9v8A06lD4aJn9QqcHOc4/wAur2HMqLxkvN76vbJZbh9Uurqp6YtMtwG/c8iZPppkhsgY
5+Mf9T6NUBiNLAsa8bR8H/hHSXZLi6tXHP6laj8RsjCYM/6fo1Adc0EM+r9FyOM+ldJWHJ9p
/BVIzx58nzxz+3UlmdhH/SK8cn/vHTpmbhz+gWWqfpZ0+pWFf4k1FHVd8qKoenkObRTqHE8i
DO+b24Bxk884yeq0+mLsJYO8fcaSG42WrudustNLcqu1QV0hNWVwEpg24Kplk2g/AGfnPWPq
NNXaZpwM/a+fgvTMLWGE2I2uLENz4HIeRW7ey3ZuHSR/8wdV0UMmr7rTolZUB2aC3oB7aKlQ
8QwRrhcIF3FdzZ6MXTvX2lt+t6btlVa8onv9bJ6KWmB/WmVsE7XCghOB4bHWnfiKeBpsbVdc
kDqTnYcSST1K88qtq4+s51IEho8mjj4Z8T1UskSRolKoWDfDHB687f4l+KD6o4a/+X3CKo/l
dGyVNvqpI3UgvjaqENkYB4+3nx0v24XDDANFyRz4p3+FWNqY8tdlun6Kx/pu/iVw0tgpNI97
6Zq+vpUCPfbcmyeQDjfNTMQd3GSyHnzt61J287v9uu7lqe6dvtZUlySHCzLFkSwkjjfGwDLk
ZxkYPwT1Xs3a3bVPyuIaW1Bx1+x48cxwA22dhVtlu323Zx4cj9DlzXPdvtTpbvN2/unbrVdG
0lDdIDEXjO2SCTHtlQ/DKcEEfqPk9Pe3ej6jRXb6yaLqq4TtabfBQvU+4+oY41Qtzzglc4PT
stBdv65JS6u40BhzkDI8RB9gqO/iZ2yE/SxcjFE7k3KjBAcgld7Z5+OvMK7aYilq4xSTVbnJ
JkMjAf8A0s33/wDQfr1lds1BTxQ6D6r0X8Jt38Abn9R15Beqf0Fd6Ze9f07WetuNxM92sIFp
uT+pvd5IlAR2Pzvj2Nn77urlkjdMSBiuAS27AyOtFg6na0Gv5LAbQw4wuKqUNASPCbeizL/F
M72Ufbr6fk7cUtxJuWtJTSlVcIy0iENM2fsx2J8Z3HrJf8Mm31Fv+sewVNZWe5qKuX2yAgg0
7eOOAMDjPn/VRia849jRe4HzzWu2bhTT2DWqTG8HHyEfRepEcknu9WI4HAb83HX0AuwkzhSO
Puf/AG6fLCkXUA+pvsDY/qR7PXftdfZEi/Fp6lFcSuTQ1SZMUw4+CcH7qzD568jtO/TD3I1Z
3rpOw9YIbdep7kLXPBPkGKXdsbGB4QBnz8qM8ZHS7aDAXU3cTHnl9Vs/w5jG0sNVa9x7netw
i/t6r0R7B/R5p6nqop9aaKePTGlqx6LTGkbpAnoh4yVkvVXGRiarndSyFyQke3aBx1dncXvD
2h7J2Zbr3a7k2DTdLsLRSXWqWFpgPJRM73//AIVPRhLcM0l9uPzWBACz2LqVtoYgUqcuOkXk
6nxPpGgCF67qLfQWs64pq7WRt9Uqyfi7HdGjhQShdjBZHCKjbhggYBPIHWO/4tNpusnbnRdF
c6O+RIbtUyfjdTXOKvmYtAm5NqMwjVc44PJ8Z89fYsj8s51vWU2/D/fxdLeLRmLN71gdYjmZ
WC7rZrhTzpuneaVMFpGUeov2OfIAB+eeR09orbV1kRkg2yKh/KowmCMke45zwOf7c9ZUvAXp
e64Ad70CY6lqbndKYGp3ER4wJI8kqBgAfbJGf1+3UqptK9xnp43LScqD4J+PvjnqTCNUt2iA
WNBdrwV+6t/nty7bVlVa71ap6elraujkeoGJYgshK4I+McA5HjHPVL3CGnqHjWhnkq1UkPIW
4c4+E2/Geecfv0M90AGb+1kHs1jd5wGhK7mo6xSTWwRwkOAsznJbA+fknwOefHT2z3KWnroK
mGJSYpULBgTgg5wMD9DyOhmmXAApq8AsIC9qLXLVT0aP6KNEwVl3vxzz8Z6zf/Fal9P6aKGV
Ih6hv1McYySPSmGeOtxtC2Gf0XlOwRO0qIH9yq3+EZUU02r9Y0q0oEqWymKkeSnrMGOM8clP
7HreyLBHEqCcKwwSfOCPnHjofZX/AOG0Tx9yi/xSN3atQf7f/iFhXTP0od1tEd9o9f8AdOjF
v0/Ybs16uer6uZWhqkST1AUOS7PI2F2gbgWwefO66CRKyCKsWQ7ZVDBHQowzyMgjIP6EceD1
DZODdgabqdT9RM+GQ84JjPirPxLjqOPfSqYe7Q2J55x4CEICxHuxHCz7ZBYiQR5AFUo/y6kF
TLTIVZt2484T5/XHTRmRWfeIIXnr9VVRCPqV1aZ4IZAbmMB2IIGyPgHGMnP6/PXoVRT0sMCP
EgQbQM58cfPSLYxmviBz+pWp/EY/6TB/7fo1QjvBqaCw3nQ9VViOOKrvppZd/G0yUs6Af/nF
R/3nqaRzKyFTuAC5GePt8D/LHTim+ar2cCPYLMVGf5dN/EH3Kzt9Z/0W6/7+ayt+vu3+obcj
xUYo6mgucrxD2szLIjqp59xBBA8DB6+fQz9N/cTsje9WWruHplKf8ZDTrBWU8yzw1KhpMgOA
PBIypCn5x0B/hLm4784xwg5jUWPgVpX7bw9XYn5DJ4AHIw4ZHotCXm3VdRZqi22+s/CSyRPH
DOB+RipCt/Y4P9usVdjPp11z2W7x0Xc3vLansNq0/W+q1yqHEgulQ4aNFiVdzyySOwICjPJ+
eOo7SwT69eliG5MueljYZnLIIXYuMpUMLiKB/W8QOcyI9ZW4H9V48RSlccA48f26iGqex+jt
Wahn1nHU1tsvdTHBTyXy1yiKr9CJiwhSQgmNWJ9xTDEY56aVKbagh325WOnX+UkoV34dxc3X
OciOB5KI/Vd9IukvqR0TPDNDRU9/gHqUV4eLDAjB9N3UbmjYAjnO04I8YNLfR99OHcb6Ue5z
3PWKVNzrtUxC20dkssrVEMcQkjeasnnKiOKOJQNqklmLEAZ6DxOCNTEtxjbkWI1PAzoBqTk0
LQ4TazX7Lfs6r+r+knKMzPSCQNZAWyV90WTIFJ/xN/16B6B7gaa7n6Wp9aaQrPXt9WXWOU4B
JR2jYcZ/xIf7Y6MdUa14YcyCfKPus2GEtL9AQPOfsVCfqW7MVvf/ALZXLtat1FulqjFUU1dJ
CZY4po5CV3qCCVwCD8jOesO93f4aXf8A7X6Yn1w89pv1LQK09RHZp2kkiiAyz+nIilgByduS
ADwek+0tlOxh7ak64GXHoeN/krY/hrblDAs/KVrbxsdLwL8PVXB/CS0Bqej05qzuTVVTJabl
PFb6anC7UqZIsu82BxwJFQc/LfbrY7GF0AAjbefytzz9+jtnUuywrGk6T53ST8Q1W1NpVXN4
x5AD6LyW+v8A750Xe3v5etR01xiltFnf+S24g+144mIZsj/8o7M3Hww6/fwyz6/1qaWaBEeB
YK5t6kZJ/CybeOfv846ztF3a40VDlvfVegV6Bwuw30iMmHzi/qvVzeRH7m4C8Ajn/TrKPc36
xrx2R/iKU3bXWuqZF0hebTQULUkxHoUU8u4pUgAcHeQrk59jDxsHWkxNQ02h40I8l51svB/n
TVZEkMJHUEfx4rWEk0wk2Bypwc8Z5+3+nVE62+lIVv1n6N+qzS8RiaGKppr7SBuJD+FdKeow
fLe702xyR6Z+CeiN3eEHr5fIVGDxP5cv4Oa5vmLesK7JW/ofkAJJA5/1468wPq++kb6qtcfV
hqi6x6Hvd1ob5WyT0uoKcf7FBRn8geYnbCkSDBBIxtPHIJA2hhX4umG04sdctb+Cd/hXF4fB
16j65g7tvPLxWxu3+rO0+rtN6Gv/AGkoLDq+G7AJS3CvukwkppYIyGm/DFZMANTsCwACttA4
OeqK/jHf+JYOz/b46le2R1L3qrG23CRYyDTLwDJ7mI+fGc+OOiMYQ7CEzpwj5PREbIpOp7To
U65O+N60AAQHA9bjPLqvPddotEkbSoJ0l3/imjfIULhkK52EZ+cZz9+vtJFUQxK1BfFjLLuQ
hFA4wSpB4zk/J5z1lnETcL0t8kXCY3eqguE0FO9TPKyShmKpt2Yxx8f5Y+/R+m1Zfvw8fpzS
Iu0YRKzhRjwOpBgNilmMohzR1V2a4pKWGgutwWnqaWRK6oZKQoWbG/8ANzkMBt5z/qcdVVdn
uFRW1UVUlckbkN6caeiGJHBJ5AB5PHHQZECFRgWzLpCIw17WuRraZRUUy7kSSSBlc+cZGSMj
d4yRx89P61zHQ+j+IllMwO5FIGPsBg8nOeP16HgNfKZ9kSLDNezPajXWndcdvLFrKxXRJ6O6
UUU0MiNlSCoBBPwwbKkfBBHWev4quqdPt2wtHa95y9zrbgtw/Dw8NHDEjLvb7BncAfcg/r1s
drYlrcCak5xHj+0leUfh/D1BtamwiC0mfCZWVvpO743D6fe8FD3AgppJ6JkNHX0CuA8tM597
A8DcrBXGeMrj5z16haK1zo3ubpiPVei9U0tzttSPbVUj7guf8LDyjD7Ngj7dL/w/ig4Owzs8
xz4p1+N8A6niGYxv6XCD1GXmMuiMyGmMZWIghPcSRuAxznrmlqIqqKOanqkaNuVkRtwYfcN8
/uM9aQu727rwWHAhV0O7OjX+o9NCS3aH8f8Ayl6YMkoI9b1hL6Of+PYM48/Hnqyqqso0pGqp
qhY4kUu7SEKqqBySTwAPOT9ug8JiqdZr3NNmkg+GvRG4rD1KJYH6gEeK8/O+NztXcLvPedW2
2YT0tZVySU7bjtkiUgKduAeSuR5/vx1vXQ2o7PqrS1DqO2ViVFLWwJIkyEMBlRlf3ByCPg9J
dg1mvxFYauv7/daL8S03Mw2GDv6RHoPss4fxMe5NNR6e05280/dFivjVpuBWJ/6tPEqFFbGC
VLM/t+fYcdTb6WvqpsPd3SVJpnuBUwUOqqRFilEw9OO4sBxLETxuOMsnkHxkddG1KVHatRrj
3TAngR8I5Kurst1XYdLENHeaXGP9JP7T0V3mqgZFV8KW++f/AE6hndzvNp/tFQ0NXcwJpKqo
VWpY2xKkH/xJQPnbxgfJOOnuOxQwWHdWcMvU8FmsNh3YmsKTcypTp7U9j1Ta4L5p25pV0kwy
ssR4GR4I8g/cHnrmtamBMjugSL3mWYjC4zzz4x9+rGV2OpCsw93OVU5rmuLTYr7HPHNHGYSX
Vkz7Oc/t9xj5GeqB1J9YNi7f/UTctN3i7JUaYlggpGmgcOaSpTO+RVHLLltjhQSCgIz8rtqY
5uDZTqcT5iL+/nCZ7MwLse6pTbmGyOsj3yV7Wm+2/UVoS+2O409bSzDMc9K++MjHkMOntMxW
EzSKD8l1OQf/ALdMqdRtVgqsuDedPNLXMgwRdZs+tj6vLBpnSVd2n7Z32Orvd2jkpquuopdy
22Jl2v7xx6pBIAB9oyTzgdZt+kf6mX+lqGq0RrKrrarRN2m9X1YS0stofHumRV/NEQBvA59u
7yCDkMTtcPx7atMyxtuvH9ugW7wGxHVdkOpOEPeQ4eGQ8b+a9AO3ut9G630zSXrt/rSgvlFK
gCVVrlWdG48HHKn9GAP6dFqq6UlPTJJc5kgSSQRItYwjEjltoQbsZJPAHk9a6lXY+mKzHS3i
sM+m9jyxwgjTVBO3PaTQHaaxUendC2lqWChpjSxoZmYbDM0xyuduTJIxLYzzjOAB1X314980
7D/Treb1bKpae83cfyq2OMsVmlUgyDHxHHvb9wv36hja+5Rc7gLewRmz6BxuPY12b3SfEyV5
JT1NEtA9Pb6YimjIVhnJ8eScDnjHP36sH6De5tg7W/VbpXVerHp6C2RVUtLLUzMFWD14XiWR
jjhcyLknGAefHWNwzhTrB7nZEH1Xru0aL6uBrU25lrvYr2DoyZUMUy5Yr7VGWzn7ffryW/ia
dxO2+vPq0vlbYK6Ssht1PBapK+kcNG7xJiRVxxtDsVLA4JU+T1pNqOPZNa3MlYD8H03vxrnN
yDT6kLcH8Nv6rbb9QnZ1NKahv0cmqdJotJWRSv8A16qBeIqkj5yoCsR4Zcn8w6tj6gu9Gl+w
XaS992dQVkHp2ynJgpZZSv42pIIigU+dztgYGSBuPx1bRrj8r2h0F+o+/sRxSfEbPdT2gcE0
ZugdCbekIJ9PH1J9t/qV7fwa47f3ZDIAq3K2PKDUWyXb7o5FAzjP5XA2sOQfgTu6Udoudsnt
V6pKarpapGimpplEiSow2srKeCCCQQRjB6uoV24imKjfnEeCEr0amFqupPsWlNrZYNLadBp7
HZKK3pt9JUpadIOE/wAPtUEhft8fp1hn+NjqvSD6e0DomvukD3GKqqrl+GWQhhCYkiDHGcBm
yASOdjfbqvaFT/p3GblOfwyH1NrU35m//wASvO4Vdrgqlr1lZlZmOxJGIIOCDjH65x9+uau1
UZrHqLikUomByzxkkDHgZOBx8j/06zLZB3l68Xu0SFwlt9MBcaazKWHtRU3N6nA8jPn9up7Z
NO65ms1JKgq1DQoQop349o/Xqe7vZlKsduNA3ir111X6Mh05UNV1ZdxcKkm2qInmlkLkk71X
KoPlTk8+ceaerqmKuqTR/wA2HpyLwSOP1wMf8h5/boQjehzQg9mAlrt7jx9V+SKKjQ2wXOSR
WIwZ3Lcg+Qpx5OMjPXdPSenCKT01iMgJWbIZmxzkcnJ/y6Hc1z5haJhZuzPqp72z74d5e09D
UWfR3dW6Walmf+vS2+vKRk58+mcruOByBuORnrufUOptUXuou2otT1dwnrhvlqrlO00zeBly
SSccAAZAHHHXH0nvbugG3W3hp4RKGZgsJSrOrsa0OOZGZ6/Xjql7XQVVxqkVLhTOWcCNHKnI
x+YAHP6Z8/p56lmhNUag7f3x6/S2rbhaKmdgsk9qqHglfGcDK8EcDG4HIBx1S5jgbA+s/sp4
llLEsdSeARwOSm9V3+7y6ojprVq7uxcrgjvzSNXlfVBHHt/K2ScAHPRKyd3O4dgtAsVi7o3K
z0kzlHtdLXFETzuwAeOfOz9fPPVY7Uku3jJ1kz/Hik79mYBlPs2Um7ucR6/RN2akgn/FPeqe
qmj/AK/4qGqAVHZkycZDZGDyPJGf16k977yax1bZZdNai7mV9RQlgq081eoSRQQAWyfcP3+f
uOrN9rGwDbrHn9jKHq0KWIc2o9oJblyUeqrhavUp2/HQK8mA0bSx+oNvJ4OT8AZxn2k4PTqm
7va50Jaaii0X3Lq7fJWS42W+v2rtJIyArFc8YBxnJJz0JVrdmJY6COB+ysOHpYoCnWbvDnko
tSUNRf7hLeL1qBqueZvxMtXXVIlkmxxuaQkkn9fAA/QdTHT9kt9PDJTxlXYYBVZVQOucLweV
B59uMflPQtNwzJHmvsXVa1vZtsArFtncDV2mLfHT2fuBcYoI/cY6auZg6D28B2Ix8Eccj56A
3q9VF7uU9bcNTtVVEmI/Urpd7YU5wGLe7G4/b2nP+HHU+1bF3dBPsMh7XSRlCnTeajGAE8Al
rdddQWGvW86M1K1vk2pGr0NVsE/PtX2EDOMZyPnznpvqLWOutXUTRaj7hVVUFmytPU1sjxHw
OVY54Ck4+MnJLY66azQws3rHSbdYmPRfCnQLxVc0Fw1hCpde9xrbY20pQa4vsNCIwhoaWvdY
pPG5dqksvz7Rj9uoNH+JiPpGoAEsf+7hcNvxwFyMhuM5A5JxjqVN9gXEmMr6fQdLJnh6dGnJ
ptAm5jXqlLFq7W+iZJKnRWr7tbnkwvr0NW8W5cZ/IvDE5GWP+nSOou73eTVERp9Qd1dSV9OU
KtHNUymNx8q0eQpxzk8g5xzxi5oEEf08JMeUwiPyeFqv7Z9NpdxgKIVFFcvQMtOyxqRkJjEj
DBHHwMgj8p8t+nQasgikilhlrRjcFJSMnDHwG+fjB9vOM8gHM5EI0OGTUMikvWiLi9/7WXqt
t9bGFEgt1S8JmJ/NllIJ+OD560F/Dlv9Z30+oWK/a+1RcblUaYoZq+moLtVPUbZyyxeookLf
lEjcjBGR0Xsmkx+Lpl2cj0SvbdOmMFVxIYN6ImL3tnnqvQUlCpgjqFzwWRWwy/Ydebn8T3vh
/wCZPetu2Nnu3qW/SKNRbUyVkrGwZicedp2R/oUb79a7bT93D7nE/v7wsd+EsP220O0izQT4
5fUrJ95ikgaZZFQvtVd6xEEHOV4PJHk4PHAPQysqbhTzrI1NmLgZZsHHyQfA5P8AfPjrLB7S
6Har1QCbwVKz9TXfKLSydvbL3a1PQWMRGN7RHc5UgKeCoAcAKcgbRwOocZKFTBJVU3pxhx6i
oo27fkA+PB8Z+/VzG7rg1pk/PlkLSwtLDgmi0Am5gRJ4o3p3Ul90HeKbVOlLlXWmsp3Jp6u3
TPTzRk/KkNuxzz5B+2OOnHc7ur3d7vV8NR3R17fNRPRj/Z5LjI9QIfglAx2qSPJAyevgHTN/
X1Q5wlHthiNwbwtOvmhWir/r/Ql+TUWh75dLdcEIjhq7JUSUsy85CuUYHGfg8H7dT24fXh9Y
l4oTpe7fUTqUErh0p5xHI/3UyRqG8fY58dReXgQwkdCR5xmo1dm4TGVA+tTBcOPL5qgXbz6m
fqO7PU1YO1vdS/2hblKZJ6JX9eOZv8UmyYOu85/MBlseeojrTXOtO5Go6jVPce81F1uNWN81
Zc2eSedhxlsjHtAwFHA+MeOvm74a1u8YGmnkiKWz8NQrOxFNgDzmcv2+8IFT3RztjtsSyq75
LhkUn/DnHx8+R4HSprbWtvmhlpKhppOF2yABADwAFwfvk46sFjIKOcwgTKH3223uG3hlMsMM
TePUOxPBwCBknHz98E9TK2acjmttPLN3FqN7RKW3U9QTnHydvRDTIsk+PeN0QJurR7s6rFdR
11c+jLRbofxklPTrRUYLUke7/Fnc5O47i3+LcTx8VZVVVbW1Yj/Ce7dzKibM/OcYzz+v9ug6
tQk7zjCJ2ZhmMZe55orZKmghkVKmeCeXdtUMR7EPHHwP8j0etrWpQkklPTK6MJVTlsEHOMEf
m46XvqneBBhOSwbsAWRiC62isakNXb6NXppi6KUReNwbaVC/BXHn/EfPUkpNSW+SaoSvtFOT
IpSRMgKCcAD8ucLjjkEZxuwAOiu2eWyb+aGfhgR0R6n1RSXWpjvMVipZJqdZPVliCn8Sztu3
MSP8KgL92Az5JPR6hucE7bqe2UiRKMNBI8e0qSC232c8rgHPAZgCMgiJxLwf5+deaBrYSLTl
8/ZE6NxSqNQPpSjjd23skVJGVf37wT7cHzxxx8/HRpUtj0Za22C2U8U4IdJoVdHQlc7QELDJ
j8YOOfyjHXG1qptPw5oGpTMh5cfryT2xaQtYrXge2UKOBtjZ4opFOT48ZI4GPHkfv0oulbZV
hqmWyUW7G8YpY9rANxzjb8eR9ieOuguiAfVVOqkukn3SdH26ozUT407Q+m2HCy08JXJ5ODs4
wc/byeD0GqdIWK9Vz1NNpu3xqi+kfSpo93xh9hGRn9eMnyB0FiqlQN3d71U2VpJM5I/btF2P
8SYn0raH9HDc0sKlyB4OVJGBkE5xkY89F6HROlKeb0Y9HWcSCTAhShiZpAFOR/uyRj3fvj8o
56CbVqR+ooKtWc6wcfM/dFZNC6YlH4GLSVmkkMfqlo6GFTUEDDsTswuBgYIAOPy+R04j7YaS
SF6ebRNnhlHEjJQwuxT4yCnk/wDCBjxjOMdXNqVQJLkA7EuaAA4+ZXS9stL01TUztoy0ENKD
EFoKfaiYXapO0EZ25yOf3zgiJ9F6Mo6N6tdFWwhd24NSQhRjBHux7gSRz5PH9+1qtQiN5RpV
6jjZ58yo/etE2CGKIwWS1uki7lCxQgn8o5YIDnGfHHgc9R+u0Ta4zJTS6dtZ2MHKQ2yMb1xu
w/tBycDBHwfPB6qbUcTJPumdKqSJJPmUzq9HWkB45tK2/wBYoGCiigCFTnge3kA5JwP/AF6C
02lNPIpaSx29pEYsrR0ahcNkAcoSeB+XwPvnknbzwJJKJa4HVANQ6WsVTRkQ2C3SKFyWFMFD
gcgA458nn5IPjPQT+S6bWEQw6Ztzk/mb8MmQuDjjbgHj98fryZveS2J+eyJYN5MKq06cjjkS
W0UxZSzD0oEwR8csCRjPODkf26b6P1PqTsn3CpO73Zmemob9QNkxxRBoqhGGCrDw0bDIPAyM
Y5AYfUnVqJa9rvg/dWVsPSxVN1F4kOBC0hqD+Lj3D1JpIWzSfbuzWm9PGY5LnFPJOaVvlkic
ABuDtLMwGPBPWQatrTcqipnraaqqKiokaSSodMOxZmZmck5Yls5I5OemeIxuKxZ3qpAjh8Of
kl2yNhUtmMd/UTqRoNPmaDS6ftDqojtpjMfuctGcE5+T55JP3PTa6WS1Rw08NNRh9wy8ZBJx
jJ4J8/r/APboXtHyBOScmjSy3QmH8utjTETW5QVB2uSwJH+Y/Yft09tFfbrLTB1i3RO2/wBK
V5VHtDHjB5wWBBHz+mer6VWo2oHAzCi+jTLYj3+6+JqepetiuNNFHC0TE5BkT3F93kcBtx+P
jnpzSakihoMramSenjQLGZJUAIxuYZOBnbnjgZ/Tq/t3NF+Kqdh2kzHzzTao1VSU9kjt9VCs
awDfueV1afJOQ58MCDgZGF545PQavvduqa6Krp41jkgfOyKokkL+3YADncMADzkHPOB1WKrn
iCFazDgG2XU6p2dZVctMxS31EeXK59V1ZN2eATjAU+7Pnnzjjr5VXGO90wp7gIvxDsTvkJkc
EDaqjGMZznjjJz9upfmC6RHz2UnUQLgnwJQg2+uvNdFGszU7fLS5RScf/lDng/v8/p18qLNN
Swy1MlYy7eTE85yxzjO0ZJXrkgWhWvYyYBPmV8nuF9mtaaWjuL5EhdY5ZSiAnAGC3Ab5JJP/
AC6k1JUdzVpIlW93QgIMEUG8Hj/iC4P79WNa3UJHjqTWRc+f3Vm32KBLPXWjbUVMf4qTYYIx
KYhlsjPznztH/DkfPUA1KKy0TSVlZRPBSQxiSWWZTuxnAXbg5bJGMEnLDHS8N7SGxc2TnC7l
BrqlQwBJT6ps+4GmS2SUVZFlHjOEIIOGVsnIYEEYx+vS8cD0kj0ymdwmCChUoucZLZHjnPOM
4/XPQbmQ7ccck6YQWDVPLTaoJak1FLW+qQA2EQjZyQcZHzxyPGOpXaZq1X2yb5SCBuf3sR85
yAQpyPPj7c9XkkNHFVuPFSS1yV9HWj1oBFvJUEKOST4yp44H74/t1KqcRwULzPUqu0jMUAG1
E49xfnBz5HHn9812m6AxBGikFtjRqw1U1RFIAxYUrhlyPP6EEZGc/I6kFijpGky9P6mWUGVU
ALEg4Y/K4/zY4+/PWAhJsQbWsi1HSx0tYIp1pZ0lx6kCOy7DjwcYbw2Qvz8HJz0+t1nqK+FG
SeKWMqHQcIzhsLnxxk59uc4x8jIIAkEJbUqblyv1XTLQhfxEZCAbjgoBndwdvO0cfp8nPQ/T
lg9almr6yidV9XdGAAVCggKxZT9x5AJPH5egcQ3fsNFJtUBhI1UlSgko6hQ4p448f05Nu0kg
kcZVQQ2M+PgcH4JUlrmhpVgqGBMQYZT2bgDwp45wf+HzgkDHQtOlJlAVHiEVttO6VEbQRq+0
MUByuHyMAAcZ3E44H6ckENbPczXXu52Kn07X0dRairK8kGPX3JuEkbY2sGIOBkkEHIGRkjsn
OaSMh+yCjfLnTkJ9Y+qLT0DirWKoRFkZfAdQkZO4D2kAnl8BcfbIGc9Rq/WWpEjRTRujK4Uy
yKPfkH3BivLYDZC5Iz1W9pi6jQqiUDrqSGSaKJqV2MyFSFYM0irzyDnJ24xnnP8AfoI1LLUw
R0KxR+i5LPFIGYON2MbtoYD5OfJ48DPVbWjqmrHWuhtRRVMYEsoYRM2VdTuMyj3ZOVyFAxn5
HUdrqKVWEc0iyOUON8xP9yp8+fJBHuGPPRjQY7oRlMtN1H7tAzVHpessaZ3ukkmWJwcAe3jn
wP15446AFav1/SoICuW9y4I4GSwOCNpyMnBzzkeeo1JIgo2nCB1VEoqx/s8iuhAUy8kkEjIO
0c858/f5HIieBoWMVVUuw2Y/qH2nPyfGPtjBBz5IwBNrjZqOB4KNXWOqo5VrKSrLBziogljU
HBPjK8luM5+MccdKVtC8lP60ULTqUJhm9Q+5cftjPxzz0SLG9lc2AeqC3DcTiOfJAwGwfd4x
5Ix584zx/cDr56gpFcUC4jyAquQG+Qef/XyT1Jv6gXKUAXBQaqqBS0knpxqhkGQzPwvxkcHn
7rjpO43SZKSGnStEX4YrIxaRmMhx8EjIBx4/Q+OjKLYdMSulm9mvv4loqRX/ABDIAcqMkhhj
IwCPnA6a19yuTIrU5kkVNxOV2gHyP2Bx8ddDGl0nJRexutlz+MrKi2Sw5MpJ4qJwAccEAr/r
9z+vTCmUUzl8kmRgrh1HuyfIYj9uc/8AXqp4G8QusIiAnrtSSOn9MmOMkRmfO9iD58HPH3/b
r7QrPlkkqYcY9kTKQYwODn+/GOuATYrlphLXC8GeeVJ42R3Aynqgcn7KMfc/A6bm8LV0628U
M7hVyssoDALnLA+CR+o+/VgbF5XS2BYoVX0iwVgMk5WJiGaKNwWV8Y/N4J5z1MrfUXBaCBYk
omURrhnrDuIx88+er7HNKcc4GLK5KW336uFVVLUiGP1ZWUxYYk7m5C4OB+vnk9V33s042sNK
ah09T1X46oq6eb8PUNhQWVPbkfoy+cZ8fbHSym8U6jXt0gph2fbMqMAvBE9QudIX2TXGjqTW
VDsliuUKVasIwhj3j3LgE42yb12knG3z8GTW+Gb0mq1MXpg+n/UAUv8AYZH/ACP2+Oo46k2n
iajRkHH3R+zqra+BpPGrRPkj9qoHhoYo6i15M+HdgGCnnwAeVPnA8Y56N0VsglKSUzf7w8ts
I4H+LPgnGPv89UEwAuvdEwUZtdoElZF6FW7LOo5Z/wAoABIBI242/PB++OjVHQyzyFqN1kCO
UClyRnA+D8+ccYPj9B9qgartYUpt1BUUg/qhajYhT00f0jMcYIxzu2s3g4B+OjNBDXzJIlNX
RtGw2zyMfUGzjJ4JGSRx98YOBjq1pvZJargRKkNOsVHFTrTy08qSYcu4yWJPLNnPweMZzxjH
B6M/i5IqN6uatIkY5wHLjz45+TjBySOB4J5uABaUueSTJUdvdymWRFmmf1kBLJBuHpEZBHnI
GRjkgDPHGen+lKpHoxTTTeqZSXZy21VbJ4YjweSAMfmxyQSegHjefZTqQKUqQ0hkqpMT1a7D
73pV4zjB2Nu8DGBx88nz06Woo5UmAnDtubFSseXIJx4JJHzwQdxPJHXabWnVLnmAICJ0NRQp
UJPPDuWTA2AAlc43DHjk+SPufJx0/hWlqKNWljBRlAV5lYY5OCVI2jgDBIzz+oJnu6geP7oG
rxSdQ1U0jU8MTMsiNvkVGJkYDBYrkbD8HPI9p+M9BbpEop5XimRFd8InqKyxjaCCPJ4I8D9y
Djqio0FoAK7Rs5BZKc1HptAixSOCzybgwJBxy5I8gDgHg8ceTG7pSriS7UdVD+cSF1kDDHjJ
yOBxkEDPOP16pa4Gya0nbpyQiuUPC0CQqNz7/WeQv6uNqklsY4A+MZIGeMdArhPAXdUppHjj
BKRb+AAMDGBghVIHkjjx8g6nkj6ZkoHeYcrJDFOsbOCgmlYuCdwyo5BOAOBknyDzz0BrZ5aP
1J4rlJ6hTGXi3Oi853Y8EE4BHPOPt1yoLAI6ko3X19ZUZ9OcbQ3sVgVO7/h/TOM/6noNKnro
ySxu7opYM2Fx4O32+CCMc4/zOeq6bd2+SOpkaIDqKSd1eSmt39NUyKcZDAc7vPGMD+w++eo9
a6y7iZ6WplEqgM0aKCvtPOOcZP8Afo9hAYZRTQDBTm73Sla3LTUEcilWBBKZcn4zwPjPQe5r
bRb4Hq6ORi7Z9rFS5J4558Z5wf36gxhBAUmgzdD6lX3M1KiJEvLySkkqPkfYnHjnHTA1ENZz
BQb8Ix3PHwx4Jz/b7Afp0TSbfNT3SOiRJeJ1dUKjBRfJViPHxwFPx/fPXa3eeaJFpniZ4DyW
wAS2R5B+wx1fuhwngqngOF00rKyRnjSOhdGd1V2VeEbIHPxk5x48YH69M4au+zVb0skaRRrh
y5b8vP3H6/oPHnqpzG5EqIiL3TqkqoKaAzS1lPUOQystQ2UGQRkbTkHnIwc5A8+OkLdTVcVZ
LUEFlX/E0mdgAGeTg/PJGPj7dda626uEwSDbwXyRoqyvFasiKT7o5ZR+bnkggf8Av/n07E1o
Whme4VresEwFQgM/OMtxxxk4GP79WFswoVHlogJofwrt+Joa1YZ0O9fUw5fH5iW/w8ePnqyb
dJpea3wSy0jFmjUk/h8c4+27qxgKRY9znERZdasoBapavuU/cDUNrtVJLm6UVnoKe4VLU6Mz
NJTR1GBFJzhmJ2FQcgnHQvVPd3Qnbu00d91RewluuUaT2/VNKqSQVA9P1pqGtSOSRaW5IjxO
FhYxSJIFKRPx03w1ChtHAup7gD25G2lxpPIyTmqMVtHEbG2iIcSx1yOWTotMj9UzBAIjVNvp
vuWnarSNz0xp+emrv5JeaimirIZxJHV0s4aallRvy/8AwplBAx+UeQR1ZNh07fqqsk/lSu0j
Scwxrgx/fdj4z8445++Os7todljC1wzDbeAlaLYFZjtni8gFw8JMHyUt0pZ6tZ4YakxyyDdu
gL8FQ48jjIO3GAR88jo7bbGkcomSeOHyzqTtxkngIxwPkYz/AMulxI3Ue8zJGSLrRwCJTRU0
0rSJlkQB42H+EAZyeSfvn9enC2Wo9ByiLCQrGPaRHk49wz8/4jjxgY/asvQFSoBqpLbLZcJo
APTZ5Nqv6JjEh4+CCSvOM4JAOMfbqS22eSnec3gTM4YlpkJxjPGcAEjzxnx+vVlN8BKK5FSQ
M08sVRRNd2tdPGJBy5YrhBt9uSSBjPGDgj9uitSIUgM9JUU0nqNksykBfscAZ2k5JyOefsOi
gCwQSlpeKh7oKCXOgo6muNS7sNuE3Kx2EfCED48/4ftjweidrmpoYUSKpWRzuRlXJIB/wgDy
c7xgfcZ5PQriN4nVSfLmAIwlsLVKx/hsPIGUvMpCrgDORjgZ4zn/ACPHStJaoadxV1k26JZe
WZSdgG7xxycMfuM4HVhuMkATaEboSsIjDVJVkxuYM32yfnOGJyfnn7Dpc08NO8tWoVEkO/cn
uyCCM7SMgjH3OceAOOuaCM0I67l08LLXQLBUhZXRcuc5OSfZvYc5YjgnA/XPQ27RSUmZpIvT
Z1ysj7mIz+ZSRnAXbgbfGcD79VOPduFGnO8Ao3dakUmKmnpkCkkJwXQ4wCd4BOTnkE/4R8eR
Ne5qKNTNQscyB1iMu5oyfksuSrgbcDjz5+eqmniE0ptJh0oVfKdZJywpGMhB9T8OyuEGQVdj
jPPPkt+UHPPQC5VCGndWZo2jJwpjHBOc+4D55/z8nqxpEI2lpKB3OKdYUDyhHicIWwFZiTyB
j7DAHx4z8dRW9D1Hd5JvxJBwIGfG4g43ecDycAEnJ5J565WPdTCgZyQY0c6VU8r1bMu9gELi
Rm/bP6ZGPuD0zqwkG2cF41AAkeQtt8/IwfHjxjnjoZrwYKOYZshFwt6VkX4yMQiQAYbcNzYI
5UsR/Y4Hx4+YXqh6qO4xViRBwwVlMkewPj5yME/HOcf8+mNEgmDkiWCbBKQiinp0k3FgdpCE
4AGOTnyQT/y6bVEyUSYnRFDJzK6crggfmxyMYzjn58dRzKsF7Jmv4VoztpXaUAf0ovlePjAH
Q9oDcXjiZkUk59TZuJ+xwQSPtzzj9+r6bgCu9UNqLdULO0LzNUruw6xpjC48vj+/n46+1VJF
RwhizzNL+YBCrYyf08D9M4z/AH6J3xEBQc7esEjBLHDtqI7cwLvkZ4ySMHnj7j/79MFoaier
UvHUVLtktnG9B5wMfH6f/fqsvAMlQaYkJ7dpIZa9LlSItM04CrTQxlVyB8KBgZwOePHjpKjh
t9Jumnu81OVxvhxkuc8gEgcj9Cec9SBOglQ6XK6qZ7arLVU9KkscKY9UoQoJBxyMe7H/AGMd
Do7rRkOKmBXVE/pgDaCM/cjwf+g+3VrW70ToqKm8Rml7Pd7bHUw1TiON0YlHkCsX45J+3ycn
7ZzkDqd0l80u1LEy3WnUFAQu6Nscfcrk/v1fu3ukWND5ATfUdZ3m09qG/XLTtDpqazfiXlLX
Np22RBm3LKiozEsP+HPg8c9URer33I0jp+8afuNLSXjtxqytStuum7RRVdvt6zKsno4eenVo
p4Fd2QIx/Lhgy8B7sWvh20Zp2NpnW30+qE23RxjnTiCHQSRAMRzOnTVSz6Naap7RWK8pqe2R
T6evP8so6S5WeIbIqr+YDbUyf4kzEtYjFgMM23GfOvaWmjieotcU9PDTZwsIJGDk8N8kg+Tk
/fpD+KQ4V6boiR7Epv8AhN5fhqjDcB0jxA+y+mjhtsn4dIVnd/ylyBxkEheeOB+ucD9+iNAI
ZE9OViyM+XyfcB+XGeADjdnIPAPPSCSAAtJWcSJUntVA9wZElo2JZmxGzBgeRuG/JIXjhfn3
ffqUUNqjnpkiNciIhLLKWB2kc8LnkY54J2/5HrudtUorvgRmjtPTwUZWqMTh44xl4iSwjBHu
I2jjBwR4OP26RikVoVemOYnyVBzu4bcMNj3cfYfII5z1YxpAulNR8ovYlamkVnqWY7QEcvuy
pPjBHBzz45446JPHS1EUm2mkyvHPAY5/QDg/r8Z89EEOMyhGjdAI6oRcrYKVhNJTmNWYRtJK
FA3HKnOMc4yeMEc4+el7BBHmSukebG5XIMYdN3gHjnAOeSfjA8dDmZgq5x7shSO1ou+Cqp0D
QrGAQmeeTtA59oGR44z5+R101TMEKSVU84c+mqxPtZRw2FOOcEeQTjkfbr5rnZBL3gGeKIJW
STxx0xKRpLg+nCpIUkcqqk8ZGcZyMg5Ht67imlpspJ6iJOcLsjVuMjcnjGTnnb+v9pEmJAVW
7Ege67gkheu/D1cYkLqwjllO6MZUjIBJPI+CPPPnnoHrC601bILZTNK87yetNJ7kLFecDk8g
jnA525x5PVVUENiP5XaNPeqSMghN0rUapB9RViIVZUb3rIAGXnyEByPHIHkc9CJp6a5Uhgq4
InYEs0EeBuPlcLjaW8cZBPnjodpIMI5rTEhMrvOPURqqpp3dizZX25XO0+MknkDB/wCLPBwO
gtW8EEyer6mffu2I284Y7QFP+HxyfuT9urBYQERTJN0JusYllUNM5kXG5cBlz85LAYA3fpn9
PHUavcdN+JME0gKN+Z/BKk+Bt+PPJOeOc+eq61m2KPozIKB1MbqWjQxl0G5pp33qB9mY4HGc
AE/t9uhVYizvE0EaxKsmAyqWHPwDxznzwP8A1HptMgo9shDbjNDDD6NTLsWMZZXiIBYDOeQC
OD45/wBOY1fZKqOVnSETO8mGb2pt+Tx+vHx4Iwfjo+m115RTAdUxe6TUlCywUqD/ABjdyVzx
k+fnkHPn79DKmugjDLX0ALSMpbbH+bjx4BHOfj5PUwLiVaxmuqbVMtJ6uKO3LFvBAhOSwwMn
9Dz+37fHSX86keGGjS3ZjgyiRekUOPJy2TkjJPuyQOOiac3gqLhvZpvU03qTx1NTSO0WSTEH
3DknGTj7f6noa5eeqWiht5dWkyskj5CYBOCFHH6Z/wAx1awbxuoWGq+3GemmgeqWZ5GHzUMQ
UAHOADnjH7cnptWz0c4Z0RMupTYuF+eGzjI/fz4z1xwJVcOm2SbTGanijoZaqIvge31CW2kc
kZ+3jkDpI3FY/wDaKt3ZJWyrKp3DgH2jxxxz56k1peZi65aMkr6UD2WS4xVMSBiw2NHzIw54
P65wfvz56F0couhNVXhKdo/asRwkZYgknJwdwyP88Hq9jYvKGrPsk7zajF75zFErAs4hZWWM
fORg+D9j+/U709ZqqewUM8NRJsenjZf69P4KjolsFJsS8ACArWr9R01vrqulnrquENLKTvmA
LEMxIKgjAOfkdQTu/ou89y9O1mm6e8vRSzRF6eclndJE5TAb2vnlT4XBOekuHc3D1m1BFoyW
qdQ7Wg+n/cCFm6698NZUctzttLIbVaqiqoluNnimXa8FGSkVMzH/AHmxI0Vi2QWj3bTk9at7
V/UL2w7r2W308+sqSjvdXAn42jueaBPW25JVmCo4OfzAgE+AMgdabb2HrY2i2qBJb7LF/hzH
s2fWfSq2DvcaKxKLTFf+I2NRySRQgYh2+QBx7RjABPk/b546kVtt004jrKill2FCVWV9/poT
gPxzj2kbic/6dZINAAlbWrUDgpva9P0VQkNTQJ/QC+yRQcx+M4B8gfHnOOcZ5I26nhmWSmp0
ZQiEsyELsG0q2F+WwV+Nv/X6CCk9Z5Mp5R0VLWVaU8O9iUO1YlKBQOSMg5OceTjnHgHkxS0a
0knperNUCYtEUwTG+eQ7ck7QTk5ORgZxnq1jpsEuqiTBR6xWaigWmEDsVWMv+IYt6ZZcoBn8
23BOOPg+elK2mmjpfxVRUPACvvRzsMg8b+Bg4PGeDxjPkdEspgNtkg3Ol8nNRPURmmQ/h/Zv
YsihQPUAbALcYJ3ecAk/OMY6Xsy1NJEtNXyq6gnDLuCEtx+ZRxkA/wBsYIz0JUHeMWRRDSwK
X00wXEc0Zd9hdlCE7cYz5BBB84Jzkn79I3CpmZNtYhkPkRBPa3uBB5GcZBOSeOutkyCl7miV
8F0b1fWZ/UhdNwaQFhu5APgfGMg5B28DpdbjEKdZqlCHchBIAfdyP8IDZGM88/mA456kGhjT
GSi5gsgXcrWdXpjQtz1pZ6KSc2+hmlWnp5Nv4gxRu2zz87eR4G5cEgHqA/T33mj7x6FsPcKW
tt8818poaxobZO9TTW53QkQq8qK5YojKcgYaOQZIGTfiKR/LGq02BHrP7KmiD2u6dQfSFNbt
FF6WJo/R9MsAQXR9285O4+7OcZ2geeOo9dK5dslZStHHukMeZA5aNs8AkD9uQfsPjPQDmtnk
mVOSEyqZq9qj1aTdOzguY0lVX8AM5B5PB+OPPHHTKonekpxBVQyNGAziBcAKM43crk5PgnIz
tPAz18N0nNFNaCUFqzTQVK1bU7+xlkAErEMThQdpGCM7Tt458Hx1G6hZjI8cdW6IGX+oyqzM
xyCC5GBz8AAjwOo1WgtuEXSMC6F1aQLOkCvA7BA3pmQkNwQeTwcjHGMY4yCemNTHIav0rbC8
pABJjJJ25xtwfOSM+RjA5+Oh2NLSjg7KUDuoqXrtks8wgCbRHGx3Fic+DkA+3nnGAOfnoVXW
6jraMSwxSMBlSuclDjOMfOCcY8k/bpiLCGhE07ZIQstbS0ktJRRUxjCemohBBY/B2+PGTz8j
+/Q2ogubSfiHSVJIyUR/Bj+D/wDV8f5nPUDutMhEQ0Zr5PM4pHhrZzUyEHj1QGLYBDAff5IP
+Xx0HNJV0szYp9nG9gRsyvlf1zkecnq+kTKhAyTg1lS0QhlOyBG2+pGpy7k88EYPnHxjn9+m
s1CZH3LIUwjKrhkIRTxnk/Jz/r1Z+gqBaGoBcTIgSK61ZmSTbGwAyVbngFfGcAHkf8j0MqxV
xyNUQyyEMMI7e1GwOSM+SQc4/fz1bPKyi5250Si1pqaZZaaB4nXKrKQVBIAxzxgfoOuZKpUj
iNrEckjp/V9ZuN45IyePnP8AbqTG7uZQznACyY010NEy1tGyQsCX2keSPj4I8eBnkddp/MJK
OSaOWXMkjYkwOCOT7gM4+37eOeSGtGqDrPTK7W66mkdINpwVEgTEYJI8kEA/4ef7cDqS2zU1
3/ltPis2j0l9oBwOBx0Q3klWIO8BCu2h09a9QXG4Xp2WCmpamRPVGSztnIVM/nPyR4w2T9uk
ay5W2wU8lHRiH0pAFiKwoWJ/4SATyTjxjx+3SFgbEOzW2w57V26ch75qpe6fbq3aOar+obtp
SLZr/Z2/mUwgCyQVUZBWdJIXUoQ8btuABU87lbd1LvpY0r2P+qXtdWS3fuPpvQWo6WZ3k0rr
CX8Zp25RN7S9EBtntoVuNkbALnMZCgKNvsLaFSvRLKuQt4W01tn9159+IsIzZ+Nmm07rxJ4y
ZEjTqNfBTDW30l/Vh9O8VdeO39w1ZS2W3UiVz1LMt+tCxZiQ7JQNk6Mzs4VRFIBuYKwBYGfp
g+q6TvRqGp7b630xaLddlqPQa42BnFLUs0YZGVZFLIsgUqAGIBA8jqG3dmUDS/NUjB9M8uvw
3XNjYt7nbraktvHgJscxbQ/cq9KCB4IJ6aornSaR9zvIeAM4G4kHkDB5B8446I0dKsoeNqkK
2WCIsrO2Qx3KVYHcvK/lHHIyOsQ0ArR1naqT0ttWKN6RIGWqwQBKGOTuzjAGfDDkZ8jHjPTi
zlZ1WBKmWGNCq4YZEoyQQVODnP8Aw+eM5J6nulxv88Urc60ozJUhXipXdHKrgMG2lRkcYHjk
YGfhec+em09SyMQGw27b6bFmYjkBUXg/OcLyMZ4zno1pBEBC2Gahl/1S1/vY0r2t09etTXUg
h47TG0lNGVOSxKqTIcqR7OBtA3AjHQ+y2rX1TWS2zV2sDba+GTDWbTNJUXqriQEYEkdHDMEb
PlXmBHHA6f4DYLKwFWs0mch9fkDnNlTVxoptDYk5xlbmZAHiVJV7eXyK2teo9U92KKgWIyLW
HSFYlLTgeSyAu4yc5/pcDOfjqHau193Y7caUfWNrS29xrJT7aiWG0pUQ3SCEkAzyUjRxz4Xb
nf8AhXXg8/PRWI/DuHrA9m0sdocx0zcJ8uUoRmP3xFRoHMEETwMH7dVIe1ne7tp3vssNz0jq
JndojKIZZMyRqCN0mVyrICNpKZVeA4RuOppPMI6Z6hNyoshMhnBaOVSh9wUrgcj584H3x1jn
UHYaq6lVEOHtx5zxRIeHtEZLPf1Y/Vreuwd/tlFfdH0t00TXUzxXm7xTh6y2s6bYxJToSwhd
cj1NpHx8Y6zn9IP1E6M+mO41fbe46nph2svl4kqdPaxepjko54JcbYmqFDCKWnlKMYX2sUnq
m2khT09o4F1fAVOzMhwNhoQfX90HWrNo1WjUGdciL+R04XyW8pDT1VIrxUwZEb/cogg3ckgH
zkgEkY4OOTnPUcuFeWRX9eoZjlNzOE35x5RQV8Y9oAPuB9vWUD5ZKeU2/PnwIZXKlaRAsi4b
DewZLZ8HGNxHzuJPG7PTGSqkpRDBNNGI1lLszvuJJB5yPaxyMeQfJz7cnjTJuihAEIVcEk9b
3xRxswCEZDNxgFWwRtO4L4OM/fnoNX2+oIYVU1Mi+7KlmZn54DHBxkjk8/Hz117ZCvaYKFyy
SQOTEgIGHZaphiTnlivAwMkY254HI6Z1iR0sm2kNOk+//wCJsjLeSSwIySRnnLY88dD3LgNE
UDBlC7z+OnliWRsZ2IhmYv6hyD7TjBzzyDzwceB0LltdDUxMzPMTGx3bG2LFnPBBGdzHPP6Z
46PADAN1F03QLILLF6LSwzONpjGZQMeqeMefA+cfboDco2WokBlZ0QKXUAbCMecgH7+fjGM5
564G3lFg3MJGsudvPDmRWiG4uh2oV+NvjIP6+fnrqopbfPbBSH1mEagySkb3iB8DdjOCPjGD
j4x1a1pYZXCEJ9enpqoRLXK4cNt2yBWH9hkHwccDHjrmoqBHBIkUUY3gMshPjn5Pk/qD/wDc
ktg3XHZqL1wqqmsK1MgwAH2hTjHjw2OM88fPTSma4mrkWjjV2wPaqbwf7EHHB/8At0QQ02CE
rvDplcvQ1Ml2a2peEhkbazGoG70sn3ZX9QPPnJGR1zfY6W209TASZDIATII8Lj9OSccD48D4
6+a2DAQNSpeAg8VTa2dULGMqu55gdyH3AgZxjG4+fjjr7LUVK0ZRqgA5BeMOBIAeQDg4zkge
f7HjosMOqHeeKa35Y6WhM1GfWm9UEy7NuweeR8gAeMk9OLRUwPaqVyaVsxIcqXIPA/Tq5oOi
W4l5IsFpyeugo5JaP8dDvNQ4jRqeWOmz6nPDfnbjH+EEjjOOhUc1rq55ZbldY2IIZVDKcYX2
ZJOcZ8cff7dZl7X/AKd1bbDVqZEtPv8AbNPDdrBPTCmmqKaennUowf8Aqbg2Qdy/IOeRg8f2
6yF350JT9gu7UVw7eXd47dc4/Vp90fvpFDkPBIMkyKpVSAckqVH5uS92E40armE5/T9lnvxV
Sp1sMKzTdp9D4dFNaP6ntfae0TSae7fd16y1S2uL0IZrXVyU0jRlmaOIrnaVBO7b48qRgdFe
0HcTROgO6Nt7rak1SY6/Uxhnqo4KAQ0gnWoAlJCAhHVwy7QAFDfbp/tAb1I0qQkO/lY/Zb8O
2s6vXJG6BkM9L+Yyvnot+Rar0xSTFTf6CeUlmMsFQBvfBJPuOV4I/XPkeenNv7g6Jln9ZtbW
1YyCzGKpGCwXgEDk5/bg4+x6woDm5j0K2T5cC5vsfsj1F3G0HveKfWlsdQApC1iHKnJxtUEM
Dn9fj8vkOn7h6PSCQJqS2Rshxu9fcgbkAK27G8DnJH7eT1IADS/igHU3SJB8j9l3B3M7eiaE
tq+gJ9MkSSESCPyMHGM4Px5xzkjofpyj1V9SmtR2U7W31YLfEjNddQ0xcpBT7irBBjlvAIyN
7ZTwshLnZGGGIrhrx3Rc9B4Dp4oPGVfy1I1aoiPkLQFB2b7f9mtBrZdeXijtNhicj+X0FTJB
HXKDhDV1BxJVORglBsiBJARhjoJ3A1r9S2sdPGzfSvoagt9jajLU99uAEGH/AMPoUrBYzkeG
YYBP5eOtgX9q7dDoGp+eg06yTj2lmLd22JMU58z88hZY47xfS7/Ee05ZHm1D3M7kVtNTUohg
is99f8PAATxthcY4JJ3fZdp/w9Yr7m6V781espda6v1/qm7Xi3NG8U9+qZqto0i/Ludju3Lx
tYsrDcCCvyU3ZlJwNShn7o6rg6NRhr4Qy3VNdEd/e4mitTz9wLKaz+a0M4qb1p16jcLht9or
YJMf0qmPO3dg7lK7w4Lq3ot9Ov1f9tu/Pb4XV9V2aG7iL3RPKtK1QDtKyrAfyENlZI84SQe0
srxnrNfiHAPqUG4qmO8PO5g+t/G6v2bVJqdm68+/y/iSsq9/tH2Xvd3m7iasu9voI9VaZp1r
7PRaEmmpbtqK1rE3+1RSv6sFQ8GP6sDxpIIkYq5C7TQfYHuNp/tP3ftOuLFrGhv1zlnpTVad
vkp021S6lH2NVbai31MWVChp1RSrB12k5DbAjs8NTG9aLSIvz4Ra/CxyQu0nRVe0iCCQfCIM
C+RzHQhbk0x9aX0nWPWFu0RaL5edDxahWWrqdIdwIp4qmzV80+40kVUVWOWiZn/oyLIU4KZX
I6tO56u0Q8FRMmr7UrEhGMNZGc7m8HyNrHJwD8AnHxg9s4N2ExbgGEA3Fj4+RWk2biDiKDSf
1a/OB0hDqzV2kYqOGOo1NbpRAvp/0a1FdAvxuHPgDxwDzjxgNc9Q6SWraek1NZ0kG5dwq1Ty
2AfPIGSOfuT0qax5eZB8j9k3YYFkPuGq9NEPBb9RW6CYNlfw1XHkgA4AHIBwCDwPHAPBLOq1
LYUolMl3odsmA9OKlSh8Z4JyB4PGMkZxyerKrDEAehVrTIuUhUXix79iavpZUUbIlWrCiTGQ
AeSShz+Zs4yPPHQ+fUGmBPIVvduhdzkrFURkoQOeBySPBJ+55HVDWOdFjZWtcNCmFxvWlZCj
yajpVMkflpUDNuwwUnJbP6HGCAOeo/UXyzU7SSpfoS0jMfU/EIyk/OPkD/Px/kaGOAyPr9kV
Sqt1IQS53G1XGZ4VucWQrsqBlAHI53Z5xnj9egs1wo1j/EJVU2Q5XE1QhbG7PBU/tz+nk+BJ
jCe7B9UQazJjeHmh9zraRZfTg1FSyU5G8xioOw5+fOTjH78D9uuaa42nYTUxUTOSC2Jlx/zA
xx4xkc9X02kCIgqQrMI3g4eab1Elm3q0c9OSzbtjsCsfOT85wT8fHTerrqL0kDSxN6qltodX
wfjPPPA/Tjq0hwKqqVmn+oeYQCrloGpGgkkgYBvUKq4CA5+GB48E+f26ZLXRQOIY5oY2dvdl
8sFHjHkgc4/6dEtS6rVYZuPNc191r6WcVH4BfTbI/E7hv2nyCP0yDg/J/bofXV9nq45BIZjk
bMxvtDcj3N8LnOOcnnPUwyCIKBLwYLXBcVNwoJ9rwUwYRjYXaZQcfKlc5AA5J+/P6dfWkgiZ
qeSWmcgAlJpS3AzzgfoPPB/06vaN3Mqqo48UN1PVWulo4XtypG0ZIPoOWIY5PIOf7HyCfPT6
1WysmtdNMLYqh4lbaJyAMgdENIaJcl1SpfvFampDdNVRSyWDVdbVusjgUFTMVYDPGM+1/k4B
yQfHQGeouorpI7hXpTlR/SEsZyTnx4+dx8Y8j79ZB29T7rV6PhSGy0iCNPnwI3aLxf4QkHrR
zMrbCImZdoBO7ksDk/OOP289Qb6iuy9y7z2i2RWmkNRW2epMqQyVIiLwsu11V2VgDnY3uHOC
OD0RgsV2FcOcqNpYZuLw7qEZ+HqqF1/oPRPYR7ce4vZu53RK1gtNX/i0mhnl/N6e9cKJOc7S
BxjyM9XH2f7FVn1BVtpj1vp2i01o2110e6Kml9earwMtCNqqsYKttbac7vnA61r6j3htd1QE
C4ABusjTw7GPfgaNDdAjeJMk62trEcuq0BrHXHeX6QqyG96lr7r3A7UxSBY7mJHmv+locnAl
5Aq4FGMOx9Qe3cWxg3RonuBpPXWl6HWugdX/AMzttxX1YK2icNFJjxuwRuYHIK5BBbDAHrO4
ygGAYilYO9Dr9wqqU03fl3ZadOHMj2gqR268hYTDBW1scxDeoHZw2S2V+eAR4+3J6XhrboiS
s9xmRZjwGwzPtJJx9/I8e4Hxg89Usc4m5X1SmAbpvrrXjaB03V6ia4wGoh2qlR6rMvqNwCWb
IIVmBwDnap6s76be29P2o+nmg1vepKpam+TR3i4s0hNTVq+PwtKvkszboh+rSt9+tdsNkUHv
N5IHlf1ss/tg7tNrf7jHzx8kAslxst37uXLVPfKihFTQmSWonaQLQ0rRt6QiiYtmTbt5JAwQ
T8gdc6j+t6iodWx6ds9HLRWmud40utbC8MivnAIjcflOOGbGfIGOjapfvbjcvl/FRZs0447o
Pca23XOPLPyR3/z9q5vQaDW8qMVMmWZWB2rk+V+xzgkeesy/WFctId15H1Pf57Y1TLT+lG1D
TCJpMEvuf0z7myBy54bA4HTjZ9BxeHX+6pwlEYar2jRE2PTosW9+O2enK3SP/i2z29ay72iP
NPJBWyR+nSx7xPEBxyu9ZQRyBLwCA465+m3XVT9NU3bj6otJ3upWxVFym0bq+BHMkQq1VJFm
A+Y56WaKRQOA8DFfA6Dx9EV6VenF79V9imspYljmix+lz6D1Wy/rH+n+LutY7f3e7YxwUmvt
JSR3XT17jBzFUoRI0UpB5ikA9wIABK4/xA+V/cW9UveCnfUtDp2G16llqTBc7KQv4UhYyD+E
Vh/QUlSxp1ynn08DCdIdgVxiMP2LxcZePzwsrtq0g0irOYg9W5e5H8KyfoO712TTll1H2ev+
pKqtou4At+n6O0Sz5p6Sf+ZUk3rD1OU/oxuvswPcDjr09qbpV1NNB6tTVpGsikRs+xvdjc3q
njcCTnOckYBHSn8UVT2tBpJiDrrPpoitgNHZ1J4/SPoU2qrlVpUsfxLxh2Amlqt6IAGP+FiP
Gd2RjOOeRjoDPU1pp1pKS4soWNYwsjna2QQGKjJ+4AHB5HBPWeeSDJK0tNtpKa1UrLUQz07v
GmD7t+GZCTyNx4yMcnn9s8C62WqWFJHr3UgttNQynGCQd54+cH7e0cEnqup3mwFe2xCbS/iq
TZE1URlMKJ6gnJ8ZHjaOfP6HofU1AqZ4pqO4rhGBR0dm/LkZBBIAxu/Lzhhkjk9CgmRCuaBw
TapFW07Us9RywIcS5wy5zlhu4+PAz55x0Duwq0pzB+KZ2XKsrkYXk4BI+/2x8g846MJGRKJp
Qo/eCxaWWgyRtwGLjAOOduR54x4I+326HUy1FEkzU8cETSp6ch9JXZwCHUe7OzkLjGCPg+ep
0nFve1RTg1wgi6jtwoIYKr8TCYXMp3kBRuBYjjPgnweP1+R0lFHRVdYayCNxIQ7AxRHafOW8
YIPPJyc/tyVSJNwV2BGSE1LUkZlqBUFJJuGdl9+R8Yx488j7/HwzucjgNMgjzzgqp9n648D+
/P7fJMO3pKhUaAJhBK6GrWiWSmpojGJPyMqkZ5JPAPg/PnP79C6aWGSQtSUUW522PvhUEYHG
Pb/8vHwP+RIdAzSiv2ZNgPIJKqMdRCtLVW2jqGICqk0YIA/wnx8AH/ljnpE0cUrbJrHTGN02
OFRVB/UHGB5Azx5PVrSeKANNk5JGuorPcHmnisMEKQHBMsIYv7gdxcjGT4GT9/nPQ+4U9gWQ
0otkUk8gH5oE2ckDaTjP9zn9M5x0Q11TIlUVWs3YgeQTG40tkFDHKLZQzrE/5WiVhGT5AIBI
wTnJH2/Q9HbZZ4Tbaf06ag2+kuMiXxjolpdqSlNfcFwFoCy2xbvNOPw7jazAGVtmQT/i4/v+
g/1IOK+oSB7pQ00kcIWGM7N6w8n8rDJQeMef2PnrI1D3om69aZBsdEZpIqc0cTU6TJJCCjCV
i0SgjgBscA/rkE+eOi9ms888Uk6zMZomKyijPqsCCzYJxjzkYGfOM9UbpuNeCqqd1veT+66C
0r3BsM+j9X6Ygr7fd4lint9Sh2OMltysPcrIQGR1YFWIx85onT2u9W/RVq2Ts3r63V1w0bcJ
mWju7kyS5eU+mZG5/KoOSvgqTxjaNLgKjqtP8u48x14LN4xraFUYoaZ/7Zz8DHhK0p2m7zWK
gui2GtvXqRSZKR1bh0IyVIYk8HPGfBzjqHd8+1t47E1Cd4fpWWi07HWuf5jp0oWst4fGVLQk
EQysu5BPFtyCFbcOougSx36XZj69QvsZgS+sQ2xOXUDLxyPEHor77F93tLfURoW3660WK2OO
UfhqqzVQ/q22pXmSGZTyjIwIJIw45HkZncEMDS4gMUomAcM4KKRnazEhgSfHIHAIAPnpaGlh
LHaGPJIi/eaCLfPf7Kovrv7k0Oj+3lhpb9SxLQ3m9U1sMiFoUXekgJBYbvngA+7A84PVv1X1
q6P7f0lVpSy6woDdtQotJYm1DXpQWy0FURzUvJKfcUaupYxHGrOfSUDCgsNhs4lmCDiNTe9s
r6+HHJZ7aYbULWnJt56nlrZRLRPY6c2FLrofvXbm0xR2KQSXaqtCfiJGjnP4qpnYNgbpRIcn
3Bdy8cs1JfxKb7aOz1k03a7L+Lec1LASVB3SxrtztJIz7icrgH5HRbsYzEljt2J+QOiZ0MX2
ZdAyBm83iPL7qqtA9z+62uu2NXrXT71N1o63fYEQOsk8Ne4SeGX1SBsiwQckkkrKMHHUt0ZQ
99tca2tHZrulZrXW1NRbILlQrLV+hDU0p/rSO0v+73JFLIhG3cWjQc7NwbDajKMvdFr/AD50
QDWuqt7WbRPsPf0PVUF9Zfc7t5oDujNo7SdVPUU9tlNPLNUpJ61RTSOTl94DeokdTsLc5aIM
CQy9W79Jh7c92P4N3entJqGzRU9Rpap/8UW65xxoJXlOwRuzDlmWWGVCG9wRwMAbcjdu6s11
Q5EfAgceXGu1sZG/sQtU/TDqaq199O+jtWXqdTVV9rid2CMGD7NuN2M5AyR55Pkk4HnN/ET+
jf8A8hu7B742JGi0pqetSpqIKSH1hR1hbe6MgYEpJ72Q5HuLKccE5DZFUYfFdkcpjyKbYyka
+EPHPyF/Qk+Chveu4a30n3poPq0smk+2doqaq4fz6h0Ppuogqqa108TxiIVC07nbLI3LRhjI
Gy7BfA9E+zPdzSfdvtdaO49gAp6C4xq8Ksxl/Blxl4GZlIWRZFYEtwwUMD8dQ/FWGIdTrF03
IMXz/iFzYNQy+nOYB529dVJaqN8JLDVPImfUUFWHp7TyWBPABwTjGBn83GBFf620gGaZhkIF
j/3h49wHkjzgfI/4s56yrm37q1FM6FJTkR5rXgYQg8RqfnJGDkYbwBn5B6aV/wCJaKSeKKSE
RZZhKSQeSMgkMuCfg524x+nUP6YhWjOShVRBU09SYIhURzqMFFJGDzuYMV5Pj3ZHkc8gdMlN
S3uEUMqzMv8AUlA5bJGBjgeDwGyB9x1QIaUQIXVxSOrVFjWXK8MEwVjbJCsBzg4IAIHHJGc9
Abiprbg9NEyS75dpRSAcck8fb5/v+/RQ71+CvpjdEwhVxM9PSqxdoyrtukbzuBx4OGwRyfgE
/Oeo5VNO8ZVZTyfbOTkPgZAP65zzjzn46+ZBKKaEKrRbJ4vUkLe2E7fTlJwfIcMwOApBJGMk
cZ+eg++nkBWkhdMIC8ka7ec8YAPAH7/OfnHR1O9l2SEMuttjqZA09Y0DhsYWTjPgk/8AoTjo
HUw1VuXcbnEgwN0a4fnb43eef+R6NaA6xCqfU7sJrHQtUSbpZ2jQHLb23ZAyRnjyeMfp856H
XCnpqaGX/aCqIpCBHIwAMkjn9M4/Tq4GTCU1DdB3nNQqRU9xbbwY8gtk/IJ24PHkfbpxDWVj
U4slRUshfIxs25O48ZwfbnHnH/LojciLIWrANwmNWa2pgngavIij3r6ittxzwCBz+vn+/JHQ
RJLlcGeN7dIwjUD1Yzxzj5zgnJz/AK84HRTGBA1qmaEaoFZTF6qSPZiT2sZAN5A8jK4U8A85
46ldldGs1IfSjOYU5Mj8+0fp0U0QM0tc8ESFpujukMQqZ5JFnX1WVoQfeQzZ4G4EHI+BjwT0
7NXdHWNpjCRLtKzKdwcEHIOD8gnAb9esdUaGgBer0mzcotQq8TRiYRs7L7UUbynk4/7GOcDn
o7S7mTfC2Xk9piYbi4BzyB5AG32/9OhWwuvghSnT9Y6UULqPTenO4yI/HB/Mc5J3ZyccYAwS
c4f6y7YaF7o6JOjdU6djrKWZXjMczCTG/wCEkBJUhtpJB8gEDAGWmFc2kQ6UixTO8WnK/iPh
WQO4fajWGgu4cPaDWmpTTVRhZ9H9xpciOdyRmnlZSA44wynPwwDY5s/6MqL6uKHuJqjQXf27
US6Fgtpiit49Gop6mclW9SB87gmFYttO1WYe1entUYYs33nSWxz0y0vmkIo4oVGOY+YNxrbJ
3UiAY1HKV87gz63+nvWF171fT1cpWr6SOP8AFRsokhu1OmSYKqIHDMU3bXGHUoMH46079KX1
idsPqr0jNdNH1SUN9twjF00w8g3UEhXPqKVGJYt2QswUce0hWyOgKlE1Kfat0t4aeWSjtqm3
D4trmizxMf6tfnHqoH/Fr0vc7l9MEOroIZjPp26U1eaiWLdC4Ebqpzu3ZyVA4xyTkHjrG/1B
fUolf2d0n28/lMFVUQVz3L0pS/rek0NJGGp51DenI/4dlK4IMbHIOOtZsZpfgHNbmD1zz6LO
4h24/eHD7j6+C1T9JGsvqCTtFV6C0HpW3QV9f/M7HWWS/IyPGKkGpp1ZnIfJEdVEpZsAoAoB
yDjT6sO6H1P976urru6GjZrJHYapqGaGtlKN+Ihj2yD025xkE7f+Jwc8joc4c9rvOd+nTn85
eaLOGq0ab2Ux3nCXToLG3UBDOxvfKy1Nkr/p5v8Ado4Ldq54prXdJKlimm7sEVYZZSAu6NsR
Ru6gFABnI39Mb/8AVhrtms2je51nK3PTK11ouFru6q9LIzFlU7cgow/qwttPAZJBnx1fUotq
Okm/wJVTxhpMho5fX7gqur5qq46mqo6m+VbzbIET1JZGdm8IsjMc5bwSRwSWI2+Bpjshqf8A
8tfob7n11ru05TuLeRpW2WZotwDf0p5pc43kFHjUbiSQpOBkdGUmEUnR6dY+dEGHF7wflgSv
RjsFpyLTHZDTdpj2Q1Bt6menncKyP6YBOTkbfaTkDIxgjwehXefs1pTvpoOs0FrmxJX0FapD
rI7RpwxHqREEFZEYBvPtYD+/m9GqWVe0abzPqtWDH6un0Xjhq/R1y7L681J221dJALrp6Saj
eSZsRVCt5lXOAQQUK4/wtyD1Z/bjRvfTsTQ2Xuz2GrhY7dXO9M2tbdf4Jo9Rt65VRLbpXBaA
epFF/UhBLrkMPUU9egNo0cRhT2oG6cxkYPDK9rZrLNaWYjsWfqmBNr9dFbvb/wCuT6krNqVb
d3d7R2O6W6oqvSNxs1I0UtICcB3WCRox7jzuXPLNzyOtW6K1BRdxdKU1/wBNsZPxkTELWygm
KWM4kQlRgsvHBHu3L/xAdYDamy6WAqh2GdLT6eK3FB2La0txzYIPgR1Fjr5c0WaKOGnDr7/6
eU9NlUoHBUH1OdvnGTnkf5jbjAaOJKiN4v6MhBmV0DLjO3GPzDP2AUgk+OldRoLeKIYboTU2
954lWKPYafbkTR8BcEnAH6g/IAxnz01jtDzB6RVRmaMlTFIWZSBwwUY5ODljkZP9yIwd8Sim
OGqSqYpacLFUUYAqBj/Z0BLceQTjLHxwP9ehlVZmqqaWX1I/Q2+8L7gMHjIwPvxxzkHokEi8
2RTSGmQhWoLXHTTvK1RG8sftMhLLvHnyM8c8jH756ht0glikeJGgmKlgiIu1tpz5/Qfbxz9x
19SaCbFEsdNihVTHNUiFaqYyrI4wvp/mAwCvu+2fkHoVc45KJpYZaiQGFipSNcGXHztwSfOc
Dj9OmNHOF84xkhFTT1Mp2rcEjQggSYJB8kfoeM/vjoFXVFOaaOmuF6kCRbpEgSTIUsR7h8nw
oOfHA+MA+n3jYIasGmwCZUYgnSSIxSogGEYNwx/5fJ/TpCpFMkMtPFTgBgd5eTCsx5/y/wBS
eryIdAKWuMO7yBzRCjqXYXWdPUPEKuFwQcA/uP8A156HxQ3Kpjm9F5mUAkvPKFAC8jPPBAHn
zj+3RTINyga1TMhB7pNcaYLBUTbS3sQoAsbE8knyQxxjnjA/TprbauWBZIp7lCsWGV44wBjP
uYAYzwwXjk+T0Y1rYhJ6zwTZMtQXCqrKyOnp4RHHH7YiUUbgAWK+AfbjOSTnnz0ds81bNaKW
WSyxlmhQkpGpGdo8dXQNUI58Baxpbext7VM1Ucs7kmQHaSxIwxGD/YHjIHRLE8bKkNL/AE2O
2SQqRuGeScc54Ax9x46wjzAC9hpOLhCOWqhiqWiSkkceuCoyG2nHjCHPIJIIHByPtzJLJb4a
2kE8NWjxyk7JADgkEElQecc/PAJPPPEYIcoVnWgo7HPTepCGqCzRsgR0H6McHOcMDk5xjA+P
PRihuNsipGpTQmZSFBaHBWIkE8A54J+5/wBOOr9+LpTVpuIgFDNfdq9I93dMz6W1ZboK221s
QEkWS+wIG2upGCsqHdh1PGMZ8jrOndw/VP8AT7aZ10zZU1tpO1IMVNbCWudLGGQt6jxkBgF+
SpOcbhjnppgnit/0z8pz4FLsQ+tTHb4Yd4aH+ocOo08dUjadefUVr/tPH3H7O9vZBbbgYoTc
IYmq461AglMJlTfJFOpKNv5AK4II3AVV2+093k0f3Mpe6+mdB3XRGqKVJK6LU9HXR1NPcZnZ
vZLSPGEMEhIDIox/ix8hvh6lOiHhzr5ERY8uXiluPp1tqhtRjQWEZ712nj4Aet9Fp2z/AMQb
tv320nqv6XfrLuWldI6iW3/hV1LYqxq61VFQwJ2+qm4RPGyoxUMyHBUMWXHWEoLo1hphV670
TVXizWqM2U3G3VcsZVUDHCnKBUkibIyDnYCfleneycNVw4q0mjebmCRpEeiyhrtqbm/3t0mY
1GcjyWpO0P8AElrLV2/pNA60s11FEaWL8LePQLsGhZmpqiMjkSq6kqcMpSRkIIQbs5fU39X+
rvqH19JcNRVP4OlffDWy0lOUinIY5kER4WTZ7RhQduFO7aD0OzDPGJO+bZojEYljMNv0mkbx
jlobfOKqmntGn7xZRQUkSzXGpeYyQyMP6VOghMbBscOXMijBO4e3xjqYd2dXaP7v9ubNq5rZ
FTazs7C1X+qSIRSXZVjHoTOP8cgWMjdgMdhBJIXopxed2PnwpTSc3de06j1F/ZQ60iGbdZ6p
DPDVTRGYU8DvNIFb8qADOCHwQDgsV+3WpfpzFb3/ANb9su0tro3q7Vp6rul4usj78tmZQJXZ
sbsQPTwpkk+1E85AuqvNHDvqRkCZ6XX2EAfWa3iR7r1LslrrqXS0VsrY2hjC5ankCRmInwDn
2kkqMHkYwec46TaA1cEc0qbz7cPCGbAy5AQ4OOOchshTyB8+YUJaA0rUvI3i4HVec/8AF7+m
Wak1dbPqE0ZbDN/MDDabrTLET/W8UspT53YMRIPOEHBPWSdD6G7sWB5prp2au0lTWbhNK8Xv
ZMBVjZz8bcgEHI88EDrebKxNIUWlxE3EcQlGJ2disTXL8NTLsja/n5K6O2fbSr1isl61mdQa
W1NGBTJq23MFnnjABSWWmDFZABlZEbBIBIPgG6PpR741vbzV9b9Nv1DW+ew6oq64Nba2Qeja
rzEUAR4ZGyAXZN6+Q27AIPt6S7Rw4xVN7aQlzMuYB9wtDVGI2e1lWuN0P/UODst7xzPXitV1
sUE8Jmp8Av6hEbFl2EEb19MDIOQc5+c/Bx0MaT8DALk8rkSbcO5Vg5+QWIAznHHxj9MdY0mR
KPbcQhYWYRqr3H2bsL7A7o+QoLAqAQOBnkZPHHjhqZkURQRJCz4wA59rc8CTdwAPg58kHk8U
AEORAKbXC3VIcwNC3uTcXLEMynAK4zzjaP8AiwM/foTW22tSJKmVXeMjP9ZCT52njPu858/I
4+OjI0RNNwlC7jTzQ0f4doFXeAzJvbJPPAPnHH7c+TxiLXGmhmnFXKyuwdQNuSmPPAYEnxgk
fbknHUadjKKZOaAVMVOKoB2AbAMZq8AnaSQ27Pzn9uD5xnqPXZmmrAlHcJkMjABkUkrxkE5O
AfAPz4/QdMKGclWASULrra1OqPPEio2GX0plyDk8fqM/GAfjHPQq6w2+JWCrtcyFT/SB3nGf
88L4x8dMKZvYoaqZCEVcVLVOn8sqVIJUKPTHswP38EHxn5/t0yu8tKtTJDJRyxhlGY8Y2+MB
fjH7E/3x0SJJS+oYzKjeqddWjT9OtLc5MSuQBHTxu5UkHBZFBAHkZOB4/QCNW/uFb0qDWy1R
RIm3y7d6yRZIJDLs5AJ5POODnnphRw7y3eiyz+JxFPeIBQy867oaq/Glsal40qDsljQbGA/4
F5xxjGfnOehMWsaxIJ/Wp6czoFBkiVV9Pk8EDJxzj3YPjxjHRzKJyKTPxBP6EON8rrihWXUk
LKSy7Z4UKkEEbi27CZx4IIyOPPRuz3+ritNLF68rbYUG70lXPtHwHwP7cdXbkWAVQfIlxW97
G1Zba9lEUamJ22xMPVJ/Q8E/fJ585PSYvgmBCRRExrhzhtmf75G7wQRz4+PHnRabEr2miwGX
BPaWvmmjGAqrtXaRMY9z+Py4AwOf7k/YdSSw3CkzuarVY19y549NfgbseP1x/wCvUncl1zDE
qRw1zzVsAhljhVXKKSpQKQMbtq8Ee4fIA/TI6diGWK3x3Cvt7/h3I9FRtT1MHG728HKj8vnO
AepxIkJdVhttUatVTNPWlZBCssbBF/GNIDAQpzk4yucYJ+Rzzjo5BVU8NAokYwBJQ34fePJK
jLE+QS3njx5PHU6bnAW+qWVmgmFnH6j/AKONQ3qar7jfS/fK7TFTU7Zrjpq3VU9vt17ds5dk
pzH6cpZD78FSeDggEZDu12tHeTU1zuGsp9IaZvlvq5IK6j1nfbmj1s4Pv2MWZdsYGNpcyHGc
HGetVsyo3FNNWAHtF7SSNDlKy+1KDaLrxuvN53iA7Ww0PHS+gCiOiO4ssVworNptNJ2hEcCN
Z0C0xkHhpZJCfIGASP0xnqe6J7gVmj7PdqI3KXUVlvDimu13pLc38usFVI6innjkAUSOCSWX
agkDhcHLN1o8N2lCrLJmM+ASL80+rTALh3cmgefhE346KO6okuFlvJvWiylx03SevSfzuWlM
UV6nZRvLF1KGpBZGdVYhCpCEADNVNQ3qvlSmSinrKmom9MLEkj+tMzghBt49RixwFwT8ecdd
dTFSpvRBPtpp84BC161Q0xRJ7gJI5yAJy5T5qadu+3mtLtf7LpWls1QgpFnr6ysZj68kYVCV
DZC+0wog2/4mbHjPQzSVtoW1FqC5vRy3GqjeVqCkoYj6c/qep/Vz+b+mRHIqqhZwW90eCxjY
u3LqO4dxrjxPopf9O30u9/PqJucVq7eaHiWhpdrVGppkeK30kJZGZp6lVIYYXIiCsxPtVGJA
OpO3dq7N/S/qehvehtYPfWuNZbrfWXa+034SKBYZWlr5Vp0TZG8+5QlP6jtHFTmSX37Io54t
g/JvpVWyXDyEZnmdJ4TkQVbg2uZVbVyi8/PmvMXf/wDif6P1T3I0/wBuO1PbC43k3t6mCkvE
c6wx1csCOZBEr/72TaBsB2b9yqQMqeutHfxG+3mq7ndLvqa11dq0ZR3CC1pqy7Bk9Ktlp5Kl
aWaiYF4FdYnVZSxV5EK4G5CcENgYsUu2JGRMa2It1M/LJz+doh5aQTeJ0ymfIGOKj8P8Q/6C
PqPSt7Y9x7pQpZauCKnd9XxRxUdQrttCEKzGPawX2yBduUJ24z0bv/0J9mdR2Gest02pKKKb
ctJUW6/TPTwBhhCu13EijIYLuwfHjqZdidmRTrCdRqOf7/CisPi6NUF1N1+pB9IWQfpk+nTT
t++pq5fTr9Ut3rqC52IFEoLVcaumF4QPvMxkJIKGIjaExkEnHnrTH1lfSv2/1xbYtMXW1T19
qt8aT0rRqR+B3DG1cZPpEIAwPjz593THH4xtGvTdSaAMwQBedeHIIrY+DpVmOoVb70gmTmDa
J45qB/Qz9RfdRpL12M+oKCr/AJxpSk/H01fUENOKNEAkVjkfiERVB/pkS+mCfeQ3WnKOW13O
10lTb6unloq1VkjkBSdfRbaUmDrgenhgQVyMZz89Zra2Ep4euX0f0G4vlKlgKr+z7KrZzZB4
2/kdZSM9ujFTJTUl4Mkiq0byQKPUyG4BzwAAMbQDyM/PSFzo/wATVQ00ClFl3lSpKK0YOQqs
AMgYJ5BP5SOk7Ad6EzY6bkJrMRVyKgn9SXBfZI2JP/qCDGzOP8IzkHPQCvpllmxBCgnfcPUh
jw6MRkAKfkec8HOfPRhBMgomk4AwglyhenllmVfY7Y3tCGVHz7icAcYGfJ8/fqP16u1Q1SIZ
oyxCncu5Tzjy2CwO3PPBxjjyYMad5MGiyjVyttyjMyx0axRY3SNM7NIjjyRjJH5v14PUcmo4
YHkE9ZIQTtKksolAOfzg4xjjGcg/HR9K5U5tIQHW9dQaRtUl3u8FQaaBVVvTp3qTgnGPTUF2
GcEkDPGfv1Df/OftZT0iVt6u9bQUbPtCVNvqYAzbfBX0xgH7foft02pYerWbvU2z5eyVY3aF
HCCKpItMwSPMBRzTvei2a4vtwpLdTR/gYa38NS19NBJ6EntJPqSf7tSRhgCV+QckY6NXG42w
zSpM1KU3DaPXXnj4KnAzkcfoc/PRdTDOoPDXcPmSU0Mc3E0i8uvJjS2ijOp6GkuESpX0q06L
iMqMh254XeuCfk45+3Ua/D0JggpKG31NO4dZFngkd5WA4O/fu48DkfA4xno2iTuxNknxNNpd
vHP5wTSntdDNNLWw0sqVJYO8dUXkWJQwBBC5QfcbskgHgY6VummKK7zGjq0CLMFZmpom9vHO
SoOSMZG7nHz0RvFpt+yXvYOCbXDt/wDhIFuMEs8CQex1gKsNh8Fi+eOOR8Ef26I2yxWc22nK
6glx6S43UsefH/09SFUm7Qo9mIW27RJXUtOr3OiRZ5mZ/wAM0pX0gCcFjnOMHz+n9uu5aqOQ
JE9UUiIJEjDlsefGPn7Z+M+OsK5gad0r2SgQbjJKW+50VLLmCQcYzFJyJgTtLf8ADuBOPg+P
OOitHXyx1DgVLxlFUkRe4FQcHB+/jA5zk/bqrW6JcLSUXs0jIaWR6iKJIhjYkpC+SXQfAGBu
LtxkjyBjqW2+try0dbHO6u7uqSRlmcE/mUE/OPcSCCcjBHVu73bJZiAHG4Rq3xejKKn0kgLA
ESMCwCA+0jOP1wSc+Oenk1WlTNK01TGlS4PqbArlkzgMu0jPCng/ck8gY+i90seN4yEUJ/mY
NPDB+LVg4lVwXLKw2srBvsVBJ/bAwMjPv1X/AMP/ALW98LZU600NBTWfVFVKswvlDLJirZRj
+tAGUupwR6i7WQHI3DgsdnYp2FfvjxCWYvDsxLDRqCx9DobLEffnV/cjQt7XTVy7dVOiKekp
46ZrO4jrKNtoCOY6p0MpWRgxb+q28sSfOOk+5ur70ujNJXLT8dsgS40ktQ9HZrbLS0FLCZZI
PwrI2fX3mN2kdwxfCYOFyd3h6bQxtWZ11jrBy6DKVjsbUxDH1KFdsZQCJyOhjLW3AcFHKa3X
buIf/C9m1HV1k7+vXfyilmENNTNGJJZpRHIVjVfTj3AKQxA/KeB0tqPtxqW1UNoo20rS08sq
7TPapZZ2mlVQ6yOhJT1dnu3RcFQSQMdHMw4qg7nHxvrySoM7QFw8VZ+lrX3P7b6c0zqy6als
ulv5PTS0NPqJaWpkq6qmrVaIRNTB8zSBWk9N40DEnBJB6mUFk+nL6ZY7Z277uUesdQXoVUV1
fT8dLR222ymSJRHHWJH+JqZI1UxExyOp3BsBsyAddTGHcRmfT6ydSLaSdERuuad6obxlyy+a
a3Uq74fXtpSy6XtukOzUyw0tTJJFcbdcq5JAqZUxBKdDzTf74NEsihiE45Y9UD3S1TrnWWsR
qy72G5acpJ8SendKCoakXZEIop5IPTMaBUVQGEfAVc7guQFUqtAJsSTM8+UxJ+Zkq8mpiQWU
WS0QSQCY6+vggenNeXmop7HZJtSy2q6aTqo6/S2ro3/pUk8ZXZGZh+eMMqhWz7cBWGOOp3q3
vnozW+pNaaU1jp2p0rbO6dHTjUVDGHeDTd8piZae4RIMs9DLmXITJWKaQLkxruGZ3XbhyEnz
/f3VTn77N8ngDzjLzaXDr1Vp9nu1/wBK31g9gau7a77gXSk17pyzfyOyxSLBHRWaqiAaJWig
jigaCUl1kEi7m3hzJnOUov4ZmldQyWltDd0qmknimjmuujq2SSno64BV9X8HKjn0i7hjtkyA
pVVJxu6XYjbEudSqsO8JmTM6zdO8HsFuJw4xM923OwsZOdoM6+SpLvh2U+onsx3wt1Fq/uNU
2KvjdUtF71FcHjajhWUqmXcs4CCQfk3L78+M9ejH0j276gJbvT0n1IaXls1yktxl9v8AWoqp
N5X1Udse10OeDjOTnGB0DtQ0K9Fj2ZjwHwHgiMFTqYN9eiXgiJF76EEci3P9lGPqfsv0X9uP
qB07rzuj28h1/DN6dDSaX0hUtFc3lcGP/doy/iEG7OxXXBycjw027Y6Un7d9u7NpaKzwW5qO
J/TsazSSrbEJZ46NZHJ3iFHSLflvDeeCE2Oql+BYx8ZmDrA9gJt+yvpAvxZeWwS0TxnWesA+
VkVlpK9sNFDNImPWIYMBHge078KRlcHJB8cDBJ6aVFsutv8AxMU9slErn1jtU5QkA7SnO/8A
NgkFh+XHIOUVJomyaF26gF71VpTSkyU2ttZ2y3S1BZ4qO4TrA8gT/EkbH3Bfbu2rnOPB6EXH
UdlrpJKs3ujlidcosMylME/8O7JPGMnPHjHRfZE3A+dfl1bRqsDiJQi+Xu300Lz0rvVlExFH
TbBI/Awqhz8kkjc2B5z1Ebrqi6FJqWhtyrIz4MNTJEqYx8lHc44OPaeefnPU6dI3B1885+XR
nbtYN0i/ooLdLFe7jXh624LNE29GCzKrRkMSu1gB4BxnBPPnoaLXVwCSSEpEGy0W2YgxAHPG
B5/c/c4PkH0ywd0D0Q8ueST7oRfbZUzXFZ0lmbLFhJFOxx5Jy6nBLeOQefOPJit57bWrVsNZ
Uag0zHVVNaqRyzybyzBMmP8AUFQcgj9f16ZUKnZkOpmD4IPFYWk5m7UbPI/OChX/AOrvo2in
Mt0onuImYFEuE+7Z5OdsSrnOTy+Tj7Z6YXPTwsVDNQUFtgipwf6cMA9NFIOCoG3JUecH+/TP
8y6ue9kkn5Kjhrsbfib/AEQC5XK5NCgrNTWxYZs04ty1T/jC6oHyU+zKcYBJBVs7RjpO1XGs
o4fUiqQUlVpGCBpFLDwzA8ABRjOM8Hz1eKbGiB9ktqmZIK6uF3v6otc0ZFU77nNOhCMPODhR
gHx4IP8AbpzaNVV/qiiqLKjwvKyyGH1N68Z3hBEuS3HGc4BPnjqfZMLbGD6rg3o715+cPdEn
uVHUwx/gAXU5crJlTyDngkHcf1+39upZa7LVyWymkWxUzholIczgFuBzgcD+3VJhmanAaFqH
+bypRRRJPU7ULiF3BCqueQMecHJyPuc465NfO8s5niCAgOFUEPuAxjjcCMnPnj/PrEGd2YXr
9FoAsuuZGRY6qORmBZYPdk5+OFwSQTjH2+eittikSnxVN/Wd8+nGxQpjGCGwctzgn9MeTnqo
ujJEHKFLbFUJGkEUZjjMIAibGN2TkKo8frg+PnqQR3K6USmSOdjOzOQmMxu2M5JA5JAJOQBz
jBx0U3vNmUrrAOdBRKxT1lWj0gDJKv8AVbY/p+pzhSxAGDyScA4BH2yCc1VPG5jfcr+o+xai
NyQzLyjY5C/ZmB3Y+2FH26Gpe4bxKd01dC9VTz0sBMnuYJUqwI3EFdu7klSC3OF443Dp9bq6
qE5KF96SAElgynAJI3DCDxwPG4eTxmdM8/2QdVo1SGqtOWPU9JLbrxbaKrjqUVZY50SqheLJ
BjljcHejBiWDjaMkgAkYxT347J9obWlb2o7sSf8AhOy/ii+ie5tJRyTUFlR5HkktFxiiHqil
3uzQzKrSRFuQy+1NPsPHGnVNGqe47349ffJI9tUH1cL2jRO5n/tyNuIs7w4KndRfSJ9QCqa2
z6Jo9b0Jkjkt2otE18N5o6ly4QKXhLlgcA7Zo1ZdpOAN3UD723zvxo+4UVu7v1tXZ5I5nqYo
Z5DQy+1fQYnaEkG5Co5xlGA8E9afdewQ0y08Ljx+xusgaNR9E1aZDm6ka31GfKDcappX9+td
atrai66k1Wa8vJHIlQGEBZ0OUdXHuXBA2+mV2jIHUifTut9M0sV41LoCpghVBKUgdppI9xMm
JERi+CXPnawLEhlJ6oq1i10VXd7RfYfDVsUXOYJ3c+PhqegVqfTxoLS3f3uXBqWPSkluoaIR
1CWmyUco9eYMMMzOS7hCi/0y2WYO2Aq83N3UsSW27yWOgvN0gmIZ3p7nS+pMhJ5Zg0cfn7EN
nB5J56S4xjnOmp/TlcePTw97rXbKr9hSBY2C+5ytwAB0j1KxH9QlgqLL3GrKd50EH54YKIeh
CgPDqqAk4JUk4+WPAz0GotLa01FR2y1UDNc46uj9Whp4JPUaSEK0skSgA/k2MSmSV25Uc9NN
8PpMcc+f1WTxjHfmKgbx6a8PJS/RPcfuD2corVfLHfrZerSke+daBlgqqUyDb+HqSVMmVYe0
uGyAArAe0XNoP66O3st5isldb6papAoWSkheUjzldynOc5GWQfvz0lxmANeoa1PPUHPzWj2N
+IBgGjC4jvN0jPIaeF/qp/qf6m++XfuwSdtdB/TpqbW1rusSxxrfLEDTQjjcpqKiPEXt87WA
zjnnPR+XQf173PTNs053H1Zp7Qlspf6EFNSSteni4zsWFJFSMDbg+4j4+3Qr8HSoMFPFOJOY
YDJ9cvlkb+dq1Hk4WiGDRzgSeoGnspD2q7O0narV1Z3Ge73G66qucK0899rdm+CJgTsphLva
ljOAMKzMQuCWyT1PqjXVxkpJYrnfaoLVRIGlUQvHIpBTaCIwNhyMkH3dKsae3dJgACAL2A8f
hXaA3ZGuZJm5OqjLWnSVABFHpqmpWAWEoIY/UUfC+Pd5/Lxnjx0jqvTFj1ZpOo05VWqSngqE
EBkspeCoiJO4SJLHtZGOMsVPOTkkHqmkXFwJE+Aj9+atcxobujI81UL/AEgUNm7gSXbRnd++
2qw3qH0LrQTyGur7mfcXj/Gs2QTjwV3LhiOeerD0XozRfa6xtpHRbVot8bLOWuV2krJRyo2b
5m3BQuAFXC88DOemGMxf5mmKYaAOntwHJDYPZ7cNVNUknhynOeMqMdwO7moaHU9w0bpjszqe
vqKWlWqp55DHTUNUxwDGKmUBVKZBP5i2WAHz1n/uH9X3cHTF2/ld20k9iudLOEktdJW0Vyp2
XziWTYXSTkDaFAwCSM8dW4HZjKh/zHCYmB9TkOi5jdqVqLTu0yBMTb0BzH0XzRnfbv8Aasqn
r9MaDud2p3qx61NIKelEkDxgIpf0hhlk9+/bsZARgYJ6ujTdqd7TA2p/Wp6oxoXgWrM34Viv
uVgu1WHB+Bk+D46hj8PQwjgKJk8M/XLwhMNhV8RjJdXZ3dCfaOS5q7JbYopIY2SB5Pb7gwRi
OCPAzjnkDnnnqNvX2qnnpY2S4UVRUM6RQxyFRvG7lQHJxjn9iBxz0PRc4mE2xtOlTYXbtuPD
1UW1W9AyGPZNLvHvnebaSw8HK8Dgn584GOeoXqqnq5bRc3sTSyVbruSRZGIZscHKknj7kYGM
eOmlAgxvLM4u4O76qs+zF5uOhbxdqqpqKlaSvpTR3C0iKF/UV3yu/wBRC6yCXa6sm1tykkkZ
HUt/k8k1E8twmpZpY9vqMhP9Z/B9jcec/HGR09xjiAz5b+Z9VmsC0Q4G1/VfZtM08avNNUJD
PDCB7GLMdzZYbgp5GB/hySx/Ljr5TaXpqQSwRMiTyqEMiH3K2QfG3JXnzn9OehDUkWRMNmyc
1WmqOGJ0qKmKSA4Lx0qM3uyTksASo4wPHUutZ0t/LKbdURg+kuQCeOB1U471114ETK1NR3uu
t1tkpKXc8TykJGxIIAyPI+ORn/s9C4U3ysqSsQoyu8DyDyAfJ/bJ8jznrDES2V67QAaSRqu6
Z5w001NJI+5T6aFhEcn4J/QH/TojSX+lgotlBamml3Y3hySuOCcNjx8j7kdQDd82MKdasKVi
ETpb/qGm2m324RoqKqhwzHcCS2WDDg4BHtBB+fnonS3q/OklXJVVAct7UigYM4UluQWIb5/0
wOjw1rWpXUqOqGw+iLR190raNqWvvFakMh2EYaLjhsZVgT4855zn46afyOtqYjHHXVSLHx6u
+QMoBX2qwbIBIOB8/wCvUQWmwCq/QbhL09pRqlWierSqXbmSRnU8EFuS+cgeSB5GP16J01vv
NTTrBR1VVu5kCypJ7nKnKsm7BbHjAPty373At3YhVP3sz89ERsT6goKNp4r1PF6g2NKJXcEE
jjnjGce7Oc4/tHe89juev9FXLTd/utTVUNXTvTSwt6iZJGNwKoeVJVhkcYHPOer6Lgxwc3Tm
UHUa1xIIsbea8/uzWgZIe7D2eusNTLPS1Lx1M1ndo6umaMsu95o8MiZUjyS3tHjPWgu8Gru7
PYjtxJq/tv8AUXrU01J6bUdjrLiL/QwMWCyLLDXRu0a4OMgFQQBht3GxOJdQrNqUyAT4HzGn
WVjaGy6NXC1KtRp3hvQ4SMuY+aKA2z+K19QNypP5T3A7V9odVuki0/4m8aEodzovCgiFI92F
Ix7QRng9FND2q6dwaSfWmjtAdpqc17vOlFbqC52uZGYnBCQTlYyfsSpUHnceiMbtJzWRiO83
LIH55oPZdHEYpxpsq3FxvX8jmPspfoXTndTT0FTpOzw0sQqSmyntes2SOoLZDD06ykmiwv5j
vwSAAMnphUXSw6fp56TuRZddULQvJTvW2iKyXhH5IUv6aUr+mcZQBlAH/D4IIxOAqNDAIPAE
g+RBb9E4fh8fhDv91wGm8R6OB+cVX/dLtj2Juwo7p3D+ojXOn/UQxxzXjQ3qwTDg4jeO5Shh
gKDhsA88E9Qns1p/6fNMd0jdNZ6+l1LougqYz6FbpCoqI7siqoBlhWTfTqSXA/q49o++OmjD
hH0w2lvwNe4fKI9uqzuJeRiT27CDwkHy/da57fd1v4b197hVXcOv7I2mK4z0foJFT6buM0KR
LhTIKba8SsUG15Y1OVGCTyerW0v9U38PjsxR08PbXUnbmxwSvJMYKOmmtde7nLbD69IhDsch
Q0wGCAMDwoxeDqVGbtPEk8i0jz3SYTOhj6AG8KZA47siecequLQfduxd8dDyd3NHWS+3XTkM
jQS3qOm/HU8BX/eB/SeRkUYxvYAH4Jz13FXwfhjW2Wqik9Z/6k1M+VdCo2j1IslEwA3IOQMD
IBPWVxuErYOBWaIORBBHmPUZj1TjCPp4hs03AjK3L5rmhlRatMS1bPWaat9c0ykPI0UMh8YI
Y7Q7BTt8kHBAG7k9A75b9PyRrHLb6Gn9cqZY7fBTwyRHLAtkDjJHHHjdt4OegnVybTlzR7GO
B7v1TWn0Xb/dHQRSQ1hX0w1TEhRwzliCqhSjYGRkg5YE5HQm5aBqFimij1DFLJJGXhplhyJ8
j3IpMgwQc/38H46gHX73upCd7uppPpnU9honus6TRwwxqHeERyCAkgqGWMkjG4DGMEYPG3oT
NbtR18go6W21oo4x6VSZ4EjcfbMbMrOvLNxxkDyeCawlrSRl1MfRffqdkmWodP0lql/EVE9J
VyOpGxolX1CQPd7t2RwBtKjB4z89U93J+m/sb3Y1VJ3A1BpOZrjnFRVWmvalSfgEFwowxXHk
YJ5BJOOoUMdVw7+0on7It2y6WLpblcIlp3tfoHt5Sim0FpCktNMzAzmHez1R8K0rMzMzY495
wAxxjnpOpr6GQ/hzWLJO49IMpCMo8heABgfPkfoeqn1nYioajzJTbCYdmHpto0hYIPfgGaKN
pWbjeDK2VYZyW4/LnyPjH26G01CvqhaSrlkd22AISN2fBOP1+f8Al0QwgCylVBUX13ZqSjoJ
b/EfQeFyZal5QvHO5QWBQAnz4/Q9UTqH6i6hY56DQlkRIwQf5lWsGeTnxHGVwQcEAnJO3wOn
WCo/mBBNhnzWM25Wbgh3M3ZDhzy+eChcWvtf2+lWwU15q46VrsL1NbZABTvVhSglKKA4IRtu
1SBg/lzjq17HfbXcbVG81W7V9SSr09I5ZKSce5o3Z1GHAGcDOVyRnBAc4mk6s3fm7fYfZZnB
YjsiWEfqnzz9SiddaYq+Geora6epMqDd6ZRWCqB8cYXAAGD8DgeOg9dbmWnzBa56owu/+zzz
JH6/jI8ghcYyWyM/PS9rweSa7pHPxCJw0kVQfwNut1VOoVnYwzL7EwRnnO4E8A+ODz1JLXpG
8x2ynj/kd3XbEo2+hTHHA+SMnqsug3IUKzHQCB7LRD3eqmtIhoYoKeOCV90RR1fd85zyCeBz
/l9uJRcZY8zzpiQ59JyDk8gkbvB/9OsbWkC69VpQyU6pLpPt3UkgIjBO4LuPnGMADjz89fns
lJVxyV9XbYIxMdyrTIqGRsn85xu5Jz8dVMmm+RmvqzKbm99fLXQXqWhjiB9ZUb1EiipzHlc4
5Z2AJHz8HnjnqQUVgr4KJJmsqu7ZVnVtpTA4H5wM+M8efv56bAiINkvqsc2zAD88VKdM6eoY
aU1F+pIJJJwpWNYxJ6CnAIOWYMfJ3cD4/XojctMaYq7XDRpYIxhy3qUkCo5zyV345IAB+3IH
GOoFzgbfPZQDXQJQuv0jX01SLnaxDMFwQHjVWjJGTulZlTaOG8DggHptNU/y+cQTWelkYERs
IY5GKtwDhQT4B8DIzn79Wghwj7/YqstMnd+fP5T6ludRvFCtmVwFKsEglkDY8AncAPnOCvjo
Dr2a8UdmqTTUdNBP6bLDuopioIBCjeshO3xnjdz/AH6vpkCzvr9kJBa6HfPRYku0VdWX6TX9
w7Zaot8V4p2vNRJbdRCnkljYbhLDiE7YsxzNmTcSoB+Mt3rC06I1VpSpv/YH6k7vcaiZTPdd
A6zK0dzVkX3yQzxH8NVqVOOCkhxgxsRnrbPoUqdnsAPEGcuOvrbUZLz173VHR+kuk/qsT+88
dVTEqVtTJE1NBJIXJzHHC5YcjjC8hvAx58DHWiO2FVU6G0j/AOBtQa1ho6+J5J10vpy2Ndbp
DJ+bdOS6UdODuHErzPk5KfArqYP82BTgm+QzMdbAcScusKOyzXbXDaAlzu7Azvw/e2pVo22+
d8rRp+iv2iP4fNJU0NTLFT1Or+49XNqGKqBfLYpQ8FOsYJDEJGcbT0lpa26E1U+qdO99+0Hb
2vsWi1jluGotFUjaPvdOrzSossVXD/sczIERljnBVxIih1ZWJPZgatFkPgNv3QA5thqRLp5z
M5BMa+G2gXBtaAJIEwRIkkE3OmYuMxMLNf1Cdte3Ggdbzntf3pptfWKtZamjukaSU9TBuJYx
VUBAMc65G5Vyp5IPRXRV57PVWg7XSDTlNp/WFDTyxy6qqrhURx3SrWoT04Ciq0aho5QfUfaF
WNslvBoY5lwzwtl9Z5pC/smONpbFuUwb8xrzHBTztq9dpdtP3DtvDWVOtbDVmG0XzSsB9aSt
EzxBJVViyrIAf/3lY/VQkgAHPW7dC/WP2k7m9rLZJ3uUW3UbQ7bvpOehkqRBMrGN2Tcjq0W5
SY2LlSvhuszjcBige1ZLhNoImDfjobcvBPsPiqViwR3b8JFgfHVUL3y73fS/pDu5Rat+nzR9
001qyjmiqI9R6BrloLhXyIw20yUlM7rUsxChvVXYBuB3HjrR/wBOGlu6dm7P0zd6K9ZL/eK+
rvFXAAzJbvXnln/CABcRiHcBwcAkgHAB6q2oajME1le73GZBnzIsSLX/ANWZhX4MU6mKdWp5
QJ5nTxufhUtrtPUl2FNW10iu9OfUSlmZMo/LqxAUtxg+Ock/v19ms1LFFKv83R4SSzRzlF9x
9pXDAE4OSAOSBzg+c6TLRJTcG5gZoaJIyj0NM4LOhrGFRICCgAzjJypHHzxux8dM5rmd80MF
vmkBkCzK0hWCFd3+IkcueAvhfgEnqqxI4IlrDcSlbx60FMt0BmYe4ZpTJIsZbG0NnGOMH3Fs
MeM8dB9UtBVKyXCMzlIfSWeTMgZA3BD/AJcHcW2qOMnxnghsNy+fPnFTpAEghQPUVwV6ZxRU
sStIjD0pipiHOMsxI2/oM8/r1CKhLfCxmqEaIsC8m0/HHuIByMZJC84+ft0KSSU7oggRKHV7
qlVIGMawODvVyqKQPnIIAx5/THx0JqbrTVtBtpK/1w53N+HbduIAPj9PvgcffHV1OSRZWE2l
C2pZ3qBWnBVOUztVpDj4IJGR9vvjptc440l3QF4WOd/oBdrZIx8Affx9h0Y2NFF8ON1Qf1gd
1xDEvbbTUrRz1arUV0qk5WPOUhUbvdu25bI8AD5x1n6rWSaeamiaUhWOeQQ2QOcA/f7H5+/W
s2bR7OgCdb/ZeY/iDEmvjXN0bb7+qaV9TM8frNNHUe3wCS2P0zz5zx88jxgdWp9Pfq2a0XbX
61oms9uaCm1TbRIHkNDNJsiroo2x7oJiMsCcepHk7ZHw4pboN7fLjxHqku8WmR8OnqrvNrtS
RtDbneqRj6fq+oEWZs/mVdnIBHhgSD/n03otNtRPOaq07Y3k3iTYHcBQMDK+BwPg8nOPjrJ1
C6m91NxuDHkeK3TKNPdD265ZJ3ddMQUEtLRpOkkQUNEAWlIZiBjLZO4ZJ/y6nVmiu5s9IRb3
b+inu9jZ9o5yTz1SD2huo4hgcArFs1yhoLYz0MwCy1DFo43wyg8EePOP+nQK6TU8AkijpXj3
gl0lw5z8FeMfbj9+kRZvEXW6ou7xKr/uL2xv+uq16uHuEtDDAyOltlt/KNnDkVCMsqk8/lPz
j9eqn7w9hK3Rdun1LbLM1dRgqktRFJUU0dKWlydwaR/ayH0gQeAQxJc56f7Kx9Km5uH3I5kz
Pp7fVZXb+xK1Rr8aKgdF4iD5zoOROijOj6mrudLUiHS1Q8RWf0ZpbpURJTyyuoi2lzhjGuVC
5zIXy5JAHV0du7/320DqStvtJ9OncSutYiiNPYF1TOIYpFHukkcxM0+7n2BUCn/iAx09xLML
G7X3RPER9R6fsspgsPjXkVcNRki9iR/+wsbq1Ppv7rfU9qW7Sw93u1kFFQyIJluNUWoqtgT+
RUwVlIABJ2xnC+fd1eyVMMyFJJXaZ1JkWY42cn3KAMFcAYzwDweOsjjaNClWNOg7eHz56Lf7
OOLqYcOxrYd6xz5/TmntruFRVGL1/SXdG0asz4WNyThicbccA48Arx55VNfWhTcDKjRxMZhs
YujLwNwOCRnHB55UdDmYtmiixoN1+tdi06kMSnSFtT0lMqK1Ki+mfd7ApUZzkDBHGMkjx1XH
1gWChoO1t2q7BcKi0Vs9OgDUYTYolZIg+3gKV38gBSeAT0fg3dpXY15mSPdAYqmwU3QdD7LP
WgtHy9za6+LpPTcdPp2020aZrZLe0f45aWRvQUJHJkmSUxygFA/50HAJHUd+oDTvY1KS5X2h
uGl0qkdzNo6zp7qWQ+0evUDCvIFOSoKRptJIznO/qOpuhoI5xpnwyifGwylZpjdnN2eX1XAu
JNtbTHTSSMxaxVX1tw1XQacrbl/MKyWOhuzWusPpKZ1gWLdGprsbyGj38nblI/3AmX0pXvRX
br6ioq/VlBp6gtiU7+pa9TzvT05j2NvhjkETggMgK7ipzsIJKsrfUyaby95iNTJ0++XqkGCr
FmKpPLoAIvwvn9b8tF6H9i+6HZKz26o1vbe5GlF7TaptM9Vc7RVESVFlqIAQipEgBlkUkk7F
BCFi6Lt6pbu19S/0qfTbY6nuV9Ot2pdX1fc611FnuOmLVVOiUEpeicmSN8spdfUKFVbc0yjg
Z6vdig8Oa0S4xFjAP7gTxvxybbZ2jTq1WvYZBIceBcAbjkYafGDeVlo/Tz3u0DZNYdvdYaPh
td7t+l21TUWO7GnlrqemWSmKM0OS0MiQNJIYziQBzlPA6r7REmi5JHrNfUdXcKKlrI3lqrPU
7Y4ojEPTWSNfcF3bgZEBZCuOM7uqKzGgAiHGMptIMR4/JWaodk6qBXndBuBnGf1Uz1H287Za
s0/Ua07H11XBV0K7JI6FJfwzFWR3YvIpbcgAfAOGI8A9bZ+lL+GF2G1L2gtPcjvv2uF8v+p4
hdGprzO1PFTB0DIgpIJDGi878ZLYZcqvKDPYnHupUHWh8x01T2vg8H+aFXDtPZOEgHKRa3Ea
g+6vPt92L7Jdl5hce1na6z2GpeFiJ7HTxQVE2F9u2pOWClW8ZAOeejNfdqArLUkU1VGwMi5j
P6Dfkf4huwOOAOT46yOLxNSs/fqGXc/nintCkAAGiByTKvu1I0wekqEkGAVmUFin2IwBkkBj
wT5+R0OW9086RpJRJJI3OyaQMTHkKQTlRnwc/qD8Y6FbUn9WRRPZEAFMY6msp6mOK2SbIklJ
aZChaY8KAm7OSCPJ8fGeD0rcKto6D8OlPIhB9lUilJgWBY7nZm3OOdpIyvGM9SaN7NW7okQg
1xvEVQfxa1BqpGXdJOFKjk5BKrlfGCxIzkjH6Rq86lgprlBRtXxKAxkSOJMu5PBHG4Yzk/A+
OvgQbIylTnRRrUFfc3DJJFLuDkGJjgYPGcqDwNvC/rzwOoZcElhpllSoZTEQ6RryiP8APB55
BORz4J89cDQDZMqYAFlUH1H95Ln2e0Skmn7JHWVN5l/DrPPAJqamG3ftcnBBKg4Hjgt8YJHQ
Pcmxa2Z6m3WiL8LRNEyTRoGKJKodYvU2qHmVSAx27CCGG3dgPqOBBwJxTXXnw4XtnOV7hJv8
Redp/kS20T4/b7KQ/ioJZGolplG3LF4yNzHG78uMcfocHg9Vz33133A0Hpao1Rpia0/hIyDV
y3KFppVYsArIuVXZ8FySVYgbSD1RhqTa1ZrHkgHh84ozH1KtDDPqUQN4DXl+yyPrfVFXqG+X
LUV5rZKuruLb5pnQAHcBjaATjaOB8AfPjpnS6bv9BB/MKm0VlTCo3pLUwTBByAr7hgc/Azgn
k5z1t2NFEARbn8C8pd2mIe55Ek3J+qc6gsWpKSxTVV37bV1JA8p2VlYlQwi+dwIwpXOPIx/y
6d2Cm0/Q6VnOru3lyrq+oCtSXWOtkp44lGfaYDTt6u4ke4uuBjyOermvZH6QfE/f5qDkYVMP
Wp2c0iL5afNVO+0vdC+WqKh7fWy2TxtWOY6Kjubb9qn3NuZVVsk5JyAMLwSTjq9oblVMkU8F
dJC3hkGVbbg8cDnGM5A+B1m9pUGsrbw1vxWu2RUNfD7j8m25ppX3B55ojTXAQFGYqZFU4jwc
nO3jnOOfJOerMsNbc2sVExuVMcwIcllH+EfGOOgmNBzR+Ja1kRZSe1JPNDMssCSLltjP7fU8
Hzj/AN/GPjobO9fBvKQsqlSQYt/qeeQQfjkdJSARBWrpPBm6VFU9SVWrlh9oLbW/MPjORj9P
t0P1XpvRmvLJ/KL9aTc6dZfVYtKyoHBO0jGCAAcHnHz1Ck91F4c3MIl9FmIpGlUALTmCmHbv
sR2z0LqCku2n9PTJNEZZSkk0kkTBwFx78gFcAj7ZJxyerNobgqhhUzyTBmYt6y/4sjnnGB4z
kfb9OicTiquKcH1M4VOGwVDBMNOg2Ab/ADrARCCmo02rBMygkqolJyozkjxjzx4GTjz04pKj
ZMwlpHjTG4A52Pz4J8e48fHHzxnqoklESXC6MwXGCGVStUjsURC0AWPndyWzgYzkLz4wPPTu
LUsDzPMapVLNlk2bNp+xY8KMec55HXwfOiodT3rp7RX+eedvxKxF5MoZHVPS5HORx4yD5ycA
EZJ6qr65or/cOwNTTaUpTUwh4BJHDAWMESEvvCx+XDekfBXO3nzhhs7dOIYOYSjarXflagZc
7pjyWHjp+6651NHaLbXCvuVXGsaUtImTGqooVAiD8qIM5HHOScknq3u5/cP6aOw/b2g7ddrt
DUN31rBQNTXO43uvS4UMNVNGBM4WMtA0ke544YFDCIF5HdnYbdy55pAtaBvO14DU+wB/deY4
YNoziKkQMp1dp4DM84VZWuhpNXa6j0HboZKGfUljoIlp5TmnaqjpY3SWWMZY8qDu8j1HZsBu
iPZvQEPeiO4aGv8Arx7BqSllSlWrrC0sbOq+kqVKn8qOMQ+ovAlSHcp9RGW2k4PrvpON/wCf
3XKdNr9x7jAcYJ4c/UW+8ob3E+nzWfbvUp0rrHTl3oq3AqUqaeJZKSoXBVpA2dx5BXI3nGc4
8dK6SuesOx+srVq6g1fd7bq+2MtRb56WJF/CMUIEsUsqAZCjKOo8jgk8i51BtEbxB4W9DOg9
eGsU4rC1cNUdRqC48oVj6f7kP3M7vWDXncCi1TdLpdDcZtaakio0aV7fUwClLw+mxeSQRMXY
k7mldVCgAKtWad7Ad0j3NHZ7t9o29XDV7Coo5qNvTh/D1VPKVkk3EjbCqFH3EqRu5OehK9UB
oDYEc8hH7E+KsbhS4h26YMAczr7hehn0o/w+I+30FnvnfS5UtbBb3R4dI2+UzW935IeqmOfX
3Md/pKAhJ9xbGDqiovNRPTiqmkThGkkaNwx9uQE8g596kDwN2PgdYPG1RUeQw29zx+fUrTU6
W6BvaCFH9QX6vWBkmig3xKCyngLkhQQrbgMckDJz4889RKrkllWoknqFBdMmPAzuyD7A32GB
sbJP2wB0oqXMu0+dE5wzQwWM/PnyE3uEk1cGlp4opA8JKVEzmJNhIwQ59uPBAA4wcY46Wg03
UU6ApVeom0KksybgDuy0hAPLEcYJcg4Pg9QDOavc8M7qayrLNUxUM1VRUwRvWpw4EakIQucg
Lhsn9gW6CXargo5IpHnEk7tsWJWGxXUZ2tJ8fdePkL+9pvmVKnBMCfnugFzp6kSrE8s4kiqG
JBDDczHgEg44c4HjAGAfvHrzcqxKmaolDgZxtaMD5GAW4BAI4wOcjzx1MNTKkGzdArhU1kFL
/tNMXTA3QY2bfuvHIHP/AC5GeQFzuMdFQVFTcaxEpY97kyIsQChRk7mGAMAjHA+ePPXGtvZF
ghgJWZvqF75ab7q6BuuhO0+nq27UMJDV+pZoClDRopLBxO3AY4KqWwSMlQxYDqudMfWBqPSU
kluOjLbVJUb3kmlqqh6qZ2/OZJmZi7ZGMtzjA+BjcYbZj24MUKpgk73T9vtZecYzb8bR/NYY
AgAtvrfPj8KKVP126rqpkkptE2xYmTKiGSbKnPBzj5GfOM46+p9cGuqyR4J+32nHWU7RHIss
mMAcecHjnx1D/A6YM9ofIKx34sxLh/22+qlehNTdhNVaWp7NZ9BTU9RdKzfWQVVaaiidJPfs
WJk9rccAMFCrgDI3G3rVorRdBZqi76+tv8yssEZlqaWKl9QvGkZcovqFVJIGBu4LAAY89MnA
A94X/jimeya1J+Gc8N8/OBxH75SmOnvqK/h0zLPpruZpbV9RbqqBzNUVFmjmmpgsh2AqapUf
coGWCgKwxg4DdWx3D+o3+C3qvtHe9H2LtdqSirpLbMtviqoKuKGeZIi0W8Cqz+YAkhcZ6Npd
rSZO4ItMx9fhWaxG3sXUxBNMw02M3lvC4MC588ysm9nrr27ueotS12jJWnojUKsE1TRpA4gC
ALHvB2lhhsgEn3DPnqZtPT/igy22GUuNzYPkH/CdvIPj4x1l8e4nEvm3r+y1OzmtGHBpm1/d
faurs8qLFRQekEBKf1N25tq8nLk8E4yRycgAjnqzbDd66OxUUYrrYu2BBtMcHHtH3Gf8+hAO
JUMUXDTVSCgo7xV6Z/8A2ixkWIsG2uMx/JJ+Mn5xnwOmiU9Th3N1ypGI/VBI4HHIHH9/GfH2
TVAA2y1DXNuEjA1JG7pcFbKkFfTQtv8A/lHz5Oeeko7iauZRTSGKPfwm8sMD9CMZ8cfv0PmZ
KPaddEQpq6dmzUDfvPE5A5GfPxz5+PsePPRi37J6b8VCpUE7syHBHxlsePt9v+fUybBWgtaI
Ce0U0jVLRmolDYI98uEK/wBvPz5PX38TVRXOerhYGCKJAn4dx92DMVz7j+XnGCSefky3gQSF
IhPDdpI/TipYzGSufTOTs28gA8/AHnnn79FLdc1joXSKEeipbmSPDHdn/FnOD8D7kfHVRmJK
re0wiNveqqZI5re9MjRjkKMli3zjDeQB+20nozW2ygqKAPBGZJ4uCTGXbLAqNuBzx9+P2wOi
mEnJA1LO91nDv99B1nqoZ9YaameghuCmX8LKhKxFgfHAbYSD7WZgvIH6531j281JozScfbiv
7Sw00VTVCeXUdBQCsrbiA3shimKZQZ4VI1BP+LK5PW42ftKniQKTx3/eOB59J4FYba2w3YUO
xeEbvNMgiJInUdMhwB8gV+0ZW6Q7hUMmvu3N2qxdS09PZbHVtDKs21fTpQ7I7ewFU9q7jlcH
PiUfVL2hre3uoxrrSFHPbqOcKapKggGnkIXejR7vVPkq/gN58567UrRiWAEEOnLkkX5IjDVg
9veYQSZ9F2ut+8/dHS9VqG5y36v0xaqiOOa522KSZMId2fVciUFVXOG3sgIZgMA9Du4+pJtV
Jp/W+vLC9elRG1BCFqFp3kjphHGtMoOTBTRxyRCNNgdwxfexbd0w7QVA4zJGd/oPvMTfVDVs
U+oQ/Fd6QADyGmumhvqrY+mOKxaXFTR01Pbnvesad6iWm0/haHSlBGcqsrkkxPJIzARoxYHa
CdxI6d9su8ts05/EQ0nr/WFVURGS508FVWSBo/WSopPwM0hXLKB60KsccncxJyOET3OqVqom
ZHtLfUyemgmAydDMFTqHRx9YNuQNvDkvTnXN8W2UDKq+kVTDNUOKcKOS+WOFwCc5GM5BweOq
juf1F9lKevOnNQ999Nq07+6jgu0AjhJ5ZSzOqLzyQW5PnPWTp0qmLeGs+dTonLKtGgzeqOEo
x2S70dnu+Au8/aPVxuMWn6j+XXBpd6bXBLCSMncrxMVbbIv2JzgjMnk0k1qp56eQRPJJHhae
pBMEUoJO8e04GGAwPsQAM46lWoOoONM5iPnzxUqGKbXAew5/QoPfaazWFoKaetCSyEiiogC0
kwbH5IlBLn2+xlXPI/brq59sO4lm02NS3ntdquC12eA1jStbz/RiDD3mHeasKuck+jxtJOBn
q3D7Kr45pfRAgamBJ4Ccz08VbV2jQw+62q6Cfn1QNrnQ3NopIbgssUhZ1kiH4iObnK5ODxhs
nwT8/HQCopoK6kf1KUwozhP6o38h8AhQCoAQrk58AcgnpTBFsk0pWv8AP2TGstCUdM8VHvZ0
Z5FR4uUBPORyNrZA54wSAdwyYre6KtpKyWrjoHiMivseBS3qN4OA3HzjGePgHx1eJiAj6RDr
lQrWWsdI6GpGvOqbhBQUaEQLO44lZlCqgGPe2QcAZ4BPxnrNP1na/u2stLppjs9qW2V9omHq
3OopblTq5+Ej2vKGZA2WKqpB9uTwQXGxsDUxGJa5/wCkamw45lKvxDtCnhsG+mHd4gW65+iz
jrjuvrDWNktXb1itJprTrD+X6XtzMtLDMVVZqhgP97UysCWqJCXP5VIjVVACah90M0Vc0wYM
ZPgbsckFfOTx/brcOfLpPz9uHKBkvL8oCc0wNJ/RqCxp5CzmJJP+JTxjBORn/XpqKKqeOSVX
kkDNtVicgcDHPjwPHnqOsqYLQLqYdjaya1a0o6ajqJUiqJBG7ohkAf3GElsEAFifHPnr0N7p
9r4tO/S1UXy4XtITTU01L78FlY0rMBtA43kA5B5AHk+K6lnNctNsesW4dzfmSoS86Vmj+hDT
msbrUT1L0d3o6eGkrZP6UQFQwjli24wSGnBDBsnGMc9Wx9Ql1sN4+ia83TUmrJq6ajqbGtuW
4PKrLukjE7xOThlBYrgDaDnkE9NnuO7llE+P7JdSP+W4xoB4SfooLqvSjWVNO0ppqMPUaao6
qOOiT+m6MshWRi2GMm0YY+fb+3QurtE0NI9XTye5SFZozhju+duec4zkD46wuNrGriHuccyV
vcMxrKDAxMmscUgj9QmpckzFCcnHx4/9McDnqd2Ssr1stGsFFcZEEKbZFKgMNoweOP8ALqlh
mwQeK3nmJVgakvFr03VwWW76yoBUyISXkqgPVwwBZdxB/wASjqCas71dvtL6jOl7rfqk1caq
WEMRxT58bj+RB/8AUcj5HS4YOtUf2bW3z4Ik7ZwlKj2m+PDPy+qiOs/qvs2m6iWGxWY3UI+1
6ikuSI+0Ec4AfIwc+f16j1D9WmpLhcvQXtdXVUsjBI4GlDsTy2MBOM+M/wCvRlPYR3d574PQ
oA/iepvbtGjveJ+ykEX1AdzpkkqJOxc8MEexZHr7lFRAFt2za8gXdkq2fjjGejuhvqH0tqas
kotSKLCZi8S1VVcKaWmZ0UEqWjk3DgqOVAJzzkHrlbZG5TLqTw4jS/pomOE/ETg8U8VTDAf9
YJHMix+vVWfRVDrQJdoqynmilX+lJS+5SuQQR+ng5+ekZbilThIrjsIkXcJFVmZMk52nJ5Hz
kYxn9CmN5WtY4OG824ROjWjhDNlvUHujlClQh4z+/ABJx/n0/pLwlQiMJVhdMgrG5yox+YH7
cZ/bOcZB6pgzdcILlJdNXeSnjKIzLH6WGRRkrn7AHjOeD5+ej9Le8r6VHGZFcBWCygjGPlie
B58H45/SxpIzKDfT8kVortVSepSR14SORwg2HGfILEnnAwOAT8cfPQ+r/C3KKSFFgWOTfBKx
YpkbgpOeBtPPDDnnnnq5j3ETKHDN02VF/Un9N1Nf9MVwtKyV9DgyCGjhLTU7RqdpQ+7evuOB
t34Y7ScleswaEvzppG5dse5tf+NopA8tqrjIHkEwUq9KWbnL5ygJAzkDbhkGm2fWOIw5v3mE
EfX59lj9t0hh8UK2TXgtPDl5H5moPp+t0ladY26uuWnaq+WmjqR6drq1FKtVICv9N3YMIgxK
+p58kfr1Pe66VGsaqv1LYdE6bs9paoWgr6rTUPrW+O6Rbtpil9ojjkEghLktuCAnBC4diadZ
hc+Gm0cZ1OnCPE8xkWjew72taCc+Yjh4SCmPbnv9cey8F2pbT2vobTqBpIaadKuKod5UG9Jo
5FfO2YliQ67SpJ8+DC6qqekoLZSXejlW82qGQxRXCN2eojMnqxeoDhlVC8h52/4QMg56izDG
jUqPqGSbaaZfXwXMRi3VmU6bQA1vDmZ53MD1T/8A8D91taXujqr1pq+XG4XqRp3qK6R7j+Ol
JX3Ps3ujHPLFSAWGcYz03a6XzQusqrTlX2Q09WXK0v6M9rv1E129LaxLH2OEI87mTA44PGei
WUDR/wC0B4QctcyDz4KimS67WyTxkny+4sr30V/EG172Xo1j+nj6fdA6Er7krPefwMNXPT3n
AHpGOOWcmnESlziFsEvk4AwdA9lfrS+o36rLpT6P0DNp6x/yuJRXC2wS3i+Vvj1GpqQMGK8A
hmaKNT+eXzkGvs/D4ysK+NfDRcwAJAGmQE2vkNSAiaO0atLu0xc5W+ytWxduu8412bPo/udU
9vLzVQyS1poLqly1XdINuXarqBsoqGHYC5Zmm2KuRLxg0v3f1T9On06dxLD3D7Vd7Fm7maLu
cN5uGpv/ABgb3JdaOMM00JeklNOwkB2ej6cQGSSOMmttY1XsdRDQyeeQ/tB0tZxAJOQGSLqN
oua5mKcN4g5ZcBfkdPGFfH036d1VT/TtoahrpSlXNZY62aCsYs8SSM0oPnLMFbA5AyMnxjop
XRVX4uoo7PE9TPFOrpURPGYV2hcjf+UIPbjJHI4I5xgsVbEPDT/UfdbDAOBos3rWGaRua0sl
n/m0lNTTTSRtAtKwKCMjhQwxwfaX5ySRk8ea+u9bFRRuJHYSIgXeh9pPkYBGPv8AHzxjAAhe
JKb4aXGCor3CsFm1jaarT2tNNxXC3TQKaigrf6uPyksvgg7sYZcEcYIPWQu4H0Ezxa+sds7e
V9Zd6fUV0aiWjZIYZqIOGeLY7tiThGGWII25Oc9P9h419Cp2Bydzy/m3ulP4g2VTxdIYiYLc
+YtP1PVO4v4dd5o9Vva7k8xo4IN8lKaiOKqaXd8PjayePjOSPg9WBY/4N/d3uFadnbDR6w1Y
jBimrL6swYEgkNCW/XnAG3g9auia9Vwu0DWZ+yztfY+Ewe92rraGT7AXRvuD/B37k9mu2yX7
uBpGAQQ1EELzU15BdpGYorGOMEKMs2QCQM5weqs7g/w/q7RNxqdUz0SVVtjokqUtlpr44jvZ
lVVWWYBmxuztPjJ5OMdfF9RlQhzwfP7fRTbs/A16XaYaSOMxMZ55TmqVi07qS2anqLNa6ea2
xQVVNUNSVkcJkQxzgKGEPHO84KnBHnkjrcff3UP1Sa07DHR950XpWy091uU9J61FWPLLDEI2
CyepvIZpNo9m1WTJBznibmhzhvOg+/S40QeDpVe/TpDlfTPhZRey9i+92uPpn/8AKit1HpJR
ZZkqqCy0NJMlZXGH3iQ1DMsCBSzqwYKSyk+CpM4vP8Pj6we7fZm56c0np3TN8ofwNLLR11LJ
UUFRHOhSYRrBLMU9URhAzP8A0h6p2ksCQfTxTHhwc/POw9L26/ZCOp1cI2KpAtGvHl/Poqk1
ncO4sOsp7T3A0TT2OWxWyhtlNHS1JnaqSGLb6mfG1icgckBsfGSvRVtNbaEl7dMm5TvAQYb7
cYOP/f8Av1icZ/33Fhm63eHFQ4VvaCD8+iDvabjSLHc1BCOGf2MFHnGCMfpj9T9+rD01qC8p
py3pSmqMQpowhT1SCNoxjBx1Fl0Ji3CJUUoOyWo+4tTW3/uDcWstvknZ6e2zT+vWEnyXdw3n
BJbOefyjpnqv6SdGraay+acu9xWqpC3pKk4eKabG5Bynz+n756nV2vuvApAFoif2+nmhKH4f
p9ju157QzEHLqqKuNBYrrIZKq6ampb/JK/42OdIcbg2ATI8iHJYHIIyPnPzJu2302as1TaKk
az1BWUKRSbYrbUvIyyDG7cCCUKZbwufH6gdHYnGjB0t97QeEajjkl+z9m/4lV3abnAf1EnXP
QgweasPTH0sduqCamud+qZLvsXalJVkRxRj4yEUMQMZC5CnPVoxWSzw0UVst1joqWONPSjSj
gEaBM+OAMD4PnrP4vaNXFxeGjQZePNbrZuyqGyQW0szmTE/xy9U/pVho6JIZq1YW8fm5YeQr
EZbB/wBOk6eO4Cvp4GjmECvFIyh8AlQxwxGCMZ87ecjnoAuTymQZ3kSjuNSKpKeOowGYsjxn
xz5x8cDH26dUVQmxaYxkSyYTe4GMeeB/75/59UDiuwNFJ7ShlhWOJdoiUMTADtX78HAGfHPP
79G7SlPNGk9FGA4QBt0jYyeSQTgccHx4APnHVjTxQ78kcp6ylmqWimrHGf8AexxhiMYH+HyD
8f5EnpShIS1RtNuFOx9SNJDw2S3GeFPkAn9vt1Df1QrmpaT/AG+XAkkjidN64BKu27IGeSec
4zwCfA6z99V/0X6e7h0FRrnQunF/nIj9WWRUdI7guCFSTgFXJBCycOrc5IJBP2Xi6mGqitEk
ZjOR/EFKto4RmNoOw79cj/q0+3RY7pqW2wvXWq6XZ1t9RtE8f4bM4dCfeVY7FkX3oRuGfkH4
sztj2p7WawmqNLWbWmr7ddESpopLJXzwinuEpjX8KzTRoBTwTS7YvekgDyU21z6h2+hAU6rA
HCepy4RbrJtbJeXMaGP73oSDz0v6KMWy61FFIupNT25dO2aSUUz3e20q3G5xN6ZdKeJ5GRoJ
vTA3vmP2gMwJIDRail0bZ6+p1INVULyjLU9CKGe4TeqOVaSaZYqcvkZJLOAedjHxyq1jp7Vx
nlz0HDiTcmRAKqE0nDdGXp15qR6QGmrhZq7uDrvW9RQNUVKK1lepQz30ek0plqZ0YOYkUAYK
qh9RVUZUjqR6wrtUWDRc8ehJEs1igiprzZ7PFUwNPXVBO+RmRz6qpChfCQr4BzhM9UbzGVGs
3oBtA5DLmB55znKbYYMfhalVv/dBkuJ05DUn6nlCPeDQFTUXujv1toytivtOru1rif8A2CGQ
qzpNGF97nZuUBwzLgll6mfbXt9qUvfdD27Tl4tkP4qGptclqpmeZFeDD4aFWDBGjUFOdp3DO
7ktq7XUWuY8Wy63yE935OtpUKQOMfIhpm/IgxHojEn0z6ppO+8UN17zPd6K6mklutTqCpltD
1NM5UTpURVLc+kNrEMzI5VVwcbRad3/h5fUB9XlbYorDonR1q0xZqqSFaehrbY1VfaSNgv4n
bTuJGqTFGEKSICyxgBx7iaCaTaHZUXBs34TlAsS3yOnmEabG73aOAk536nIRwC01Q3GxwTN/
LFpVpqemWmaIK6tTxg4CMpXIA9PaUK4GMHxjpOaOsmo47fbpWpV9zmEVKPGqH3IcbQvA3YU8
eTk+B5E8EPLHm89NV6BTbAFrfZBr/W1MlXMq0azPGqogjKNHGpYHIUYOeQVYH/FwOolqaszF
HDcJGAX3D1IQZlc4yDtHIHyOSC2SfA67B0TKgBkgeqY5aikeRgRHVKx2MuPVwRkKmN3zn7ZH
n46oz6pavWFi7b0GuO12sorbd7BXxVSPbqYSPvc+kjiRuUkT1NwwP0I8dG7NIZiWF2U/L/TV
Q2g178DU3DBg+3wKraes+rCp7y6Xs2t/qVuqSalrRDNXW2XZMRwW2n0sA5xjIwT5AHTOLvJ9
W+nbLZ9cak+q/WUlRdJ46WW3pXzNGInBGTkhDgNjaVII/wDpJ69AwNLD4im1wGuvXgfFecYt
uKDnsq1J3Qva8VQ1p9IWn4u4NBBPc5dMWyWpMcQjzUGniJZY/CkEkhf3HWLvqte01dFdrlbU
tEgqIFeCK1EpCrxvGWjUFVPt+QBjPz89BYh7mugZT9/D7oz8OlxokOy9Mh9l596kkWi1trWt
rquETyywKFhIMkx9RCSnnxjkeOfI89bN7uXikp9HWegpJikktzaX8PW+xQjx7cYHPyONvB56
IcRu2+ZIvZjz2tQi+v8A8laXZm1263S2iGtdZVMbp/WAG51ySP8ATORjnz1sHRVJbtK9lqyu
sV0FZLV0EtZJPMWjHqLAE2g4yoRY1Xn5UnPUaNTeYQUp23LazG6H7rya1zUXSp7l3KCejaSB
PThjWST1GYNGG4Y4wAT8889MDLqAojyWmOlo4yzrKshA3DwQuM8YHjrPYkNbVc2Vut8Fm8Tx
+qZS/wA+BWCasH9J2VCG8/bnzyBnP/v1bmndaX+l09QU0um6ado6eNTN+LdfUIUDdgPgZ846
5TADiGpdjHMLWkiEOpppr3SpS0sk0JziOM8IuSD5+Bn7eOeutR2u80VpbT99pqeopnjl9kUz
BZM5B5AGSV48g/t0qqHcaBKfsDKtch40UFfsj2gFVTRUfbe0Rys5yzFy4bPkcjn9c56ljWqu
hjhiSlh2PgKHf2sBwcfPj/l/frmJxNXER2rphE4XCUMJai3dnONYTikikarmL0/9KRU27D7V
J5JGDznHP/Y6cXUwVYVv90+4EKuSCMcDPPP6eP06pFoIRWZlMiZpKc0HqiQFPyR5Kj9OBj/m
Qft13bKh7ak0lNIY5SAzeqnkA4yB8cjGfHHUn5ZophEX1Sx9OVUnkT1nAKKgjOTz8cbfIB+e
iNsWVVEcfqBC24NISMH7Zx9/+fVUCLq6bQj1ucwItU8u9nVS5EhIx592eT/3+3Ra23tHMkc0
pbYu4P5BOMYwB8An3c5H6dcibgKh/eElHqetepmjpo1ijQHY8zcbzztxznOMY93AHjxlKg/E
UckjTViVKTAN6zqdxbnJLnBIHznnGAP0rq8zdVCLhGKL162v22542kVAwJQyMVz849o5Gc4J
OecEdTGhoZ6egSOskMOwt7onMnuXJCEbgVAyGGTySfaOOiMI0/qdqluLIAjVY4+tLsnoPRnc
aDUtJ24vki3j8Q9yuVuWWRKeZggjPopkopfexJ4LEg+MCtbLqO86ssf8ovPbysEMlTDbobRZ
KVKCjqjGy+gJ5XBmqWDe9Yw82Ag9oxgeg4SjisRhA8QGnI2AsYvqeMTc6LzvaFTDYbGObF8y
ARqARziZkKsO4Grqi7yzW2o1NKaelklqHnrUKSy1D7A8rnLcBY0RQTwqAcEkdRCyUM16ngtm
mrRPdrhNlUp7dE9S1QwBHtWMNIT5/TgeOr434awfMvaEiMl3Mqw9KaH1Z2+s81z7wdo6y32+
qX8ZQi+W9qZqiYYChJGCNsJwGJygJXPJ6ZXzXVFqC9VF70XTVNlr79G1LW7thWAFVWULL5aL
CklAABtyd3A6qbQrUa53sojwI0jomT6jRhhRqMh9iDyGXLXPMQEbk17qiyV84tmrqiCO5QU1
MEnkkpWt/wCHkXEcseCQXVFb1McYdeMnqWWk1evLibfH39kFeQEN6v1fVQ0sm+MyeguU3A4U
+5kKnK5AyD0dWpMcBv8AOZBtxMa3tb0shmbtao9rnQLnXqke4XZa7aGsEOtqaz9ur3SfjhTy
rT3mO5x1juh/pyQJUK4TgMxCKwxlmx7emmhu71X2G1jp/uLZe30lNqmxNFfrJLUUZgpboWMn
puixMhWij27iju5doyrMgBjMw+WlzSDHADPP+0HhnbPkhn7g7hINtPL54Fak+mH66+x990Vp
vRncLuLX6avtasrNU6ulAhu8zuzSzRVgVY2LSliUfaEJC/8ACetAm0VBgW8I8rpNt9Opin2x
yK2OUZWGTwfHBH3HXl20sJUwlcmqIkyDpHJb7ZeOp4qkIzAgoLea6mMpqfxkDSl3DFCWKseV
z4Pg5J+6/GOovetVU4t09HU1ETCVSGiAGyMnHDcAkY8Y/wAJzxwOhmNEp/SYXKOVuoppKX8B
UyGP1QN3uKsxHKlSDxjzxx+3Vb9+ar8V2ruE1xEMdPDNDI5qQXUAVCMxwfjPk+Bwf2OwVInE
MAOo919jg1uFqdD7Ktr33H7fr3I0RqWXU7/hrBeIK6rWkpZpYxTAMGmLLHnAA8Lyc+D56rE6
js1w7b6f0vXQ1Q/kgp62Wr/DyiJERSr5f0wiBSWJY5wF+2T16HsfBYjDUAyowyCTcHKdfJee
bWxuHfiapovDt4QI4/Ve5a650VZ+1Wnqu3XFaynqtP001HVZ/wB7GKaNo3y2DztBHzwOvPHv
nrW5376d6mpvNvFJLTRS0SmpkfcUilQoqx4A/JLtctuww4ODnpc9pc52kH59kRsOnuUd46/Y
rC+t6aeDUOqlnTaZ6mlMW2HLSt6n5c7uFGCQw+Vxj562F3NuNU1hpatKn1IKOq3ytNko0gQk
KGBGWwo4PwPJznoise6GtMq/Zxa01fmpV1djDZbjqyy0F7qav8FLFPDS1NCM1AleMiERAkKz
Fio2nCscg8HPWje6nei7dvpqXTVLPLUUyWl45ZZIwonkSGUAlGBw2Y1+cDkAEc9V0m7zYHNU
bSofmMY1json1+eq84NZwQXPuDcpLdX1+Z4qZpEnclFZ4xwoYZA55PjP6HpGphezWqVzQ/iE
kZis3O4YwckE5yQPJz44HI6z+JJNY6LUiS0CNT7qONumPqxVf4dhykTHmT77BgAHPB55wfHV
5aYvuiU03b1rr9pcTimjEgqKOpEm7YM7vcOc+ePPXzCQTCXY8ZWQe01lFY6eOmWxVAK7o2WE
H0V93tYe7OT4/wAuOmuoNSVVwmNLSafmjSnUhWQbVK+SDlsE/wDv0ocyTJcFoKO/G8WnPl90
IWU3WcObZNCYn2KzbQgHBP7+CP36cUIIqDDLSuJA2S2eGz+pPx1XUESJyTNr3bsFpnw+6JqJ
Ipmjejeencg5L/7vJPxuz/b/ALKiT0kgCQ2z0xGu0jeFXd/9Oc/r9uusbLbFcDnG+77fdDbp
q3RNguNDbr9eYaaerUmOlrsAPg8854JJ4A5JHGeelqi66Ws9VOs9zip3SR2mSarRD8YJBYYA
8846m+i+BbPLmqG7TobzmkiW2MkddT9Uwi1poCZm2axtYxyZjcYRsb453cj9f26LUmvtL3bK
UmoaOqKNtaSkrI5H8cDhsY+wA/TnqLsPUFnN9CpU9r4Sqd1tRs9W/dSyhr62hhjUWR1klVds
8yg48Dli3+X64z04hraqbbE9nqSz5/q1GxVI3AE48Aqecff7dQYyRIKK3y68Z8wjEM8chWqq
rdLI5YGVoQGeVSSCGIOfzAHnIG0A489GKGmFQiU6WWQTB2lA9aJhKQwPILf0/aRnwRjkN8VF
ui5UqFuikFtu11poWag0vc0jpIws7U8cZjjLDaMJv4wfGOfkj3EdG4LxcKSYVVdpa6es/qMF
ZoVA3ZAC4lG44PggleSc9XUGkd53uEpxJzAzWHf4kXdGbUneKi0RTG50UFlpRLND6wDionw3
HpuVKiMRrtB85GM9V3rXRFg7RXrTmldQT0VNqqOGK53itv08jx26X3zQ0hMZ9vtEKOCGfexy
UwR1vdk0W0cKx1p458+UgWHj4rzjaTu1xVR50t9PuoBZdQXKwajorzHPFBLSVwq45UHrRnEm
7cF8PHwSQOD4GfHUg7nd6O4+q7hSXePVItqWx4qu3CYiGn3KwiV45lCxsjbdpWQIThlfJ9oZ
NBLezk2M6x4jLS85ewLMQ5rXU8t7XzVofTZpzvjrGkvmuvpp1U1rutmqWq67txR3kzGWLbue
ZLdKGMsZYElgsqgNghAN3Ve3m06Kr7heYKGOnoNYVVS3rWa/SLbYIozICYY6dUMTDcoMYhlC
KOCCAMcFJm5Lcj1gEjwjlp1iUZTpNq09/egHrAdex4TnOWhsJAM6Y1bV1k0WmrFI9wRiJqWJ
maop424EgG7EiH4dSdpIzjIJX1Z2y1DoC0f+GdZaQuFM1PRm5z255x6lMp2L+IcB8ru9ntIB
C7fOS3X0FjS6RB5iOnh9ozCA3Hbu+Mssxnw+aL7obSVsvOuLfSah0j/MKO210VNW6ZWNpaqs
gc7JIoxuGZWQsVww5Cj4z1eGofoy7N6h07N/+rP9SOv9Sm6OYX0C2ia3+ZBxuZI6ipDrRRIH
YlpZCg/3mFJJPU3NpMw5qVQbTlAHQ8uJnWwOtFFz6tYUWtkH06oP2m7b/Xz9KEb3rttpTV+l
6uaF0qaCqtMd7tVbuXa+6CRJQu5eGwhDDHkEdK2f63ZNB3uOmvfbm59uKsO4qzoaKT+S1T5x
vfT9WBHCxIORST0wOR7PjpfVbh9o0OznfbqJyPFp08RyIKPojF7NqdoWke3z3Vt6I+tqx6uq
XoKq5ae1ICT/ALRpl5Ke5oTwN9srQjk8L/uJZxgYwPPR2h7iWnWMiUmmaSrafcWWgq0WlrIs
Ej30rlZBnPyuBkEdZXE7Cq4WatN28wamxHJwE+eR0PDcbK29RxIFN9nenrl0noU4Gmq/UMDR
GzvCDlXjfESoM+5twI5UcYGD+p+b4+l76MPpbXtnDeNb/T/TV+orVToJam/1VTVhpcbzIYnl
KBz84yDx+3TjYlepgw6pSIkxextfI6Ib8UMGJpsaSbaeWaivca3dv4NW3WdO3FgSStMaxym1
x1DARLuB3OGfKhQSAVBDHrS3YOh0Pfu3UFdf+3emWrKyn/DVcH8up5VkQYAVgU5XBxzkYPGR
04bWxDQHl580j2jh2UcM3sbG2VtOSyx9ZX1T6X7U/VZqXt7qi8XeClpNLWm32nTVooZJ41nk
kmkdgi4jjJRokBJUlVwBxjqhu73eux6x7dXvRN47Q3+hqoI/xyV13ututkcdMJ4lYvTzVHqO
WZVUIuGxkkADiqpRdub8CM+8QJuSYF3HkYiV9hsYKNLswCcvIgBYo13q579c7ldbfZVpYK0x
RyJ6rSOuDu4bON+FIAwRj4PWh++H1qXTUfamwWei03os0sjyOHturxWzQtHCf9/TtBGYZF3e
DySu3HAPUnMJ730P0y8ULhcX2Lnuix5xx5c0b7J/xWKft53Etmprp2QlWipmSON6y/w0sa+r
GYyzzPAqxoXbKs/xgkn83U6+pH+KNqiXVdRS2j6dYqW50NO1OiS6kpbrTM+12co9GGE6hJFJ
K5UFWyRg9Qp4etS7sib5kzztF46555L520O2q9sW6R81WUpPqa7xXK41erJ7bZITWCJVxRVR
WcpHgBJgdoO0ZOWB9p46dS/VTq201i/+MtPNcbVVJthrqKKWkDEDkqZuGHA9oI/f46AfsynU
dO8Z4mPpdNmbaxAbvOaIzydkTnOUfwjtL3xoLnd6LTlisdVV1tTIoejEJibBBJwxcq2Bz4GQ
POcdaMsnd/UlDZqSi/8ACYHowomGszMeFA5O05/z6CqUTh3W1V78SMUJANvD0Uquel6KkoPw
lG7VVTBPLExUj2kHb44z4IGft4PUVu1iuVBNJ6sMjMxJViPUBBJ+fAOM/wCfWbfLbOWywzrQ
maVz0kXoMZFkdQVWIkq4B8ZCjjOBxx/y6Xt7xzFoFxKCf/jwMNmPJGcfYDjxx9+BnAgklGgC
JTyJw6ijNTGxQYXaTuYk8c8YPn/LpWnhnRZVmjqFyMbPU2gMc/fk+M58cfHU2iG3UgLoDN2f
7Y3nVFVrW4WI1NxnhFORWsZImGzacRnIJKnGR8HjB56g1T9Gna43qW5Ukl0pkkTaIRKku0n/
ABH1EJwB4IPjI889NqW1K9AbtogCEpxX4dwWKBD2wZJkG8nP2UN1n9KN90ZJ/wCMY77QXTT9
sdaqaGoAo6xIy+7aC0ciBs4yRwRkY56iequ3V47eTUV7k7fTxevIGhhkNFX+rIffkxGNSwKr
k+cAnJAPWhwu0qWLYAZBNtc+X8LGY7YtXZpdJDwLyCAYyuCDPkVYOi9IfVjb70moO22kqiwQ
zpHJ/IZYYqOgdVBYN+HeVwQQPcR7m+/x1f8A2dbvQtLcP/OqvshrpZ1/DR2aHAhjC5YOygZw
xwMFiAec54V7T/IvBdTP+Zyy5k2A8lothYbamHf/ANRDaWe7bXKIsByVlUFZbvWEa07ekhy0
qyhBEgBQHCkHznkgknP9n9nnidYTRW15lgdROZZhimYNxtGFyNw4GPIOc56zZ3plaR44lSSx
VjGqaugumx5XaUegdhDLgsyxr/vMbseCTngEDp4m6qslQ0EEPqSygNIqBicnGVWRMlgw3Ecn
bkgEZ6toyHTKV4hvz57rzm+ryhufbn6mdSXb0vxMtfVw3Kiro0CwSMArF9p84P8AgDcMBu44
6p+tudw/nE9dX3KKprK+d6qpuMhkO6RzkmRhg79xO48j3deh4U71Cm02sPpf28l5jtNrm4qo
xwi5VqR2rtBe9MUFhbuRpmvv1wpUooKGop62lgs5Zy9RU1NROTGixIhAWFXLtLkIQvuEVHbr
uxHRXHu72iqa+46bt9alpgu34VkgvTnIC08cy7q2JFX3bkLIuwMuWABu92n6CRGsR0OcSSYA
km17Qhw3tv8AtZjwyF/KB15Jlp/UN51vZKXSGgdAWm36mpq1qilqLTd56d0JJJaKgcMqSMQo
V6Roj7RlDnq9r/8ATtrG9taL/wDxDPqk7YWCZhGJv/FVdNNqeKI7dpanp4vW9UrwPXbc24bs
dd32tHaV3ADKACSeQHHnYDTNEUyaTN8kQQRHG8weF8suI1UJ7pd2/p/0DrPTtn+gfQl/td4s
rvCuvrxv/mt4nkjMTNFRlnjgB3sUHucEgjbjqFaf0RqW61FLBqeKC9y6iv8ASW6uuFRU7qiG
pG6eeL1pPe8np7GeVeFLbSTnrlKa7hWc0NGQAyAmDfjcBx1OeSHg1Jc0QMutvsp39PvcHsHd
IaG26vvOoO32t0ppaGg1rom1C8096ptphxPQh45qesCe38TA39RQN4XJZtF/SV9ROneysVL2
E112yv8Ap3SV+rgNP621HTemtbMeRDVBUEdPNINrqqFwvqHJ9xboDbdOrjsC5rGGRcnQjOwz
EzJ0nLldswuoV+1c0wLTy4nnGfHPVaX1VRQBpqWopzTlPY1QWHBAx7TnwBjJ8nj9+qu1TZrZ
eYfwN9gFypZGIaOsb1ULE5IIZTsyBxwD88eD5g3E1KVQPYSHDhYr0bD02lpaYIPkq41f9NXY
mugkivfZ/S0iOSsiRWxYpcqeMmMKcjJJ553A56hI+mu26emaq0VqeqplgVhHQXLbXRRDOQq+
tuKqCMj/ABZ4z1qdnfifFYdwNU74Hgf+Qgx1kIPG/h7DYvv0huO5ZeS1P9EPeLUNVrep7Z1f
bS2xUcNlmFx1LGyxrUQ+hIYkWCQu0k7TjC+n/h3bxhVxqGw0Hb7QmnYtPawW2afvVzijEdpp
7qry1Lbfb6Qkwp3Dwo2gYIGcdad+Jp4pra1MiHAGOGdrCAeNhxhZHE08Syu+gSXOngbgDPpE
dfBQjWOm+1ttqbjBLqyjpLi8hdqSoU0dbIUw4H9Ucj5BQn9D8dRPRnefsh2su6VVf3Ehp6ZF
d5Viik2jcBtIGz3Z2jOCQP06IphzmER6ItuDxuMpljaZM9PC+oWW/q4rNHdz/qrv3drSlytt
ztVwt1F6EN4pY62n/EJAyHdSO/5lYKwdUJAYEZ93WbLXpLS6aaE1TRX+nuFP6lTQ01lt1HT0
8cxAZpZZJRJNIR7tiBTtYkg88Ne1p08OwF0WP9UROdwJOhjkLgKj/BcdvtaKRkZwOXGfL7qj
Lt2q7wVdNVT3DQVzkml9IwilKyFJFTAYN5xnzj5zyPPR3vVp3Xms5LddqHth3Snr/SV6+t1P
eKevFVNHGsaSxqkKbSACOd7lQBn256SuxVBjhLh/yjy/dVnY+0GS11J1+l+t1IdDa20v2/7z
1ncQ6c7+6bgWmVaW8WB7bVahkcxbZvxc0sIinjfc2QQ3tCZJKgdRXTWseymju59dcau2d0az
Tro6U9soordQ3RwsY9P8YgSSJYzIxJjRSrxgDbknBAxVOoQWibZB9vLdy565aoJ+GqsduvaQ
baHP5oovp3Turr3p+e3Q9oNSTvWrHIakSzQUyvk5kaDaFk/QHnPg46L267wa0rKi36W0NfzJ
mOWaWCrmnWKJJQUGwxsyKcEAKdvg4OOgqjLy1wieHTWRf+EwbTqUiA6i7eItc+YEX6ZeamOj
+1mq7HqS2a77f6VElZTVbmW13i/0kFRUIUwI4oKhICz5PARHzjAAI403ZO+sn8mpP5t9NOqn
qvRT1mShKqX2jcQPgZz0PjMDVJa/eabaSOlnQfpzV7KoYHMaxzb6wTz4eyklspb1VW8ztZ0W
CZ8NMScMxJJyBjOMZ/THTC40qPUvT1FbI6pD6jKDyTkgLyf7f5dYF5tJuvQ6e6TLboUxgkdp
I1iJVgQyLuYKTgYxnIz8fv8AbpeskJC+jH7GCpvBCqcZJyD7jgeOqpcXXRoF7ozY5YVh/ER0
gYbAqK+ANu7AYYJ+R84Hz56exTSTURjalEcalse/8y5/X5z9yP7fNsd3NfAXJlfqOyUTyxpX
IqKx3FY8EFuef0Bzj/16RgtErXB0jieSGQkIGHB4AIP9/H9/HUzcGUS0cUO7i1OpbdpiSXQ2
naG8XJ2McVtq6lYYckYOWIO7gY28Zz56hXYbsbUaIoqy/wCqdO2BL7W1D1KLbaZHFFGw5jSZ
ssi8+Nx+2SPB2GrNoYZ4DyHutHLqllfBVMRj6dV7GljATOZk+w16q2KUzW6oBqWZFjC7Q3vf
IHIbjJHjjIH6dEaWWOcgCZamNyWJnLRlhyMALz5xgnP/AF6G3gmLhNwj9qNWd0c8EsasA6LT
j0yrD/EHGCWPHjwPv0SWpultqklpqaRlnkRJEpE9fbH5LOAAwznIGc5zluT0OQQQdfnz68BX
gEkFFqa7VK0i+okC/iUw4O4owzldiqApYL8rzwR556L01ze42txPNUUvuEr00aFTIFJZVO8A
oSnpt+bGVPknmyi4kneyGqX128M1Wf1mdutF3TsPf9bama2TNR0q1DS3OFxBPU4wgDsFkWU5
K5jYY4GTgjrzMuck1vqpKigp3XllEk49UEFeSp8EgHycePjrb7LrOq0BTdk36+a8/wDxGGdu
2M4+fxonWhdSyaT1BSXS66Ror7Sv/TktV/mmigq/B2yei6uyeDtJKn5Vsdaq0nYfqM70dvG7
jVH0/JpywUsRoIdVV34uqNJEEYtDSipYwUatwokWIuFOIxnJLtjXuEiABr6WJOcawSLkXzE2
XTfXq9mIAOp05DmdB7qQa47W9iO3H0/6e7o92aO23OvvEGLRoGtiZ6q4T7jHEiSRskiRKQha
XKgZ4beBhPsF9LWj7b2g1rrjWOnNPVdytVlrLpX3Oh/D3CS3sy7kVPUeRweNm58knczMfm4v
ZvOIF2iJ563zsIGkG2idPbh6ld1QsADBHG8wLx1zUa/hrduNK6gv9bq/XtttcNo0YWutwv1y
mjGYIkDvEjEBskI3tB3EBgo/N1nruX3Pm1DdZ5tP1VRbbY9XcblFTwZiFPLWSHeFJOFIgVIt
323ADweqq9YtY2lwHv8AwkeJrNGHpU2iIF+s5+IhXnojtzU96dHdt+yej+zGv6bT+k5Z7zX6
lgoDRVF7rKgKzzxVMxEVLSoI4oxK5Z9uXWN22qdq6F0ObLQ0N+1Oaa6XinDenPBTM1Fp9EU7
KW307NiGEhifXx607kl2JYKuc/Ee0z2f5eibk3uDAFgOoFjfOQR+kpjsfZrw/tawgDIHidfn
FH73cvx8nrzS0bQNEXWoYg+ioUHC4xtIHgeR9uOole5IxCiLE0cpyvq7Scnz55PIOQ+ccY88
deeOuZhbLDt3YaEDuchqFwksxRiSYQg9pUFTlCASoKqv6Y+Oo9UUUwkIhp8c8vg7vHIXk8Dz
9vPjq9lhco8ARdB79ZCzCrRJgabDRzRsyPG3k7W2jB4Hgj4z001B9eOp7zc4tM67heoqbSiU
sV3mp3/Gz+nlVedzw65xgMCfn3A9a78O1RTe8uOn1+FLNpClTqUqrxqRa9iOWkx7qZdvfqto
6ym/kd/9GptkqkmjqA1dSliM79km9k58lcr+iY4f3iKyattDx2mqlhhqXDLCJzUUMeTgEglp
o1z8qZEH3XGOtpRgxHzp9tUUzCnC1BUZ+k3/AI4H50rHu72B7i9uqGl1HdtP/hqG5tI8NTbq
yGqiABxncjHGQAQDzjztJ6rKvsVzpUeRZJEgbIPqOpYkDOAefuMfHx1CvTZVbaDPApg19LHM
FSm4xykHxBUU1NplK2OWG5a4vcUjsGCwlfTjXA4GEyc4I/N4PUZvWiaCiqHvFJ3A1hEzMwie
kh3mPB5AQREjAOPHP26RPwtRktbSB8f3WVxWx9yqS5zyBwaT9FG62lr6ixmOs1/rKpos4d2t
5QPluZDFJBvIVsjYuSP2OeoZVUWkrZqamSn7gXultDBRVVz0RpKpeCAqhVHjaFxtGf18iVOm
WW7MRwn0OazuKAaWmoXWjNsW5GPEKxdPU/aOWkFx/wDNDV9bI6HdGXq29QN7QDiL9D4+3nPR
C0aP7OWpf57Zbtq2mlVPTiq0FaplBAyocxNu8cZ8cAYHiio7FAltOkA3w/8AsnOHpbLqO3nP
eToe/wDbPil9TawrtbaZpey1h7p3K60d2qVgrLbeSTiNSHDIoSJicr7lkDDkEYxnrXGi+91z
0po606Xo+5VZRw22jhpUpI6UFYFRAoQfoAMf26hia7mlrLttlkqsbRoVKjuzf2jREE58xkPZ
Ru33KKGwRNDcZHD8tS7CzMvjfvwRyccHk489JU1FCLjUrUxYBjLI1QpDBz+uDkcn9sY/XrHk
cBC2tM2lLUrxWsyo9uQKjACaJSuTtx48HJIycfGOk3FDWKd8MYVhgMrMQ78n3fr8nHjqk3dM
q+I7wKdUVtRIgkuQq+38ROdwUc4A+T98ef16IpJC9KFDZZ19yMT5+D9v1/Y9SJMSFMSnFJTw
R0jNJWLmTjbINzA+cggf6H4+4x0lUpUVc7UYcLFJ/vIwSrBfjkH+20/v9uuFwN0S12YATmnE
SVDyQBnkCZOVJKhh4PyBkfcYx89IGOO4wlaunSRmJZyQwi3c8bsZ+MEAAD789WNNiV3WTmid
uoKiSneIUsfqmIoEdRH59xxnx+5z/wBejQtZKpECsRU+orJGSGGQGBHk5zjzgZz9urA4lUvN
4RSjikppXuE0H4UMh2mmk/3ICjClQChPuwc5GAfnjpSG3x0tTtmujQSySKipDvKk5yyBjkKD
kDwON2OT1B7Rn8/bwCoJgInbUtzyRpSRxST0ob0mRtuBj3gouWVsFW4y3HJA6J2CCWsh/rwy
SvRtGytRyRBlYFnyoOCxUZ3Fs5UnCnx1Gm4EgjL58iAgq+sof3t7W2vvx2wuXbi46jp0jrKO
IRZi2PRyIS4kKkDGGAY7vz5PGT1hXWH0kVHbzVqdp++epItO3av3SWa6+rCtpuMQ8g1D4iQg
4BRjGwDDdwetnsGvh9006ht4+eWXRZDbODo1Kja1WQBY9ND4HPlcZIdpvQvfD6crlX6s0N3c
0VbZvwLU8hq7hbnNdCWz6McMokE24ruIUeMHPgiyrn/E97x0mhW0Q14s2q6GMpJUW2+aVt0l
pnm8uwmiMErEONwHpEjAHOM9OnPgTRql0cDYeBBb4AjndZp84R27TqzeRunXjw+eVQp3B1H3
J7nRd5O7ev55a2Vw0tTb43uN0p4VAjjSGnQxxxIpGyKN5FALFipHJsH6jfrT7u33t3H2Iuek
5+3mkK2dKi42VLmlXfr8ihQgqZigWCD27ljCIpJyBLt4+Ld1gBy15ngPdx4ZWz7vVfy7nN/T
MnroOfhbLgqn1NrHXeoezNu0zYO2NRa9E22rad7rTpI63SrkVl9WeoYBXk2KyKif00RcAZLM
ePp/7O0fdvvVY9IwyVNMtdWRU7T08wjeFGDb3VmBBKp7iCMEA+Ovqj3U3OqVM4k55AWFpIgW
E3jNC9m9z2NcM4jpovX5tHw6U0/Dp22wNBbqQR0UNONzExhQqb2Jw5CIgG4c+Ac56jOqMVe1
alBKoVkkEiKfTRfdvVN25ASVHII/pn25689rlzpJ1W6w8GCNFHsywyutSqPmZiQ6Blfcud2F
BZQxHIb3AgE4OR0Mr46ARORB6TKm14CyqKY+78xPJzjGfkFfHPSctJTllzZCrraoaSSSWsln
p2XYAxk/3YUcknHABOOSSTg856BVlLBCKi4+pEvovuklDBUUFQMtnAX3E45HjjzzYyRkiWP3
UCv1ba6OjO+sklZiSBR4xGSfz7A2cY+R4PHPVK9xbjSUNbVXm7JUUlEtQQtTUqWVlLBMnj5d
No+cnHTfZtOqXE02mUNj67Oxcx7o+cklW6itlBMalZpIJIgshl9GSNRxySSBjHnzxycdSvTu
vb3QxrXRVMtJPSviSURHYrHG71EIxu55ZRlvJz562ezcQ/sIq2HFXbPxTarDSdlGs8V3W6tr
ErKf16aop5Cu5PS4jZduMhh7QjEfGR+nTv8Al9BdJHqafDF0ZmloYdoY8e1kyAgHHK8HyM9O
BAEHxTBtQNIuoRe0qZgUYMI198i+3afHIGPnjoPRUNRVVs9vj9EK6FCsu4PIQccY8EeD/oee
o1cP2rRH3RldjHMLiF0gr6YmnnleFwS3pYJYgMBkg4x9s+fjoD3GuFHLVWmF0mkP4kMxQNKQ
vuVSAuR5bA3DOM4PyUGIwzm1gRPlrHFJNuhpwe6LkRoc/L01Stg/kDxVNgtFWGqbasUckMR2
7NxyNwxxywPP3/XqUVEpeljme4GFMMZMkhxkYIC5A/xDgfp9x0NR3zULiDzj0XdmVKdNwc3I
Q3XP4Cg2pr1bYJKWJ2mmDyr6MpqmG/GWxkEZ4Hj4HwekL9eq+tvlbWVNpIklnd3C1cigEsSc
Dfx+3VRa8PIdY8xCRbdptOKJn9vBXboM3RYGtkTEGZCJBGAPbnyv6D4+2DjHRaorbFbnkt6V
dV6iKoeViHXBPwAfvjJz/wC+XqCRK0jGb7t1vVDbhU0YmV6WoDOQc+4sSM8EEfpn/UY6E04O
71oWMO4FMY2kZwf2C8Zx5/XqlvFHMbuC4RGnZ4p/TRd42lhsJ8kElhwf9fg9PKOoo2BgD7Yg
CCvpknPg+7zj9vt1af0rkXmU8p6ncPREcsgyriJD7jj/AAgfH3Pzkfr0tbUEhlQpGacf45Dt
KL4GRz8/PHx18iBayLPaVmRHjlljUlTIaljktjg8cZJOc4+3gdMGpoaJNlVUboqcZwHI2kAk
5wM5zn3A8HPXwMZr4ZQi9qRYKT2KzqQMemxRAMcA7R5xk4HB+fPR63FvwyVUdU8fre30DCx3
DPtZgBuBOfGfGf26m0HQKh90RpbXaKejjhRo3gqYdiINo2DPkA+7cv7cYPz0hD/Lqiqmpq29
U0cc0qqBTzRysygkEFiFXJwG5GQd2fHXHkNF8kOXTKVlmp7hTySRRQSTQbkE9Bu9EEhtnvQh
hlc5JJxg/wCHgErRHGsUGo6OppqdWwY5ql8qGzs2llyxHHw2OME9DyXSfn7qh9gLqZ0VQlHQ
rcaS6SkxyokSUO2F4Pd73Vt20t42ghiB+YZPTjV+iO2vc7T8+i+7Fis1faqiqRvwF2o6ealY
HaoKKriRTjJE4KFcnIAwOmGDxXZVBUpuIPUe2v11MBIsWIvHzyjztnPBYc+rn6HO12lta26q
+nK7z08V4uiWaez1ILQ0dVMT6fpOVMhiPgBi5yCQSMHqBa5+hHvB2P13pXS2oIdL6lv97rY6
OhtwqBPBTSvvKo7zhYCPDEshUlh5Oc7XCYnt6barjuuNr++oH005ZTFbNLHvfTsGgGM8/nNb
V7Qfwd9J6ugt147m/VHrT+aegGqKPS9HR2uG3OV98cTKJBxwpKgZ5OccdT3Tv8Jn6Ofp6aXW
Fl0HUao1BJKWF919Vi6tA58yLCyLBnx7mRmHx0WMS0N36YO9/cTJ8MgOOv1QwJOIDa9z19hY
LGf8VLuJartrWw9lopJ62Gxu1aXzmJJJRtRUC/ovheOfA6cfw+ezjxW6u7n1Vc09PK4gpKen
q4YY/U2K0rHLAkg5j3Bsf7wHPSyo8flHuN5txzMX8OOp1RTv87aci0fb7rVlsvOprXWOI7tS
S0LbmNNWVkMnqg43Ss4bcfaSADxnnBx05TX9mr1poru8MEsB9Zp6mpjWnZhlQiMJGYcFRtKq
SNxBJ6ylem3+n2Pz0C0NNhbcZIL/ADGzairJ6W36mguL0a7ZU9VXKkgnG4Kp9PJwWxjyC3PL
elqKq5SU9BbnWTbCZEBQhNgHO5iP8QOFQqS2CRjz0s3Q07uXgmlJwcJ0CAajvVPZK/8Al6VX
4mURK0tHTbVdV3Es5DMpTlceScLwAeodXXC41dOUrUjihmk/pRQGMjgflzkso8Z588EdE0aW
b7+R+3zwVlSqbMbrmhV3nlq1Md3rE24YmSqfbt59wZt+W8DnnP8Afqq+42i7LeSBcrZBLLTO
ySK9XO0LkNuB9LeVj4wCF8lS3k8M9n1ez3ozjhrIVD6DKrHNflHH3Uf1H2/sFVaI4DYqJn25
dQheMAjBwDn5x8npessD2+wxLbZjElGRJHDFkxjHn2hgGJGPORwPnplh6znOAdeDKGoYGlLw
BB3ZBFvG3RDrbd71T1Utv/Fgw+kGMLNuCuWP6fmBH+HHH36ltiu0UUkUEE7VEnqJhFJ9x3Ag
YGcjP/D560WHqF5a0ZojZ1eo9rnVDlqtkat78/R3YLEdL3PtqrNcXSmqrPatLN/tLEqCysVV
WUOo4DMSwG0E9UJ9VHZrtnoy30mve0lBfLVHW1P4Wa03WOWA0pKcIqTDcCPLZOFyBwRjrQ1M
Ni6dHfrCxykifIaLOfhr8RVHbR/KF5dvG8ybxn6KlWNvUArZKhZ4wQzvPnJ+SpxwPHPk8dRH
VWmKSqVay3UtXSVDusJagrpY6gxISSv5sqM8g8n3H4PWbq0yKYe8A6XErdbbwLTgu1cZcI1I
8c4nmg9xsWgrOaIX/wDGS1deEZwPXleqK59PMgK8rnywJzj9xIJ9X6Usk1LZbtUGKetwlM8r
zTHaWwvuAYAZHIJ88/r0AKZdG82RpEfPBItmnA4V731i4bm7N3Znob5npK71qbNFc7dR19VU
RVsS+vChlleOFckbl52gklv/AJjuJx0dbTUhYkXi3kZ8tVLn/wDl6C7xdclC7VfSp4h4aZvr
P1V50sK6Ysht1ZQ00NVUxf13kq4964O7bgEnj5IzngfHUf8A50DXOn4cyxgMNyMQB4B5/Y+O
D46zbmBo3XEStRTl7Jac0p/N6eslU0+I2lTYY9wAyON/j7j/AE6RmgkaQQU0gWNOSwYef+Ln
48ZHx/foImHQUwFs06gprhbZo6k/hWZwpKq2XIBbJY+Ao/y8jotRIqmOR6WCIEFzMoYnHwMf
bPzn7/A6uIBbYqMAmUsapBM06urbfdthHI8Z4Hz5P69O4lpqKeMU0742k+k42iNvBzkY3ffP
GPjr42F0QAeCdwW0mNqqmrGheQe9q9y3yAACCceOPt/p0pU0afh0LSpG8Y8SJlCSfau3yWPP
Bz4yft1BpLjA0XZAzRanpYlpYggojti9QLUDYGYeTv8AGVHJznJ/bPT+a0atnExp5pkpt+4r
64AZiCRsZcMxP2P64Px0RTYX538/oEDXdHd+exXbRX2WvqrdVPeJ5KLa0jQtKwgJUFVDA7SC
AOck+R0yNnrr5aVhNPdWaB9kn4uB40h3YJT2KQMKwK+DyM+T1IgtBkeufW3v6aiiRl89ErUx
RUlcn4cXIOI/6Uhq5oQxIBBYBhx7MnnBBPnhQep9f2yasLUuoLeHHukWeJmJYblPA3BV4/KP
kZPVctdp7H5/KFLBTBg9b/dOqi5Q39hTXO80MTQxOdtEZvDZYhxGPeQFbJOf8XOT0StTWaWP
0SA0dJS7YwTKUdWwNilsnyuQPtgE8dEUpYQQL9APogaxDhY28EG7o6GtXcjRU9ttk9NUbI1q
KL8dPI81NURMHikZNpXKyJ4yPAwR56ifcu+03cf6j+yGqZ66vSa5PNMzUDYZ2Slkba5OQie0
K4GSVyNwIyXuEeQGi9ptlpe9vFK61MbjiMzH/wAhr1K2r2Yepp6JaUUjRygsyySOAz8ZJ2j7
7ukPqL1HU6c0LW3WMJiJfbvbZk/fPngZ/f8Av0bJZSJSgsFTHhp1K8WaKlv3ejvRWaurbf8A
zh7lc1WenqJlgeeeokZIIlzghTty2wcRxPypw3XpH27t1BovRdp0laZvxAtlKtLmJQTI6g5Y
qqqqgksTgf4uecnr7aLSzDspR7acZ5Eeed4VOzR2tWpWOv7pe4VdNcpFimqqiQbmA3TMzqwG
07MqfG8/4fnPjOQstQPwq1kFz/Dx0zABqqYktgMGyV8vgAjPAHkZHGZfTLW5egWiYLQQotfK
FtiSLHUlKZBJkVIAdMAZZhlWxgDHJx8DHQqvt1soHmq2h2yKxdadY1GeMEiQHAySMA/uM7sg
NrXO09kYxzZjNIU942UoqaZJyN/ucSRrwQvOSPaF2jCnwc/fpleTcJg1RQ2mqZoyGYhQQ4yc
KTt2+eTnj5489SNO8ut86q9h3T3QSqM1h9VejLczWzR9suOpJoG/qCgX0YAy7ssHMTFhnPCK
2ccZ46rq7fVbbpoZKeo0VNFViZjK81QU2EtnZgx7h5I8HOPjGOtLgdlmmx3a2Jjw1nP7dUhr
/iRtJ5FNhLSCJmPKy50/3wqdW3SC1VOl0pIapxHHPFWeudwzu3AqAoCg8jJBHI6sahpKE1a0
a26TfG35hMSwUZwcf5c4Pnq1+FqYWpuSLgmSnWwdoHabn1GjdtHGyi89XHPNK0VueLEYTczE
IANw3Yx4xn7+fOQcSPTtTUUVbb56eVnkpqmGaNEPt3KynHjAzj544OeB0dhN7tW717qjZzu0
bU8Vc/c22dw7p2Fi1Vcq0U8dPUUQWOCdGkeoEwJRfAeQEliEURqGRuCdvUY+pG+6h/8ADlLa
NQTVBlkcPM9TUNMC2Bgg8EE5z/UXcMEZIx1ucSWnDO3BMTp0yt84ys7sHdZtjedlb/8Ab91V
JqI6eDfMWAADbYiSwIPkMP8A79M62qX+apVinarZ2A94ypU5B585xn+5/TrLOc6rT3Tr/C9U
2yA7ZxDuXyyj3cWCnUQ3ql0tLU1MJVIys3ouSS3lyOAMk8geTkHx0HulPS6ru9DUav7SX+ju
FMdsFbS1JaOnDe4MzJtwdxI2kZAOSMdUbpcN8RA0Np+BZc4Wl+cOE7EuZU3d5wJF58IjW55q
YXvQ1Pdq6i1M+olWoo0an/CucKVYgsWIAbI+AOP+XU7EtnIyl2usg+JFwA364zxnpEXjfLQM
kNtjDGjinunMz6DkrIisVHfLW6TSw08sChkqI1UGTk5XgcggeRzkdRK5U0iV8lBEsqxsFB9g
IK5PyDgE/fnrNCHQtBh3DdjglCkLwimKO4XI3Kfbs/TPz/fjjz46cUcUlPGJKZdhcYDKDvPy
duP7ccHI6FMTCZAp/Sx1MU0aCAs5O1TK5yAeQVyMbvt9ujVPDG8RkuNrkk2fnJ9qj7EkDg/Y
eT+vREgNXXU5uCitrtX4mqlWlj5VPciqA4XxkLz5GSP+z0uLYJ3me329Npk9KRnVgqMDg5wf
C5x8k56rdvG02UhEI/HYKpqaWopwJEG19q+xvOOFP+LIPLf+/R2y2Ghuaqi0VbXQY3NVU1Qs
ajco3AZI8HnPJJzyB1ymwE5Sqajt0WMdUZtVqenqKaip6YCaQDZGsIlSoByGDFkB3KOdxX9B
5z0+nmSpr3t1BLDFRSU0kbIYNrMUIA9ygEDkAKDlgcD5IYNLo3b3+ZfOF0tqd908E/p6GT+U
f+ILdY6mvlqafdRQ1YVGhdSA2Qdw3D3AMOF4B58iLiyLKl5mppStDUenUxRgFFOSrhhnaXVt
3nOdueeMxrMIFsus/dVsdvEyb8PT3yTeno44RURUFPFVAVI/F01VAkTzhucHcAMHOQx4PP69
d33Ttkv05o6iCopJ55HEFyjbbFU7duVKo4zvxhfaeFyDgnoEVQ0GTPXTw+axzlWBcI+vsmNb
qCbTN1msdWt6pZZjGIYIqmXbOCRgAFdvxjIJA5HJ46N2K3r/ACyKSlrqqEeoYQ+6cFWBIBU7
QAN2cZGefA6JZ+qSI8vqPl7JPVG6CFIIbWipDTVlRW7qcjJNbNiM4IO0heOPB93yOqcpNO6k
039Vej7XRUztYXS61iVDKXalllpS0sB4Q4cxq4JVvcrDJJx0+w1zOWfATY8ErqEgS0aj3W3d
CNF/I4dTU9zUQzLkSzKRlcDB/wBfjzx1Q/8AE77p22xfSJcNX6L1Jb6+lu0TU9Pco3SWnmLk
L7NpKMw3ZAJ45+cdHktdT3eP3SVr9zFzqJ9ASvOTsFqJ9Da8smr5L+4tumJaKvWhkdws7Vk3
4Waf2oGyqyIntxhVHLZO70OMuxVBlqJVPLtHVunp7RjcEIJwfAHI8ccdV7YYHOBif26ybDTL
1XdkDdaR0+fVNbzV1lLGtd/MpYki9rmouDSDkNgFsDwT5AwcAD5PQKvu1uioH/l109SVWZzJ
U3Il8HPBCfm3AsAT4OfOcHPVG7gsJ8PnqtAIjL59EKrLTqGnuB05TUGooGEC5iSrb5wOIyhx
jdwf1Pn4Tt+gazYZrnVTQF3DzU5nk9UOvA3Lsww8rkN8/HQhDQwu3QfAeeduqJY0lwEITqiL
tzpe2SXS/wBTR2+lL7Gqa24NHG2CcLhpgMg8+MjPkY6oDvP9UGhtUW6r7Udr9UiGy10EdBdt
XLTz3CjtdPK21sBPdvClvccnyFDno7ZWEqYuuN8dxtyQB9APfzyVG08fQwFJwYe+dJk+R+WU
Utf0i9r9KaEvV0u0tw1+Kx0Gm9a9vr3HHTKBtZj+FliIab/jglaKROOAcMTNB9NH0mydlKGg
7oduO469yEphHU1mnaeOOinmVw3mWc7VEabNxjH9R3xtG0DWnaNOkXDs5OQvFomTI46COki+
eobHdWa2pT7zTf10A1Fxe0zORUFg7DUNHXpbLRc7/b4YWWOiqLnURS1JV8AiQRoibVOTjIB/
Tkiyx2Q7lW2ko6fT/d7T+orkzilo9JrRGK63U/4vQSPcHKghiMrnayjHGaqVShjntpVRc5R9
zFuM2gSRCNp0K+y2mthqkAZgwfPh5qD3bTsmnrrWF6KvrGimNLJJ6yBY3Xn0pYmYtG4O7248
eC3nozYKeCkj/mF9oJmSHbIIipCvIGAVdgyWX3e4blIA/N8FozDMwtQNLgRpHDn421GfBOtm
lxYdxpuDN7z9OnGNFbV/712TuDpGg0pddD22nNBXQVa10FOBCVjfLxSRqgYxvycZJ3HJ8jEe
79dx6XuBLOIYqlqn8SzrK3prBBFklkigBxGGyDheDg+c9N6ld9WiaZvnrxj1t9uROzvw2/BY
w4pr5sI/933z5R1rH+XTzQRNQ5RFX3IylgefK/OB+/g+eOftEIqW60ouhiankUJvjlZREf1U
Angfp0ixALCB1Wg2r+Y/KkPbOUXyFuWZOSFLHdaqGe5qBHGZg0dM7M2xDyCcLlhnnPHGfJ6+
T+rVSm4fiKeYvsD4k4TG5TsUADDbhkkE5jXGMtmsjvgRPn90Ns78454GZsT3jlOWR0PpzKdI
1W1xp6OSit8dDKd7VLzZYgfmUR7VCDGfDHBGTxwLEk0hTyyNJaqzTBpWOYTJVkNs/wAORt4O
MdKHlpqkiyzm3H4rtz2vExfTSVL9OKIbOXVmeRMoW52MMZ38Dz+mTj79B9b6TWZfVts9W4ZN
rCGYiRRn8uB8cef9essHhpIT7DVN1wKStdjiWH8PNdMOqgLL6hIzwcE/Px+p6fNpqWojSd62
EbJNvohCSxwcbiPv446DLu8SnNN4mQlrLTGOqAS67VjP9SnSLAjyOcjz9ufv88dSW3UD04aa
ikj2wxhcFTvy3/F8fGOPv+3V5IDQCIU4aRJ+fIUi0aaaaqWoWeVJZGO1IhhokAzxgHAOPk5x
jz0/msNbdK2V6Z0X0mwyBGZndhuIOPJxj4I4+TnqJBeDAUN4McS5SzQmk6VTNSwXdEmmkH9C
qAzCdoO3BDJ7lA9pIBB4IJHRPW+mqi3Va3OqvIp1iRi1SCAsYC7dmE4A+AmB7l8dWsA7K5j5
6pe6s01twjNE7Lp2OmoIWqNYSQ+iP6tRPLvdWRAWVuAuQGyS2AOOMk9PaDR/8topFrdQ0jSN
JCVpaenKpMzHLOXYksWUDHkLtB5+TqLaYuD86/LxogqtfMBqsKDSlnoLbV6ioI6Gpooo5NtT
HKrRxbcZZnBIQKd27H5hwTx1Ttxustw1JWrVVENOXlSNauiyyzSKp3BFOMcFse58bvPUcY/f
aCDIPz5nxQuz3Gs5zjomFwtdrrWnmutukbe+IozJuATbjLkk4J58cEfPk9JW9rXf7Kt9NoqZ
xE5DxyFd/tO0BDkHOR7fsOOekjiA4iPnsmzi4N9FKtLVv4qnrKWqudFc6WVSstNOGSbwVkOV
wyMNwUeMeTzgkVrKLS1hvNqoKCwPSqshZIKlnPrKfYWQvISSeckDH/zHx0ThXFkNFxzjwzB9
B9wnxNOHHdsUYstbVeglPT1VJDBtLxGSsySoYA4weTk4yM9Q3uPUVVNV2e8NqOnoiaqamjuy
S+olK89JPDBITtC7VmeIEkge7p1hiHva37fQWSeq0CXjmiH0gd+Ne/UP2NvX08Tanm0t3W0X
RRWswXWRYq1Jon2tV4YhXb+mQV5A3Hdjcp6qf6iewP1H9r/p511qDUGirJXXHVl/pq5tGabo
nmp6NgI4qiUenlTFVFEZowN64Zt5Yb+tBTZLiybyBGeoPt45JVSLXkhh743rc90jpmTI6Kk/
rA/h9dyPpxp6fW+gaye8aRu9MZfw9M5NXQK4R5aZ2Ay219w3EK3sDYB8Wt9M3179jqjsgafv
bqC8/wDiSxQH1LTQUrOl4iVSBLHIApLAYZyZFxjd7uerNo0BXZ/kCT4fX5xQbP8AoKoeR3HC
3I6jwPGZsudH/WrrjXr3buLpq0aK7a6LtsYhk1JqutE1SZGBCgI24OcLJhUSQ5Bx89Zl79/U
r9Ul2u8lHefqQ1LXabqJXNrqbepssFZCzcM1LARsOCMozMQCOQOhmbMoUgO1dvOOmQHhAn10
JiQrsXin1aO/SMEXI4NyHOZ4Wy4Jto3R3a6btlTdwu9v1fzWuatdhDofSkM941BJGjlfWkEk
0VLTKxXK+o7ORghOc9QTuNqvtlLeEtfaC469a0qQhqNW3aP8VI4J3B4YFMfpn4GWI55z00bQ
wjRuU2SeJgDoGgT4k6WEXSEvqTLnXPMqPfzGesuCK6xTsE9rEb8L8ckknOTz5x0rB+MvtILf
X18s8VIPbStuC07FT/8ADHtzgZBIz+uOuxuCFAuOamP02dy9a9tNcVcGi7zXUMN6hkFUlFUp
E8kkMTSxTqsoMayxOgKysPYoYeGwSF81fdda09ur9P2q/wBwaV3mFZfr7UXuoI9eRpDJEpjV
Sw9KIBVUMglY5MgZK3UWOf2paOpvytNuF+SMpV6nY9jTJzNgenDNVzXaM1NYLol6vOnJLdBH
KkqYiqKVim7cVSVc43BtuAQQFXHznTP08/X1fuyXaM2rRek7097uimnq9VNRxzGsd8pJDFIT
6mxY+UYFdrsS2T5uc6o+l2eHIG9YmQLcAR6+OYRWEa2i8ivTda8CfM8kf7U6o7d6spp9f31m
s97Pi6XRFnpZEVFAp6qBVUKuMkttI5VhtZt4lPeuwWeHVIv2mNPW232y90sVbbo9OV/4ikYS
oshVi7uVYHcu3IJIzg56up1993Y1IkHL7E+vHPmttsAs/MBzTZwnjqLnUH0sh177d63s1n9K
5x0xq0b1Ku0OxiuVKCchnhdVdlO4HdHu8DnHUMvF2jqoXhqVVY6diqruYn3H43DIwRyPHR47
lm/b51Fjmt3Qe2uN5nzgeY4QmP8ANIYVeCC2RbceyUhiCCM4C5xluRz46CXSmapkZWolEhHt
ds4THI4H5SM4/wDfpfXuBPyFVtRgOFMnNPfwLUEsEdPMqQoVaOIKAhB4wQeAOTk/f+46Z3mk
FO0kNEiI7c7I3UpzyAcfI/y+3PQdIuZUBnmhdlbzMTJOgXxbZNWU0cF4pycD3HO1RyvBHB/v
8n+2Zolyu7oGNtQ5GcrIcH/IY6Ukh1VxZks1+I9w4kkGyk1gSslssdXQxRGNOWC+p7+PylQR
j/2+3HR+oqaemplporfSM8YBL7UaZcH8oyQQD/kPj56zFUgWCLpkCBKYy0UtOyJVRn8U6739
R/HPgY8HGCP7f3Xt9QZJop6eKYHGWKt/R588cHcM+T4I+egnJtQfqnf40fjY6aWhp0C435BX
AO4g5IAyNuTj7jovb7nDVWtZ9o/qyhFhR8fmbAbH+Lgfvn4+ep7h3BfgiWkESFILNFTJPPT3
Cqpo4hhzIFZSRjkvkeePzEffqS09kq2ssd0qK3csxEiU8LE5QnepJzkcDOOoloDZ0VT3Bpgh
SbTWp71JBFJbrjUmemMmUYKRIqMCp4GfCnA4+3BPTp9UwX2ywVqUtw9agLfn2enKrDAJwvwx
4HBGAM/f6jVdMXPignUAHb7c0lbtTGRJrqJmajV1kFMo2ZAcblZPzHI5yDngAbs56I02p4qa
MVZlCuxys6qVMak5wSTxx5UDPnxz0YysAPnwfBJzUX0Zska3ulc6nScWi9O2p6KJqlWnW3zk
Mcyb2d08YbAO3JJHHgcxyuvcklZT1kYLUiErOUhxggE4QHBHJx4wSckDoevV/rjyXaWG7GRN
yZPVNpb3p+W609PNVVMUs0XFM2SgZzgZXYQpPPlh4/v0sqw2CiWNqqkt0qzutNcmjLEmTycD
IycncTgZ5AA56CJEkGyuIMKZW66VltE73a5UtLFDhIRGcnAI9zuBtAJwoTb5IOSeSRoKaK6a
SitzXOSvhqEK1DT+ytVZWPO44ZIwM43DOFyPPV4dAmT6xfTx+5tZKazQ24Hj80S1r7R6cdXC
akuyNTl9jXCYMkb427VIBZkAx+U+GPPwIlrTtrqu8aZr7TqC1PerLX/7NMtPV+t+MiPHFOqs
yqfuwyMZI46Z0a7DoAep+efXNKqjpMER7Kgu5/0593tB0lV39fsTbtd1eloEagudRVz0OooE
iUYlnUxstckMSgK6hJcIpO7aejf0P/XZ3C+ofvJDpPW+udMWWGKnE6W2pimlul2jG/8ApRTL
sVnT8xBDYiyQrEZXUMDa47VzshlHjf79bpLVxBwrm4cMbDj+qDPCD6X16rRX1W9yNMWPs7e7
33HoYaKy0tO0kdVLMPRrnH5UjbBw7NtAHnJ8Drxz1rqCqv8AqGr1BMohatmkqWWJSFh3HIwQ
PIG3ngnk/r0XhiajyXfPnohdrVBSoMwwM3J+n38QrFm1Tqm9aR0bb9PWG30HoQy1cJt1HLWK
JI4nImEcrtGrsqHcV9oClsDGOig19o/U+kLhpruxabJcbraZBPTX+w1C01PV5UP6axpEohdF
b34UFlYkqCM9MqzzSY51Rs6xkB/qAz8ZuDZU0MaKdTsq8FhbBAET3ZzzzhZ7ulRaqq5VC0kM
MLeou9HnIwcLkhgQDzyCfg9SK19re49xtNNquPQt6a2yK5guUdJJ+HnwcZRyu0jdkEg/r+ho
Bi7jHW3ukjaT6roptnpJRixdqr769M9ba7r7xiSCG11YlVsDG0iIlxyMhBgjwfI6P09y7O6b
qaeGgitNW29UqKOujrWdVRyWRFPuLAjYVbHDk5UjI6MQ5o3WMnnY/WPTqmTcNTot362fMO+y
ld2kobhHU1lh7Y0dtuMtF+Hko6HSdVTREcFHjiFMNgwDlV3h85ffwen+ku5kVboynmmoKimq
zukaKhophADn8yt6eDnz/cZ/QDaDq9Slu1N7gZcIPMga/utDgMQ3BucOzs4f2kHTUjLjc6Jt
U9zLNVVklnrtM3msaRMpLJbZnVOR7uEOcgY+3H69P6vWen9I6WslxroLlFSXKkaohSO21aok
aOYiSTEFIJVvGR4+cjpczBvLCWuHSR90dh9qMZWLy0gRw0npzVdaWvehxeo6u6VFR/IpoytV
S2wSSPEuSrlVaMxEkFcZIx+hGRf/AG51h2iudiGmbvBT1MhdRTXCus7JWxAx8o6xsswTIz/T
MyDklOc9aHD4trYovF+Nr+fw5CDc07CqUcPVNRrrnK8e4zPklr/BrCCyQ6fpNVR3KyGQSpDS
1C1dOrDOfT3cxsBkHhGH26jetdP1MdEIKW+mq9JvyFADTBgT742G8MTg5GVAB5PHTBrezZGm
nz6ei9Fo12bo3G2N/kaoRQvRUEIjuteRiF0EUD5ALYxgEYAzzng/I6Hx3mH8VDRXEKGbw6od
joCPdkcEDgefj4PQldhq0/8ALEm/zy4qjatem/COOvj9kVN0jr6eGjrpI5vwylopaRGIVeWw
7YG48rz8Y+el9I6WvPc3WNLp3SFiR6qVfUklCPHDEoyCzHY2wePc2Fzg56Go4V9SoGMETOd/
QXQGExlOiTWLXARex94jokNe2qp0xdWsOqIHFSoKw3CmLSJLklQVYqFcY+3Vx6R0Fqio0pbJ
4qy8Ir0kTBEkYBQUHAAlwOlrsDUwNQ0akT4/ULO7bqN3wQZn0Ue07BNDQOUqQJwNo2yKMktg
n7AnPn9unNb6KpLRzORKcFZAv9IY9pH2xwfB/XnrKPaT+lM8PUa0yvtvqLUhR699xdV9Mqp5
H38ZA8fHOOnwDSwetFWENGuBKFyxBPGD8+OeQPPQNRpnvJlTI3rp9FW3GSJjEolqHPtYoXC/
GMKTjjx8dGqardgYoY1iO48vICv6+mn2PjOOMdcc0boumDIIkZKQWOVKQOAr4C71po94Lbic
4PkrjPI+POej9FdorhPMjmDbI23ayjEYznPt5OTwRnI58/FLpEhcczUJ5UTmCpaQJIsZI3yE
8kD9B+/xjogb5XJQixrLVekWZI/UG6Rh43Z4AJ8DjgccY6pY4tkIZ7AYlMaq4iGZqSESpOgO
A+Dz9wMHPHx+o5+AIukkVJTxSmURxwl3K4IfyRhFA45PPzk+eid6eiuYITdr6KTbPTzQxy7x
6k8zMRKg+xGORwPdxknz56TaqoLi8S3OZU2uyelG5fbuGMBhjHBJ8DOf7dcqmw+y6QQZC+5t
dyoY6KsEtJJJmISSKwVSp42txljxg+OcAnnop6trBN8q5JI6mk3hJacPGHwOWYY92cAnb8+P
t0MyxuqnSDYKR2+quNLSQXKnqKmb1YhMZKdDUNF7QdwThNmOCAN2Tn4z1KZ2pJ7lLqGWrkjM
SenVzQRSH8RGQSAGGGH39uW3Ac9FlsNIcCR7/f6pXXBLpaPny/NSmjr1a3NDJb1dYot8M7MY
Y2K48jBcYPBJ85B58dPqWueelpqqNjLTTE1HqBcxhFxgZPLMT4Ht4HAJ6KZTMgkR5+to8Elq
tIBlHxUxSQxB/wDdnbwSpDcA7ceMY+Pt56zBSfQn9M2ptdXz6ZO4vb+lt51XUVF80Lruhf8A
D3C11WFNVbTKoHqRxnEscbnBQsq7SN3Wl2LiTQeWPiHCCkOOpDs96J3b9RkR9eoBWQfrf+mz
61fptqrXpXvncrvqDStDKYrTqEVc1XanOS3+In0qhix4lw+PykgDqitK6c1Jqu4tp6yL+OFQ
rK3kRxKTjeScgAc8eT8DJ60LqFPCd3Juc6dY+ngkDqVSpWa2ZnI8vmauv6mL/ojR+jrB2J0P
qW5ahtOnpEuNZX2qUp6MvppHKiKy8kRQCT1Cm1Wl2sCVOYD3B7h9qtW6pjvfZu1y0dBDE83/
AIVeiklNnfKiQkKP9p9RRkyO+dxbdt9nRL3B9qbTBPnHyYJzguFlfiqlIVHsHIDwN+mkdFpr
6Bu3/wBIt50lLebX22ttXrW1iSapavm/msUse/YtTR+rtiEYwRjBMbZBY5U9aO1FeqgpKizS
RQRkusaSH1HyvtK8YzjJGMAgnwfHnG3quIdi3Ua+QNosL8Bnfib+FlsNhU6RoNfSEcev2Vc9
5bLru826Wp0nr640FTDDIvp08STzT+z2qjM22N8j/FkNyMZx1n7sD9PlFeNLSVffbsdZZai4
wGrmud5Dm4VM8spLRS078pt25V19xyuMc9FYDGNw+Gc+g7dqW5k56RYcT+yMxWDqYnF021QH
U72OQy8zn4Sj19l139P9GLPpm0ak1hopKeUx2JJ/xdZYKjIZfQlPvNOwyNhyUz+56zP3d0Vp
HuRo9e+2iKm30QmhWWu0v6kcklEIzsd4zxuGzazLtz7sgnkBxgjLxjGRD7OaNDlPzQzxSjau
Hiidnu/plzCdRbu9c/IcVWenaCS93U2ewWqOWqkbZFSvHH4RdzFy3tGAM5JAGP16l+lexmot
SaHuXcmtSmpLRR0Uk0Ea08CT17bgfZtUDZ93PnGFBJJ6c1KzKMuqHh62H18ASs1gsJVxR3GC
Bcz0ElS/6evpk1T3r1RTaZsFVPLUXCKWojtlFb4qmWNI3MUjPu8AEklwCq7ceQoN/wClv4aP
ceK3VN7g1vWwigw0K+nSwwS53H1lYDLRjC+7G/GQPt0U8Ddl9hzJHI2jiPGDwMMsJgWFgeah
BtYRrkpf247fnt7q26Ulm7iUd9jt1Y8NRQ6gpllpqsJtXcvCsrqefUVkk24wwwd15U9j7Saq
taUld21tNyqaiMrNYrrIYay3lckvR3VEDoo4ISoVl55y3JgdpVKRBpmLDn8nX0vYvv8AqWM7
tVx+nPnwI163UJuv8LXuV3O9e9ac1jDR0NJtREu1EiVCIV3qCIyVf83Djg4B4GAM6fUJ9IHe
jsPPJHqq2ymCDeaWeg3qlUCwyeBgEbhwQMfOeOja2PFdkObB+fOlsign4t2LNSnTfJAyiMr2
IzVLXTU89qqBJT3mmq41jz/sz+rvOcrtPg7h8545zgjHUj7Y6h13FQ1Xe3SM0sVNpWrgha5A
FY1qpsmGmAyrSswRmKDyiMW48wpuZVEn9MTeLcrg6wIyJIEpWzaVbDHcBB8PXipM9019q6+x
al7o6wuVyqATG8lbPLUEEkHLFmIB8jGcDH382pa/qD1ZbbZTW5bTTkU8Sxguj7jgAc8+eOsw
arHVXGnlomuKa97Qav6tYsOgHJMtOmmqaCnjir6Srk27ZkyEMjEkttyMePk/+3TuquNLsa2U
1JTxom1AVTMvDZU5Gef35+MdZ1wIyT2hnBXMg0/Vf0amiSnMQy8isyFSfvkcn9T4+/TqNaOm
haCiklihOQMcnwckH/v9uhKsmxTag7Rxsn9O0UdNCapSQwwZBlWkOc+f06NWhqeWZKOrRY5G
5jnPJwfg/fJ+BjPVTrNsmVKYzUot61KqUSJ2d05jlB253EYAAO7/AJZ89O7bNX0lTHJNcUjp
0VnMNRFl5xnAbnBHjxjz5xxkV1pcrolt0Vqq+GqY1dW6SQqzF4SWeUvxjafuP1xx0hR1twgm
ndeQ0ahYCR5znd+pIyOTgfv0KHTKpLJslqmqp6sejV1JUYABWQq45yMEY+ftyeMg9CYp4xVv
NGs0KyMWbed3q8jI5yR9uPGD9+imCy40L9USK1R+J9ZDuICybcbm5yrAgBhnx4/bx0zSjgVm
qRGXkfKe8DLY8AjGfPI8/B589dLjqp5CAvtRU1C5QgTPHNk5c8rjGCWxz/8AMDjJz0U9W5VN
NTVVqSjWtBWFGrH3GLBCkA+PH2PJUAnHPVLC3ehxVFWQJbmprp+ukq/Xt1SlQh9IKPTPqpTu
i8MtOQAylx7cZBIDEe3qUW6uq2pYJoLlHFJTSSQzRTyKTVMEX+oce4OrHLcYGeQfhhA3QCI5
/BnxvHBK64g8UQsNVNNHJDXVk9DDTypFHWs/qerkJxGcZwQTjltpySScYOGroxK9I6zARs5S
aJX9KMgh9gfGWJGckcHBGfjolkbgkX4D599LcFNZp3juhOjeDSxokAd3l98cki87Wx8kZHA5
LbTz48dAu4OnKDX9hhtdVcJ6Wso5oq+kuVvA9e3zxsTFNGHBBP5h7hyCw+eraNbsngg5IQ0w
cwq/7raz+t6/aLu2i7r230fr+gqYTCaa5XeGhimTdjEsEyjcuMYG84+4OB1gXu79LP1iaa05
d+5t+7ET6W0vbZgXpre9Nso485EkaRsXkRc8yrkqPz4U461mAe2qyKlYEf23Bnxz8CeaT7Rw
9RrOzwjQADxMnwI14Am/JVPe9XPWTy1V6rKquqJVZIq8zA1cCNsG0yxqqtGAj7IcKi724x5b
1Hdu6Xeijp5JJ0jofbCK+pASOMuzlQIlRn4bB9QnGDjGQFampLcrHmb8JFpjn1Mm6y2+4ElS
i1fUdW6A1vZe6WlKG5PqmxVCr+LarzDcaADbsnDM8nryA7TtOwKF49vPoZpXuFpzuFpG2640
pPUT0N3jWWB6lgyxsyZYFcZDAgqcAD2/BJzj/wAU02uczEhudj7+t/qSth+Fa++99E8J8rW9
PFI3GKhrWi3rMpdWG0RkxgqcuR42t585J4HPUaqqy3ygfh62ZllyqmGL3SHnjaM4HGPv+vjr
PgQBAzW7ph6AahhppoqlK6AbtrbCZnXBDHkeGyceR8jqlu4HZJKO5VHcPtReEodRJGYnoauk
ga03CIn3wunpDZv+ZA3yM4GSGGzsZ+WqbjrtNjcjPW2oQm0cEcZRlphzTLbDMZDpOaoW26E0
7adY6gtt1NZY5GqYbZBY3iIlpxOzfiIickkJGrRo4DBvVQ8Yz1oLuhZJrR2OvtmjoFRhapIU
hRjuVgPgY5A+B54A560m1a7TUo02cfPytqstsFjW08QSIIBkcM7eivn+EHRTadawXaWunknv
trneSNpagtl6uowr0xUQlQiZ9Te0gZmDIF2t1LO6Xdaum1hV2H8VJOqzRozM7RMoORtDfHGc
HwSemuJEvgCB5e/0UNlUd4lzv7WqptH3WChv12pW/E1FTNWGqpq51KyQRP72QxHh23tH7ucb
Tjnqf2i8T1+qaOguNTUlZqipAV6XIdkjH+MQkIw3eDLGTngSYO1a+oQQOR9vnonRAY0nWfr8
6rcn0uQ1P/l80+WeGqZGQSJ8iJFb/wCnx/foH9anaeh7n9lP5S1p/E19LXUstJLBBDLPu9UZ
VDJNEE3AAM4ZiFBIjk4Xo+k4CC7LwA9QQFhBVdS2j2jTEHn00uvGL6nu1NmpNQVfcXTUzxU1
VViKopKRV9N3dgfV424y2MgA7iwJxz1O9Pa67T3v6V+1vavQ0CVV4pq+66l1ZShn/oXEyCmp
VkGOMU67lVScZbODx1J+IjCPgwTb6/QZ6p3i8AG7Va1uR73nIP1UduV4miq2Sphi9JjuypYj
Ixz/AMJHPn9+eep5QaDku1DDdYbDZY0qY1lVGUAqGGcYL5Hn556TYcbsojaMyCiXb6ghvNGt
0/CSGR41ZIYF3OGB+W558+Oi1+kvFHG9FDQNSRKoKxsVZ2YHBJDc4+OP089Karc5KZ0arQ4N
JQ2kqLu0JFupysijLyOoPAHOMfGSfHH6dGqKtlpZALjDumRRmNh+XP2x5x9/14I6WVmhO6Lw
JhOqiveriilRXJxuJdCwQfA8nnGf7dErDeotkXqzShd3qD3e79sfbH/TqlzZYmtCIEI//OGo
1H4rAbxyxYjBGJH2kZAOOCcfHjrp71VyyNNPGxDLhhI23JznIPI+eMc/58ivaMii2s/qRym1
JaIY/Ts8QkkeMM1QgCkY4bzxwQAD5+f06Tkv8P4L8RJFJJJAQu6Rtvq5BJ85z5HgjBPOeqIE
wqw3iUyN7nqKCRP5jtSZvd6WA75HgORggEfAHPz1xV30RyikDMpkwcqeGYHjcMZA/X9ceT0V
Tb3YC4GjRfarU1DTxQvNc44BJN7UiRiDsbk8KfHHHA66qapnqFqPxLVJbKvKdgBGCfH3Pj9c
+OoVWxcru4Q3ejNKpPHNcIxTQ/7QuXYquQV8EkHkL4Bx8/26c2+suFrpYKS1PEArkSIyszSq
fcxDLwp5HwScDPQoMGVURMhylOm9R3dp45q210qpJINktPHuABPJ27uSAo5B8/4TjqT6Zqbx
dXkpq65tLBW1JjjxJsaIA8JGDn+pjJxgq2w7lXyWFN28IJ+eh+cc1OLYGDezU9tjXeaWdzbK
VpqWEAyR+pKMsMEK7qEUFUKtjLA+QOOiWn9PFDLUVd6jZKiVXC0lQnpxFQdtPsGTnAXccjPB
AUjPR9GzgXn6Tzi59dUhrPDGndv8nSw85QS9XC2Q6nqkLVUrLIyywBnaoRwGYq0argttUhck
A4IB8EtbnU/yVrfLcKGpkm3rOxkHEeOQ5BIAIyMqTnPGOB1Q47pLoy+/MfOquY0ugG0hcyV9
9qUnu5omUsWjjinjDyVeRwy7vaw8fYZBzjx01iu1TWqJqqQColUoZvaQwGAeG3AhjndnI25A
zk9FU6z2xJj6fOs6rjqTblvusW/XB/D3smmbnL3N+n63RTUU8zyXPS859QQt6bFpqYDgxeC0
P5k525HAw9Up+F3SzKzNDKyBIkJD4Pu2g/GP1B62eExTcVTDxnr91h9qYQ4WrvxAdf7/AH8Y
RztZquz6E7hWm/6q7c0mrbSmUq9O3ZSqVtO6MkiCQYMUu1mZJRko6o2DjB1l9JF9fs/eaXQc
V/nuXbbXFRPU6M1VVnaskseBLRzePTq4xtSWM8b9jJuSRCY7VwwxuzXsGbbj58zUdiYgYXHM
cTY2+e/gSr+ucsVfmIThgd4AUF3CnAO3gjA5yfv8+eo1cp1G8zU7GMn8qMeAQf2ycc+P+nXn
rHEheuMCFXWWKihFPBbXjjVAqojFv9M4wOB/l5PQOrPqU6lFYICZMQ8Lgjk4P7f946saCMyr
YtIuqU786Jjv2tLNcLFFXU2pK2EQWa4wyQR0lK9O3ql6pSjOy+mdqLGQck54Ayhf+8M2ve2m
qLBrC3JZ9RWSj9KvtjszbyGDCaEjzGcE4P8AYkEdaem2niKFAs/WyJ5jej0t76rJPBwWKr7w
7lSRP+rdn1BPitb/AMOHT1potM9qtSVWtL3DU3OoHpUcFaUpzt/EOsX4cJtIkLkvkFiVX3BQ
F6hPdTTduOv5WoKco1ukkSOWqqnkMKSMTKpZ3OQw/wCPOM8bR4fVQ3ecd0DP98/Pr0CG2Zh2
vs+/db7lDdL9uaW2aI0drmqsDU9dQUhpTIQsRpQ2WxGqF0UYQlgjMowOSCOrP0RSaTobAtHa
7Uq01rrBJQn0xupmcyZMZIG3cGwQvkk5846U4uqRUgZX+ev7DRtTotNIGL2+n7LXP0tUlrtO
k/Ripp6RbVGaSlSjqZfSKPAOTFGwEjDaMblLKQdhBOTNbf2/odVdvbJVag1pd6uOC3U7MlTH
+IpHnEXsqzT1kRqPWR2WUGRxIHRd3hst2EZ68rX6jXwI9F57jXFmJdAB6/J8f2Xlnqj6cLxq
Zu4mmb5qH16HTNhr62o/HxtS1IePaiEiNXDkNtlOAgOQMgAt1QXavRF87VV1009rqz1dHXxz
RSsv4uKcMkkeR70Z4yQpGQGIyfv0Pi47B8QJIsc89OIEDLK05rX1e0djqTiAYBE6RE/VFb3L
eLg+yVXRUcJMSo2seTgnG0A8Yx9urp033b1bRadoKJe5t1QQ00abAnAwoGPB6AotGQQe0Wte
QM/RK6S0DqDTvbpNTV90pfwtQBtlZY2MqMOWyoyGHGSRx+vjqN1Fya7SSUy1yTRpyEDg5Kjg
c4/cf3+wysqxuyEXhaoe4uCTsUt9qCsNL6awHAEbMBtHkfGT4xj/AJ/ErttqnFtqKua9qk0b
AbGIHpDHPOTn7cfv0trwCSnFKqGmE3pKmnqq+KmaokDTlvUEIYDjnPIPJ3Y/bo9HVrTEQQTM
NygGNcA48n/pnHUHt7oam9OoCYKctVUzW1qYONssRDEn2gYycn9gPnj9OuY7pSQ059aJFct6
m2VgWwcY4/ZRk+P36De0kJhSfISf80rBSyGPd9ygYHIJ4Jz/AJePsOiVBd1qYFkDSggbSJX5
8YIz4A89UFts1dIhOaj/AGkLHA0LK6bsB/8AeYPBI+4/T9M9foJKmBWmmjUM+FXehP7YA4H/
ALdEMuOao3mmEoPxFPO8ylTv92CfaB4xuHOM/Bz5+evircp6yEUkgh2lm2OcJJ5JDccnknzj
JHHz1XVANwVYHgiSnsUJjmjqJ02tsIUgDb+xYgZznj467SKUPMlTJGFRSGgnJBIIPB548Y/6
noEkNkOULAmEdtdbXUjxwovrSLErExSqsbkcY3ckfAAH65J6l9huFPbZRV1l5rKWSOT8SsaI
rJCyrjHIO3hjlRyfg9W03gEE6+fn89UtxTLEC6tDRim+NDpOpu8tUwPqST1M/wDULsmY29LI
y7kE8BgAhzjOem6S3OzUz6UnlhjSSSQmKim9GaGQEcIwBCqAmWOd3Jx56tNVrGg8bHP9jx4i
Ius/Y1DT8fnH6rszz6j1GLpLQTWySpmMiwwOJnqI4iNm47Spyp4DHI/U+HFxoKeaD+cVtrqK
yPemYKaMPKVPsAAYjzg/OQMnomkXPNxc8/v75Ljv8sgNNxaUhBZYLA72uzWmlp6WmyrTzyvm
nSRvfswQm9nwQASgAI4IAEarZKOtqGjuVtlkkpmO6EqsaRKNp/qMMucgcICVOAD56Mc4WDI8
Prn4ccoVtLvkvm/z51KRq3p5rdJB6CyvKY6iSOccFd+5fUkwSrBlHOTtAGBnHWV/q6+hCx90
auXXnbGentGq5GeqkoJSIaeubI3SDYMI3tHuwFJJztz0wwONdhal8tfmaFxuCbjKJpTfTr8s
sXap0BqzQ2oqjTuo6Oe33Ckh9KopKqLBHPuViSAAQDg/OfOD0T0B3OvWndH3ntxqO3PU2O7z
xXFFiqMyWO4x8RXCnQg/1VXMbp+WSNuTuSNl19Cq0XBsR7/LLzl7HUn7r7EH+R9FtD6be7tN
3e0Tuu7TwastSCG50Svn1iVylRHzkxuMMD4BJGPHUnvdBVyVDkUzRGQY9NQdzY+Gz8E8g4Gf
0PPXnmNw35TFVKRFgbdF67srFjGYWnWLrxB6jNRq5tUzboYKAAn3OPT2sFJ85IAJ/cHwegtY
rSRv6lbUKY2JLmPAJz9vn5GcHjPHPVDWgukJrMC90AvOlLDdLlRXiaknkntzS+i5fKL6igE7
BwzEKADjIHzyeqV+omivV51XTz6X7c3FYLIClxvgQwrUQEK7Rbv8aDOcHOWIwcg9P9lOLq7S
8gBo8+XmVntvs3cI8U2y5xnpGvKwW6foAognbPtlPNSsXhqaVULkKsZdG5C55/N8/B6AfULp
qgt/cG73s1Uk0U9TLEpn5fCnHIIwp/RuOBkfPWrqi5EcUu2a7vAf6G/VL6V0daa36frddKxK
2s/lwjk2KsECLl1Rw0UB2rks4OzKjOVIA6c6UheoqaujinVUesC+rC+cqSQFPGC3xn55zyOk
eKG/XF+OsptScRSM6W8vutW9qBbqbSNRaLPAZWpJh+LMqkvIXjLBGCkEgL7Rg5x8g9Wx2iEs
va3Tix0zUJW3QKaMwVNOsACAbAlT/tChcflm/qAfmyeS4I1P098/D1Xnm0/1STeVlTsFY7Zc
9Z9/HpLnsuMjpb0rUpxMaIgSA7V9pHu27hnDAD7dYY7u2q6WDubqC0z2ShtU9NPGklNQxiGn
iYwRA7E2qNnHtJC5HnwehMUT2QaCcxbz8dStlTcHVKgfeCI4/pChOoqye4JFVrNumhc7Ukww
fnB+M/AwOrP0VY9QVGjbRUQRRsklFCyl2AJBQYz0PQEiyU40tBhSHtx3EmvmiIdPV1c1Pbuf
Xq3zCsYIGRkHgtycYxk5846hd4uFntNW9Dpuoh/BvJlZo5CEjXPA3EA5/tkk+T0E5p3S350X
KDtx0BILWiGn/osoFOh3+luwMnyTg/2zzz/fo9S1TUVP6NddjKNgIZfZIxwfcw8fI/T9TnpZ
UYcoWgoHIlLlfRVIKL/ePGSEHlwCCQCf18fbnojHUClUU6TOmSEb1GZsr88njP8A79Rc3upz
SeCF9pnjqWlhkrIo4nQxiJmPBIPPu88ff9+en7262U1vheD05mkODOq+6c58/wBh+3z56CqD
+k2RRrFogJtWUQjQ52thQyFHOP8AIef3++elKRqpaYFandsIAMhYNnj/AA4+PuOqYEXRArdy
6I21pa5tyyRYCFjLLnA4yDj5/TGfPS/8wioiKhagyqpGQSfaPtjgcfPHAPHVrWyqxUlxCZPe
YVIjedwgwMRDGd3kZ+ecHnP/AKLU9yWStCSl4ot2C74IXn/lj/06qqt4ogGEWo7hSSUzUqyC
BnbaAGzHtA5PjnLc5HS1umhhwX2SRnILSPnIxyMHwDzn9ugCN2VMG0IrS17OjLVWyRwV2iJX
USLnkYzx/pxxj79S+1XGSe3xtQzKQnDCd8mRMck8eT9/0PjoatMSChq7fJWFpLUdDX0ot9ZD
E0nrKZEhG6ZNvuV1ZdrY37eMknnAx07eqe/XOuv1NdU/rTO6RxQjbIu4g7wcckjAPjgYPz1K
pUL2NE/B9r+yQOpdm8krq0Xa8W+jkiS8yVMFRvlhnidMUqnJzI+DlQx9rc7cj46+C6G3xNSV
moHktkQXdBLR4ZmA3F0EWDuLHcx2lRjAB56OoHdaN8/X0MdI/lVmm1zjut+kH56Lihhs1PS+
vRUUNVSVtQkpo1mX8Osf5jIsZH6szZ5bHHPTa51b1AItaxSbB6ccyLlEY5JlZSTk5A4wMfv0
Uag/S3580+mkg0ky5CauvmhiqKCeJZi8ZRYJiHWQuMeTkFfzHB5yM4xwWtTe6iOSFaVpIqVJ
PaIGKu8Z9pyWHtwRwFOMZyOoCrEgZfPnNTNMG6qn6iewWjvqJ00KO5yxUNfTxYor2qAvBg8I
67l3R8gFccHkdee3cHttrHtJrOo0ZqKCaGpjcMCsmYamIk4lRuQ4IHHHxzg+NVsDHCq04d2Y
usj+JNnhpGKpjkfofp5Kyvoqk7m/+cSvo+6W6lktlnuG5r26/hREYy6Kzhd2RK6Muc7eTwue
tg3aelu1GyzWmvsdyX/+oWm6RN+IgmB94VzgSJjBWRCVKsCBz1f+JsK4tZiGiSBfk2TB6fce
JX4RrbgdSORPrA+nso/d6akgWZrmRInDI+SquP8AjUeeQP8AXoTcJLJAu+mq9jABZDLx6eB8
oMk5/wDl454+esk0WkLeAOcolda+HeVREkUA7Sq4GM4yMYzwQP1z+/QHuZUzVfbG8QRQuZBE
g5Q8f1FwAM8H9PGcdMMG2azCOI90LtEbuFqH/SfZap+j83LSVh0/cTpFY47d/X21lU6MHjpd
65ihjklALbg21C42cKwIw1+piwV90qrrbKG5WlZq261EUMYLskUpVfVZgdqsP/mGGI4wPncV
v1X14A+9h85hZTBlza8AaAeUqWdp+2cNu7Q0WmdUT01TpymoVMtLFHJSVitE2/crhvT2EJnb
sDe4jPg9RftRp+8zXQTtWUstILlG4kNO3qCL37IyQ+NynZlvdkZGAeQorEPxEidT65eHnmjK
T3inUbNh80WiO1emdeWjshp6/wCrrPbqWvvsEtZfi1NWUdVEpUrCsVLOvqK6gYaOUqcH2seO
rV7cTakh7Z6Ws90slq3+ktLVVFjuDyUyRKpWOaP1lMjB9qZidtybjl5NvLNzQJaD6fUE+lp4
xKxeKf27BUnU9PmXqVGrxcrHTw3ajuunLxab7qCh/HvaamFKiWFYpFpUJ/DtIFJLoxILDawZ
mXBA8zvqK1BY0736p1NQ3KjrTW1SJ6acqSsCKX3nOeUZcecg+PkPHbxYPcGRbn/H2c7Nc7s3
SdR5R56KqtVR0l8eesq/VhnYFFLSYB5xk5wuccnx4P3z1ZmjLrZ4dH2mFO1tldUo4QGe74J9
g5I9E/8APqqjJkT6KrEkm0oH2tvlZUGppLHbKeVGG92qpQscbNg55BO7gADnOfsOnGu9bpqR
1/moSGONcRsCgCKpxtPA+Qfvkgft0M8EWB8FKmIdvJhbLhFDbXq5R+IQe0bT6ZIAwfHgZIP6
4+Onf4yombbNTSTCZ8Fd5JGeTnjnJ+fB46XVWwZT3DCXbwRzTU0dyqYxcfUjCZCxyA7AOctk
/P8A6fr0SedJqtopqkTqdwGEO0j/AAn9SR8/foaoIHgm9JxFilrYpFVJNTAtJ6fPqOBvHwMY
4/cE9JXG7U8AYZmJjYAuFLefAwP0+x/t89UPBcbIxhLjCb1F8qYIBFR0u0uhVgzFSykt4GOe
ADk9d0FfIaQVszZEi7F93tP6DjB+2fvjqpzABdXGwX0VimZkjnYsuMbQVb9eCPd58j7/AKdP
440SRjKjRxy5KgDO7HkkY/yPV4YQF8XFqSpzHTXJ2qA5jZ/CsdzfHjBPz/6j46cSTW91Koqx
bDnarc/pg/oSRj9B0LVkZKxr3E8l3TMik0lHJIzKMbFQtt5/zB8cfr0/pZnniEK0yt7R/iyw
Q/b+/wA9AO4zCJDuaLwSUMDpQvKB6jbk9EhWUj5GR58DPR3T+p4aiCae51KU6hgkMkR/pjnl
SBnPj9zz9uh6rJbMSoVA514R+3aykp6iGSjnIqIvequGKT/psxyfJHHHX61X2sWJ7RaqZM49
SGM5dmDksX4AI9xOMj9ehKoIhoQj6LZJcjkVxuks8MzRSOBHHu3TnO2MNmQyY92N5wNvyM/B
DiKpp5o45IZuVBChmAcnJ2+Mq3jIBJySeAeiqRDBJ1QrqYmAuKxaKKqWpkld5ph5EoR3YqMk
YHAAx5yAc8nptSXmKFilZcS/q+1IMYOAfdufyfI/yxg/BG8Jz91Lc3m5J3cq6BbYtMrNMeSJ
EXap+VxsxkAn4+2PnoVUaj9aNZaupMjxsrIjOAx8KCByducgk58fI65UdvRBUBTgSUNlv0ka
epFTRsjo6maCJsbQDliGyDkgjBGfHjjqkPq47fXLuJo2nvFJM8sljletkplp4WqZ4HAEgidl
MiAZDFeAwXkEhT0fsjEHDYqm92RMHSZtogtpYUYjC1KY4e11SGmNVaVobhZobFp2RHEkb0/4
mWNrZjCOB6X5C86xs0007lVU+0FlKi5rfrfWOsLHpemoO/moXp7JPUtQ6Tr7jT1Nktc7rtNL
EZH/ABj0jHKxvICDGF2H25PqONYzG4V280HOwJHXIQeLWkAWgfo72CwFNtPENl27BsfnHXpa
5hFTrP8Am1TUaY1ba4LPqSAA1FhkGdn2ZC2PUjO0kMPjPAx0zmaWK4LLL+GYZZE2hhkkYBGf
nH2+3XmtSg7D1Cx08jxHFenYXEjE0t4WORHA6j7ckOukVLIkXoUSkqv+8gYAk+eBjn7H9+or
3elT/wAuLmgD7plg9rFSxxPHwvPIyP38eOjNnmMRT6j3Q+0pOEqyf6T7FbstsVJborrWmeKO
XbWVLQ1CVbRvuAjG78HioYe7n08Nnk8ZPVU/WZrWg0R3Ir7Fqi7VVJWU18rEjFvQyPOzRxFM
BRzwWYn7A5OMda14hgc5p8uHP7wBnqYzeDqAYlzjoPr+6IfT19VOgde6Mre1klxki1JQQT00
cRRBDMQr4VmHOccYP5tpwT1O/pc0zTXeWKsrEjqJTWwlI6lWaIlgdvtHDDnG0Ek8/J6XU+9X
lw81bWeaeGqvbqbe3nNlo/U9lntHYe0T2y0xU0dHaYFNvpqWooooQIwNggqP68Kg8BJfevg8
9VZW/X12K0Foi3aQ1vq6Gh1Ru/DQWFQ1VV1SKR/W2IuVUk7dzEZP746Z1f8ALBLuOUCfS3rC
zmDwhxmFD2nJwHmp52w7o6P7ySVGqdIX6lq1qLPURqwemE1OY5kEkZTb+KGC0ZbB9EHbkbyp
Pm99a1tlt/1F32408bSR1Ap5csuQcwgbsk/BGfsc/cdCYh3aU2wc+Z5/IyR+EpPw9WrSc2CP
oqV1DRV1RafWpEOZCxKoqb2K/PPODzkcAcYzjq9dCXrsYmiLMly1/QU9SKGASwPLlo39Ndyk
7/IOR1ykQ1BYo3BhRztraL3p7szFWy6Qi3XCZ4oayvjSIQqgXlHc5CknAGRyM54A6hlVfnWh
kehqqd97eofwtP8AcknyAN3PnBxzz1W9gIufL9lfScCTBlJ2LUq+pIlTVsI0YPk//E8eeB+n
/p0Wt1aJiRFI0bFgWhjT83x5+/Ock/r0vrUrp3h3RdFLFJTblhqIZjgN8ecnn5zzjAyc9F4Z
6mUBWqgyyB2Htztyc8Y/+kD+/Qz6YhNKb4XcE89vqFMM211UqobjaQBwfHP6dderWxRF/wAZ
8gh4kbOPtnnkYB+3Q72N1RjXTdM4vXWZhMQyIBtlZgMnHJz8nn48/I89GqWukpaWIwTRNtkb
JkAIAz4BbHOT/wB/NLmghXF28IKVrbhNXyfiazDxohAESjwcfAOP/bPS0F4kipmjjgdQTt9N
l3AjwPIBI/TPHVgpgthRbEWSVPX04H4lFY7iCwlQqR/cn+3P364q7tSzzbmt4kjJO301DZ/6
ePnqirTgq+mYMSvlFWIk4ptyBCpcR5Gcfr4+wyT989fVrLkH9SpdHRwDs/KeDxg/A6B7IG6M
pkTdSOjrZXRIVkjdvHqRjdz+/wBufv0vbbt+EuA9aN9wwPViAHGPnHn7/wCn6dcfSG7ZfSDI
RFdUTRyy7Zztkf2szAhvPODzkc8Z6dw3enNGYFiikVf96FUvuB8A+M5x+n2+egKlINiPnmuE
IrbdUPE6x09RsYZMYpwIzEzckjOXLEjJ5+OjtPXCKlipInjncFcgSKxDcnBI8nPHB4z4HUqU
m3z7IV7ADZfWuhr5m/nFraBp4wzSo6j8QSDtAJb4A5xx9v04mkpXInmhhfJUmamjG1mz7QmR
jAHOfjHj7HixkZ/OSqJLbAruStq6No46OVkVgYUd1ABbBIBODn+3j+/TCrrfSX0YqNIfSRWZ
ZUGAM7Sv/wAoOAc5J5+/UKkjMqIhCbjPVl56iDduIH9StQFgnkjCsM4wAMDHPIbpjPVJ7nmg
EErgIYlOGY4z7doBXHn7jJxjPVdNgmysgSqL+pvs7TU9sk7l6Pp2LUFT+Mumn6aBCsgBEks8
RYZDgjc8ZLK4zwScdRTRd0ls1xp9R6bIp5fSkklnt8penmimWREillmUgpIq5ZpRsjBeHY3h
PUvw5jfzNHs3m+Rz5GfHlmRIyg4Lbez/AMriTUbkYI+vgM/Fa0tnaLRP1D6Epkj05HDqOCKN
ongkNK61XvkbARnlRkjKFfXQHBZW93VXXjtFrOy2gm7xLWRQxepFeo5UclVZldZVi9quWBwc
7ThvngBbTwDXEtbmz2z5A2yOWeeaebJxu933GCYB4Hh4zIUaulJUUUzwNDIygHc7EDI8gk45
yMZUgefI6HV1htElPTQ3WaKoo2qqf1qbeVLIKiPeAwBAbHOeRz88npVgqQGJp2/qHumm0z/0
lQf6T7Le+nqZBqx7vc6mkpoo5UaBaq4VFtSZqishQRrNThpFbklQAEZtqsdpY9Y5/jCUNxi7
1T9xI62uqbRveGvgiRgKGV0CxykJxgAnAwRjdyM560nY/ptJjh9cj008bYt5Ln1Q0W3R5bwJ
+FZv+kftjrjup3+sWhtLa7Q18kySRJZqoyUssaAktM4wsSYVlww3ZJABPXpd9MVwrLfJVWea
nimWSSFWpqT+qqscDapHleG8EMwzjBx0FVoRWa4DOc8z8yveyvwoa3AVKe9vRHQX06+61/pv
TTHtJa9OvboqSL+UQQmgEc6LEfSX2banM6geNs39QeG5568NPrm7Wdx9AfVVrjt+toubvTXm
W5QUtOu4yUcoU080TH+ptQZUqvAIxzno19IOHLwHtaPRItlvr1mvw9CSSQYGuY+vstkfwT7X
quxW65XDUWp53t91gngxJUwslxq0UyHAZTLK0UWcmJvbk+oCNuK//iLWmO3/AFH1c9PTzt6t
DTShYAcsu0rleeBxn5/L0DimFsCPfnEaC3CR4yndEtFZ5punutvOsCb9bSs0XuWrr60NT0P4
RRFtLBEjTcvkhcgEk45z+wIHSlmrLhNZ6SV9A36pLQoTUI0qrL7R7gBGQAfPBP79RYyQgq54
FSK63vT130zaLHBY6a3QUiSCOOhjkVKRX5wruzsTnOSzFjz9+o3HT0M9YfUpZJ5AQY/WcwmP
HnJ8Y4zwD88fb4mWlSpEnNEYamuttFDLMIpIihcSg4J54QYzxz+x584GCNqvBq4jTzxTRRR/
1TM6k5zk5wMbvgDjoKowHVMKFQWGqVtFzqK9YqiOrkRmH+6AJGD/AK8gH/Ln9JLS34A/h4R6
z7eCMY+MfGcngdUVKdrJtQe12aJL+NqJZa2tiaBgdxUnc4+45yB/356bQXC4RRLSRyU42gNt
b3YJ5+Rj58Djz5PQb2jJH03hwhISVN2ZkH8wKpJGfygZHOcjjn/n06ik/wBgSOOsDjn2JGVY
jIIP6Dj9+OohoiyI3g0Ijak/EpTM0npoQOJRnGfBK/OT/wBnpdaZZt0j1qMwyGMbBRIc5OPP
UoEqAfBNk2Frt7gVVJPM5O0kMWGP0/8AXr7U/wAvSFw05MxkwBkDJBJ/THyOqXtvkiW1HOMF
IQJJPMsXqnIwW2AY2g8rjHH2P3z0Rr3gjGbcZZyuVlBAKjHg48/Pj7c/OehnU7wEQKl4KcWt
7nITLDOH/Kxz7Du/c/bH9/7jpzC8ReWWsufslIXGeQR4weeMfHXHNaATF1MPE2CdNWUrRgK7
tIxyqGQfbzkeOP8AsdJQXGeMLShV2s2CA5wqnyTx+vwB+/QVVgIhXgyndBe2hl9SWnbaq+7C
MA3I+2Mjxk/bopZ66OeZ6WeAPGWVzGH4LDkPtI5xjgceAeeqWNIyK6RFwpXS3RK2mMdfXNKV
ACJMAN68e7OAeVB5zgc56WKLBB6FFWNLLVeWlcorYPBdcnB5OfHHBwQOiJtCBILbJ0zQUlPH
WU9RDIVidiwOELbfOQMHA4wcDOOemqPV07Sw09DJ6igN6npKpJC4yqtg8cHgefv56rdAyVIE
iSmFfHFI7zy0hqZI2VVLwhjGhOWO0Yxnn5x+h6ECt9E71klaJn3EDLY9x5OPB/ZeB1OkMgFY
3vEpnXpSVpT8ZHDIfLFEY45+Sfjzz8j79U9SdmdK6E19LXUVTNQWW7vJvgii/o2+Yq35sFd0
MjMBsbgNghlbGdNsKs6nX7NuuXXMfUePBK9s4ZtaiHu/pPpkfv4K6v4er6W742i/HVfbq2Vl
BJXotKldIySkogy2MglASshHvAeTKlSTnYXcjs72B702uCr0nNSWq+VdKKK4PYaZvw4VgU3O
vsjcB0Undkh0ViMg51nb1a1V1God7LIDQCZtziSsUaz6JZiKUxeQetvGRZZU1D9L+ttJz11i
1NBHVw0s7U1wms8gIgwH9NnVjtUMzDLHAGcAg89QnQ/berhvUlxsWa6eio5Z6WaspGpzC6Lz
lNrhmV2zsbKFcksozhVhqQbiWidc/wBv3utqcSzFUSWZEeN/2RrRH10/UNbIZtVUt7tcKwzm
jp4LPb1jVVjJGZPdwjYB2D2EDn56rbuR3872azr6u+6q1camomh9IxraqOL+kGLlMlMFWOMh
+MjwMnp1iMP2TwWFx8Y9h8z1tHDbDpto/mQYcRp6Z+qh2i+5HdLtrV1dx7bdwam1S+ruZqW1
0RJkXODuaFiuN2PYf8I8+SZtHen6laLWNXr2h+pHVsdxqgDPK9LQujtxj2NTlPIBBxxjz56U
18Q4O33ST/ud+3yUPS2ZTr72+4gnP9M5/wC2ynVl+vf61e3OhqPRulO/X4ahtVMtPR0rWC2s
kES4wgX0fgfY/wBvHUV7vfUB3U7/AFtgpu9F60zqa4U6FaW/XDTsMFZTL52rJTGJwPnGSOfH
X1DF7pD5N8wYI8i2IRGH/COEbU7Sk+8ZRnnncWPryUi0F/EE+qbtAlusOjO3ujJbZZ1McFit
ck9vppY2Vt4kTa+/lmfO/O7Bzjgwb6kvqJ1d9SfcJ9far0ZQaZraempqNLZR1341ZkVWYyiX
01GcuePgEZ67Wc+tNU1N6bm1+tiQM8hHSZQGN2Q/ZzxUDRBtLXeORE6cSqsjEVHTGjRJap95
ZfV9N1ZzyAUwSx55xz++B0Tsn/mZDZaOKkt8iRLAgRIpIwqrtGAAXGBj9OvmiVmsS+HkFNbJ
Iq2ZoYtRAeo3qCm9P3yjhSTgnaMf4T55/friukhpY1opUZ3A273ckAfYAn4A8D/Tqp3IKVMw
ElT3qWkjmqqSrZxj2RMmY1Y4yP0XP74HgAdG4bg1ZLHW0gzIyru9J22r9ycZUecc/bwehHgI
4PjJOrFLJQktFDMRE7EB8HcuSc7h5Hj9vjz1I6CopoHaeotwi3swx5X91H35GM/p1TVkiQUb
h3zaURa5QSqstNFG0MeM08soDqcf4s+BzwPH6Hpi8ZmrFkqKR1L4PquuQvzggHgn9OPHQbpC
dUiAE9SmpxAPXn9ZSgyUb8nyeB4HPz/l13DdqWoSP8NIqkho1fIGTn5XnH+fzz1UHWLlIuJv
ondsnAnB/F5kHtbc/GPjBPgEHxz0sK6lgp2dqJJyzYI9RvAxgAj/AKfbzz1cL5WUWPk2XdHV
1DsZ6SIRZIJZh7T/APNweD/3z1+igoKaSQSYLtlTltqyjkZBI/v/AN8jVbZK0PhJQVEkCiGR
ywAypiYe/HxuPgY/7HRCgnieE0VPShfEiSgHf55B5I/bj56FyJhFA2T5ahfQWminKVGcmQsT
xjIyPHz0lSVE7zIJsAttyTHnI8c/YeevjEEK1s6pwLpSqDRxiLcZAAxHvz45z/2f0PXVO0jw
SyIcrFwY1zk5+xPn/wB/7dB1ueSIaYzX2CuhSqCoFRimchTuPj7nn/l09pa+SKraIVRkV8ex
fI+/nwMY5z/z6oaJKtUmt9zpikbb/UlRjgxEBdvHzn/p+/T63T1FVTD8dP6ca+yRKhlK7fOz
I9owcc85Hn46sMC6g4SEVoaiZaaUROF3klojKzElQMjePGBjGMePjx1+neOen/FUsAkI/qYJ
KbcNyV5OWXxn5BH3PVTyc0IW3MIRV7nmqYJEil3Iu1pISuwc5JBPLcA85Hn9yymErbJhE49N
j7d5zHwP8lI8A/f9evqLgDdWRCGVc1LDvigj9R3Xc0m1WLEZ5IAxnC/rj+3Qy6W43Kk/CTxS
VENWGhkEGVLKwycsMD/vn9GdKo9h3pX1Rgc0h2RUA0jZr52jteorTDcblcDUSNNTi2s9O0kT
qqmQH3AuDkMrHjIYjlWHor9B/wBUPZep7JfhblOogjMtVWStGRI1Q2PWkZPJPABfndgHLHge
gMruqYcYiiO66J68PA/TivNtoYN//wCCD32ZcM7ekKxO6+lItc3Nb3pJaaaSWhhuMT0rCJ1V
1yJUJGdxCqGzlWyQyN5FB3fQ9pvZuUlVZ/8Abxb5Y4pkic00jZVgcMSYWBP+EmM/BXOOoUmu
/MA8/nz7IvZOIim1s3ET0Pz5KzLQaGuN203FQzLUyzlppJHmOGZy7fm+AwwAMA8cHjqvbrZG
oaetasd2MTbTFtO45Jz/AG+Pvnp5jqW+CQLr0Oi9rsPuN0Cj9zo7ajrcIYpWd09r+pjJJODt
+2Cf0OM/p1zFdqCnjdWWBHXZG0cjEYZz7Qx2+T5HPjrJ42mb8tEIzs2Elx+XP0T2u/F1VBPF
ElPIyEM+2X0fG3PuAyDz+5/brqCmZqh/Sf0icj+vGWVcjcBxkg884546WMcXZFH4dzZsfXrp
9VzFS1VPuCRxp/TLbYtxUfcH4JJH7dANX1z1VBFSvCDC7l41KbVY4GTknxwfAHz+bI6JovkE
ofbnfwbiDFxr8+v1UA1JX3ClkSGntSQNtZUpfW2NGTg7mJwRyGxk/J6menddd9k0/QJQLSrA
KeMRqtspWAXaMcmMk8fJJPTFhtMrzLEU2l0KP2qShrLfAJq2eOdVABjjG8t43DIHORzx+v26
RqJ/wtPMWrysgjygD7gSV++3n7n7dceCMwq6boEJKjlilhhqrnWK0zA7BvLEDaOQCCOcnk8/
OelbfcdziOGsJMjmQLGcM7/IwDgKMDHjnOD89Dup3uLIgVTEo1QNVw1JqQZnYKoZY3Dcgkcl
h+xyPuepFpqtrWjWONoZJRhWSZWO08HIA5znx84/c9VVGAsRlF4AupF6FAtxFxqK4K2xgqQq
QDySSMf6Y858Dz1zFc6BJnmrJ3yr7vSkI2L/AGGd3A/T56WvaYsE0p13Qkq+9UzVLeh/VABE
e5dnnx7f/b46Soqk/wBM1FRGRG2542Y+cnkhRgn9M856rbSICs7XdsTdSGCoAKR1OxCVVU9f
wMr/APo/t9/HX6GOpKu1I88ahiWBU7cAHJ44BOPJ6mxuhyXab+a7pqeGSqzU1spPpjDpIHyS
AeT/AO3X6VqZ3CeoIypLN6RLYPABB4yfORx1VUGoVzXGV8hdEVmjSQscCTGdsvJwfGft8fPz
x08BlmpnqKip9FByXYjdknABPz/7ZOOOgnyjmkj9SIUcbGqAWKYg5ZkHHB88/P6H7fbnpSpj
ipKYlC6ArtI4O3/P+3UXE7sK3eIKGz3OKGrEFTONhQ5dVPPyMkjzwMf364pala2Z4IZXYLu9
i8jIGOOMfb+4PUKtOwRLXRkl46+eKUrOHfnJ2scMMY25+3Hx89O6Sqp5pczqCcgAglmX83xj
PA/y56F3SCr2uRihu9JTq0M8rvGpC8jBAPJHjORj/To7R6kStRaSkpqeQlvZ6sJKHjOfgHx4
5PHx1YWnJddxRGC6RtEPwkk8TJGSdmByCAS2fhgeAeCMjg+VWraa4h4Gr2kZRhhM5kMnH/w+
cDIOPGMH+5Fqs4Ksjkk5mqoV9dKX+jUIZGJQRgj4IIPxjwceD4yMB56qjkmkmkdBISGHrMQC
2APOM5PjOW/Y9QYJMjJfAcE2eqkaoZZ6j1CyEbIV4baQeQP3B88c9IpHcaib8TNViKAEs5mb
fG+cEqccAkffGT/n0wbAzyUnBuZCDyUEEhFruUH8wjVlCT0kxEgHx78ZDEbsN5BCkZAIKGmb
/Y+2s15WXRFvnkuFVHLMKoSRIY4mzHGY4XWLcfzO2wb23Fjk7i92dtargWmjRjvXuJgzmBod
OhSjF7PZjnte6274W5rQvaH6vNYa21As1bfpKmqrGjNZRW5xG67EwktMowgZFAVoDmN1XgdX
xS1FFqOzVWpbd/LWqamido/RQRQXFRgMQh9qMRw8bHIx/iGCHGzXS8AnVZzaGDZhHg0xAy8P
4E+B5Kjrn26p7lYZbzp2legVFNPLa5f97SPkkqMjLxgnODkrwMsME5+1tYpVmMtRFOv4eQhp
MEEkcAkZ48YI/X9etjWAqSDmtZsytvsLTmFXN9ppqOreJ6CCIqQQEY7uPsfAyP8Al0lZaS2t
R+hWB1ZSxQ7iQMknA9uST+/wR9ukGOw53TuGfnHJMXUTvS25RW2Wb8P6kslUY4Jl4jR9pVie
Mr5HAyAOM8fPQ2tDV0jQpVq1PvkcLCSI3Y7RllIB4AIBzjOR9us1TAjeAyVrGB+nD95nSJnl
KSnpJpIFiiaSX3ervySDzgYwMccdB623GigeolaeVRI0LR7/AGx5BPtT5bjj5Ax5Ax1awmSN
f3Q212sOCquAvbU8VXero4pytSiq8ipuygDEAAEEH4J2jj/n1M9Mau1VFpu3xW/U1bHAtNGI
41/F4VdgwOBjx9umLQS2y8wxABdCj9WaOrCV8NQInqSIjBG5kDkHBBB5KtgNnJ/6dDrhbatL
lDTiqhqo5WyXhYKVP2YnwvPzxxzgdXGBmgmu1S170VUUVHFWXe5Qun5j6dRDUZxxs3ROdrDP
5c7hjx0M9emkjAnWPckvsJUbYwF8ED9uSc+PnjqD5Bjh1+oB9EQJBhGqG5SRiJZZWYhTtEuW
ZGHALfpyPGePjqX2KpETCSBYyrKUYwKW2vkkA4+OCRjoeq0bshEUnQni6opYXcC1xGMH+qYy
SvB+M+f3+Ou1qJKyDdSzuE9T0xC5yFJ8LyOTz9ugXsIMpm0w2EjWz3GnrFiqI3JVN3uP5jnw
T8fsfOenEf4aEpGUd5UX2xEFtoAwTnPH/t+3XI7tl3flSKhknCCZVi9JU2YKkEkjA/Un+3OO
nNLcJqen4jkEQABlVvzHHggDxwOP+zXugiFfTcXSCkleSeaUVS5ypHqSNkjk8EEePPX78eY2
PqVsfolyFUodp552/JHHAP7/AB1RWIRVMOmwX6grLi0shhmxGAVCQp44H+Lz/p0Qp6mKpjUz
wRB0XCiTcxPI4yPn9ugngTYpk1tpGaK271DAyMybXcMQBx+uc+D8+OSOnFVSUktDvqSjHcAY
wvI4+TzycD/Xx1We7kpOdewQOsq4mrCrGUNj+mAeMjz58fHJ/TpG2vRrVcxy7ThjySfBOcj4
POT1yo07qJaCE/mS3RsZ6U4kY+7B9uAOBnP/AHj+3TOeGKlCPSzyhdwygU7R9vj/ALxnqhh3
lfTLhmjFNVVEUbwJTRMr7cSk4P8Al5xnp8JiIfw9PCrRsw/rSMArEcDC4PPngj5668Aaq4CR
BKO0aFIlrqcnfCSxDlvAXnnI+fjGePt0pDWx1JNPVNK7IR/TiY88ePkZx8A4wfnOOhKgUYJC
/T1NfTyvULE0MmfSWRg5ePJGHI8An4wRwOv1VWSzUySVlwkkDnARVQqp3e4gsOCeRx9uOoU4
abKMRcXTHesRZItshY+QAu8AZH6/5Z8dDqaYVrOssCgMAzKUL+7OAABjAxzxx5/Xo5nNTIsS
V91hR26ppgNP0TU0MUfpSQVGdkvuHuORlixGcZwNox1Fr+tLIY5HDIWAQ7TkAAflDeCMH/p1
bTeZBdmqoJERZKWC/XK2xrFArJEMf00B4PnOM5/XHjrSHbj6jLjRdvNU1FxpqeWJbTJ6tvkY
rT1XIUt5O2TAHg5+etDsol2JZBi6WY7DtrsA5j3F080T3Csddpe36Xerqo2mpoUpqmqLO0fs
BWGaQH3hc8NgFQeeot3B0lQ0Vsq6+TZWQU8wWeRPej5PuG4cYDfY+R1vHHvEhRwzXYdwbx+R
9uUKjdUW83SrZLaY1WVgQRIMEDJPG3gEDP8A16h5gFDNHC+w7ssAGyGH+HP2U4HxngcdD12b
zCFqaEFsJ1W1dRWW9qgW9gI1D424UAce0kDOfnnyOkKWps9RdtszqrzZ90mcggDj++DwfJHk
dY8sIBDbxKpjdaQDl14/PrZL1VS8YamWMq6yemlOzqPgnhfP3OM5OOmV0jkuVqWmp0CypNhm
VFzyMcseCwP6cDqinuguk/Tgl+03sfg6gBHyFWWtrtHFNHZ2kkpact75WT1Sr5znOcEE4/T/
AF6klgTX01iopaLU1uMLQIYy9cQdu0YyA3Bx0zaAWy5ebVgQc1CBUU8FuiMxkYo0nKM0Z3Fj
yQTkDA+/g+PB6aqV/EMz2NTJGwMcdczeicNnbKchSORkEj2nnGejDvWv89UBAhWL9T2pZtWV
tklXUD1j01B+FjSI06Q01MjL6ELJT5HqAE7uMkkct+bqrKC2lqoUnq/1yxEcgn3AfuM4xg/t
xjquo4BxIn69TPFWU2w0BG6hKKJFo7e9Q8ciBpB6rFh7eRjyCeeAcePPHRW1muhg9aoqnhib
laZ6l/UHA8gH+/8Anz1Q4bzZKvbAgpeOnp6OQSNUpLHGfbJLIxGcjJDA4HJz89HqWaCGYUlt
Sf0PaFieqYuMLk+/dgr85x+vQtUB2f0Rbdwi6+SR0VYWq5al1kjXZ/SqJNvn/wCYngc4Pnzx
0nHSU8EqwTesTPGYw3qOSMk8b88n5xx9v06i2QIUQW5QjdHQQywrEtv/AKr/ANMMZHxxySCC
Of7cYHT63fg5G/CTU5jSJcKWZmTn9c5Pnz/7nrhkgyfRG0CzIhF4orZS8xVjbdnEYkZlIxjJ
yc+B9/gcY6FBY4Y5PwdMCjksqNI5IJJyMH5HwBjzn46CeHI2lTp5lqJUUSLQrHT0RZVbaNu/
cD9uePk/r0Rs9JR4aGrpirybSsbsQob+2P79Aum90bu0wMlKktsMkYqql/IAT0y+Mg4Pt/6/
9OhL1FG0/pq5UBRtyxypyeCB7T/7f36iwGLKxjWyTFl9a32SrcokDRIRtYxynJP9/wBcfbpk
9ooKQepUVm2FTy8Tsc5/f5/t/wCvVVUuACJY1pNgn8ttpICzws0gVshflhjOcj/l+56btSUQ
idrjSgqrBjLnxgnyecft+3QzXEulENDciPdFKBKWOJZPwmUUZUJnbknIBJ8Y8n48+entNV2S
nqYaWn9Eu4x7SzDJORx985+3jqRBlXMa3QItS0tqS2/iaikpkh3e4KTzk5IxxkfP7Z8nwpFW
w0o/2WjWL1GyXwQrHk4I8HJ/c+OqKgJFirWMa6yQxaaeSRZKUO8pB3bjsxk/2HGfg8Dz1zFQ
2+U5AkbcRhWXKuQc8sTwM45/T54PVLXGbLvZtCO6e7D691zpu69xNO6Qqrjp/TThrtdKUoPw
6EbiMM2Xbac+0HAYZwOmWn/p91tqPTf/AIx03oasloTBW1C1hlijBSkVGqXyWHEayKTwfPt3
dP6ezMQ9oI3bt3rnnEG2dwY4FCvxmFDi0usDunPON72+SolUmknaOtqoi6w7QZq2VjEFyNpL
HkLzxn46FV1KKySouQo1pyXK7fUYFQTgcnH9uBnoduExVKd5hG7Y90iDwNrHlmialKm6CQnl
t0vW11juGqaK0VU9utgiSsucJLwU7SNtjV3HhmKMAPuCPI4Q0rp7uJ3Iq7n237X6Ve8XK4Wa
om/C08yQslOjLucmRgu1QcnJyPP36e7HoVaeLpmt3QQTJsIgyTw+FJ8bXp4am6oTkQDyNreo
81dnaftjrbtNr/R94736E/lViq7rTWtrzXVEU1D6zLtSKSWGRkRzhQobk/Getd9y7ppzXvZf
VehhpShiqooPw9Db6CAJMayRwkCKxxiRmdBgkY3HJ62ReakPpPDm8WmWmbZjmkW3cSytjqNT
DVJa3dymB3oMiAbRwXmxPDqGHUdbom+rSJdqSrFA9O9VHGYpUfYUaRiF9jZBLHaOS3AyDnZV
bTLX6x0gmjKS66ljhipaISe9LbM9Sn9dZI22nIOEbftLLj3DybhKb6lZrQbxNxpnMHSPhWo/
EGOZg9nOO8RvQJFszGfmjf1WaS7advILdoi3RVlJra2VFTSXpzGtPTVMMLAJMw4xMPUMbHhW
9LPJ46o6atq2r/66+k0z7d4Q/lyOQT/ofng9I9o03DFFzmbrTEaSOqM/DeIOLwbX1HSRInoe
PGM9CUFu/eK9drNOQ3YWrSV0/wDGH9cpfYJJKm0UtLWPEIlIICGb0y7TqfU4CZQAbjWtoKKN
paKap3QwMHWSoO0MGJGTsOScEbs8A8eQegMe1go04MkWFgNBOpm8m5tOgsM3hMTV2gzFMr3i
DnlMwBI0EWz1kqtNRWO0SVD1IhjeEsC4cmMIeASp3ec4xxjkfr07tS9uorXTRfgaIbYlGGeQ
kcD9OqQ9xELM16QLoaECoae9VNohqKS3yTRzFlYIu2Rhu43BeR+wAyAOT8fFtFRcKeehv9zg
o44YWZoKkuPdj3DaoOG4IGfgY6LNgl5ykqzfq2pbtSXaw/jtQX+aQUEzGfVtOkc28svq7JYw
olUOMbuVG0RoxEeBUUUUYRvTvMbbgFiQDaCAQOOcg5JHJJOeuVzLjb1n1vNuZ4KVKA0SnFPU
1Fvp13NHJDt4niIbav8AhHnIUnB6d226T1YWOqt/9KYnavohg2DkjngYz+njqggESFZIlOvx
lUtSqiKMRgGNZNxGDx4IHI46+ist6Vhio7kx+GkR8pkjdw2M8Yz44wPPUHU5yV/aHIp0Kqqn
eOWBikxPp4kCuM4zgY+RnPHA6J2yMwyRUlRUSpPu9TMaZbOOPnAHAGeeSD1AttAUQ85orT3W
RJnARo5Jo/8AfzD2kZ++Tzwf8+ntHcFaZIBsSU+wPOM588nPgAk/+/XCy1kdScAEtWXiSWT0
KaoEaB9wckH5HLAAY4zwOPjJPPRCgl/E+puaUQrkrNGqBV5588/bxjx+vQdZlkdTqCRCL2p6
eJTJA8jwKMhIx8ZPPAzxjxk/HRi2V9uFQ8caeqEBKS7cDk/GD+nz9xx0tew3hHteSLopUXJP
UiAMhVGC88jJ85/t/cfbpo6tcAJ4Qu/G/Iyu0k8EN4zz/r1XECVa1+7kVzLAlNlTVzxp8K8R
Z93jBP8AfH2x/l0jJbJtgl/Hku2AJU9o4/7PHVDhIyRLKo1TVrDe/wCVnUQrKaKnao/DqEqY
xK7FN2DHuDkEZ92NmTjdnjp0tnrpnjSoUM5HsTbtA8D3DHnnx+/X2KwVfCECqwieII9wMkWa
gAGfjIT2krqlpqijFypUaNWHuYgzLkHAGD9s5+/HSVuvL06C7xTxyqkgYtGoIzn/AIs/f/06
rbSm94++StYBJARizVbtEwE7JuBJLruL/wB8j7/I6dw1dRHTn8NMBE58QqduPgfvxz98/HQ9
YcETyXDzGqlWRahySAQhXJB/QDH6jPXUUiVkErRM5ggbc0TZ8jjbjnHn/Tnqmm1xNhYKcgha
T0t9THaLs5D2/wBL2nRd/uVPYFne5EXGOijuk9bHtqxLTNE5lVUYKgLrwo8eenPbP6kOxPbq
iTStnvl5pKSkXUUdPXm1l5IY6xYFoyULYZ0EbbhnHA/4utJT2yy+9RIFwC03iwk7xjehoHdt
43OQrbIxlQE90z3iLj+8xrP64kcAhVP9S2g9GVuh5daXm4azuNi/mK1WsZ7c8dTSCoi9KnSI
TESzCndvU9zLgthCMA9CbF9S+k9L6o03V681lBqmisTXKqa41dkqZJYHlo5Yoo/WrKiWWWNp
WRmQqsaH3Ank9TZtdjS0MDhuwG/okgbo7xkkHuizTwBcN2/x2TVIJAzDohw7s7/dymIcBYgZ
nQKu9M/UPG3ZnuBovX3cmuoblqVLfV0k1BTl6Sq/D71kp2ERRIg6FFLbdmEAbOMdU/2J+orQ
XYj6jL5dO51qqq2C6aEuVsobTBbpa+nqquowY4pIY/6hjdYyCwIAxyQOjNl1Kn5kODXb4a4X
iSTN+8ed96L5yobVw5w1BzQIBqNiM4G76iPHxWge0ff3tFqfQnb7TVB9O1vttHftRCqv/b+y
2T2avECM1PVxNK7f7kjBp5GUF1GMg46l+ku5OuNN6rj7dfUD9Slx7j1ly1Bbbzav5tTPALNB
SVInnmZ3ijZZ2h/pimjDgEEk5UdaXfrOc2piASQeLYmAHGGkCIFu6ZMju5pdWp/m3OqCS+Jk
xP6ib/7mlrbWsZsjdL3W009/1RVas7nnV9svWraCss9lq7G9KmnYYaz8RPPtlVQGaJfS2Rbg
5OW88GaewSTWuwat7e93Kft1Q0up62vvQoKRZJtRRTV/q05dBGwkVYW9MwyhVj8jr6hirBj2
v3eBdJJsc2uNt7nwJtIUsTR3mOpuad1xs0HLuluZt+rvE85zUxWzVWt9bWTu5pnWF6ks41LV
T3ukqI50FXTmsKxokETxxSR+kgUrVb3AH5DnYcJ/Un9OveXth3RqEu/aCptVFfa2tms8dOgf
8VB65ZQiJuIAVl9hAKjHHXa1GpWIDBfhN8o1J5T+nkICc/hfGYbD4h1Aw0kRA1ILiTYaAi5M
zOkKjrB2E7izdwKa0x6TuV0t1JPJXxaaqLXVSmEvKu5sL+dd8QG+QEDAUhsDoh340fqrtKtr
t/cTQd3sb35Xmoo7hSy0wdUfllV8MB5GduOVz5HVGMw+OfTb2lOGtkmYmetyYjpp1udg8Jsh
tb/MaS+wiJjSQb63IHNQK71LLb/Xaip4o6cskbx5KhcDAZs8gD558gdPbZZ9Oi204koKQt6S
5JklPOP0jI/16WtJAzWWxJ75IKH369aem06bLYv5nTUSVE7RxpAghkYiMHeVYuM4PL55z4+Q
VgjtmpNUUFHPdpKCmrqiOCWqjYhYFc7Wdvyjai5bk4OCMjo9pbbey+eyTyQ0kC6nP1K0WmqK
8W+Tt9U2q9U1RSu0j2aaKWGCYSHdj0pZY13nLbEI5XJHuz1WcFyqolmrEqJJHZsj1gdzAHAy
cAgbiPHVTwx5JYbeXpDfYcxdSYQAB89h7LqmudZK4o5aWITAYkWNzkljnksSB58eMn46e2+9
VFKpoa6n/pMoUGLAk8jJJ5AX45/TPUS2QukjVErrcrJFTI9kuNe4RQHkrNgcNgnwrHGMDJBx
kZHngElfJUVHrM7FA59wBCuOB7fA5Df5Z5464Gbw3grGusnVvrBtWklqZfUzgiR9/OM4I8/b
J4B/Xp/bq2uoVanEcjZG72uHWIfJz55/z89cLQRC+BnJSm33yStWRI6eZ/TjOZHfO3wA3AHz
nkYzz0/iuMjStBOh3zkL6oJLLxgA/wCHjj5z46r7OLIphIFlzXXqGApLSVQcbCC+woV4HII4
/wCx0Tst7jqKM1cM4HAKNKPOMgYJH3HPnnHVFen3ckTTeZRehvNP6NTSyxoszFcVDOyvEVY7
sAHB3ZGQ3jGRjona7lb6al9Koo5EB93JyoPPPHPj/vjpbWYSYy+vNMKdYxCILdY9iimqHWZU
PAICjOPBHzz89PoXrI3WK1TRzbi25nYiMjGcg+T8j+46GcxoF0R2sWKTrrjSRsGNQN2D+SRd
ufJLMcn7Y+ePHTWkus06PR0BQhyEC5UhST9/HP8ApnyOqHUd+Bkr2VRE6LY81x+pbsn2+fS2
itfV2s9UXqiC3C+HU1JVW7T8BGTS0VPJPmWox+epZcL4jHBJgekrH2jrfpwqe+lxlgnOnqOp
sNfYZ6udjcbxKytRTEZ3CL0maSRFIXNP4wx6aD8pvODXtqMY3uwd+DObpy33GSDpDf6UqoPD
GtqYeBvuEjLdGliNI8yeST7tdvdHWG13Idue1VkvWiqa2QyUvcGS9N+MrJXjQtKT6/pmT1Cy
mkWDIC4xxnqXXvsb2brq7VFXaIKnUt/t9vsj2/T8lZNVbo5qRGqJwkMsUkxR9qemr4jHlTwR
IV8G57y59I37oG6A0Q4AOmGSJbJfed3fMEo0Y6uG03Ai47xgDdJNORlFpOcxqbSqg7v6T07p
3uBNRaG0pX2qEU0ZqrTdqmOoeCcr/UVWR5DszgqruXUHa/IJ6tLtP2islH2ffuNrrs9S6mlq
lamtFts10qY6+qmyT+InCziOCmjAI/IHduAAPcy6k6h29SoOzi8Alpab2DS6BGsi+6CBchNc
Vi6jcPTmpDnRJAtzmRYRcC14CN2fsv2Ve0adudNou9aitFxsorbxqOxVDLLQ1ZVzKiu9RHSw
ei4UelNGWcZ5YsD0VOke0GrNJ6fluM1Bdb9QaHoGtVnMwX8VUGqn9d3RJoTJMkRUiIyhuc4b
GOj/AMxs+md0bgByuwzAO6XDvAEG5NTWd5u6Lq34zGOIqE3GcZtkw4G0WGUgmxJkQv2m9Mdm
LVaNe0GpblPpSJNO2w3BqiOG4zUlR+OUuaWNZpXBdAo9N5C6E+7IAHQOzaA0da9X92dN0Wgr
PdTJpn8fpuWe6/jWrojPGVqIZcoN8kRLkKEZNjLhRuBh+ewR3XUXsaQHDMFsHfgNyAEmTaIc
3dMTNlOtiZeHmBLCCB//AFTpYAXIi8ngoZrqg7G6Mp+3tRerJcbgt+tVBdL/ADJdggSJ5JPW
jhijjHpuUXOSxI2gAck9Seq7J9uOx3e3t3o2/wBVR325XDUkdwmlqpz+EFolqEWiDxj2bniU
zNvOPyqeMg/Yerg2v7Sm1oLXNAIk6i5JJyDXcBfKy7iMTi+z3T/U1xyygH1ksjxhGO1kOltb
d2v/ADB1YyyVR7rQUaUlTVGWjel9GpO8xSZVgDGuH5AB2jAx1Xmhvoz7T6i7uVPc3t7DVa0o
7dYLgJ77QXQ0MtVdI1mdLSKJl3UmQYWjmJd5UkYqV/KG2zMRhN0AubvQ43PduGzPekEmBe0B
39UFJdoYmrRrboA3QWwdJBfFtbST0ANirh+m76VeyFKnZzV+odOT6G1HRabrKRtEXGtnlZfx
SIDUgTkzqsUp9NjIMN6mByvR7U/YTtpWd0rtUVuo7rRVWkbf+J1wiSYjq0mj9SL8HLtJEiyw
GF0HP9VT8g9PMTXolxJAMTlYGCco590gWEkTwXYPGYljiW5kDSdd1vruzyk6qJ6H+l3R9w1Z
omku2lb3Txaro5bq2qLRWVLrRynfIociI0gZAqq0bszMTjIJ4nHYK1dvqTRXbiivtmulXPrK
khklkSuWNYGeqeFWjhCEt4UlWYrjgDod1emSB3SbZHTjAe69jc7p1LbBH18XWrNeGnK9x/uM
W6Re/wBLn7J6O05/5YW9a1qu6rcqqZXmhqWrlg9OodFAkRMZUAE7/HIP5ejfdWx2O6XS3zXP
TdJcP5VOKuL8XFu9IgcsPt/3+h6tDjvbzDHRZ51V7cSYO6ZPKNEItklsOtbdS0GnataetoKm
T+YU9FEYYWjlhYI85IlRm3MVjAMbYYnDKucufxc46XUnaaSGspjLJaK9Kul9XLGF2/ps6kHO
dkhB45HHVGLe40yZv1+R0PVHbNZ2mLG9exPoV5oapkp3q6SnqKqSKUNtcmPHtzxyeOSDkHGM
ft0Ro9Q2Z6SJ11/WoCgIRELKOPAOOR0sYwPF0ZXB3lAaeaslsNqc1zRRTRuyyxewyZfBGfB/
Lx55wPjHSV1ls9gqTIpeuMoMpD8oi/AKeCfGRnx8jg9MACSIzSproFwrA+o+motDVFt07YdM
GkjWl9V1r7XNQ1Ekg2hoyJAN/uySVUKGfAeQc9VTSU9HXIagTpA2R6kYYvtbduC88efvjwOO
u1mljzP0+lvl5N18HkgEi/h9BCcVdDSwVUaUtdMryH1MmMI+SSM4B8Dzz5x4B64tVDTr6sro
rodq+m7epubJBDgkHj/PnPx1zNsr4lKU0SzQEVjohibaOdrcnkD5445I5H7dJ1rQyx/7NOqq
jgBNnOMAYBHkjJzz4889VldkhdUzwzRyiurFj3Zj2x7grgeTkj7/AB5x06hgo7fFjjETLt5B
UL8qRjBOc8/+vXDqApB0GyL2auNXSu9LUtGu1juSPcUB55GPHHg/69G4a+Ex5WNSzEsYIX2g
N4DAcc4+Mnz89ccEVTfAuEtaaeW5xi4VEZeP2u8wX0d33XB+eP8AUcdO6OaJipihRyCVX0yS
qgZGSceB/nnPQtaxhXsqNIiLolb3t8NStVUu+SAp2EggbR5GOB/mefPT6GostvwkdG4aQLlp
GJCPnGfHI8H4GOOgCX71kWx0GTmidVURXCqMtAv4ZJORFFl1TPkbjgnGOPt4A+encUksiSTU
iu4B2Ybk/vn7f5eOq6jQ65EKXawbKY6K7F641RpOn1tNWWSyWutqJaOjuOprvTW1LhPGFMkc
JkO9ym5NzYCgnBYE9AanTlfpuvqdP3KppUuFHM8MkNNKk4fn/A8bMsngjgkYGeccdr4My2lT
dvPIB3QHTBAIjuw7O+6TBsbomjXbVJDT79DpeDnCUS1xR2mprozRH03QCN5IhOMgkFI8B2GF
ILAbR8nkDqTR3fu5r7tzUWyG6VlfpXRkSVRh9SNILcJ5PTEoTCl2ZsqDh2xnkDoMYLEPa4tB
3QJP6gBEkA2g5GMxORkWNaRLXVBkbZ5m3rkgdmo5qphdY6Nh6vvWQpsBHOSG4DHH/Dxgn79P
fw5qYWhp1jWOFidkTBxkkcH48c4/5eeuVsJiaDnCtTcN3OQbTlNrTzTBhl0zZdwPLYIoKmIQ
oZ4RMiUsqSDaSR7th9jZByp9w+R0VotCanvPbqr7kyWaFbNS3CO2S11W8J/rSRmRUCn3H2oT
uPHgZycdDvwb3Oc3UdRPpMooVmUo3znAyK5mi/kUyU2oLEkM5j3u1arRsR8FgcHjHDD/AD8d
J1NVWRSKz2ySQOfVdZFMAYfB92Mk5HPkD5+Oqv8ADsXJaaThBg902J421tCIY5s558/bj1Cb
lVqUWqg9JIwrH3Fdin5xgefj/r1xDJSPAba89FIzFjvVg2CMljgHHkefOOpOweKa079NwjOW
m3M2tMi54q3eDhZdSzvapqfUcdMI5k2zI1VSR1EFRgjJ2OCkq+OCGH36kVLpvv19SN5v/cKK
wPqD0/RjudwaampYodw2woTK8aBdqFVRQAAoGAOrW4LEB/5bEk0w2TDyWgWuSDyGcTpxQmKq
0aI/M1TFom5zItHMx5BAu4XbTX/baot0ncPS1RaqKrixS3GZ4ZYatEbawSeJmjO0kAqHyMjI
+8W7Kad7ua00F9Qt37Q2ClvlXVVEFmuQKJ6tFRU9G9X+JYvPGphT0pkdQjSZliYEBSraDY2z
3Co8mN2AN4XbctP6oIuPEhZTbGJbuUnsuN63hPTWx9Vpr6eO2Wu9X6i1zNa9fVdiuNPofT9g
oK6mjhNVbP8AZzOzb59ySgsAQJF53Y+x6EV/aatsOs9Q6jk7o3X1r3bIaSqnhjpYEhqIkEZu
AVgRHnA3I2UyinnOOn2Kota9zSwyOogZ5bts5tpxzQmzQQ4hrso0nQAe2SpDVdy11qrS1tsd
6hummI6WsWm/DXNaeRMR73asbZ7A1RGxJIGBgYOQ3Vm6Eu9xo7KWtetailFRTQxwSpJF/wDs
5wTiSMkZ3ng7SeSvA5PQL6BpvAdTguvabg6g7onW/mn7KTntLnHw9bxxkH+VuvsJ2zuvbyhp
rtaLy/8ALPw89Y9kalggFxmK+qJ3kBxBIX37lB9PMrE+AeidYO6F/wBMaIutz10sFfNRQ1t4
p1o4HiuCvGxaASQyGONlLLtliZ0Ppngh+DG9m47x9xz/ANOWXzLz2pUbUrF8SfHnf6+CQ0jp
DVF0lt2tF1FYhd7RcKhIpKqzc/y+YoHgEocyRy7UH9VDskITdHgcZ5/iRDU9bpPVek0s/r+l
DDWLUxmaGA0bk7GDsuyaoSSBg8akbVZGzzjqvFA9mYJsNY+keUG/LJnsp7fzwtlOs+/zXNeY
FysBd/8AdlocsuPUHtD+M+3J8+PB+D89CKOCvpqSKmOoZf6aBeS/wP8A6egKZlF1nAuJC4oa
Wo/B0dnpa01exCIhDESSuM8YBJGQef0/TprL/MaG5rUVLPCHYK09PEPVVTjLqhIBOM4U4+R9
8ntiRPz50SPMKxvqd0lTDU1uqrFUTGimpWlp4qlJ1RY2lch445aib0o5dxk2qylSx3KCT1VF
LC8UP9a6jEb/ANNJFBO7Pg85+fPPzjqtxZJ3fT7AD2HRTBEd1OJvxdTAtTG0jliMrTjzznPn
Pwf7Z64FZUwwI0VWxC//ABihG8eQR9vHJHPz1JsQoyuVqoKhBI8McYT3GQIQjD7Yzj9c8n9f
jrsRwNIY6dik5BY5yqggjkjz9vj7dceIClKdwVsk9ujoPxxPo4ZN4LKrbfJXPPnH6Dr9S0Vx
hxXRXBYfSAIHp7mIDfm8cHgH++eq4ABldB4Im71lSJZwwU7iwcxqVYZ8FvzDGM8cDPnp9S3G
OoYvUz+pHK3MkSDeRnwc+ceSfk46+LRFla1yMwmesqGhjnSbBUMGQxsPIHGfaOB8f59KWBqe
pf0zcZUVfY2WABHPAYZyCRjPHjoOq2BARNMwUYjphRJHXsnp08h9JGhZmKEZ9uW8fOP0/t0t
QVNAyzb4GlSM7gZNpEYPA/byOf7+R0GWzcK7eC+rdqlT/REYjKZjJwVxg8ZHBJP6f59dUt+r
FiaW4epEgAIL5YAH/LHPPk+OpupghRLwrz7Qd4bTonQMWm6jvBfLZR/jHmqbJWado9R2mZWA
G6KCZlMUxVcOG4Y7TkDqf1Xd7tTeOymrKjtdf6rtnS3fXEFRbLdbo2lqaKnSgIZtkLq6JvOc
RkoHYJyBkddjKfYuw9UODI/vBvIHcaYiblwJAOQ4qDSS4AAxJJEyMjcTlz0JPinN/wDqy7MV
V1rZqvRlXcaWfUdiussNZBEv87hooGjqJqlQ21Zp2Yvs9w5O5jznus+pnQz6f1jb773IvmuJ
dR3m3XOlt14oGgpVpoKz1pIZTKzBSUATYiGL7Z+KTtYF4rOpmQSRDhEmM8jaLQDPLW6ng6kb
hdfu34QTJ4mbeV9Cu+5H1F6c1lW6nmo9e1NzpdSXCCY2W62upeW2RrOJAyTS1TRQMijYv4aN
twBHtXA6hX1O93H729373qiC5172eevke209Z7FpIXOSFiXKqWwCx+SOST5Cr4oV2ilTa4NF
77kT0YAM3G5kzJMF0BxgaPZ1A+IsbTMZC0W09zmSE172dwrDqc6OgsNsqJk03pejtFTPNH6Z
WaIylyuM5X3r7uM4PA6sPs59QHZbstobTVvNNcdU1Y1LBqS6UdXRw0cdF6dJJAFhLyMJ3V5N
6udikxge09XUMa78y6tSpuc8mQBoJkzAJNhaMszkiK+Er1sIzDsN4uZy7pA9T4JCp+obQNZU
Wexav1ddNU2RL+l5qqqhoKiluFGir7vRraqrmkWR+N0cQVPaCH3YPUj0v9V3bGw26hotTalv
OoXj1nb7/DVGjq5Ep6WB2MoVquqmk9VgwztCK33bz1GjtGjQc0spu7sQf8sEC1rAboEGA3MH
vOMAKFbZtapSLWACcrixJdIkAWMiwgAzMyEz7W/VDpalra490NS3i60r6qtl9t0FZT/iIqGG
GrZ52iGdsRaJlGxMBsYxx0z059T1pNq1bS9zIp9S0dVfqC72HT88CvBsirzJNGpxtgDwYXaP
a2cEHr6jtV2F7JsOlk5mxJ434zMieAlTdsqo41Sy0lu6ZNr970nrJ5oV3x+prTeq7VrC22fX
016i1VWxTpZr3aqv1LcqzFh/XqKuSGnkUNs/2WMhlyPauAIb2v7w6X7edjNe6Mr9PWm73LUd
ba5bdbLvQtX0TLBJKZGZVZQrKHBUZBJ6hTxoZV7SkHAAECRTsTqA1u7Ekm8k3cbndFpwT24c
UgN07zSYItETEAASBMDW5uSpYv1W9payusj2JH0rQR6Zq6CntFitJaHRl4mKrJcYVOWqRMU/
Pu9WIPgZKjPX0tfUh22svbOh173K7xVncGZNU3y1J3Bjoala7S7VVBFT09LDTVKpNcIWNQxL
y+yLwowc9aHZ+LGIqPeGuLojNoF3A271if0tgWG6TG7CzG1MJUpinTNzJJPGGmR4ul/jGa2h
Qa/0924p6ZNS6uvN/wDwdZIlTdKmmkkFO34cxpDGCu4LnDYOVUsSPnqP6s766G02dI3vVmqa
Wn0m9A1Fe6OuTNPUxqJPWWWMgq6hCeDxtDEeMgipVLILWkC0ZzbLXlOoQjMG+pJAFwYvkbke
VuirbRet+0Vp7W2LQP4uosVgoaGrtdPbLBPWx1foe7KQsGlpasBSo9WoUe0bTjb017Xd5NDz
ad0DT2TupTacslhoqOi1Bo2azPM9wlGfVziIpUCUFFJdgEx9sHod2KBf3g65BJbAmMhZ0EZd
6Acg4HdlOW4KpuOAaC28XAM3h1osNNRc3gK9q76rPp+7C6E0+NdatpLHRVrzR09u9KSeaRdz
H0kiRWeTAYeBjx+nXVg7+dle9NfS2zs3qunkgttO6SUAo5KM0ARgvpmJkGw4IAUDbgZB4I6J
ZiIqdm6b+Vv54a8bLP8A+GYmDi4lonXr4qZdv62gt1sa35CzSSO+PHG7jIwOcfPz1nj69NK0
d1qrlinhiqbxpmeGWte5HMiwvIyIKM84HqsTMv32sfy9SxB7p3o8fpz0VuyyW48EaryZ1bJC
pVoWMVUn5quqlf0tpUH75ySAPH26lFi7e6OuljornUaujhkqYElaJadcIWUEjls8Z+el7ZhF
Val5UN07c7ZTaQhr6mmi3F5IfRSMM8f5SpyTjaMnj9MdDj+DuN6hnvVdLFTTSKkr00frvFHn
bJsQsqmQDO0FgCf8QHTDeAO86/zoldypj9SF10xqHWFFW9utQVlzpKmhjmrLvW0qU1XNO0je
o06RwxRqwBXAT1ODn1GJ6qaNKueRJIczqyk5jUjC58gfI+PsefnxXv7/AHoj54/vmpaWT6ah
ppIFgnofTjkGCwJG9g2TjknOc8jxjnx13SUFE9CKpbizMoBAMiqxbjj9Rnd/16mHEBQIK+Bo
HnEj0aOI8sY2/KAB/iJPgZzx9xnOMdfTQPX/ANANDSiY4SSSU5PzyxHj5Hn/AJ9SfDBcrgSl
JSVtHUCSPDOxIDRlcHj9QMYJz+4+cgdLXqsqGt1H61c02yRmZZMkx5xkFxzjIzgk4IPjPVIg
mV0FL061sYaip3I9JVYPGuBJ4yTjx+vP/PpenlroqULUQIEd+FBQoRyMAYzn9SccdTlpEKxp
GQRW0tUf/vEkyrnJjBjMalW4OTnnj/p0VpaiOH0YzSlAdxMQdtuRgEtgn9snj7c9CVhNgr2v
vCdUrbEEM1wl9FxuaQHKEnPx4+3nnnPPTNbjTMVqZKsETyZZZwcKwGcBeceMjPn46GaJNlYX
JzT1Ms+9I7r/AEwScQqQVKrke79QP9T0vQBaudITUfidrZYQ5AHAbAH2Oc/248c2EQMlAOmx
RRGDSMKqhLcZKzLgjxztGRtz/wBjoqstqooJZRSK7lmBqHj27VU8cgkYyTjoDEB0DdKNpE5A
pxRTjP4UNDDPIcMdvucfHnkefPPz9+nsVPLTv6lUqn1JMZVjhTnJwp4IP3z/AG6WuZdMqLmt
TySomhgR5ZN8cygrkAM2P1PwOft0Rtn4hkjmijEbs6gsmPe37554IHHXHCAjmPAgos9ymq4V
o4xGCkYDOgCrwMc58/v/AJ9aC0l/46l7U9vaT6ab7fKazrRN/wCJ5dCJC9zNz9V9xq0dkLIU
9MR+qwi2A45yOiMI9gY+nv7pMZv3JAMkb5sND4a5GvFbvd7UDdvnlMWmPHxjWEvqb6edCdxO
7F27cVnc613HVF0tNDfaS9wpRW+jjBkArY5IqZjAZY4j6m5H9xicYO4dBNfdn+wVP2/q+82g
79cDYblHHa7DY6u4B61LkKh1nlmO3c0aQRLKARgmdFz7Oi3VtmOBdvBxk3LpJMkNJNp3id6Y
E7hsBKhS2hit5rN2Ad3O5uATfkA8EnMkE3Ul159P3bKnu2s7hZqS86xudt1O1nWzx1dSz0VI
IY3SeQUieo7SOzKrsPSGwjGc9CdA/Tdoa89wNU1kegNR3TRemaj/AGieqqZqe6xnaD+Chpqd
ik1RvIy5GxUXcxH5erDUwJcHMFOM+85t+I71UElziA1zt0NkGXAyp09o1+x3nEA5CwsSQBPI
zJJuBkhTdgtAz6VbXNF2u1JcKyr1LJbZNM01VJHPpyBVjMQnxEztNJvYiSULEAhGPkOvqz0F
2Y0LftV9w7vpitrfV1xVWlLPa7kltpI6WGjgk2qI4mw25yMoQCRyOMdRbWoikQW0yCGkDemX
d0OMB8wCXBsQI/uAlVVMTWrYhrQ4X3hlYRMHx3ZHW1iExn+kDthdu6etezmk7/V0VZp2so7r
Dd7zVoIo7S0KPWFkwEeWnSVZMjBYKRt8YofsZ200nqLt/pq96GtFyodOax7tSjScFXMJa7+X
oY4pGqJigYu7RLJ7cANGD4UAvNndg129QAuRME5BwAvOoDieg0STGYipiXt37QCf+TCfSQF6
f93dDz0fc+0U1ueqq7VbbHWVtyinvL/iLptjhhjkloIoGasUsCWMQQrJtPhyvUfH0n9r73oq
zXGsm1rSimgrL01BU3V6eeqYq4/DzI0ZaSnw+BFJkqAnJxjqZfTA3y1pHiLz/vk2AMgAC0mS
UJRxFanTbuu4DThn+6geg/pp0Jqq8dvL5Y7jqa3Rm83SGWimuCzQgfgWkWNI5YggpV3YWIod
mFZWUg9A+330XaTo7/pu1a4umvZ7nqGpivk1faIqylgt7KzYohTimeM067V9VaiUOcl1KAoO
uOfSLgSwF3CTyJN3i9s5MXJmAmBxuIp71JlSLE3IgwXCL2GhtfOJVdfxR+yVmsfcqktd30j3
n1vWawjnqrff9O3dDLa4WkCyWm3wCndJdrKk22X02ELEethCRnX+FfpTvpf+/wDYtPaU1ncb
LBZ3mvFzm9XfW0lqBIWCWN0aNIpplC7Sd5DMVXADC4YZr3NL6bQMxBdvQJJmTIm9xbvEfqEo
ajjKxpzvd3d3SNBvWFr94wImJjxPqBa4tU62n1jYtPd5IbVc6e/qKG6RLT3V7Qhgppvw0tMU
QRg7nHoyszhJVZXwVAj/ANaHbruBd5Ka/aK1raoBUiOhjtl2sgnESGTNQVqEdZR6seFC8hGR
X93K9cqNbuRLhbQ6RwcL5mZMG0WFxcIdzFNhvmvFXWNOaFjbqOKtkpqeU73eT1djpkbckZ4x
jjzu8cdT6y6cp57NSTVOt7mJHhRmGX4JUZ8jP+fS79LRYIisZcVENLJYqjTU63i/hWQN/Qki
JaQMMZ2g5YkgAEZ8njjqMXKsvMld+NjqIVQlImSVGJOBwSoyRxtHDcYHHPRhbnZAAkLhJLxV
17xhKeaGo2JKIFK7AfIMeQCNvJAwSc4x0zp6m8pOssMcaUkjCJKqSUxoze75ABXgHIOcYPPV
e6DYLsotSx3OOeOlqaGIuYyYaqjqFnj3EnzGxypxxnz4Hz07v2ldY6cttJd7lZBHHcdkkUnr
RyMd4PBKkgHjleCAAMeMzDcjKgo5IEguEgq5HjROMNlio+RkH8w+3P69PJaSjklqaRquf0RG
qPJAA67ceXz+oHHkc+Ou1CcwvpmyUjkgol/DUldM6yjGyMe1PGRk+TxkY/Xz0sRHT2+H8bXb
Io2Ersqqdh+N3HAGf2HH69V31C6SBkuKq9ace2maOnkqUYYSSHIYk8EEKeQOOfHGeOvtu1FZ
7tTyslzqRJCS2+RsLu54/X5H6fHjm8U3bskL5pIUk0/JT1keyqlMauF9PYoY7S542kkfqTgD
jpajuEdCohkdKmOowybypJPIyQfGMnGP06EqtzVjSnV0r7qFW4U9CGQpw0hViD+2BjPHkZH3
6DVf80mjFJLEY39Qv7UB38AnBxgDI8E+fjqmnTaDmvnOvKUpr3ckpxSy0spK430/pAA84J85
yAQPjgcnohR3b+WEQVEMcgyVLldq/Hj5JGcYAx1Y+mIgLrHXupXTqlwgFfTQFSqHDJIz55+B
55I/Tr7ZL5V15no3uqzU8xwVgLZOccHjnlc8fY4546X1WyMkc14mUSlkqJao1TyJCkLcQMS5
O4nJ5/6/fruivywFajfPIPaEaWYODg+4kZwF+BnJ5GegjTlF06ugUgpGNwiZKtZvxDyKwDDc
RkE5xx7cDjPGfHz0QpJAlMVKKwbBADMWbjkkAZBzzkDA489UVGRZH06u9EJcVMTTn0Gctg4S
c8Yb9cf/AH65gr6WmqVEsCTTECJXTj2sCPJGc+cjHQ9QE2hMGPC+S0/8rDUrzQkRvj0YZ1Jf
weQM/PHPOc/bp7LWyyt+JepC5X3wwnjHOR4+OqiL3uiWua8AhO7TNQZjqIamaNIx6bzRDkAn
8o/9M46ICameX0qK1hYy5ClgBvUNwMfuPj7DrjqedlZJzQS/XmskMlLNmOIL6TOflCc4P3U+
eRj5x89C5KBKmEtLOdlMFIKZYlfceWHIxjg/v11rWtggKLyAJCeXvuHqnRHbTUNi0td6ahju
dtmStqpqdJKqSH09zRCpKmRInKruRGCkeR56kH02fVt9Ptkt/ZLSGndK6rv1J24tz1tTVW2h
EBmuJp8zKJ5WRGAnlkJPnCrgHrR7MxFQUiYmIzMAAB0AcBJmAOJWWxlEHENpgXcD4k7ony6B
XpqT+Jlqqu7gx6goPpwudVa0tklBEkktvir4qkyoxlSrEu+OFkUB418sFIPHUC0x/EB1Doma
5NZvpX1Xeqe5MJN1Vqag9JgGZwQAWDjLcZ44HHGerX4rcaAXMkcS61zYQwCOF85JlEs2NicL
Tcw0jeDm2bdTxUcuP8S/uPQ6qt9yoPpVusFRbKwyRCW8UrjHnkA7Ru55/RQMHOQunPq3v1i1
Bpuuu3bu6WaOjkBnSnvbV0VwnEzSwqxlk9Tnds929lxgZAGKHvpOc11fdccxEnnmW9PS4hH4
OiHSXsLREGSz2nS+q09cP4ivZfvd2quvbX6muwF7ex3RPwtRS2S4mRZlDAjf74WHPOMnx1WV
++qrsB2M7YL2Z/h7doa/SIvkzzXO41tMI6yqkAG0iTdKzkKGGGIAB9oGT0dhdrOqj8pTYO+R
JEAnWJzibxOd1Vgfwk5uKY+q7eogkxr0jLrfLyRH6Uf4iV9sPeW5131I6sr5tM1Kh4KSjojU
ijmSNUGxVAcJlSSrFvcSRx1dXeX+IN9LmrLNQXDS2sbxcJqKujmaipbDVvPtOfyps5xjkZzj
JGerHYgtPZlpkZ3B8yXW8YA0sp7S/DNejixXwlP/ACxncSDebeX8rye1ne6bU14r9Saboqig
oblXVdXHSyqRJGryuRuB/wAY3cEHIPx1IbJpzuLcLNSV7UMzmeFJC70Zy2VBycHH+XVQZIhw
uFmKg33lyry1VVONK0dzitVGkzH3OkX5soW/t/bHHnOB0hTQU19gpJqymRRMpbZENoU8+Pke
B8/HRweYQAJK7v1qp9OFK22zS7o4TIokcsMjOP7cDj9OmFHWVNdpj8TLOykuJticLna/GPt7
R1WTIBK7mlWqpq24UcNW7SExsRKWIZecDBHjyf8APqW321Utsp39HLlFVsze7JOc/wD8o/y6
u/TDQqtUNHoz6eUpAsTiUxepCSGw3k/v89fF07aKy0zPJShZJamSMypw21MAAfHyeqXGxK6H
EoVVWSgp73HZ4A6QSoWZQx/MBwf3GT06tVjttyq3o5oNiLBLKRGcbz7cg/oeP8h1wvMSrAM0
xex2s2KCYUwDCZwCCcjbwDn7gdLUFltdhtFOlvpAGlcI0rkljlj8/pjjokVHFsFRkruFpI6g
1kErRuzSI2w+QpJH+o/1PTWKtkamp5ZY42zn2lBj8w+B1XUaAVc0Snd8Z7JbxPRysTLM6H1D
nADKBj58H/QdMaavrZamP/anXnZlfscZHVLWhxJK48XT+1UUd1qKenr5ZJEqZfRZWbgZXO4f
Y8dFI6qSKVKhgsjJlx6gzk8Z58856nVsCAuUzL4Uis21KistyqNkUnpZ+WXIOD/7dfKFy16W
kJ9qNtjP+KP3P4P/APCPP69LqgmQUS25CNXWNqdIJY6iQNKSDzgAK64wMY+fnr7+JfekjKhb
8Z6RJQcjxnx556EaA6FdTJlG4r1cKyh90wQQxxlAg4Und9+nlmqZ6lIKiSTmpkCuAOCBux/l
jqBptuEfQN/nFF71XVVJp9a6CdhNtA9XPP5FH/XpvbY3uACVNVM3pSFAd58bc8/fx0C4ACU0
Yv0g9WOOMez3ld6cN+VTnP8Afr7p+uqGtQqC/Pq4IHAOcZ/z6qzE80VRNgpGi+laPxCMRI+1
S4ODjeOmt3keevqQ7YIX1NyjByWYf9M/v10NEgIqkd4SUN1BI9LWtThvUBhiO6U7iMnkdNbv
dKi03FaSiSJY0j9QKUB5AH+nPjqAG8uVQIUX7+NPRdrrzcKSqeOV7crbkOMF1APx9mI6sfR9
otentKwU9lt8VOvpxtiNcDIi5OPGT5PHJ56YUjNJrDkXfZC4Gm12Mk57o91KZqWkGmEuL0qN
JGHIxlR/uVPhcfJ6ilVUK9JSpFTRRL6XCwrtCjaDgD48dL3GXJ5Vcd8jqhFe6wwVIpoY4SGk
kZohtMpxn3ffkdCZqf8AnJerkqZYJYYDUCSlcxlioDbT8FSTyOrN6LofAtDqR8VNrVpqz3Ht
nc9T1VPuraM7o5QcYxIqYx/9J6A6XttNepYhVM6mSoii3RMVK5fG4H7geD+p6vY40qjXNzBH
unGGebu4FCjKzFLgx3SpVMquxJIySrcn7gc/HTq+ySW5I/w0jD1T7ucePHI6YYwHtjJm6P3W
vqExnn5BVZr704LhVxU0KRJIfUZY+AXKglv3JYnp1pbUtwrNMW6rmjgLy0sTsdnyUB+eiv6Z
Xke02NZi6gH9x91//9k=</binary>
</FictionBook>
